Tag: Wydawnictwo Czarne

  • „Wiele tytułów”, fragment najnowszej książki Ryszarda Koziołka

    Zdradziecka mowa

    Długo byłem nieświadomy, że pewna treść mojego życia, przeżywanego w ruchliwej krzątaninie zabawy, nauki i pracy na terytorium o promieniu nie większym niż dwadzieścia pięć kilometrów, nosi nazwę „Śląsk”. W dzieciństwie nikt tak nie nazywał mojej wsi położonej u stóp Beskidów, między Bielskiem a Cieszynem. Cieszyn to już był całkowicie inny świat, a cóż dopiero miasta Górnego Śląska. Dla wiejskiego dziecka obcy są wszędzie – w innej dzielnicy, innej wsi, za rzeką, za płotem. A ci z miasta to już są obcy najbardziej. Dalej jest kosmos, czyli zagranica. Ten atawizm terytorialny jest naturalny jako zwierzęcy depozyt w człowieku. Dopiero dojrzałość przynosi rozumienie, że istnieje przestrzeń dzielona pokojowo z innymi – wspólne boisko, basen, drogi, parki, czyste lub brudne powietrze, ojczyzna. O tej wspólnocie z „obcymi” powiedzieli mi dopiero w szkole. Uczyli jej poloniści, geografowie, historycy, folkloryści. Nadali mi nową tożsamość, a jednak źródłowe poczucie, kim jestem, jest wywiedzione z domowego języka, lokalnego pejzażu, codziennych rytuałów – trudnych do uzgodnienia z narracją historii powszechnej, a jednak niezbędnej.

    Droga do siebie wiedzie bowiem przez obce krainy. Trzeba wyjść poza swoją lokalność, żeby zrozumieć, że jest się innym dla innych. U siebie byłem taki sam, wszyscy mówili podobnie i zachowywali się zrozumiale. Dopiero jako nastolatek po raz pierwszy usłyszałem od rówieśników przygodnie spotkanych nad Bałtykiem, że jestem Ślązakiem. Poznali mnie po śladach mowy, choć mówiłem „czysto, po polsku”. Pewnie zdradziły mnie gardłowa artykulacja samogłosek i lekkie przesunięcie akcentu na ostatnią sylabę. Pamiętam falę wstydu i swój niezdarny protest, że wcale nie!, że jestem spod Bielska-Białej, a Cieszyński to nie to samo co Górny. Czułem się dotknięty podwójnie. Po pierwsze, zostałem włączony w pewną całość, z którą wcześniej nie czułem żadnej wspólnoty, a po drugie, dostrzegłem, że ktoś we mnie widzi innego, to znaczy, że mam jakąś odrębność, może skazę, która mnie stygmatyzuje. Chciałem być neutralny. Chciałem być chłopakiem, z którym inne chłopaki grają w nogę. Jako że oni pierwsi dokonali tego nazwania, oni byli tymi, którzy nazywają, a ja tym, który został nazwany, czytaj: przezwany. Wydawało mi się, że mówię czystą polszczyzną, tymczasem oni słyszeli akcent, intonację, artykulację i powiedzieli: „Widzimy cię. Jesteś widzialny”. Jakbym miał jakąś rysę, szramę, coś innego niż mają oni. Być może to jest niezbędne doświadczenie, że ktoś nas musi pokazać palcem i powiedzieć: „Jesteś inny”. Wtedy rodzi się tożsamość, ale zaraz zaczyna nas uwierać, ponieważ równocześnie nas eksponuje i postponuje.

    Katowice z lotu ptaka, zdjęcie dzięki uprzejmości www.tvs.pl

    Dziś, mimo nieprzerwanego kształcenia się w „polszczyźnie literackiej”, nie byłoby inaczej. Po trzydziestu latach życia na Górnym Śląsku jeszcze łatwiej można usłyszeć w moich wypowiedziach dźwiękowe ślady pozostawione przez ludzi, których słucham i z którymi rozmawiam tu przez dziesiątki lat. Mowa jako pierwsza wiąże nas z lokalnością; przenika i stygmatyzuje w okresie, kiedy nie mamy żadnej szansy oporu wobec języka, jakim mówią do nas dorośli, których słowa bezwiednie lub pod przymusem powtarzamy przez pierwsze lata życia. Mowa mówi do nas, kiedy nie mamy żadnej innej – urodzeni bez języka. Dostajemy ostatecznie tylko jeden, nigdy w pełni nasz własny. Tylko ten jeden posiadamy, podczas gdy innych już się uczymy. Kiedy zyskujemy tego świadomość i zdolność oporu, zwykle jest już za późno.

    Wycyrklowane dni sóm, że nie lza się cióntać – Czas jak szwindlyrz nas łorżnie, nie ciućko się z nami.

    Takimi słowami i zdaniami mojego pierwszego języka mogły mówić opiekujące się mną babki: Hela i Milka. Albo dziadek Władek. Mogli, ale na pewno nie mówili. W domu się „rządziło” (w Cieszyńskim) lub „godało” (na Górnym Śląsku), ale nie były to gwara czy język o spójnym słowniku i gramatyce. Mowa dziadków była już zmącona – przez Kościół, w którym mówiło się polszczyzną Reja i Biblii gdańskiej; przez kilka klas szkoły powszechnej; językiem radia i gazet. Władek w fabryce mógł jeszcze mówić z majstrem po niemiecku lub czesku. Mama i tata mówili już inaczej, językiem mocniej ukształtowanym przez polszczyznę szkoły, pracy i mediów. Niemniej mowa domowa mówiła do mnie językiem niejednorodnym, zmąconym wiekiem i wykształceniem domowników; światami, w których przebywali poza domem.

