„Jak nie wiadomo o co chodzi…” Przemysław Semczuk odpowiada Wojciechowi Chmielarzowi.

www.unsplash.com/Jeremy Paige

Felieton Wojtka Chmielarza mnie zaskoczył. Bo oto Wojtek stawia tezę, że media nie promują czytelnictwa. Słusznie. Ale nie daje odpowiedzi dlaczego tak się dzieje. A odpowiedź jest bardzo prozaiczna – że tak to literacko ujmę.

Moje doświadczenia promocyjno-medialne są dużo bogatsze niż Twoje Wojtku. I śmiem twierdzić, że nie wynika to wcale ze znajomości ani ze szczęścia. Załapałem się do TVN24, kilka razy do TVP2 i bodaj do wszystkich stacji radiowych. Gazet i Internetu nie zliczę. Przy okazji zaobserwowałem jak działa machina medialna. A do tego sam jestem dziennikarzem, pisywałem w znaczących tytułach i niektóre rzeczy znam od podszewki. Problemy są dwa i oba mają wspólny mianownik.

Ja piszę literaturę non-fiction, Ty Wojtku jesteś autorem z gatunku fiction. Tematy, które opisuję są ogólnie znane. Każdy coś tam słyszał o takim Marchwickim, Knychale, czy choćby o małym fiacie. Dziennikarz przygotowujący się do wywiadu musi zajrzeć do Wikipedii albo przeczytać dwa krótkie teksty w necie. I już ma pojęcie o czym ten Semczuk napisał. Zada kilka pytań i zmajstruje fajny tekst. Niestety ja w trakcie takiej rozmowy wiem, ile czasu poświęcił na przygotowanie. To czuć. Przymykam jednak oko, bo znam zasady. Ktoś musi szybko napisać i zarobić swoją wierszówkę. Nie jest w stanie czytać od deski do deski (to nie jest reklama wydawnictwa Sekielskich). Bywa i tak, że rozmawiam z kimś kto nie wysilił się nawet na Wikipedię. Pewna reporterka oświadczyła wprost (nie to nie był ten tygodnik), abym jej opowiedział o czym jest książka, bo ona nie ma pojęcia. Wypadało się obrazić i wyjść, ale wtedy w znanym dzienniku nie ukazałaby się recenzja. Zagryzłem zęby i opowiadałem przez godzinę. Dziennikarze z portali internetowych są jeszcze gorsi. Przysyłają pytania licząc, że autor napisze odpowiedzi. Czyli odwali za nich całą robotę. I znowu trzeba zagryźć zęby i pisać wywiad z samym sobą. Nie obrażają się nawet za zmianę pytań. Młodzi gniewni, bez skrupułów. Grunt, że jest tekst, a do kieszeni wpadnie wierszówka.

www.unsplash.com/Thomas Charters

A jak zrobić wywiad z Chmielarzem przy okazji ukazania się jego nowej powieści? Tu zaczyna się kłopot. Wikipedia odpada. Trzeba tę książkę przeczytać. A może nawet tę poprzednią, bo to cykl. Bo o co pytać? Pół biedy jak Bonda chce się dzielić doświadczeniami ze swojego życia. No, gdyby choć Chmielarz pobił się z Semczukiem o różnice poglądów politycznych. A tu klops. Kilka wymęczonych pytań i na koniec z ulgą ostatnie – nad czym Pan teraz pracuje? Takich oryginałów jak Piotr Bratkowski z Newsweeka, który czyta, to ze świecą szukać.

Piszesz Wojtku, że prasa we Francji działa inaczej. Ano inaczej, bo dzieli nas od niej czterdzieści lat zaległości i potężna różnica kulturowa. Tam nikt nie napisze recenzji nie czytając książki. A spotkanie z autorem nieprzeczytanej książki to już nie do pomyślenia. Do tego W Polsce rocznie ukazuje się ponad dwieście kryminałów. Wszystkich książek coś koło trzydziestu tysięcy. Dziennikarze muszą wybierać. I tu działa stara zasada – lubimy te piosenki, które znamy. Jeśli Czytelnik kojarzy autora, to warto napisać. A jak autor jakąś nagrodę dostał? Sam wiesz jak to jest. Kiedyś usłyszałem od napotkanego znajomego, że biegnie do księgarni, bo ktoś tam dostał Nike i nie wypada tego nie przeczytać. Samospełniająca się przepowiednia.

