Tag: Wydawnictwo Czarne

  • „Po dziesięciu latach nadal nie rozumiem tej zbrodni” Nicola Lagioia o „Ciao amore, ciao”

    Brutalne morderstwo młodego mieszkańca Rzymu. Sprawcami są dwaj dwudziestokilkuletni latkowie z dobrych rodzin, którzy przez wiele godzin torturowali swoją ofiarę. Dlaczego w ogóle do niej doszło? Czy ofiara była przypadkowa? Nicola Lagioia w swojej książce „Ciao amore, ciao” pisze o złu i jego podłożu, a także o Rzymie, który jest jednym z bohaterów książki. Książka znalazła się wśród dziesięciu nominowanych do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, a ja spotkałem się z autorem właśnie w Rzymie. Dokładnie 10 lat po wydarzeniach z książki przetłumaczonej przez Tomasza Kwietnia.

    Przede wszystkim wielkie gratulacje z powodu nominacji do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Jak się z tym czujesz?

    To dla mnie zaszczyt, poinformowało mnie dziś o tym moje włoskie wydawnictwo, jestem z tego dumny i bardzo szczęśliwy, bo to nagroda imienia Ryszarda Kapuścińskiego, który był wybitnym pisarzem i przykładem dla wszystkich autorów.

    Rozmawiamy 10 lat po wydarzeniach z Twojej książki, dziś jest 4 marca. Czy w trakcie tej dekady zrozumiałeś tę zbrodnię?   

    Obawiam się, że to niemożliwe przy takim morderstwie bez powodu. Sądzę, że literatura nie ma dawać zdecydowanych odpowiedzi, ale zadawać pytania. Obawiam się, że jedyny z tej trójki, który pozostał przy życiu, jeden z morderców, Manuel Foffo, nie zrozumiał niczego z tego, co zrobił, nie był w stanie przyjąć odpowiedzialności. To niezwykłe, że minęło 10 lat, bo pamiętam bardzo dobrze moment, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tym zdarzeniu w telewizji. Mieszkałem wtedy niedaleko stąd, przeprowadziłem się, i tak jak piszę, pracowałem nad inną książką, jednak natychmiast poczułem, że ta historia bardzo mocno do mnie przemawia. Oczywiście nie wiedziałem, że napiszę o tym książkę, zdałem sobie z tego sprawę wiele miesięcy później.

    Jednak najpierw, gdy dostałeś taką propozycję od gazety, odmówiłeś.

    Tak, ta gazeta to Il Venerdì di Repubblica. Coś dla niej w przeszłości pisałem, ale nic o morderstwie. To były recenzje literackie, recenzje filmowe. Odmówiłem, bo chciałem kontynuować książkę, którą pisałem. Czułem jednak, że jeśli zgodzę się napisać tę książkę, ta historia pochłonie mnie kompletnie. Po 5 czy 6 godzinach wysłałem smsa do gazety, że zmieniłem zdanie, zmieniłem plany, zróbmy to.

    Kiedy zacząłeś pracować nad tym tematem, to wiedziałeś, że napiszesz książkę, czy miał to być tylko artykuł do gazety? 

    Czułem, że z tego może być książka. Ale jaka? True crime – to wydawało się zbyt trudne do napisania. Na początku myślałem, że będzie to powieść, w odległy sposób inspirowana faktami. Rzeczywistość związana z tym morderstwem była tak niezwykła, że po paru miesiącach zmieniłem zdanie i postanowiłem, że spróbuję napisać książkę true crime. To było dla mnie coś bardzo trudnego, bo nie jestem dziennikarzem, więc nie miałem doświadczenia w rozmowach z ludźmi w tak strasznej sytuacji. Trudne było dla mnie dzwonienie do bliskich Luki Varaniego, Marca Prato, Manuela Foffo, do ich rodziców, ich dziewczyn, chłopaków. Na początku nie chcieli ze mną rozmawiać. Potem zmienili zdanie, z większością z nich rozmawiałem przez 2-3 lata. Zacząłem pisać książkę i dalej do nich dzwoniłem, spotykałem się z nimi. Aż z czasem sami już do mnie dzwonili. Nie byłbym w stanie zrobić tego ponownie. Jednak w tamtej chwili odczuwałem tyle współczucia, że to zadziałało. 

    W jednym z wywiadów powiedziałeś, że to twoja pierwsza książka o morderstwie i prawdopodobnie ostatnia.

    Tak, bo to bardzo trudne. Codziennie dzieją się złe rzeczy, morderstwa. Więc czemu akurat to? Nadal nie jestem pewien. Pewnie dlatego, że czułem, jakby Luca Varani, Marco Prato, Manuel Foffo byli mi bliscy, jakby byli moimi młodszymi braćmi, którzy popadli w duże kłopoty. Mimo że się nie znaliśmy. Oczywiście dwaj z nich ponoszą winę, są mordercami, a jeden jest ofiarą, ale to jak trzech młodszych znajomych, czy młodszych braci, zaangażowanych w tragedię. Więc chciałem zgłębić tę historię.

    Rozmawiamy 4 marca, 10 lat temu Luca jeszcze żył. Co wydarzyło się później – wiemy z Twojej książki. Czy Twoim zdaniem, musiało do tego dojść? Czy na miejscu Luki mógł znaleźć się ktoś zupełnie inny? Napisałeś, że przez to mieszkanie przewinęło się wiele osób, zanim znalazł się tam właśnie Luca, który stał się ofiarą.

    Luca miał wielkiego pecha. Był najwrażliwszą osobą, która się tam pojawiła, inne osoby były silniejsze, miały więcej doświadczenia życiowego, nawet jeśli Luca Varani prowadził podwójne życie, był bardzo naiwny – mimo swoich nawyków, podwójnego życia. Stąd mój wniosek, że był najwrażliwszą z osób, które pojawiły się w tym mieszkaniu. Gdyby tego dnia nie odpowiedział na wiadomość na WhatsAppie od Marco Prato…

    Dla mnie to książka o morderstwie, ale też o relacjach rodzinnych. Nie wiem zbyt dużo o Włoszech, ale dla Ciebie, dla Włochów, rodzina jest bardzo ważna, widać to w tej książce.

    Może jest zbyt ważna. Nie wiem, jak w Polsce, ale we Włoszech chłopcy opuszczają rodzinny dom bardzo późno, w wieku 28-30 lat. Żaden z tej trójki, mimo że pochodzili z różnych klas społecznych, nie był niezależny finansowo. Wszyscy byli zależni od rodziców, a ich relacje rodzinne się różniły. Były bardzo zimne w przypadku Marco Prato, w przypadku Manuela Foffo jego ojciec był typem macho, więc dla Manuela bardziej problematyczne było, że ludzie postrzegają go jako geja. Luca Varani wzbudził moje współczucie, bo był tak młody, prawdopodobnie sprzedawał swoje ciało dla zarobku, ale jego relacja z rodziną była bardzo mocna. Czasem tym chłopcom trudno było uciec od swoich rodzin. 