    Na dodatek moja rodzina była religijnie dwubiegunowa. Jeśli nie każdy, to wielu ma swoją stronę Méséglise i stronę Guermantes, swego Naphtę i Settembriniego. Ja miałem „stronę Milki” i „stronę Heli”. To imiona dwu moich babek. Hela była luteranką, jak większość rodziny. Jej sypialnia przypominała pieczarę. Na stoliku stał wielki słój z tranem, którego wielką łyżkę musiałem wypić za każdym razem, gdy byłem skazany na jej opiekę. Prawdziwa chłopka chodząca boso od czerwca do sierpnia; chuda, twarda, surowa, nieco złośliwa, skąpa, bogobojna i kochająca swoje wnuki despotyczną, arbitralną miłością, która nie pyta, czego pragniesz, ponieważ wie najlepiej, jak cię uszczęśliwić. Zawdzięczam jej obycie ze zwierzętami, zrozumienie ludowego luteranizmu oraz zabroniony mi przez mamę styl ubierania się, który polega na tym, że nieważne jak wyglądasz, byleby ci było ciepło.

    Milka była katoliczką, grubą matką-boską-wszystko wybaczającą. Zmyślała, kłamała, można ją było doprowadzić na skraj śmierci przez rozśmieszenie. Lubiła jedzenie, Sienkiewicza i koncerty noworoczne z Wiednia. Jej zawdzięczam pierwszą wizytę w katolickim kościele. Kiedy mnie tam zabrała w tajemnicy przed rodzicami, byłem przekonany, że trafiłem do pogańskiej świątyni. Musiała to być poranna msza w tygodniu. Nikłe światło przebijające przez witraże potęgowało półmrok wnętrza wypełnionego przedmiotami i wizerunkami, które wprawiały w osłupienie umysł pięciolatka od urodzenia przebywający na ikonoklastycznej diecie. Posągi, chorągwie, obrazy, wota, baldachimy, całe to neobarokowe przegięcie stylu dewocyjnego zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie. Ksiądz też był inaczej ubrany. Byłem przekonany, że popełniam straszliwe bluźnierstwo, a pastor Janik na pewno się o tym dowie i pójdę do piekła.

    Choć bardziej niż piekła i Janika bałem się Heli, to strategia budowania tożsamości luterańskiej na posiadaniu wyraźnego katolickiego wroga była w moim wydaniu niemożliwa. Wszelki radykalizm został zablokowany miłością, która sprawiła, że tworzyliśmy z babkami nieczysty trójkąt wyznaniowy, w którym ja byłem bokiem najbardziej pokrzywionym.

    Niedawno, zaledwie kilka dni temu, czytając korespondencję Jana Wantuły, zrozumiałem, że ten rodzaj pomieszanej tożsamości ideowej wcale nie musi owocować wewnętrznymi konfliktami. Pisze mianowicie Wantuła do Marii Wysłouchowej tak:

    Co do mnie, to jestem wielkim nieprzyjacielem klerykałów, ale nigdy Kościoła katolickiego. – Daleki jestem od tego, by powiedzieć, że moje wyznanie jest ideałem, ale szanuję mój Kościół gwoli wolności sumienia, jaką posiadam. Gdy mię ktoś drażni gwoli mego przekonania, tedy odpowiadam: „Pierw byłem Polakiem, później luteranem [!]”. Polakiem jestem z krwi – urodzenia, ewangelikiem od chrztu… Uznaję religię jako konieczność w dzisiejszym ustroju społecznym, ale nie uznaję formy, wierzeń i różnych wymagań utartych lub przestarzałych, a tak zaciekle bronionych przez klerykałów. Mnie wystarczy religijność Mickiewicza, Słowackiego, Prusa – ale do Sienkiewiczowej się nigdy nie skłonię!

    Gdybyż to była kwestia wyboru!

    Coś większego

    Śląskość” była bliskim doświadczeniem, ale odległym słowem. Za to „polskość” przyszła do mnie niemal wyłącznie za sprawą języka. Najpierw poprzez czytaną mi głośno przez mamę i babcię literaturę, a później dzięki samodzielnej lekturze książek, prasy i oglądaniu telewizji. W polszczyźnie zostałem opowiedziany i wyjaśniony jako członek tysiącletniej wspólnoty narodowej, której dzieje, święte miejsca, wielkie księgi i wielcy ludzie należeli teraz do mnie. Przede wszystkim polszczyzna w niewyobrażalny wcześniej sposób poszerzyła granice domowej mowy. Nic dziwnego, że tym językiem chciałem mówić, a później badaniu jego najwspanialszych wytworów poświęciłem swoje zawodowe życie filologa.