W telewizji nie jest lepiej. Z ostatnią książką trafiłem do „Świat się kręci” w TVP2 (popołudniowe pasmo „dwójki”, duża oglądalność, program na żywo). Prowadził Artur Orzech i Kayah. Jesteśmy na antenie, a ja widzę kątem oka jak na prompterze wyświetla się tekst – Kayah pytanie do Przemka …. Doskonale wiem, że prowadzący nie czytali książki. Bo niby jak? Nie są w stanie poświęcić kilkunastu godzin na czytanie, gdy sama rozmowa na antenie ma zaplanowane 12 minut. Książkę czyta, a przynajmniej powinien czytać, wydawca programu. To on przygotowuje i pisze pytania na prompterze, lub podpowiada w „ucho” o co zapytać. W praktyce najczęściej czyta ktoś kto przygotowuje research. Taka jest telewizyjna kuchnia. Oczywiście są wyjątki.

www.unsplash.com/NeONBRAND

Problem drugi to po prostu pieniądze. W TVN 24 usłyszałem przed wejściem na antenę, że rozmawiamy o sprawach kryminalnych, które opisałem w „Czarnej wołdze”, ale nie wymieniamy tytułu książki. Bo to by był product placement, a to kosztuje. I tu jest odpowiedź na tezę, którą stawiasz. Książka jest produktem. Takim samym jak szampon przeciwłupieżowy, czy nowy model telefonu. Autor pisze – trochę z misji, ale o tym innym razem – a wydawca musi zarobić i potrzebuje produkt wypromować. Promuje w mediach, które są komercyjne i muszą zarabiać. Ich właściciele mówią: zaraz, chwileczkę, my promujemy i nic z tego nie mamy, a oni zarabiają! Przy książce non fiction to się jeszcze jakoś broni, bo w końcu chodzi o oglądalność, słuchalność czy odbiorcę tekstu. Prawdziwa historia dobrze się „sprzedaje”. Ludzie mówią: wow, słyszałem o tym. I znowu to samo, jak się Chmielarz z Semczukiem pobiją, to trafią przynajmniej do „Na językach” gdzie przy okazji wspomną co tam napisali.

Wydawcy (książek) próbują to jakoś obejść. Ale bez pieniędzy się nie da. Z „Czarną wołgą” trafiłem do „Pytania na Śniadanie”. Razem z Agnieszką Więdłochą i Arturem Barcisiem. Aktorzy mówili o tym co ostatnio przeczytali, a ja o tym co napisałem. Mechanizm jest prosty. Wydawca pakuje elegancko książkę w znanego aktora, który swoim autorytetem poleca ją Czytelnikowi. Oczywiście musi za to zapłacić, aktorowi. Ale taka forma jest atrakcyjna dla wydawcy programu, bo dostaje kogoś znanego, rozpoznawalnego, przyciągającego uwagę widza. Nie oszukujmy się, ani Semczuk ani Chmielarz nie są rozpoznawalni. No może w pewnym środowisku. Będą, jeśli paparazzi zrobi im fotkę z randki z Więdłochą. Ale nie określam, który z nas ma się umówić z Agnieszką i odbić ją Mroczkowi.

Wojtek, piszesz też, że w telewizji nie ma programów o książkach. Fakt. Tylko po co by miały być? Telewizja rządzi się pewnymi prawami. Nic nie jest przypadkiem. Określone audycje są emitowane wtedy gdy grupa docelowa akurat siedzi przed telewizorem. To po co robić program o książkach, skoro grupa która czyta nie siedzi przed telewizorem? Nie ogląda, bo czyta. Oczywiście masz rację, jak telewizja zacznie mówić to ktoś kto nie czyta, w końcu sięgnie po książkę. Tylko znowu wracamy do punktu pieniądze. Produkcja programu kosztuje, czas antenowy kosztuje. I to są duże pieniądze.

Wyjścia są dwa. Albo dostaniemy Nike, albo się pobijemy. I to najlepiej publicznie, na scenie w czasie MFK czy Grandy. To oczywiście żart, bo przecież się kolegujemy. A tak serio. Wydawcy muszą zawrzeć umowy z mediami i się podzielić pieniędzmi. Tylko nie wiem czy dla nas autorów coś zostanie. Bo jak mi powiedziała księgowa z pewnego wydawnictwa gdy zapytałem o pieniądze: ma pan satysfakcję, że jest pan pisarzem, to powinno wystarczyć.

Przemysław Semczuk.