    Kolejnym tematem Twojej książki jest Rzym jako miasto. Nie uważasz, żeby Rzym miał być najlepszym miejscem na świecie, piszesz o szczurach, mewach, komunikacji, problemach tego miasta. Co trzeba zrobić, by je zrozumieć? Czym jest to miasto dla Ciebie, czym jest dla Włochów?

    Nie wiem, czym jest dla Włochów, ale mnie mieszka się w Rzymie bardzo dobrze – jest chaotyczny, pełen życia. I nawet jeśli opisałem straszne wydarzenia, to jest spokojnym miejscem, rzadko dochodzi tu do morderstw. Rzym zwany jest wiecznym miastem, ale może jego sekret polega na tym, że Rzym wie, że nic nie jest wieczne. To miasto istnieje od 2700 lat, w tym czasie umierało i odradzało się wielokrotnie. Każdy tutaj wie, że nic nie jest na zawsze. To sekret tego miasta. W Rzymie mamy powiedzenie „Morto un papa, se ne fa un altro”, – „Gdy umiera papież, wybiera się następnego”. Tu dotyczy to religii. Rzym być może jest miastem nieco cynicznym – ten cynizm wynika z wiedzy, że nic nie jest wieczne, więc w Rzymie nie można czuć się ważnym. Wszyscy pytają: „Co porabiasz?”. Piszesz książkę, otwierasz bar? Nie ty pierwszy, więc wyluzuj. Dla mnie to esencja tego miasta. Amerykanie w Nowym Jorku myślą, że ich miasto będzie wieczne, Rzym – nie. 

    www.unsplash.com/David Köhler

    Zastanawia mnie rola mediów, dziennikarstwa. Po przeczytaniu Twojej książki pomyślałem, że dziennikarze wszędzie na świecie są tacy sami – łakną krwi, morderstw, chcą być pierwsi.

    Szczególnie dziennikarze telewizyjni. Nie wiem, jak jest w Polsce, ale we Włoszech są programy telewizyjne poświęcone wyłącznie morderstwom. Są straszne, ponieważ podchodzą do morderstw bardzo powierzchownie, nie obchodzi ich nic głębszego. Najgorsze pod względem komunikacji są media społecznościowe, ale dziennikarze telewizyjni też robią okropne show z morderstwa. Rozmawiałem z policją – policja ma doświadczenie w kontaktach z dziennikarzami, nie z pisarzami – i pytali, kiedy o tym napiszę, a ja odpowiedziałem, że to może potrwać od roku do 3 lat, to nie będzie jutro. Czyli i ludzie, i policja cieszą się, że zwrócili uwagę dziennikarzy.

    Jeden z bohaterów tej dramatycznej historii nie przyjął propozycji od takiego programu, i z każdą odmową stawka szła w górę.

    To był znajomy tej trójki, Alex Tiburtina, ale on był wyjątkiem. Był biedny, zaoferowali mu nie wiem ile tysięcy euro, ale zawsze odrzucał te propozycje. Bał się, że jak udzieli wywiadu, który się pojawi na YouTube, to ten wywiad zostanie tam na zawsze, więc odmówił. Ojciec Manuela Foffo pojawił się w jednym z najpopularniejszych TV show, prowadzonym przez Bruno Vespę, parę dni po morderstwie. 

    Ludzie na ulicy mówili do niego „jesteś mordercą”.

    Może nie miał świadomości, może prawnik mu źle doradził, ale mówił w tym programie, że jego syn jest bardzo dobrym synem, itd.

    Podczas pisania książki spotkałeś się z rodzinami wszystkich stron?

    Nie, nie wszystkich. Spotkałem się z rodzicami Luki Varaniego. Byli tak życzliwi, tak zdesperowani. Kilka miesięcy temu zmarł ojciec Luki Varaniego, na pewno jego śmierć przyspieszyła wielka żałoba i wielkie cierpienie. Ale spotykałem się z nimi co 3-4 miesiące, przez około 2-3 lata. Spotkałem się również z ojcem Manuela Foffo, to było okropne, bo zachowywał się, jakby chciał znaleźć się w każdej książce, programie, gazecie, ale nigdy nie spotkałem się z rodzicami Marco Prato, ponieważ od samego zdarzenia, a szczególnie po samobójstwie Marco, nie chcieli się z nikim spotykać. 

    Byłeś zaskoczony, że Marco popełnił samobójstwo w więzieniu? Wcześniej, po morderstwie, też próbował się zabić.

    Tak, próbował, ale nie do końca. Byłem zaskoczony, ale jednocześnie gdzieś w środku czułem, że to się może zdarzyć. Pamiętam ten dzień. Wieczorem zasnąłem, czytając materiały z przesłuchania Marco Prato, który odpowiadał na pytania policji i sędziego. Zasnąłem z tymi dokumentami na łóżku. I pamiętam, że się obudziłem i dostałem smsa od kolegi: „Popatrz na stronę Il Messaggero”, to jedna z rzymskich gazet, i od razu zrozumiałem, że to będzie pewnie coś dotyczącego Marco Prato, bo jego proces miał się zacząć następnego dnia. 

    Czego dowiedziałeś się o sobie podczas pisania tej książki?

    Tego, że słuchanie jest ważniejsze, niż mówienie. W procesie pisania to było najważniejsze. To zmieniło też trochę moje zrozumienie tego, kim jest pisarz. Przed tą książką myślałem, że jest demiurgiem, kimś, kto tworzy, zanim o czymś usłyszy. Teraz, nawet przy pisaniu powieści, fikcji, najważniejsze jest dla mnie, by posłuchać, a potem dopiero pisać. Świat zewnętrzny jest być może ważniejszy, niż to, co w tobie. Wierzę w pisarza jako medium, nie twórcę. 

    Co jest w tej książce dla Ciebie najważniejsze, ale poza samym morderstwem?

    – Ważne jest, aby pokazać styl życia ludzi, opisać życie pokolenia młodszego ode mnie. Kiedy byłem młodszym pisarzem, opisywałem życie równolatków lub osób starszych, teraz po raz pierwszy próbuję opowiedzieć historię osób młodszych. Ich młodość jest bardziej samotna, niż moja. Myślę, że obecnie młodzi ludzie mają trudniej, niż ja w czasach młodości. Miałem możliwość, aby opowiedzieć historię o kolejnym pokoleniu. 

    Rodziny tych mężczyzn czytały Twoją książkę?

    Tak, oczywiście wysłałem im książkę, ale nie wiem, co o niej myślą. Oprócz Manuela Foffo, bo on napisał do mnie wiele listów. Pierwsza reakcja była taka: „Dziękuję, płakałem przy czytaniu książki, zrozumiałem wiele, również na swój temat”. Po 3 miesiącach napisał ponownie: „Jesteś okropnym człowiekiem, jestem zupełnie inny, niż osoba, która opisałeś”, więc zmienił zdanie. A potem napisał znowu, że może są rzeczy, które są dobrze opisane, i rzeczy z którymi się nie zgadza. Tak więc wyglądała reakcja Manuela Foffo. Dla mnie bardzo smutną rzeczą związaną z tym morderstwem były rodziny osób zaangażowanych, to, że nigdy się nie spotkały. Widziałem się z ojcem Manuela Foffo, rodzicami Luki Varaniego, ale oni nigdy się nie spotkali, nigdy do siebie nie napisali. I wiele razy mówiłem do Manuela Foffo i jego ojca: „Proszę, napiszcie do rodziców Luki Varaniego, przeproście”, ale nigdy tego nie zrobili. Może ze względu na wstyd, nie wiem. To dla mnie bardzo smutne, że nigdy nie próbowali się ze sobą skontaktować.