    Dla śląskiego nastolatka polskość miała jeszcze inną wartość. Życie na wsi nauczyło mnie, że nic tak łatwo nie przychodzi człowiekowi żyjącemu w małej wspólnocie, jak separacja od innych społeczności składających się z „obcych”. Ci z Jaworza, Rudzicy, Wapienicy, Grodźca nie byli „nasi”, a wiejskie legendy mówiły, że żywią wobec nas złe intencje. Podobno niektórzy mieli nawet czarne podniebienia. Polskość była obietnicą gościnnej uniwersalności, wyzwolenia się od szajby podziału na tych „stela” (stąd) i „nie stela”, od stygmatu gwary, braku ciągłości historycznej i państwowej. I schronienia się w „czymś większym”, co ostatecznie ujednolici moją zmąconą tożsamość. Przystępowało się tam po wyzbyciu się złego akcentu oraz dzięki znajomości polskiego języka symbolicznego uczonego w szkole na polskim, historii i lekcjach wychowawczych; i w telewizji.

    W apogeum miłosnego zauroczenia, czyli na studiach polonistycznych, pojawiła się bolesna świadomość, że wyparcie się języka domowego i przejście do polszczyzny były rodzajem zdrady. Silna odrębność kulturowa i historyczna Górnego Śląska, odczuwana i pojmowana dzięki wejściu w rodzinę żony, dała mi szansę zrozumienia, jak bardzo powszechna edukacja humanistyczna wyobcowała mnie z własnego doświadczenia kulturowego. Wiedza o Polsce, którą przekazywano w szkole podstawowej, była mieszaniną bajek i mitów. Indoktrynacji tej do dziś nie sposób się pozbyć. Znałem na pamięć dopływy Wisły i Odry, ale nie uczono mnie niczego o Jasieniczance, Bajerce czy Brynicy. Bliższe mi były dąb Sobieskiego, sosna Żeromskiego, limba Kasprowicza czy wierzba Chopina niż buk albo smrek rosnące w beskidzkich lasach. Polski świat, jaki wyłaniał się ze szkolnej edukacji, nie miał nic wspólnego z naturalnym i społecznym światem, w którym żyłem. W kanonie polskiej literatury nie odnajdywałem śląskiego doświadczenia zbiorowego – pejzażu, lokalnej historii, obyczaju, chłopskiego luteranizmu, gwary, mitów i legend. Literackie scenariusze polskości były do „odegrania” w mowie, geście, stroju i scenografii Pana Tadeusza lub Potopu, ale nie Czarnej Julki czy Cholonka. Wystarczy zaznaczyć na mapie miejsca urodzenia klasycznych pisarzy polskich – Jana Kochanowskiego, Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Elizy Orzeszkowej, Henryka Sienkiewicza, Bolesława Prusa, Brunona Schulza, Witolda Gombrowicza, Zbigniewa Herberta, Czesława Miłosza – aby zdać sobie sprawę, że ich światy dzieciństwa, podniesione do rangi polskiego uniwersum, nie leżą po „mojej” stronie Wisły, a nawet są od niej bardzo odległe.

    Choć nie byłem zdolny do krytyki własnego oczarowania, drobne epizody zapowiadały już katastrofę.

    Zbigniew Herbert, archiwum Michała Kapitaniaka/Wydawnictwo Znak

    Najważniejsze było ściganie się z Jackiem w lekturze Sienkiewicza. Chyba w szóstej klasie czytaliśmy Potop „na wyścigi”, codziennie przepytując się z treści, żeby sprawdzić, czy aby ten drugi nie oszukuje. Przemierzanie ukochanej lektury było niczym braterstwo broni – w fantazji identyfikacyjnej obaj byliśmy Kmicicami. Kres tej wspólnoty nastąpił, kiedy dotarliśmy pod Częstochowę. Tam drogi lektury Jacka, katolika, i mojej, luteranina, gwałtownie się rozdzieliły. On mógł być z Kordeckim i Kmicicem na murach klasztoru, wysadzać największą armatę, cierpieć okrutnie palony ogniem, a ja byłem ze Szwedami w okopach i śpiewałem te, jak mówi Wołodyjowski, „psie psalmy”. Zabolało, a bardziej jeszcze uczyniło ze mnie nieubłaganą konsekwencję historii – tej największej, powszechnej sprzed setek lat, ale i tej kameralnej, lokalnej i rodzinnej, której bohaterowie dokonywali przejęcia wyznania lub byli konwertytami, abym w rezultacie ja musiał wybierać między przywiązaniem do Sienkiewicza a dumą i lojalnością wobec protestantyzmu.

    Kto wie, czy wówczas nie stałem się prawdziwym czytelnikiem, czyli takim, który afektywny odbiór literatury łączy ze zdolnością do jej krytyki. Wiele lat później, już jako badacz literatury, odkryłem, że Sienkiewicz, jak każdy wielki pisarz, tworzy ideowy wielogłos, który udziela gościny wielu różnym odbiorcom. W Ogniem i mieczem swoistą afirmację luterańskiego etosu pracy stanowi scena, w której regiment niemieckich najemników pod dowództwem podpułkownika Johana Wernera nie chce przejść na stronę kozacką wcześniej niż w czerwcu, kiedy to kończy się ich umowa z Rzeczpospolitą. W chaosie anarchii, jaka wypełnia świat wojny domowej, dotrzymywanie umowy wydaje się absurdem, zwłaszcza że wszyscy Niemcy zginą, broniąc „tylko” honoru zawodowego żołnierza. Wciąż zachwyca mnie ten drobny epizod. Dowodzi uznania autora dla innych wzorców heroizmu wojennego niż ten, który reprezentują polscy bohaterowie powieści. Okazywało się, że nawet coś tak potwornego jak wojna może być miarkowane zawodowstwem, które nie pozwala sobie na rozpasane okrucieństwo.

