Poniżej fragment książki Wojciecha Orlińskiego „Kopernik. Rewolucje”, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Agora 26 października. W okolicach premiery zobaczycie też Państwo naszą rozmowę o książce. Klikając w okładkę przeniesiecie się na stronę, gdzie przeczytacie więcej o tym tytule, a także będziecie mogli/mogły go kupić. Jestem w trakcie lektury, kapitalna rzecz.
***
Jesienią 1491 roku dwaj nastoletni chłopcy wyruszyli z Torunia w podróż, która jednemu z nich przyniesie wieczną sławę, drugiemu – zatracenie. Nawet jeśli na początku tej podróży o czymś marzyli i czegoś się obawiali, mogło to być najwyżej mgliste przeczucie tego, co ich naprawdę czekało.
Mimo młodego wieku obaj już sporo przeżyli. Przyszli na świat jako synowie zamożnego kupca skoligaconego z najpotężniejszymi rodzinami Torunia, zamożnego hanzeatyckiego miasta, które niedługo przed ich narodzinami Polska odbiła państwu krzyżackiemu. Ale jeszcze gdy byli małymi dziećmi, ich ojciec popadł w finansowe tarapaty. Zmarł, gdy starszy z chłopców miał 10 lat.
Dorastali więc w cieniu stopniowego upadku rodzinnej fortuny. Ich matka starała się go opóźniać, ale w tamtych czasach kobieta miała bardzo ograniczone możliwości manewru. Nie mogła przecież podjąć pracy zarobkowej. Mogła tylko wyprzedawać po kolei rodzinny majątek i błagać krewnych, żeby zaopiekowali się jej dziećmi. Niby wszyscy jej bracia i szwagrowie byli ludźmi majętnymi i wpływowymi, ale musieli przede wszystkim myśleć o przyszłości własnych dzieci.
Dotyczyło to nawet jej najbogatszego i najbardziej wpływowego brata Łukasza. Choć był biskupem, również miał syna. Rzecz jasna, nieślubnego.
Nie mógł mu załatwić kariery w Kościele, bo ludzie za bardzo by gadali. Nie mógł też go całkiem porzucić, bo też by gadali. Załatwił więc nieślubnemu potomkowi posadę burmistrza Braniewa – miasta na tyle bliskiego jego siedzibie, że sięgały tam jego wpływy, a na tyle odległego, żeby obaj panowie się nie spotykali.
Wpływy wuj Łukasz miał ogromne, nie był bowiem zwyczajnym biskupem. Warmia od ćwierćwiecza była częścią Polski. Miała jednak sięgające głębokiego średniowiecza przywileje, czyniące ją niemal niepodległym państwem. Najważniejszy z nich nadał Warmii w poprzednim stuleciu cesarz Zygmunt Luksemburski: biskupom warmińskim przysługiwała godność książęca. Wprawdzie Polska oficjalnie nie uznawała tego tytułu, ale biskupi warmińscy – a wuj Łukasz pełnił właśnie tę funkcję – aż do rozbiorów podczas uroczystości państwowych byli traktowani jak książęta.
Jeśli biskup był głową warmińskiego minipaństwa, jego parlamentem była kapituła. W jej skład wchodziło 16 kanoników. Sprawowali oni coś w rodzaju władzy ustawodawczej.
Bez poparcia kapituły na dalszą metę biskup niewiele mógł zdziałać, zależało mu więc na obsadzaniu ją swoimi ludźmi. Najlepiej – młodszymi krewnymi. Dlatego zapewne uboga toruńska wdowa doszła do porozumienia ze swoim potężnym bratem biskupem. W zamian za opiekę nad dwójką siostrzeńców i odpowiednie pokierowanie ich karierami wuj Łukasz mógł zyskać dwa głosy w kapitule.
Zważywszy, że w głosowaniach praktycznie nigdy nie uczestniczyła pełna szesnastka kanoników (z różnych powodów nie wszyscy przyjechali, by objąć swoje kanonie, kilku zawsze było w delegacji), do większości nie trzeba było aż ośmiu głosów. W praktyce raczej około pięciu. Dwuosobowa „frakcja siostrzeńców” miałaby więc moc porównywalną ze stuosobowym kołem poselskim w dzisiejszym polskim Sejmie.
To był układ typu win-win. Biskup wzmacniał pozycję polityczną, a chłopcy zyskiwali posadę, o której inni wtedy bezskutecznie marzyli. Kanonikat warmiński był pierwszym krokiem dla mieszczańskiego syna – nawet niekoniecznie z bogatej rodziny – żeby w przyszłości ubiegać się o godność biskupa. Czyli w przypadku mieszkańca Prus – żeby z chudopachołka stać się księciem. W tamtych czasach niewiele było porównywalnych okazji awansu społecznego (dziś też ciężko przeskoczyć tyle szczebli drabiny w ciągu życia).
Wdowa mogła więc spać spokojnie, wiedząc, że jej dzieciom nie grozi bieda. Biskup zaś mógł liczyć na wypromowanie następcy w sposób tak szlachetny, że wrogie języki nie miały się do czego przyczepić (żadna symonia, żaden nepotyzm – to opieka nad biednymi sierotami!).
Wszystko wskazuje na to, że na chłopców ta decyzja spadła nieoczekiwanie. Urodzili się jako synowie bogacza, potem byli synami bankruta, potem synami ubogiej wdowy – a teraz nagle stali się prawie synami prawie księcia. A teraz opuszczali rodzinne miasto, by studiować tam, gdzie kiedyś ich wuj – najpierw w Krakowie, a potem w Bolonii na najstarszym uniwersytecie świata.
Podróż, którą chłopcy rozpoczęli jesienią 1491 roku, przekraczając Wisłę w Toruniu, oznaczała dla nich rewolucyjną życiową zmianę. Kolejną i nie ostatnią.
Na pewno nie nazywali jej jednak rewolucją. Jak pisała Hannah Arendt, zwyczaj nazywania gwałtownych przemian „rewolucjami” pojawi się dopiero w następnych stuleciach. Zresztą za sprawą książki, którą za 40 lat napisze jeden z chłopców. Przedtem w językach zachodnich słowo to oznaczało po prostu „obrót”. Oznacza zresztą do dzisiaj – właśnie dlatego obrotomierze w samochodach podają wynik w jednostkach „rpm”, czyli „rewolucjach na minutę”.
Ale gdyby w tamtym czasie na Zachodzie nie przyjęło się nowe znaczenie „rewolucji”, trzeba by wymyślić jakieś inne słowo, by opisać gwał- towne i radykalne przemiany tamtych czasów. Pod koniec XV wieku zdarzały się one przecież niemal codziennie.