    Słowo „przepraszam” nigdy nie padło?

    Nigdy. Poza tym Manuel Foffo, gdy pisał do mnie z więzienia, zawsze mówił o swojej sytuacji. Nawet o swojej relacji z Marco Prato pisał: „to Marco Prato ponosi prawdziwą winę, nie ja… 

    Zmanipulował mnie…

    Tak. Zawsze pisał o manipulacji i nigdy, czy bardzo rzadko, o ofierze, o Luce Varanim.

    Myślisz, że Manuel Foffo czuje się niewinny? „To nie moja wina, to Marco”

    Niewiarygodne, ale moim zdaniem, postrzega siebie jako ofiarę. Ofiarę okoliczności, ofiarę przeznaczenia, ofiarę narkotyków, ofiarę rodziny. Nigdy jako winnego.

    Teraz, w 2026 roku, Manuel nadal jest w więzieniu?

    Tak, jest nadal w więzieniu, dostał 30 lat. 

    Powiedziałeś, że prawdopodobnie nie napiszesz kolejnej książki o morderstwie, ale skoro dostałeś nominacje do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, może zmienisz zdanie?

    Może, nie wiem. Kto wie, ale pisanie o zdarzeniach, które naprawdę miały miejsce, bardzo mocno coś we mnie porusza. Może mogę napisać kolejną książkę non-fiction, ale już nie o morderstwie. 

    Czy Ryszard Kapuściński jest dla ciebie kimś wyjątkowym? Bo dla pisarzy, którzy tworzą non-fiction, Ryszard Kapuściński jest swego rodzaju bogiem. 

    Mam podobnie, bo jest wybitnym pisarzem opisującym rzeczywistość. Raz w życiu, chyba było to przy okazji nagrody w Neapolu [Premio Napoli], spotkałem go. Przyjechał do Włoch, a ja byłem tam z włoską pisarką, Valerią Parella, która powiedziała: „Wow, to Ryszard Kapuściński!” Był taki starszy krytyk literacki i filmowy, Goffredo Fofi, zmarł niedawno, miał 88 lat, mieszkał niedaleko stąd. I on spotkał się z Ryszardem Kapuścińskim, byli znajomymi, więc dla mnie, dla pisarzy we Włoszech, nie tylko tworzących non-fiction, Ryszard Kapuściński jest wielkim pisarzem.

    Byłeś zaskoczony dziś rano, kiedy okazały się, że pośród 137 książek zgłoszonych do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, znalazłeś się w finałowej dziesiątce. 

    To dla mnie już nagroda – znalezienie się w tej dziesiątce już jest niezwykłe.

    Więc może za parę tygodni…

    Nie wiem, nie wiem. Jestem przesądny, lepiej nic nie mów. 

  • Gen. Roman Polko po zamachu na Donalda Trumpa: „teorie spiskowe trzeba wyrzucić do kosza”

    Punktem wyjścia był zamach na Donalda Trumpa, ale gen. Roman Polko na tyle ciekawie opowiada, a także ma tak nieprawdopodobną wiedzę, że porozmawialiśmy o wielu innych rzeczach, także o literaturze. Posłuchacie więc o teoriach spiskowych, które zawsze pojawiają się przy zamachach, więc do tablicy wywołałem książkę „Uwierz w Plan” wydaną przez Wydawnictwo Czarne – świetny reportaż, bardzo polecam, chociaż niektóre teorie tam zawarte ocierają się o fantastykę. Rozmawiamy także o Ukrainie, Rosji, Korei Północnej, a także o tym, czy III Wojna Światowa rozpocznie się na Tajwanie, tutaj z kolei pojawi się „Nigdy” Kena Folletta od Wydawnictwa Albatros.

    Polecam naszą rozmowę, bo dowiecie się, mam nadzieję, wielu ciekawych rzeczy, bo podkreślę to jeszcze raz, wiedza generała jest niesamowita. Smacznego!

  • Strażnicy Teksasu ze Śląska, rozmowa z Ewą Winnicką

    Byli Ślązakami, stali się Teksańczykami. Wypłynęli z Polski po lepsze życie, a co znaleźli w USA? Czy zdołali tam zapuścić korzenie, a może byli skazani na wieczną tułaczkę? Ewa Winnicka w książce „Miasteczko Panna Maria. Ślązacy na Dzikim Zachodzie” opisuje historie ludzi, którzy wyjechali z Płużnicy Wielkiej, a w Teksasie założyli osady Panna Maria, Cestochowa i Kosciusko. Ludzi, którzy do nowego świata przywieźli woreczki ze śląską ziemią oraz wielkie nadzieje. Co w życiu nowych osadników zmieniła ropa naftowa? Jaka w tym wszystkim była rola księdza Leopolda Moczygemby? Przeczytajcie, ale zobaczcie też naszą rozmowę.

    Współpraca płatna z Wydawnictwem Czarne

  • Czy psychiatra może przewidzieć osunięcie się hałdy węglowej? Fragment książki „Biuro Przeczuć” Sama Knighta

    21 października 1966 roku nauczycielkę z Londynu wyrwało ze snu silne przeczucie, że wkrótce wydarzy się coś strasznego. Godzinę później w walijskim Aberfan doszło do tragedii – na górnicze miasteczko osunęła się część hałdy węglowej, zabijając ponad sto czterdzieści osób, w większości dzieci. Wśród lekarzy, którzy pojawili się na miejscu, był psychiatra John Barker.  To on – dla jednych szarlatan, dla innych innowator łączący naukowe podejście z otwartością na ezoterykę – wpadł na pomysł niecodziennego badania: postanowił zebrać świadectwa osób, które w jakiś sposób przeczuły tragedię. By je odnaleźć, założył we współpracy z dziennikiem „The Evening Standard” Biuro Przeczuć, które z czasem przekształciło się w bazę danych zawierającą sny i wizje, mające posłużyć jako ostrzeżenia. Przeczytajcie fragment książki „Biuro Przeczuć. Historia psychiatry, który chciał przewidzieć przyszłość”, która ukaże się już 31 stycznia w tłumaczeniu Agnieszki Wilgi.