    Właściwego pogodzenia z Jackiem doznałem dopiero niedawno, za sprawą Jerzego Pilcha, który sprawił, że peryferyjny cieszyński luteranizm stał się kulturową własnością czytających Polaków. Mnie zaś pozwolił wyobrazić sobie inną, przyjacielską lekturę Sienkiewicza z dawnych lat. W powieści Tysiąc spokojnych miast odnajduję wspaniały pastisz, którym Pilch bierze w posiadanie brawurową narrację sienkiewiczowską i oddaje ją w służbę luterańskiej intrydze powieściowej, a przynajmniej jej możliwości. Oto kościelny Messerschmitt snuje historię pewnego kościelnego dzwonu:

    Oto ciemną kiejdańską nocą czterej szlachcice, historia nie zna ich nazwisk, wiemy jedynie, iż byli to trzej kalwini i jeden luter, ciemną, mroczną nocą ta kacerska czwórka zdejmuje z wieży kiejdańskiego kościoła dzwon Mikołaja Radziwiłła, ładuje go na sanie, okłada sianem i słomianymi wiechciami, i ruszają. Sześciokonny zaprzęg rusza w głąb ciemnej i mroźnej Rzeczpospolitej. Kilkudziesięciostopniowy, choć wtedy nie do zmierzenia, mróz sprawia, iż sanie suną chyżo po kiejdańskim gościńcu. Siedemnastowieczna pełnia księżyca, czarne lasy i białe pola […]. Czterech protestantów, czterech jeźdźców nie Apokalipsy, ale czterech jeźdźców Ewangelii wiezie na saniach przez zamarznięte stulecie protestancki dzwon. Nie wiedzą, dokąd jechać. Może do Warszawy? Do Leszna? Do Lublina? A może do Prus, do Królewca? Nie znają drogi, nie mają celu, wiedzą jedynie, że trzeba chronić święty przedmiot. A wokoło ciemności, zbójcy, Kozacy, Tatarzy, Turcy, Szwedzi, czerń i dzicz.

    No więc znów, po latach, czytam z przyjacielem Potop, tym razem jego apokryf, w którym bohaterami są luterańscy jeźdźcy-awanturnicy. I teraz to Jacek chciałby wraz z nimi się przekradać, wioząc kiejdański dzwon na odległe południe, do naszej wsi, gdzie chodzimy do szkoły, aby zawiesić go w moim luterańskim kościele.

  • „Śląsk zbuntowany”, czyli hiszpańskie dzieje dwustu śmiałków. Fragment książki

    Są takie książki, które dotyczą tego, co za naszym oknem. Ja każdego dnia widzę Śląsk. On jest moim pokojem, piwnicą, miejscem do życia. Czasem mnie wkurza, czasem oszałamia, ale przecież ojczyzny się nie wybiera. Tutaj się urodziłem, tutaj pewnie umrę. Za każdym rogiem czai się tu historia, o której czasem nawet tubylcy nie mają pojęcia. Dariusz Zalega napisał książkę o blisko dwustu śląskich robotnikach, którzy po buncie generała Franco w lipcu 1936 roku wyjechali bronić Republiki. Znajdziecie tu sporo tego, co za Pirenejami, ale też tego, co za familokiem. Przeczytajcie fragment, a ja już zapraszam Was na spotkanie z autorem, które będę miał przyjemność poprowadzić. 19 listopada w Rondzie Sztuki w Katowicach, godzina 18:00.

    Fragment rozdziału

    SOLIDARNOŚĆ

    Z tym duchem szliśmy otwarcie walczyć z karabinem w Espanii”

    Pamiętam, jak 18 lipca generał Franco napadł na Republikę Hiszpańską, to było już z góry między nami wiadome, że ci zbrodniarze faszystowscy maczają tam swe krwawe łapy. I my wszyscy, co cierpieliśmy i wiedzieliśmy, ilu towarzyszy siedzi w więzieniach, z tym duchem szliśmy otwarcie walczyć z karabinem w Espanii” – tak wspominał te czasy Wilhelm Zając, przebywający wówczas na emigracji w Belgii, Nie zastanawiał się długo, co w tej sytuacji powinien zrobić. Ten Ślązak spod Rybnika poznał już na własnej skórze hitlerowskie więzienia, skąd udało mu się wyrwać za granicę.

