Breslau, 1928, szpital psychiatryczny przy Kletschkau Strasse. Eberhard Mock staje twarzą w twarz ze swą dawną kochanką. Jej córka i syn zostali porwani, a ślad po nich zaginął. Po stracie ukochanej Sophie nic nie wstrząsnęło Mockiem równie mocno jak to spotkanie. Hedwig postradała zmysły: o morderstwo dzieci oskarża własnego męża. Krok po kroku Mock odkrywa upiorne powiązania między tajnym stowarzyszeniem okultystycznym a budowniczymi miasta przyszłości w centrum Wrocławia. Nawet nie domyśla się, jak potężne siły śledzą każdy jego krok.
Cmentarne czarne msze, wyuzdane praktyki seksualne i ludzie, którzy nie cofną się przed niczym. Tajne śledztwo zaprowadzi Mocka wprost przed przerażające oblicze prawdy. Czy istnieje granica, której Mock nie przekroczy? Przeczytajcie fragment „Molocha”, a wkrótce będę miał dla Was rozmowę z Markiem Krajewskim, ale też z jego researcherem, którym jest Mikołaj Kołyszko. Jeśli chcecie zamówić książkę, to nic prostrzego – kliknijcie w okładkę, a teraz oddaję Was w ręce Marka Krajewskiego.

Ten staruch we wszystkich budził odrazę. Każdy, kto na placu budowy obok Dworca Głównego musiał z nim wejść w bliższy kontakt – choćby po to, aby o czymś zameldować albo przyjąć jakiś rozkaz – starał się omijać wzrokiem jego twarz, której skóra była pokryta siwą szczeciną i zwisała zaczerwienionymi, łuszczącymi się fałdami. SS-Standartenführer, nadzorca wykopów w ziemi, w których osadzano niewielkie betonowe bunkry, szczególnie ubolewał nad tym, że jego nieuleczalna choroba dermatologiczna nie pozwala na codzienne golenie – ostrze brzytwy zdzierało suchy naskórek, pozostawiając jątrzące się rany. Mężczyzna nieogolony był jego zdaniem godny najwyższej pogardy – jak skacowany włóczęga, brudny żebrak czy zawszony Żyd. Znał on takich dobrze i był wobec nich bezwzględny. Jeszcze niedawno wystarczał jeden jego podpis, a całe grupy takich wyrzutków społecznych trafiały do gazu. Ale od kilku miesięcy nie miał już tak wielkiej władzy na ludzkim życiem i śmiercią, co przejmowało go pełną rezygnacji melancholią. Czuł się wzgardzony i nieważny. Czasami, gdy przy goleniu zbyt długo patrzył w lustro, nabierał wstrętu do własnej aparycji, a łzy napływały mu do oczu.
Żałował, że dawniej – kiedy jeszcze mógł to zrobić, gdy był komendantem jednego z podobozów Auschwitz – sam siebie nie posłał pod prysznic z cyklonu B. Uwolniłby świat od widoku swej nieogolonej mordy, straszącej różnymi odcieniami czerwieni. Ale to uczucie smutku w końcu mijało. Zwykle odrzucał je w prosty sposób: spryskiwał się obficie wodą kolońską i wracał mu dobry humor.
Mimowolnie jednak zawsze próbował odciągać uwagę rozmówcy od swojej oszpeconej twarzy. Środkami do tego celu były: mocny i elegancki zapach męskich perfum, nienaganny, starannie wyprasowany galowy mundur SS, który – nieco wbrew przepisom – nosił na co dzień, błyszczące jak lustro oficerki czy też czarny skórzany płaszcz z ekstrawaganckimi czerwonymi klapami i ze swastyką na ramieniu, który podkreślał jego szczupłą, prawie młodzieńczą sylwetkę. Maski nie nosił nigdy i to wcale nie dlatego, że lekarz sugerował, iż chora skóra powinna swobodnie oddychać. Nie, powód był zupełnie inny. Według esesmana maska – jako symbol karnawału – oznaczała szał rozpasania i dekadencji. O, tak!
Widział on takie maski kilkakrotnie – złote, błyszczące, posypane brokatem. Spotkał je w dzikich i przeżartych moralną zgnilizną latach dwudziestych – na balach, gdzie podstarzałe kokoty ukrywały za nimi swe zmarszczki. Tak, pamiętał je – te niegodne, trawione żądzą staruchy, które prężyły swe wyschłe piersi i umizgiwały się do żigolaków, a w tym czasie ich mężowie – spocone, dyszące alkoholem grubasy – wymykały się incognito do dyskretnych gabinetów, gdzie czekały na nich wystraszone, półpijane podlotki, zarabiające na życie swymi drobnymi ciałami. Przywołując w wyobraźni dźwięki murzyńskiego tańca shimmy, przypominając sobie te ekscesy, którym kres położyli dopiero surowi moraliści, pretorianie zbawcy ojczyzny Adolfa, SS-Standartenführer wolał mimo wszystko szokować rozmówców swoją twarzą z odłażącymi płatami skóry niż zasłaniać oblicze, stając się eo ipso podobnym do tamtych kreatur.
Nikt na tej budowie, kto się z nim stykał – a byli tu robotnicy przymusowi, pracownicy kuchni oraz wartownicy, składający się w połowie z kalekich weteranów, a w połowie z nieopierzonych młodziaków z Volkssturmu – nie mógł już wyrzucić z pamięci tej charakterystycznej twarzy. Dziewiętnastoletni Werner Szklorz również zapamiętał ją na całe życie. Ten Ślązak, wywodzący się z patriotycznej rodziny powstańczej z Tarnowskich Gór, wylądował w Auschwitz w połowie roku 1944, kiedy to odmówił podpisania volkslisty. Miał jednak szczęście. Nie trafił do samego obozu śmierci, lecz do oddalonego o sześćdziesiąt kilometrów podobozu, gdzie młodzi, silni robotnicy byli na wagę złota. I tam już pierwszego dnia zetknął się z Upiorem, jak powszechnie nazywano komendanta obozu, a jednocześnie dyrektora miejscowych kamieniołomów. Szklorz był tam niewolnikiem przez trzy miesiące.