    W ciągu ostatniej doby cały świat dowiedział się o istnieniu walijskiej wioski o nazwie Aberfan – miejsca, gdzie dzieci zostały pogrzebane żywcem pod górą odpadów węglowych usypanych przez ich ojców. Wolontariusze z Czerwonego Krzyża rozdali między innymi dziesięć tysięcy papierosów. Brytyjska organizacja zajmująca się ochroną zwierząt wysłała na miejsce furgonetkę i pięciu pracowników, którzy chodzili po domach, by sprawdzić, czy zwierzęta nie ucierpiały w wyniku zamieszania i nie wymagają szczególnej opieki (jak się okazało, takie problemy nie występowały). Jeśli na miejscu katastrofy coś było potrzebne, natychmiast przysyłano tego ogromne ilości. Na wieść, że brakuje rękawic, dostarczono sześć tysięcy par. Gdy policja zgłosiła zapotrzebowanie na spycharkę o nazwie „955 Shovel” [Łopata 955], omyłkowo przysłano dziewięćset pięćdziesiąt pięć łopat. Przed kopalnię zajeżdżały nieoczekiwanie ciężarówki pełne konserw, koszul i owoców. W wielu miejscach piętrzyły się zapasy gumy do żucia, mydła, zup i butelek brandy.

    Dostępu do miejsca katastrofy broniła policyjna blokada, ale niemal każdej osobie w mundurze lub dość poważnie wyglądającym samochodzie udawało się ją pokonać. Rankiem 22 października do wioski zajechał ciemnozielony ford zephyr. Za kierownicą siedział wysoki, barczysty mężczyzna w garniturze i pod krawatem. Był to John Barker, czterdziestodwuletni psychiatra pasjonujący się nietypowymi stanami umysłu. Kilka lat wcześniej zmagał się ze znaczną nadwagą, zaczął więc ćwiczyć i stosować dietę opartą na sucharach, dzięki czemu obecnie ubrania nieco na nim wisiały i zdawał się starszy niż w rzeczywistości. Miał podkrążone oczy, mięsiste wargi i ciemne włosy, które zaczesywał na czoło. Był starszym specjalistą w szpitalu psychiatrycznym Shelton na obrzeżach miasta Shrewsbury, oddalonego od Aberfan jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów na północny wschód, ale leżącego już po drugiej stronie granicy Walii z Anglią. W owym czasie pracował właśnie nad książką, w której dociekał, czy można umrzeć z przerażenia.

    W pierwszych relacjach z Aberfan podawano informacje o chłopcu, który zdołał uciec z budynku szkoły bez szwanku, lecz potem zmarł z powodu wstrząsu psychicznego. Psychiatra chciał to sprawdzić, ale na miejscu zdał sobie sprawę, że zjawił się zbyt wcześnie. Wciąż jeszcze odkopywano ciała. „Szybko zrozumiałem, że niezręcznie byłoby w tej sytuacji o niego pytać” – pisał potem. Przeraził się tym, co zobaczył. Sam miał żonę i troje małych dzieci. Na widok spustoszenia robiło mu się niedobrze. Przypominały mu się niemieckie naloty, które przeżył jako nastolatek, dorastając w południowym Londynie, ale tragedia w Aberfan zdawała się jeszcze bardziej wstrząsająca, ze względu na ogromną liczbę ofiar w jednym miejscu, w dodatku tak małych. „Na ulicy stali rodzice zasypanych dzieci, z wyrazem oszołomienia i beznadziei na twarzach. Wielu wciąż płakało. Nie spotkałem tam niemal nikogo, kto by nie stracił kogoś bliskiego”.

    Łatwo było namierzyć gapiów i osoby postronne, które przyjechały do Aberfan bez ważnego powodu. Ludzie krzyczeli na policjantów stojących z boku i pijących herbatę. Ktoś rzucił puszką po tytoniu w fotografa i zbił mu lampę w aparacie. W ciągu dnia zaczęło mżyć, setki osób przekopujących rumowisko przemokły, a ulice, i tak już pokryte odpadami, zalewało błoto. Pojawiły się obawy, że hałda może się znów osunąć i spowodować dalsze nieszczęścia. W wiosce panowało potworne napięcie. Punkty pierwszej pomocy przeniosły się do miejsc bardziej oddalonych od zbocza. Przygotowano klakson, który w razie niebezpieczeństwa miał dać sygnał ostrzegawczy.

    John Barker mógł po prostu wsiąść w samochód i odjechać, ale tak nie zrobił. Od dawna interesowały go tematy makabryczne i niesamowite. Na pierwszy rzut oka był zwyczajnym psychiatrą. Studiował w Cambridge i w szkole medycznej Uniwersytetu Londyńskiego. Ubolewał jednak nad ograniczeniami swojej dziedziny. Wierzył, że „nowy wymiar” psychiatrii tylko czeka na włączenie go w naukę głównego nurtu, o ile da się przekonać lekarzy, żeby zajęli się zagadnieniami i schorzeniami kojarzonymi przeważnie z medycyną alternatywną i szarlatanerią. Barker należał do brytyjskiego Towarzystwa Badań Parapsychologicznych (Society for Psychical Research), które założono w 1882 roku w celu śledzenia zjawisk paranormalnych. W ostatnich latach przed katastrofą w Aberfan jego członkowie interesowali się problematyką przeczuć, czyli sytuacji, gdy ktoś wie, co się zdarzy, zanim to faktycznie nastąpi. Barker był nowoczesnym lekarzem, a w owych ezoterycznych dociekaniach kierował się podejściem, które opisywał jako „świadomy racjonalizm”. Swoje badania prowadził niejako mimowolnie, jakby władała nim potężna i głęboka siła. W kluczowych momentach życia, gdy mierzył się z jakąś barierą lub ostrzeżeniem, parł dalej, nieustępliwie.

    W Aberfan wyczuł, że ma do czynienia z czymś doniosłym, choć nie był pewien, co to takiego. Podczas rozmów ze świadkami katastrofy uderzyły go wzmianki o „kilku dziwnych i poruszających zdarzeniach”. Szkolny autobus wiozący dzieci z pobliskich okolic opóźnił się z powodu mgły i dojechał na Moy Road już po osunięciu się hałdy. Dzięki opóźnieniu jego pasażerowie ocaleli. Pewien chłopiec zaspał, ponoć pierwszy raz w życiu, matka więc pospiesznie wyprawiła go do szkoły. Wyszedł z domu z płaczem, a chwilę potem zginął. Decyzje podejmowane bezmyślnie, automatycznie, na kilka sekund przed osunięciem się hałdy – kubek herbaty przed rozpoczęciem pracy, zwrócenie wzroku w niewłaściwą stronę, odpoczynek na murku – tego rodzaju drobiazgi przesądzały o życiu lub śmierci.

    Barker chciał poznać charakter tych decyzji i ich podłoże. Czy ludzie przejawiali racjonalny lęk czy raczej podświadomą wiedzę? Ciemne, sztuczne usypiska nad Aberfan od dawna oddziaływały na wyobraźnię mieszkańców wioski. Członkowie rodzin pogrążonych w żałobie opowiadali o snach i możliwych znakach. W kilka tygodni po katastrofie matka ośmioletniego Paula Davisa, który zginął w szkole Pantglas, znalazła rysunek przedstawiający liczne postacie przekopujące zbocze góry pod napisem „koniec”. Chłopiec wykonał go w wieczór poprzedzający tragedię.