    Bunt wojskowych, do którego doszło 18 lipca 1936 roku w Hiszpanii, szybko zdobył poparcie konserwatywnych i bogatszych kręgów społeczeństwa oraz hierarchii kościelnej. Jednego generałowie się nie spodziewali – reakcji robotników, w większości znajdujących się pod wpływem socjalistycznej Powszechnej Unii Pracujących (Unión General de Trabajadores, UGT) i anarchistycznej Narodowej Konfederacji Pracy (Confederación Nacional del Trabajo, CNT). W Madrycie i Barcelonie buntownicy zostali rozgromieni przez uzbrojonych naprędce pracowników. Najlepsze siły rebeliantów – bitne najemne jednostki marokańskie i Legii Cudzoziemskiej – zostały zablokowane w Maroku hiszpańskim. Gdyby nie samoloty transportowe wysłane przez Hitlera i Mussoliniego, nie mieliby oni szans na sukces. Ale samoloty doleciały. Dzięki wsparciu faszystowskich dyktatorów korpus afrykański generała Franco mógł wylądować na południu Hiszpanii, w Andaluzji. Tam, gdzie był największy głód ziemi i tym samym największe poparcie dla reformy rolnej, znienawidzonej przez latyfundystów popierających pucz. Przyznanie chłopom ziemi w kraju, gdzie jej większość należała do grupy obszarników, stanowiło ogromne wyzwanie dla Republiki Hiszpańskiej. Wszystkie próby reformy w tej kwestii budziły też strach wielkich posiadaczy. Charakterystyczna była sytuacja z samego początku buntu. 18 lipca, z radości na wieść o wybuchu rebelii, ziemianin, emerytowany oficer, książę Alba de Yeltes zwany Gonzalo de Aguilera Munro wybrał na chybił trafił sześciu ze swoich robotników rolnych i zastrzelił ich ku przestrodze innych. Pochwalił się tym potem dziennikarzom.

    Roman Fajans, ówczesny korespondent wojenny polskiej prasy, przytaczał opinię Mariana Puigdollersa Olivera, jednego z liderów buntu: „Żadne kompromisy, żadne rozmowy z czerwonymi nie są możliwe. Marksizm musi być wytępiony w Hiszpanii doszczętnie, choćby miało to kosztować nie wiem co. Gdy operacja jest konieczna dla życia, nie wolno zastanawiać się, ile krwi chory utraci”. A to sami buntownicy decydowali, kto należy do rojos, czerwonych.

    Andaluzja spłynęła krwią – zginęło tam blisko pięćdziesiąt tysięcy osób, niewiele mniej niż ogółem w Hiszpanii z rąk czerwonych podczas całej wojny. Wielkie liczby kryją lokalne horrory. 27 sierpnia 1936 roku w Palma del Río w Kordobie rozstrzelano osiemdziesięciu siedmiu chłopów, którzy skorzystali z reformy rolnej. A takich miejsc było wiele. W największej masakrze dokonanej przez frankistów na trasie tak zwanej kolumny śmierci w Badajoz trzy czwarte ofiar mordów było rolnikami, którzy otrzymali ziemię w wyniku reformy (tylko w dzień zdobycia miasta zamordowanych zostało osiemset osób, potem do 11 listopada kolejne trzy tysiące). Popularny w szeregach frankistowskich był dowcip związany z rozstrzeliwaniem chłopów: „Chciałeś ziemi, to ją masz”.

    Szacuje się, że już w pierwszych dniach wojny po stronie republikańskiej walczyło około trzystu obcokrajowców. Ta pomoc nie wymagała zresztą karabinu w ręce. Na usługi młodej Republiki oddał się lekarz Hans Eisner z Hindenburga, emigrant, który wcześniej nie angażował się w politykę. Wyjechał do Hiszpanii, kiedy to polityka zdecydowała o jego losie – od razu po dojściu Hitlera do władzy. Czterdziestoletni ślusarz Paul Czakon z Hajduk Wielkich został dowódcą oddziału artylerii w kolumnie milicji robotniczej Tierra y Libertad. W jej szeregach walczył też anarchista Alfons Malina z Hindenburga, z kolei jego krajan Bernard Pacha znalazł się w kolumnie Los Aguiluchos, nim jesienią trafił do kolektywnego gospodarstwa stworzonego przez anarchistów pod Barceloną.

    Kopalnia węgla „Matylda” w Lipinach, fot: ©Narodowe Archiwum Cyfrowe

    Najsłynniejszym Ślązakiem przebywającym wówczas w Hiszpanii był jednak anarchista Augustin Souchy. Sam jego życiorys może przyprawić o zawrót głowy. W chwili wybuchu I wojny światowej uciekł z niemieckiego Raciborza do Austrii, aby uniknąć poboru. Austriaccy sojusznicy Berlina deportowali go, a dodatkowo sąd nakazał mu nosić na szyi obrożę z napisem „Uwaga, anarchista!”. Udało mu się zbiec do neutralnej Szwecji, ale nawet tam miał problemy z powodu swoich antymilitarystycznych przekonań, za co zapłacił kolejną odsiadką. Dopiero po wojnie wrócił do Niemiec, gdzie związał się z ruchem anarchosyndykalistycznym. Zahaczył jednak także o zrewolucjonizowaną Rosję, gdzie rozmawiał zarówno z przywódcą bolszewików Włodzimierzem Leninem, jak i z Piotrem Kropotkinem – jednym z ideologów anarchizmu. W 1921 roku zamieszkał we Francji, skąd został wydalony jako wywrotowiec. Po powrocie do Niemiec przez następną dekadę był redaktorem pisma „Der Syndikalist”, ale po dojściu Hitlera do władzy musiał wrócić na paryskie ulice. Znów nie na długo… Jako jeden z trzech sekretarzy anarchistycznej międzynarodówki – Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników – miał kontakty z dominującym w ruchu, ale i potężnym w samej Hiszpanii, anarchistycznym związkiem zawodowym CNT. Od razu po puczu generała Franco zaczął organizować pomoc dla towarzyszy zza Pirenejów, nim wciągnęła go wizja hiszpańskiej rewolucji.

