Gdy Adam Szaja proponuje ci napisanie tekstu do portalu, na którym regularnie publikują Chmielarz, Ćwiek i Szczygielski to się człowieku nie zastanawiasz, tylko chwytasz okazję i dopiero później przychodzi refleksja – kurczę, owszem, znam parę książek z agresywnymi zwierzętami, ale czy którakolwiek z nich jest kryminałem? Powiem szczerze – te, które przyszły mi w pierwszej chwili do głowy – raczej nie. W tej sprawie pojawia się bowiem problem ontologiczno–definicyjny, czym bowiem jest powieść kryminalna?
Oprę się tutaj raczej na intuicji własnej, nie wchodząc w analizy literackie, bowiem jest ich sporo, ale hej – felieton to krótka forma, oszczędzajmy więc miejsce. Powiem więc też krótko – moim zdaniem w powieści kryminalnej powinna pojawić się zbrodnia, a sprawcą jej musi być człowiek. A jest tak dlatego, ponieważ w gruncie rzeczy gatunek ten pod płaszczykiem rozrywki prowadzi rozważania na tematy społeczne, rozkłada na części pierwsze stan moralny człowieka, pokazuje jak głęboko upaść może jednostka ludzka, szuka przyczyn tej choroby i czasem proponuje lekarstwa (zazwyczaj jedno: taką, lub inną karę).
Zaś w relacjach między przedstawicielami różnych gatunków zamieszkujących ten padół o stosunkach opartych na decyzjach etycznych można mówić tylko jednokierunkowo, przynajmniej w XXI wieku. Wcześniej bywało różnie. Zdarzało się, że zwierzęta stawiano przed sądem i nie mówię tu o fikcji literackiej. W średniowieczu najczęściej sądzono świnie, oskarżano szczury i psy, ba jeszcze w XX wieku przed obliczem najwyższego wymiaru sprawiedliwości stanęły małpa i papugi (oskarżone odpowiednio o kradzież i zniesławienie). Natomiast nieliczne powieści kryminalne, w których sprawcą okazywało się zwierzę, owszem pojawiały się i zaraz o wybranych opowiem, wszystkie jednak, popełnione przez mistrzów, były albo kamieniami węgielnymi gatunku, albo zabawą formą, pozwalającą na szlifowanie metody, ewentualnie nie do końca udanymi eksperymentami o szczytnym celu.

Z drugiej strony – jak wiemy, zwierzętom zdarza się zabijać, ba, niektóre w ten sposób „zarabiają na życie” – i są jako takie przedmiotem lęków (i tu mamy liczne przykłady w gatunku znanym jako horror, który jednak zupełnie inne ma metody i cele niż powieść kryminalna), oraz smutnych rozważań nad chwiejnością moralną istoty ludzkiej (zazwyczaj bowiem, tak w życiu, jak i w literaturze winny jest wykorzystujący zwierzęta człowiek).
Zacznijmy więc od początku. W 1809 roku rodzi się mężczyzna, który w ciągu następnych czterdziestu lat stworzy podwaliny gatunku znanego jako powieść detektywistyczna. Znienawidzony za życia stał się inspiracją dla niezliczonych autorów literatury popularnej. Edgar Allan Poe. To on stworzył pierwszą w historii postać, której spadkobiercami byli i Sherlock, i Herkules i wielu, wielu innych, których wyliczyć nie sposób. C. Auguste Dupin, detektyw z Paryża rozwiązuje zagadkę morderstwa dwóch kobiet przy Rue Morgue po tym, jak aresztowano już sprawcę. Dzięki swym dedukcyjnym zdolnościom Dupin wskazuje jednak prawdziwego zabójcę, mianowicie – ha! – orangutana, który uciekł marynarzowi.
Kolejnym popisem zastosowania metody dedukcyjnej uprawianej przez bohaterów powieści detektywistycznej przełomu XIX i XX wieku było śledztwo samego Holmesa, opisane przez nieocenionego Watsona w opowiadaniu „Cętkowana opaska”. Tu sprawcą zbrodni jest żmija, tyle tylko, że uznać ją można najwyżej jako wyrafinowane narzędzie mordu rodzinnego, winny, jak to już pisałem wcześniej, zawsze jest człowiek.