    John Barker usłyszał też historię o Eryl Mai Jones, dziesięciolatce o „niezbyt wybujałej wyobraźni”. Na dwa tygodnie przed osunięciem się hałdy dziewczynka powiedziała matce, że wcale nie boi się śmierci. „Po co w tak młodym wieku rozmyślasz o śmierci? – odparła jej mama. – Chcesz lizaka?”

    Później zaś nastąpiła rozmowa opublikowana po pewnym czasie przez Barkera na podstawie relacji miejscowego pastora Glannanta Jonesa, pod którą podpisało się oboje rodziców dziewczynki:

    Na dzień przed katastrofą Eryl Mai powiedziała do matki:

    Mamusiu, chcę ci opowiedzieć, co mi się dzisiaj śniło.

    Matka odparła łagodnie:

    Kochanie, nie mam teraz czasu. Opowiesz mi później.

    Dziecko:

    Nie, mamo, musisz posłuchać. Śniło mi się, że poszłam do szkoły, ale szkoły nie było. Zasypała ją góra czegoś czarnego!

    Następnego ranka dziewczynka poszła do szkoły i tam zginęła.

    Johna Barkera pociągały eksperymenty. Po katastrofie w Aberfan wpadł na pomysł niecodziennego badania. Zważywszy na szczególny charakter zdarzenia i jego przemożny wpływ na świadomość ludzi w całym kraju, postanowił zebrać jak najwięcej przypadków osób, które w jakiś sposób tę tragedię przeczuły, i czegoś się o nich dowiedzieć. Napisał do Petera Fairleya, redaktora działu naukowego w londyńskiej gazecie „Evening Standard”, z prośbą o nagłośnienie tych poszukiwań. […]

    *

    John Barker otrzymał siedemdziesiąt sześć odpowiedzi na swój apel w sprawie osuwiska w Aberfan. […] Psychiatra odpisał na otrzymane listy i zadzwonił do ich nadawców, żeby spytać o szczegóły i dostępnych świadków. Spośród sześćdziesięciu dość prawdopodobnych przeczuć dwadzieścia dwa miały oparcie w dowodach wskazujących, że zostały opisane, zanim jeszcze hałda numer siedem zaczęła się ruszać. Zebrany materiał przekonał Barkera, że zdolność do przeczuć wcale nie jest w społeczeństwie czymś niespotykanym – jak podejrzewał, może ona występować równie często jak leworęczność. Wizja Eryl Mai Jones, dziewczynki zmarłej w Aberfan, stanowiąca przykład „czystego przeczucia”, jak i szczegółowy opis przedstawiony przez Constance Milder podczas seansu spirytystycznego wydały mu się równie zdumiewające.

    Johna Barkera jako lekarza wyjątkowo interesowały relacje siedmiu respondentów, u których przeczuciom towarzyszyły objawy zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Do osób tych oprócz Grace Richardson należała także panna Middleton, która obudziła się, krztusząc się z przerażenia. Inna kobieta, pracująca w bankowym dziale badań, doświadczyła natomiast „silnych fal”, które w okresie poprzedzającym katastrofę co dwie godziny zakłócały jej koncentrację. Większość ludzi należących do tej grupy uważała swoją zdolność jasnowidzenia za cechę stałą, a zdolność przeczuwania zdarzeń dostrzegała u siebie od lat.

    Do owej siódemki należał też Alan Hencher, pracownik pocztowej centrali połączeń międzynarodowych. Swój list napisał 29 października, czyli w dzień po ukazaniu się artykułu Fairleya, lecz w przeciwieństwie do pozostałych respondentów, którzy zdawali się albo niepewni, albo przesadnie skupieni na tym, by wypaść przekonująco, Hencher pisał w sposób dość beznamiętny: „Przyjmuję, że jestem w stanie przewidzieć pewne zdarzenia, ale nie mam pojęcia, jak to się dzieje ani dlaczego”.

    Na dwadzieścia cztery godziny przed katastrofą w Aberfan siedział po godzinach w pracy, w głównym urzędzie pocztowym, mieszczącym się w Faraday Building w pobliżu Tamizy w londyńskim City. Według jego relacji wszystkie wcześniejsze przeczucia poprzedzała narastająca przez kilka dni silna migrena, „jakby na głowie zaciskano mi stalową obręcz”. Natomiast jeśli chodzi o katastrofę w Aberfan, doznania pojawiły się nagle:

    Uderzyło mnie to nagle, bez ostrzeżenia. Zacząłem się cały trząść, poczułem się ospały i nie mogłem się skoncentrować na pracy. Gdy kobieta siedząca obok spytała mnie, czy nie jestem chory, powiedziałem jej, że gdzieś w kraju ma miejsce wielka katastrofa, która może pochłonąć wiele ludzkich istnień. Nie byłem w stanie dokładnie określić miejsca zdarzenia, zresztą nigdy tego nie umiałem. (Od tamtej pory owa koleżanka patrzy na mnie z wielką troską i chyba stara się unikać przebywania koło mnie).

    John Barker postawił tezę, która całkiem by pasowała do książki Davida Enocha na temat rzadkich chorób i zaburzeń: stwierdził, że być może istnieje coś takiego jak „syndrom prekatastrofalny”, doświadczany przez niewielką część ludzi. Podejrzewał, że u pewnych osób mogą występować szczególne doznania fizyczne poprzedzające ważne lub emocjonujące zdarzenia, jak u bliźniąt, które twierdzą, że odczuwają nawzajem swój ból, nawet jeśli dzielą je setki kilometrów. „Czy może jest to nieznany dotąd syndrom medyczny lub psychosomatyczny, pokrewny poniekąd zjawisku określanemu mianem »współczującej projekcji bólu«? – pytał Barker w artykule opublikowanym w roku 1967 w periodyku Towarzystwa Badań Parapsychologicznych. – Czy objawy występujące u tych jednostek biorą się ze swoistej telepatycznej »fali wstrząsu« wywołanej katastrofą? Lecz jeśli tak, to dlaczego doświadcza się ich z wyprzedzeniem, a nie dopiero w czasie zdarzenia […]? Nie ulega wątpliwości, że owe »ludzkie sensory katastrof« wymagają dalszej analizy, w tym być może pełnego badania psychiatrycznego”.

    W przeczuciach dotyczących katastrofy w Aberfan Barker dostrzegał coś ogromnie obiecującego, lecz zauważał też trudności typowe dla tego rodzaju badań. Podobnie jak w większości przypadków nadzwyczajnej intuicji materiał można zebrać dopiero po fakcie. Należy też zadać sobie pytanie metafizyczne: co właściwie odczuwa ktoś, kto ma przeczucie – czy w jakiś sposób odbiera samo zdarzenie, czy raczej wstrząs i smutek przez nie spowodowane? „Katastrofy w Aberfan nie da się oddzielić od wieści o niej” – pisał lekarz. Jak zatem można wykorzystać przekazywane informacje? Barker przyznawał, że nawet gdyby ostrzegawcze sny i przeczucia od razu upublicznić, nie było powodu, dla którego ktoś miałby im wierzyć lub podejmować na ich podstawie konkretne działania: „Po pierwsze dlatego, że byłyby zapewne niedostatecznie jasne, po drugie zaś nie istniał żaden kanał służący do przekazywania ich odpowiednim władzom”. Osoby, które zgłosiły się w odpowiedzi na artykuł Fairleya, po prostu cieszyły się, że ktoś chce ich wysłuchać. „Oto moje fakty! – pisała wspomniana pracownica banku. – Chętnie korzystam z okazji, żeby Państwa o tych sprawach informować, bo ludzie zwykle są skłonni uznawać człowieka za wariata”.