    Augustin Souchy wspominał po latach: „Mariano Vázquez, sekretarz regionalnego komitetu CNT, powiedział mi swoim głębokim głosem: »Uznaj się za naszego rzecznika wobec mediów zagranicznych«. Na piątym piętrze budynku regionalnego komitetu ustanowiłem swoje biuro, umeblowałem i publikowałem biuletyny w kilku językach z pomocą przyjaciół politycznych, którzy przybyli z zagranicy. Tu przyjmowałem dziennikarzy i delegacje partii socjalistycznych czy związków zawodowych z innych państw”. Owe „Biuletyny Informacyjne” ukazywały się w wielu językach, w tym po polsku. W tym biurze Souchy gościł Willy’ego Brandta – młodego Niemca, wysłannika norweskiej prasy, który trzydzieści lat potem zostanie kanclerzem RFN, późniejszego premiera Indii Jawaharlala Nehru czy pisarza George’a Orwella. Bez pomocy Souchy’ego raczej nie powstałaby opowieść Orwella o hiszpańskiej rewolucji – W hołdzie Katalonii.

    Wykazali się odwagą, wchodząc do centralnego bastionu przerażających anarchistów – a może był to jednak dowód naszej dobrej reputacji?” – zastanawiał się nad tymi spotkaniami Souchy, mając w pamięci nie najlepszą opinię o swoich towarzyszach w głównym nurcie mediów. No bo płonęły podpalane kościoły – i to widowiskowo, a przede wszystkim świat stanął na głowie w tej Katalonii – bogaci tracili bogactwo, a robotnicy rządzili się w fabrykach.

    Wzywamy Was do wytrwania, a przybędziemy Wam z pomocą”

    22 sierpnia 1936 roku blisko sto osób demonstrowało przed konsulatem Hiszpanii na placu Wolności w Katowicach, gdzie złożyli rezolucję wyrażającą chęć wyjazdu do obrony Republiki. „Wśród manifestantów znajdowali się również młodzieńcy narodowości niemieckiej, którzy wznosili okrzyki »Rot Front«” – donosił dzień później katowicki dziennik „Polonia”. Pod rezolucją widniał podpis Antyfaszystowskiego Komitetu Wyjazdu Ochotników do Hiszpanii. Można w niej było przeczytać: „My, śląscy robotnicy antyfaszystowscy, z niepokojem śledzimy przebieg barbarzyństwa faszystowskiego, które zorganizowało zbrojne powstanie, żeby zniszczyć zdobycze klasy robotniczej. Wzywamy Was do wytrwania, a przybędziemy Wam z pomocą”.

    Mało kto wiedział, że niektórzy Ślązacy – zwłaszcza anarchiści z niemieckiej części regionu – już walczą za Pirenejami. Co więcej, żadna z organizacji politycznych nie zachęcała jeszcze do wyjazdu ochotników.

    Pucz generała Franco w lipcu 1936 roku przeciwko rządowi Frontu Ludowego w Madrycie wywołał falę solidarności z Republiką Hiszpańską w kręgach związanych z lewicą na całym Górnym Śląsku. W Czechosłowacji władze początkowo tolerowały tę kampanię, gdyż same obawiały się Hitlera. Brali w niej udział także emigranci polityczni z niemieckiego Śląska. Powołano do życia Komitet Pomocy Demokratycznej Hiszpanii (Výbor pro pomoc demokratickému Španělsku), skupiający kilkadziesiąt organizacji społecznych, w tym niemieckich (Deutscher Jugendbund), węgierskich (koło Sándora Petőfiego) czy wyznaniowych (Spolek evangelických akademiků Jeroným – Związek Studentów Ewangelickich Jeroným). Rząd polski oficjalnie zachowywał neutralność, a mniej oficjalnie sprzedawał broń obu stronom konfliktu – jej wartość stanowiła aż dwie trzecie międzywojennego polskiego eksportu wojskowego, choć najczęściej był to sprzęt przestarzały. Przede wszystkim jednak w Polsce represje spotykały działaczy, którzy prowadzili zbiórkę pieniędzy dla hiszpańskich republikanów. Zbiórki takie koordynowały między innymi związki zawodowe powiązane z socjalistami.

  • „Jeśli bywacie w Jastrzębiej Górze, to poczujecie klimat Przeradowa”

    Latem to może być nawet całkiem urokliwa miejscowość. Zapach smażonej ryb, tłumy turystów, krzyk mew, piski bawiących się w morzu dzieci. Jednak Przeradowo poza sezonem, to już zupełnie inne miejsce, szczególnie, jeśli przy brzegu zamiast muszelek, można trafić na ciało młodej dziewczyny. Niby od początku wszystko wiadomo, bo pewnej deszczowej nocy na komisariat zgłasza się Jan Kowalski, który przyznaje się do zabójstwa tej oraz kilku innych kobiet. Do akcji wkracza starszy sierżant Krzysztof Igielski, który… Co Wam będę opowiadał, przeczytajcie sami „Pokutę”. Dodam tylko, że pojawia się tutaj starsza pani ze Szwecji, młoda dziewczyna z Przeradowa. Wszystkich coś łączy, ale czy wszyscy chcą naprawdę dobrze? Łapcie rozmowę z Anną Kańtoch. Dowiecie się też o czym będzie kolejny kryminał pisarki ze Śląska. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to ukaże się w przyszłym roku.

