Są takie książki, które dotyczą tego, co za naszym oknem. Ja każdego dnia widzę Śląsk. On jest moim pokojem, piwnicą, miejscem do życia. Czasem mnie wkurza, czasem oszałamia, ale przecież ojczyzny się nie wybiera. Tutaj się urodziłem, tutaj pewnie umrę. Za każdym rogiem czai się tu historia, o której czasem nawet tubylcy nie mają pojęcia. Dariusz Zalega napisał książkę o blisko dwustu śląskich robotnikach, którzy po buncie generała Franco w lipcu 1936 roku wyjechali bronić Republiki. Znajdziecie tu sporo tego, co za Pirenejami, ale też tego, co za familokiem. Przeczytajcie fragment, a ja już zapraszam Was na spotkanie z autorem, które będę miał przyjemność poprowadzić. 19 listopada w Rondzie Sztuki w Katowicach, godzina 18:00.
Fragment rozdziału
SOLIDARNOŚĆ
„Z tym duchem szliśmy otwarcie walczyć z karabinem w Espanii”
„Pamiętam, jak 18 lipca generał Franco napadł na Republikę Hiszpańską, to było już z góry między nami wiadome, że ci zbrodniarze faszystowscy maczają tam swe krwawe łapy. I my wszyscy, co cierpieliśmy i wiedzieliśmy, ilu towarzyszy siedzi w więzieniach, z tym duchem szliśmy otwarcie walczyć z karabinem w Espanii” – tak wspominał te czasy Wilhelm Zając, przebywający wówczas na emigracji w Belgii, Nie zastanawiał się długo, co w tej sytuacji powinien zrobić. Ten Ślązak spod Rybnika poznał już na własnej skórze hitlerowskie więzienia, skąd udało mu się wyrwać za granicę.
Bunt wojskowych, do którego doszło 18 lipca 1936 roku w Hiszpanii, szybko zdobył poparcie konserwatywnych i bogatszych kręgów społeczeństwa oraz hierarchii kościelnej. Jednego generałowie się nie spodziewali – reakcji robotników, w większości znajdujących się pod wpływem socjalistycznej Powszechnej Unii Pracujących (Unión General de Trabajadores, UGT) i anarchistycznej Narodowej Konfederacji Pracy (Confederación Nacional del Trabajo, CNT). W Madrycie i Barcelonie buntownicy zostali rozgromieni przez uzbrojonych naprędce pracowników. Najlepsze siły rebeliantów – bitne najemne jednostki marokańskie i Legii Cudzoziemskiej – zostały zablokowane w Maroku hiszpańskim. Gdyby nie samoloty transportowe wysłane przez Hitlera i Mussoliniego, nie mieliby oni szans na sukces. Ale samoloty doleciały. Dzięki wsparciu faszystowskich dyktatorów korpus afrykański generała Franco mógł wylądować na południu Hiszpanii, w Andaluzji. Tam, gdzie był największy głód ziemi i tym samym największe poparcie dla reformy rolnej, znienawidzonej przez latyfundystów popierających pucz. Przyznanie chłopom ziemi w kraju, gdzie jej większość należała do grupy obszarników, stanowiło ogromne wyzwanie dla Republiki Hiszpańskiej. Wszystkie próby reformy w tej kwestii budziły też strach wielkich posiadaczy. Charakterystyczna była sytuacja z samego początku buntu. 18 lipca, z radości na wieść o wybuchu rebelii, ziemianin, emerytowany oficer, książę Alba de Yeltes zwany Gonzalo de Aguilera Munro wybrał na chybił trafił sześciu ze swoich robotników rolnych i zastrzelił ich ku przestrodze innych. Pochwalił się tym potem dziennikarzom.
Roman Fajans, ówczesny korespondent wojenny polskiej prasy, przytaczał opinię Mariana Puigdollersa Olivera, jednego z liderów buntu: „Żadne kompromisy, żadne rozmowy z czerwonymi nie są możliwe. Marksizm musi być wytępiony w Hiszpanii doszczętnie, choćby miało to kosztować nie wiem co. Gdy operacja jest konieczna dla życia, nie wolno zastanawiać się, ile krwi chory utraci”. A to sami buntownicy decydowali, kto należy do rojos, czerwonych.
Andaluzja spłynęła krwią – zginęło tam blisko pięćdziesiąt tysięcy osób, niewiele mniej niż ogółem w Hiszpanii z rąk czerwonych podczas całej wojny. Wielkie liczby kryją lokalne horrory. 27 sierpnia 1936 roku w Palma del Río w Kordobie rozstrzelano osiemdziesięciu siedmiu chłopów, którzy skorzystali z reformy rolnej. A takich miejsc było wiele. W największej masakrze dokonanej przez frankistów na trasie tak zwanej kolumny śmierci w Badajoz trzy czwarte ofiar mordów było rolnikami, którzy otrzymali ziemię w wyniku reformy (tylko w dzień zdobycia miasta zamordowanych zostało osiemset osób, potem do 11 listopada kolejne trzy tysiące). Popularny w szeregach frankistowskich był dowcip związany z rozstrzeliwaniem chłopów: „Chciałeś ziemi, to ją masz”.
Szacuje się, że już w pierwszych dniach wojny po stronie republikańskiej walczyło około trzystu obcokrajowców. Ta pomoc nie wymagała zresztą karabinu w ręce. Na usługi młodej Republiki oddał się lekarz Hans Eisner z Hindenburga, emigrant, który wcześniej nie angażował się w politykę. Wyjechał do Hiszpanii, kiedy to polityka zdecydowała o jego losie – od razu po dojściu Hitlera do władzy. Czterdziestoletni ślusarz Paul Czakon z Hajduk Wielkich został dowódcą oddziału artylerii w kolumnie milicji robotniczej Tierra y Libertad. W jej szeregach walczył też anarchista Alfons Malina z Hindenburga, z kolei jego krajan Bernard Pacha znalazł się w kolumnie Los Aguiluchos, nim jesienią trafił do kolektywnego gospodarstwa stworzonego przez anarchistów pod Barceloną.