  • Jak urządzano mieszkania w PRL-u? Agata Szydłowska o „Futerale”

    Czy wnętrze z czasów PRL-u było tandetne, czy może jednak ikoniczne? Agata Szydłowska napisała książkę „Futerał. O urządzaniu mieszkań w PRL-u”, w której stara się znaleźć odpowiedź na to pytanie. Znajdą Państwo w niej opowieści o łazienkach, kuchniach, dużych pokojach, telewizorach i meblościankach, ale też sporo zdjęć, np. pierwszych bloków mieszkalnych z wielkiej płyty na Osiedlu Centrum D5 w Nowej Hucie oraz z fabryki dywanów w Białymstoku. Jak Polska długa i szeroka marzenia były podobne. Najpierw swój kąt, a później jego umeblowanie. Posłuchajcie Agaty Szydłowskiej, która opowiada o swojej najnowszej książce.

  • Przedpremierowy fragment „Martwego klifu” Jędrzeja Pasierskiego

    Do książek Jędrzeja Pasierskiego specjalnie przekonywać mnie nie trzeba, bo uważam go za dobrego pisarza. Jednak na „Martwy klif” czekam szczególnie, bo miejsce akcji, czyli brzegi Karsiboru, Świnoujście i wyspę Wolin znam, ze względów rodzinnych, dość dobrze. Na razie musi wystarczyć mnie i Państwu fragment, bo premiera na początku kwietnia. Poniżej przedsmak.

    W końcu to dostrzegł. Coś bardzo białego, kołyszącego się delikatnie na wodzie, jakby przytrzymywanego przez sitowie. Ciało.
    – Stop – powiedział. – Proszę mnie przepuścić. Mijając Rogoszę, Kacperski usłyszał, jak stary odetchnął z ulgą. Jego rola odkrywcy już się skończyła. Gdyby nie znalazł tego ciała, nie ma gwarancji, że kiedykolwiek by je odkryto. O tej porze roku nie było turystów. Powracały już powoli ptaki z rezerwatu po stronie Karsiboru, wśród nich i te drapieżne. Niewątpliwie nadmorska policja stała się dłużnikiem starego rybaka.
    Denat był wysoki. Jego długie nogi zaplątały się w sitowie, jakby kępa walczyła o swoje i sama chciała zagarnąć ciało. Przydługie siwe włosy unosiły się na wodzie. Kacperski się nachylił. W okolicach żeber mężczyzna miał głęboką ranę. Ten człowiek był za lekko ubrany jak na połowę marca. Miał na sobie tylko spodnie i podartą, zakrwawioną koszulę. Zsiniałe stopy wystawały z nogawek. Umarłby przez hipotermię; zwłaszcza że wydawał się bardzo stary.


    Kacperski nagle się zachwiał. – Ostrożnie – rzekł Rogosza za jego plecami. – Tu jest grząsko, muliście i może wciągnąć.
    Odruchowo sprawdzając słowa starego, poruszył butem. Nogi utknęły mu solidnie w mule. Wyrwał je z trudem. Z kieszeni wyjął lateksowe rękawiczki i zbliżył się do ciała.
    Kiedy ten człowiek zmarł? Jeszcze relatywnie mało cech rozkładu. A jeśli ciało wydawało jakąś woń, to zapach traw, mułu, a także wiatr skutecznie ją zabijały. Stary człowiek. Kolejne ciało, jakby wyspa Wolin i zalew robiły tu swoje porządki.
    Na twarzy zmarłego malował się spokój. Kacperski sięgnął do koszuli denata, tam gdzie Rogosza już zaglądał. Policji w Świnoujściu rybak powiedział, że chciał sprawdzić, kim jest zmarły człowiek. Gdyby coś ukradł, toby się nie przyznawał, prawda? Myśli przepływały przez głowę Kacperskiego z dużą szybkością, jakby napędzał je dodatkowo wiatr znad zalewu.


    Chwilę szperał i w końcu dotknął małego przemokniętego przedmiotu.
    Portfel. Szkoda, że stary zostawił ślady, i to być może na całym ciele. Można je wykluczyć, ale to dodatkowa komplikacja. Dlaczego morderca akurat tutaj przywiózł ofiarę? Kacperski jeszcze raz rozejrzał się po okolicy. Morze traw, a pora roku nieprzychylna. Przystanie kajakowe, żeglarskie świeciły pustkami. A mimo to z pewnością pojawiali się amatorzy, nieustraszeni kajakarze, no i rybacy, jak Adam Rogosza…
    Może morderca po prostu potrzebował czasu?
    Czuł na plecach spojrzenia pozostałych. Ostrożnie wyjął z portfela przedmioty i kartę kredytową do banku, prawo jazdy oraz jakąś legitymację parkingową i bon do supermarketu. A przede wszystkim dowód osobisty.
    Michał Góralski.
    Chwilę obracał je w dłoni.
    Następnie odwrócił się i kiwnął głową.
    – Sprawdź wszystkie numery z dowodu – polecił funkcjonariuszowi z Kamienia. – Nazwisko nie jest bardzo rzadkie. Wciąż mogło dojść do pomyłki, prawda?
    Tamten pokiwał głową, choć bez przekonania. Nie doszło; wszyscy o tym wiedzieli, choć Kacperski miał nadzieję, że to nie to. Myśli zaczęły krążyć mu pod czaszką jak rój much. Do buta wlało mu się trochę wody, była lodowata. Zaczynał marznąć.
    Czekali na jego znak. Przepuścił więc fotografa i techników. Mewy latały wokół nich zaniepokojone: skąd wzięło się to nagłe zbiorowisko na tym zgoła bezludnym terenie? Piszczały i wydawały z siebie odgłosy oburzenia. Świat tutaj nie należał do ludzi.
    – Podkomisarzu?
    – Tak? – ocknął się Kacperski.
    – Mam potwierdzenie. Krótka cisza, zwiastująca najgorsze.
    – To jest ten człowiek.
    – Więc już trzeci – powiedział Kacperski.
    – Zgadza się, podkomisarzu.
    – To już trzeci z nich – powtórzył mechanicznie.
    Fotograf robił zdjęcia, technicy zbierali odciski i badali ślady. Jeśli cokolwiek tu się zachowało. Policjanci ze Świnoujścia, teraz trochę bez zajęcia, kierowali na niego spojrzenia. Tak jakby znienacka miał udzielić im odpowiedzi. Wiedział i rozumiał tyle samo co pozostali. Czyli nic.
    Spojrzał na drugą, wschodnią stronę zalewu, tam gdzie rozciągał się Woliński Park Narodowy. I choć wysoka kępa traw przesłaniała mu widok, pomyślał o miejscu, które było po drugiej stronie wody.