  • Wiosna, ach to ty! Co przeczytać w marcu?

    Wiosna (nie łączyć z polityką) zbliża się wielkimi krokami, w końcu będzie można czytać w plenerze. Może jeszcze nie w marcu, chociaż pewnie będą takie dni, że usiądziemy z lekturą na ławce. Co przeczytać? Co wybrać? Na co wydać pieniądze? Serwuję Wam listę książek, które bym kupił w ciemno. Czy skorzystacie, to już zależy od Was, ale polecam. Smacznego! Aha, klikając na okładki, przeniesiecie się na stronę ze szczegółami dotyczącymi danej książki. 

  • Bukowce, czyli miejsce, które nie istnieje

    Pojechaliśmy do miasta, którego próżno szukać na mapie, ale dzięki wskazówkom Jędrzeja Pasierskiego, trafiliśmy. Znaleźliśmy też dom, który w „Roztopach” odgrywa bardzo ważną rolę. W tych wyjątkowych okolicznościach przyrody porozmawialiśmy o Beskidzie Niskim i Łemkach, lokalnym policjancie, zwanym Kojakiem, ale też o umieszczaniu akcji książki w bardzo małych miejscowościach. Nie zabrakło tematu Niny Warwiłow, która stara się rozwiązać kolejną skomplikowaną zagadkę oraz tajemniczego pana Pajdzika, który zimą jest królem okolicy.

    Jednak przede wszystkim, „Roztopy” to kryminał o samotności, miłości i przeszłości. Uważajcie, komu ufacie, bo niektórzy bohaterowie mogą Was zaskoczyć. Niekoniecznie pozytywnie.

  • „Roztopy”, fragment powieści Jędrzeja Pasierskiego

    Wczoraj w swoim felietonie (klik) „Roztopy” chwalił Wojciech Chmielarz, że tak powiem, nie po próżnicy, bo to naprawdę dobra rzecz. Dziś łapcie fragment, a w środę (w dniu premiery) będzie rozmowa z Jędrzejem Pasierskim. Aha, będzie też książka do wygrania. Smacznego!

    Przez kilka następnych dni starała się o tym nie myśleć, lecz teraz, kiedy miała perspektywę nowego domu, stary stał się całkiem nie do zniesienia. Latem wszystko wyglądało korzystniej i ładniej pachniało. Teraz spróchniałe ściany waliły stęchlizną i z dnia na dzień robiło się coraz zimniej. Mogła wynająć znowu pokój w pensjonacie, może Łowiccy daliby jej żebraczą zniżkę. Hotel albo mieszkanie w Gorlicach stanowiły ostateczność: w krótkim czasie miasto zaczęło ją irytować tym, że wszyscy wszystko wiedzieli. W Gorlicach miała tylko zarabiać pieniądze, taki od początku był plan. Ale może ten plan nie był taki dobry.

    A kiedy w pewien deszczowy październikowy czwartek wróciła z pracy, obiecując sobie, że podejmie decyzję w weekend, przed domem i na schodkach prowadzących do drzwi zauważyła ślady. Męski rozmiar podeszwy z protektorem bardzo dobrze odciśniętej na błocie. Serce podeszło jej do gardła i przypomniała sobie o tym dziwnym czymś na tle lasu. Pchnęła drzwi: były otwarte. Zalała ją fala gorąca. Wycofała się na podwórze i wyrwała siekierę z pieńka, na którym rozrąbywała szczapy, kiedy jeszcze chciało jej się palić w piecu. Weszła do domu i zapaliła światło.

    Ktoś tu jest?! – zawołała.

    Ślad urywał się na klepisku w przedpokoju. A drewniana podłoga w kuchni była czysta. Joanna szła dalej, siekierę trzymała przed sobą.

    Obeszła dom, zaglądając też do ostatniego pokoju. Cokolwiek miała cennego, zostało na miejscu. Jeśli grasował tu złodziej, mógł połasić się na telewizor, na który przerzucała sobie filmy z laptopa. I sam komputer. Ale ten stał na miejscu, tak jak wieża wifi i drobny sprzęt kuchenny.

    Jednak ktoś wysunął szufladę biurka, papiery wyglądały na przetrząśnięte. A może zostawiła je w takim bałaganie? Gapiła się chwilę na wybebeszone biurko, usiłując sobie przypomnieć ostatnie dni, ale wspomnienia przysłaniała biała mgiełka. Zdenerwowana zanurkowała pod stół kuchenny, gdzie pod ruchomą klepką trzymała saszetkę z gotówką na zakupy dla Fuszary. Leżała na swoim miejscu.

    Joanna odetchnęła, a zaraz potem strasznie rozbolała ją głowa. Usiadła na krześle, dopiero po chwili przypominając sobie o strychu. Nie miała schodów, używała zwykłej drabiny. Poddasze było tak wilgotne i zakurzone, że weszła tam tylko raz.

    Wahała się. Mogła przecież pójść do Anety i Rafała. Albo pozostałych sąsiadów, których jeszcze nie poznała, choć wiedziała już, kto gdzie mieszka.