    Nina Warwiłow zanurzyła stopy w chłodnym jeziorze. Ciało zaprotestowało, ale szybko ogarnęła ją przyjemna błogość. Po rundce dookoła zbiornika woda wcale nie wydawała się taka zimna. Nina prawie nie czuła, że to połowa marca i że droga tutaj, na Pojezierze Lubuskie, już zdążyła ją wykończyć. A nawet nie były z Milą blisko celu. Być może chciała tu zostać, nie jechać dalej. I żeby wiecznie była szósta rano w tym przejściowym czasie między zimą a wiosną. Gdzieś pod niemiecką granicą, skąd prawie mogłaby dostrzec górującą nad światem sylwetkę Chrystusa ze Świebodzina.
    Rozpędzała się ostatnio. Dwa, trzy, pięć kilometrów. Wyszła z wody, już nie było jej tak gorąco. Rozejrzała się. Malowniczy Łagów spał. Był położony na czymś w rodzaju grobli między dwoma jeziorami i Nina miała wrażenie, że chłód ciągnie od obu naraz. Zimno stawało się dokuczliwe.
    Spojrzała na garmina, kosztowny zegarek, który sprawiła sobie w  prezencie na czterdzieste urodziny. Była czterdziestoletnią policjantką, matką niespełna czteroletniej dziewczynki. Wkraczała w wiek średni. Może powinna rozbudować profil w mediach społecznościowych i pokazywać, jak świetnie się trzyma. Chociaż w sprawach kobiecych ciało dawało jej znać, że nie jest młódką, fizycznie czuła się lepiej niż przedtem. Minęły migreny, które nękały ją regularnie w poprzednich latach. Skończyły się uciążliwe przeziębienia. Nie miała na nie ostatnio czasu: praca i praca, w przerwach czas dla dziecka. Bez dramatów, bez komplikacji i bez mężczyzn – przynajmniej przez ostatnie dwa i pół miesiąca.
    Odczuwała lekki niepokój przed tym, co było celem jej podróży. A przecież jechała na wakacje, a przynajmniej na coś, co miało pełnić z grubsza funkcję urlopu. Wstała i otrzepała się z czystego piasku. Chłodna plaża była kompletnie pusta i dzika. Minie jeszcze parę miesięcy, zanim zaczną ją oblegać tłumy. Słońce ledwo się rozgościło nad wodą, rozświetlając jezioro. Z żalem opuściła to miejsce.
    Godzinę później zjadły z Milą lekkie śniadanie złożone z owsianki (czysta dla Mili, z miodem i bakaliami dla niej). Następnie zapakowały się do pękającej już w szwach mazdy, w której niebezpiecznie mnożyły się książeczki w twardych okładkach, i ruszyły.
    Jej poranny prawie mistyczny nastrój oznaczał dobre złego początki. Zadbała o śniadanie, ale nie o lunch, a Mila, ciesząca się doskonałym apetytem, szybko zrobiła się głodna. Chwilę później, w kafejce na stacji benzynowej Lotosu, znalazły się w przedsionku piekła. Nawet w marcowy dzień stacja była oblężona. Skąd ci wszyscy ludzie się brali? Jechali tam, gdzie one? Podejrzenie absurdalne, a jednak bezsprzecznie tu były tłumy i wcale nie chciały rzednąć.
    Mila trzymała ją mocno za rękę, jakby ją również przestraszył ten ścisk. Obie odwykły od tego, żyjąc w dzikich ostępach Beskidu Niskiego, najbardziej pustego miejsca w Polsce. Udało im się w końcu zamówić i zjeść suchy wegański kotlet i całkiem dobre frytki. Właśnie: w kafejce serwowano bogatą ofertę wege, przy stolikach były kabelki do ładowania iPhone’ów, a na drodze minęły ją elektryczne tesle. Czuła się jak Rip Van Winkle. Przez ostatnie pół roku, które spędziły w Beskidzie Niskim – gdzie świat jesienią i zimą zamierał – dokonały się duże zmiany.

    Jędrzej Pasierski, fot. Łukasz Giza


    Ruszyły i Mila wkrótce zasnęła. Gadająca zabawka, nazywana przez nie obie „komputerem” – aby mała nie zabierała się do tego prawdziwego – smętnie zwisała jej z paluszków. Plastikowe kartki coś jeszcze nawijały po angielsku („this is elephant, this is giraffe”); tak jakby Mila naprawdę mogła się w ten sposób nauczyć. Przez sen, jak ci maturzyści kładący podręczniki pod poduszkę. Spała jak zabita. A może również denerwowała się tym, co miało nastąpić.
    Jechały jeszcze parę godzin drogą S3, aż w końcu odsłoniła się przed nimi oszałamiająca perspektywa miasta Wolin, rozciągającego się za mostem oddzielającym wyspę od stałego lądu. Nina widziała czerwone dachówki i dużo wody; położenie „wartownika” – strażnika wyspy – było spektakularne. Znajdowały się już blisko celu, a mała dalej spała. Miks szumu autostrady, ględzącego „komputera”, ballad starej-nowej Nory Jones oraz Dawida Podsiadły wystarczył, żeby trzymać ją w uśpieniu.
    I wilk syty, i owca cała; lepsze to niż słuchowiska o Muminkach. Dobra muzyka, przy której w dodatku Mila od razu zasypiała – choć i tak Nina upewniła się, patrząc w lusterko, czy mała rzeczywiście śpi. Była jak każda matka w erze smartfonów. W pracy oglądała zdjęcia Mili i teraz też nie mogła się oprzeć pokusie, żeby na nią ciągle spoglądać. Na kędziorki, długie i gęste, opadające na równie długie rzęsy. Ta dziewczyna zawróci chłopcom w głowie prędzej niż później. Będzie miała swoje nastoletnie życie i nie było nikogo, kto mógłby wspomóc Ninę w trudnych decyzjach.
    Była tylko ona, w roli ojca i matki.

    Zasłuchała się w rzewne melodie – co teraz porabiała Jones? – i w ostatnim momencie zorientowała się, że nawigacja od dłuższego czasu awanturuje się o skręt. Zrobiła to zbyt gwałtownie i spojrzała w lusterko. Mila nie przebudziła się, choć niepokojąco się skrzywiła. Wyglądała teraz jak jeździec bez głowy. Czy Nina miała się zatrzymać? Jedna z setek sytuacji, kiedy zadawała sobie pytanie, jak powinien zachować się odpowiedzialny rodzic. Tak jakby sama nigdy nie spała ze spuszczoną głową. Nawigacja pokazywała jeszcze około piętnastu minut i sensowniej było pozwolić małej pospać, bo z pewnością czekały ją jeszcze emocje.

  • Mamy nadmiar publikacji i niedobór czytelników. Rozmowa z Ryszardem Koziołkiem

    Sztuczna inteligencja, lektury szkolne, książki, które działają na ludzi przez setki lat, ale też takie, które lądują na śmietniku historii. Rozmawiamy też o tym, jak Olga Tokarczuk zawstydziła literaturoznawców i nadmiarze publikacji i niedostatku czytelników. Pojawia się też wątek hałd wstydu i dorabianiu w czasach studenckich jako stróż nocy.  Prof. Ryszard Koziołek opowiada o swojej najnowszej książce „Czytać, dużo czytać”. 

     

     

     

     

     

     

     

     

     

  • Śląska kultura to już nie kiełbasa, kabaret i piwo. Rozmowa z Grzegorzem Kulikiem

    Jest duże prawdopodobieństwo, że „Kajś” zamieni się w „Gdzieś”. Grzegorz Kulik przetłumaczy na język śląski książkę Zbigniewa Rokity, za którą pisarz zdobył Nagrodę Literacką „Nike”. Z tłumaczem rozmawiam o przekładzie z polskiego, kulturze, a także śląskiej tożsamości. Pojawia się też kanapka, którą do dziś Grzegorz Kulik ma na sumieniu. Jaki będzie finalny tytuł przetłumaczonej powieści, tego nie wiemy, ale wiadomo, że książka, podobnie jak wersja pierwotna, zostanie wydana przez Wydawnictwo Czarne.

  • Proces łamania – tekst Piotra Niemczyka

    Książka Cezarego Łazarewicza o zabójstwie, a raczej o śledztwie związanym z zabójstwem Grzegorza Przemyka, jest już w księgarniach od pięciu lat. Film już zdążył zejść z ekranów najpopularniejszych kin, można go jeszcze obejrzeć w tych bardziej niszowych. Mam jednak wrażenie, że pewien wątek książki, bardzo mocno uwypuklony w filmie, wydaje się coraz bardziej aktualny.

    Przyglądając się temu, co dzieje się na polskich ulicach i placach od kilku lat, a od kilku tygodni także na granicy polsko-białoruskiej, nie jestem w stanie zrozumieć, jak to się dzieje, że starannie wybrani, profesjonalnie wyszkoleni, uczeni empatii i pomocniczości wobec obywateli w kłopotach, szkoleni do starannego i bezwzględnego przestrzegania prawa, funkcjonariusze policji i innych służb państwa zamieniają się w bezwolne maszyny. Zdolne tylko do dokładnego wykonywania poleceń przełożonych, mimo że wiedzą – bo nie sposób wyobrazić sobie, że nie wiedzą – o przynajmniej kilkuset wyrokach i postanowieniach sądów, stwierdzających, że ich działania wobec obywateli były nieuzasadnione, bezpodstawne, z nadmiernym wykorzystaniem środków przymusu bezpośredniego, połączone z przekroczeniem uprawnień… Można be tych oceny wartościujące, w uzasadnieniach sentencji, wymieniać jeszcze w kilku kolejnych wierszach.

    Jak to jest, że młodzi mężczyźni, którzy w obecnej sytuacji na rynku pracy dostaną wszędzie nieźle płatne zajęcie, mający poczucie własnej wartości i elementarną znajomość prawa, wykonują ściśle zadania, za które w przyszłości być może powinni odpowiadać karnie? A przecież nie grozi im nic poważnego. Ustawa o policji (i ustawy o innych służbach) przewidują możliwość odmowy wykonania rozkazu z natychmiastowym powiadomieniem komendanta głównego. Przecież za tego rodzaju działanie grozi mu w ostateczności (bo przecież jeżeli działał w dobrej wierze, to nie naruszył ustawy ani regulaminów) wydalenie ze służby po postępowaniu dyscyplinarnym i z możliwością odwołania do sądu.

    Trudno sobie wyobrazić, aby funkcjonariusz mógł być oskarżany o niesubordynację czy inną dezercję w przypadku zgodnego z regulaminem zgłoszenia wątpliwości co do legalności polecenia. Zdumiewające jest to przywiązanie do służby, munduru, procedur czy kolegów kultywujących poczucie, że są w jakiejś elitarnej służbie. Czy to o to chodzi? A przecież zaufanie do instytucji policji leci na łeb na szyję. Coraz większy procent Polaków uważa, że po zmianie partii rządzącej trzeba będzie, przynajmniej tych nadgorliwych, funkcjonariuszy rozliczyć. A mimo to ich nadgorliwość nie tylko powtarza się, ale i narasta.

    W książce Łazarewicza, a jeszcze bardziej w filmie Jana P. Matuszyńskiego, „Żeby nie było śladów”, ten proces pokazany jest bardzo wyraźnie. Dotyczy szczególnie wysokiej rangi funkcjonariusza SB, granego przez Tomasza Kota, pułkownika Kowalczyka, który nawiązuje do postaci wspominanego przez Cezarego Łazarewicza Romualda Zajkowskiego. Początkowo, ten istotny w strukturze gabinetu ministra oficer przedstawia raport zgodny z prawdą i proponuje rozwiązanie całkowicie słuszne i akceptowalne. Ukarać milicjantów, żeby pokazać, że nikt nie jest ponad prawem.

    Niestety generał Kiszczak jest bardziej politykiem niż sprawiedliwym szeryfem. Wyczuwa szybko (i najprawdopodobniej słusznie, choć nie wiemy jak by się potoczyły zdarzenia, gdyby to rzeczywiście sprawcy, a nie niewinni sanitariusze zostali ukarani), że sprawa będzie miała charakter polityczny i trzeba sfabrykować dowody, aby obciążyć pogotowie, i uniewinnić milicjantów.

    Płk. Kowalczyk stopniowo przyjmuje tę grę. Początkowo wykonuje tylko polecenia, ale z czasem robi się coraz bardziej kreatywny. W końcu to on wymyśla jedną z kluczowych intryg dla obciążenia sanitariuszy.

    A przecież niewiele ryzykuje. Gdyby przestał ślepo wykonywać polecenia Kiszczaka, co najwyżej by został przesunięty na inne stanowisko. Jest na tyle wysoko, że raczej nie zostałby dotkliwie ukarany. Co najwyżej uznany za mało przydatnego. Tym bardziej, że czas pokazałby, że to on miał rację postulując ukaranie milicjantów, bo sytuacja polityczna wymknęła się spod kontroli i nikt w Polsce nie wierzył w niewinność zomowców.

    W filmie ten proces łamania się postaci granej przez Tomasza Kota wydaje się bardzo krótki. W rzeczywistości też tak pewnie było. I też nie był to najprawdopodobniej jedyny przypadek, kiedy fakty musiał ustąpić linii propagandy. A jednak były w milicji przypadki odmowy wykonania rozkazu, a w SB przejścia „na drugą stronę” i pomagania opozycji. Czyżby w obecnej policji pranie mózgu było silniejsze niż w PRL?

    Czytając książkę Łazarewicza lub oglądając film na jej podstawie, przypomina się ten fragment wiersza Miłosza, który otwierał każdorazowo rubrykę „Tygodnika Mazowsze” o represjach wobec obywateli: „Spisane będą czyny i rozmowy” i niewiele, przynajmniej przed historią, pomoże nieudolne zacieranie śladów.

    Piotr Niemczyk