    A może to ktoś z nich do niej „zajrzał”? Na oko węszący, nieco obleśny Styczko pasował na włamywacza, ale tak samo pasował siwy rzeźbiarz, znajomy Łowickich. Na razie widziała go tylko z daleka. I co właściwie miała im powiedzieć? Czy drzwi stanowiły dowód włamania? Może zwyczajnie zapomniała zamknąć jena klucz? A ślady mogły należeć do każdego, nawet zbłąkanego turysty.

    Spoglądała w górę, jakby przeciekający strop miał odpowiedzieć, czy kogoś nad sobą kryje. Potem po prostu wstała i wspięła się po drabinie. Serce podchodziło jej do gardła, kiedy podniosła klapę strychu i wgramoliła się na podłogę. Pachniało tu mokrym sianem. Zapaliła latarkę w telefonie.

    Halo! – krzyknęła, kierując ostrze siekiery w stronę wyimaginowanego przeciwnika.

    Usłyszała trzepot albo tylko jej się zdawało, że coś przeleciało tuż koło głowy, muskając włosy. Odgarnęła je, omal nie raniąc się głowicą, a kiedy opanowała nerwy, zbadała każdy kąt przepastnego poddasza. Jeśli ktoś zakradł się do domu, musiał wyjść przed jej powrotem.

    Na dole wyjęła saszetkę z pieniędzmi i wrzuciła do torebki. Uznała, że bezpieczniej już będzie trzymać je w Karamedzie, nosić przy sobie lub oddać do banku.

    Wyszła na ganek. Noc była ciemna, cicha, wilgotna po deszczu. Zatrzasnęła skobel, zastanawiając się, czy zaśnie.

    Nie zasnęła.

    Tak samo jak następnej nocy, aż w końcu sięgnęła po nitrazepam i pogrążyła się w głębokim, choć krótkim śnie. A potem jechała już na lekach aż do 27 października. Kiedy półżywa ze zmęczenia wróciła z pracy, pod domem ktoś na nią czekał.

    Facet palił papierosa i oglądał budowany dom, jakby chciał go kupić. Ubrany w nieco brudną kurtkę i kalosze, spojrzał na nią i dostrzegła chytre oczka pośrodku czerwonej, zapuchniętej twarzy. Twarzy o bardzo niezdrowym odcieniu. Niski, mocno zbudowany mężczyzna miał w sobie coś dzikiego i małpiego i wcale jej się nie spodobał. Głos, którym przemówił, był jednak jedwabiście miękki.

    Mariusz Niciński – przedstawił się. – Słyszałem, że szuka pani majstra.

  • Wspaniałe lata dziewięćdziesiąte

    Z tamtych czasów pamiętam granie w piłkę na trzepaku, Mistrzostwa Świata w 1994 roku w USA, wymienianie się obrazkami z gum Turbo, a także wołanie: „mama, zrzucisz złotówkę na oranżadę?”. Były to lata beztroskie, dopiero pod ich koniec zaczęło robić się poważnie, czyli liceum, itd. To były czasy, kiedy zamiast telefonów komórkowych używało się domofonu, ale jeszcze częściej – nawoływania. Miałem wtedy komputer Atari, potem Commodore, a szczytem marzeń była Amiga 500. Są jednak tacy, którzy byli już wtedy dorośli (dziwne!). Oni mają zupełnie inne wspomnienia. Mogą pamiętać czajnik, który sparaliżował Giełdę Papierów Wartościowych, mogli też handlować biustonoszami na Stadionie Dziesięciolecia, ale mogli też, na przykład, korzystać z usług uzdrowicieli reklamujących się w gazetach. Bez względu na to, ile macie lat, zachęcam Was do przeczytania książki Piotra Lipińskiego i Michała Matysa, „Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.” Zanim po nią sięgniecie, obejrzyjcie naszą rozmowę.

     

  • Rzucono na mnie „klątwę Gorgonowej”

    Od tamtej nocy minęło blisko 90 lat, a o sprawie wciąż jest głośno. Kto z 30 na 31 grudnia 1931 roku zamordował Lusię Zarembiankę? Jej brat? Ogrodnik? A może Gorgonowa? Nadal jest bardzo wiele pytań, ale też coraz więcej odpowiedzi. Cezary Łazarewicz, autor książki „Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej” przychyla się do tezy, że bohaterka jego książki była jednocześnie katem i ofiarą. Rozmawiamy o „klątwie Gorgonowej”, przekonywaniu ludzi do rozmów, a także o sprawie „,mamy Madzi” z Sosnowca. Obejrzyjcie rozmowę, a potem sięgnijcie po książkę, a przekonacie się, że praktycznie nic nie jest w tej sprawie czarno-białe.

  • Co dalej z komisarzem Mortką? Wojciech Chmielarz zdradza tytuł swojej najnowszej książki!

    Jak pewnie wiecie, kilkanaście dni temu internet obiegła informacja, że Wojciech Chmielarz zamienia Wydawnictwo Czarne na Wydawnictwo Marginesy. Pierwsza książka ukaże się już na początku roku, a będzie to kontynuacja przygód komisarza Jakuba Mortki. W rozmowie ze mną Chmielarz ujawnia tytuł nowej powieści, a także opowiada o fabule kolejnej, która również ukaże się w 2018 roku. Łapcie naszą rozmowę.