Tag: Marek Krajewski

  • „Moloch” Marka Krajewskiego coraz bliżej. Przeczytajcie fragment powieści!

    Breslau, 1928, szpital psychiatryczny przy Kletschkau Strasse. Eberhard Mock staje twarzą w twarz ze swą dawną kochanką. Jej córka i syn zostali porwani, a ślad po nich zaginął. Po stracie ukochanej Sophie nic nie wstrząsnęło Mockiem równie mocno jak to spotkanie. Hedwig postradała zmysły: o morderstwo dzieci oskarża własnego męża. Krok po kroku Mock odkrywa upiorne powiązania między tajnym stowarzyszeniem okultystycznym a budowniczymi miasta przyszłości w centrum Wrocławia. Nawet nie domyśla się, jak potężne siły śledzą każdy jego krok.

    Cmentarne czarne msze, wyuzdane praktyki seksualne i ludzie, którzy nie cofną się przed niczym. Tajne śledztwo zaprowadzi Mocka wprost przed przerażające oblicze prawdy. Czy istnieje granica, której Mock nie przekroczy? Przeczytajcie fragment „Molocha”, a wkrótce będę miał dla Was rozmowę z Markiem Krajewskim, ale też z jego researcherem, którym jest Mikołaj Kołyszko. Jeśli chcecie zamówić książkę, to nic prostrzego – kliknijcie w okładkę, a teraz oddaję Was w ręce Marka Krajewskiego. 

    Marek Krajewski, fot: Radosław Kaźmierczak

     

    Ten staruch we wszystkich budził odrazę. Każdy, kto na placu budowy obok Dworca Głównego musiał z nim wejść w bliższy kontakt – choćby po to, aby o czymś zameldować albo przyjąć jakiś rozkaz – starał się omijać wzrokiem jego twarz, której skóra była pokryta siwą szczeciną i zwisała zaczerwienionymi, łuszczącymi się fałdami. SS-Standartenführer, nadzorca wykopów w ziemi, w których osadzano niewielkie betonowe bunkry, szczególnie ubolewał nad tym, że jego nieuleczalna choroba dermatologiczna nie pozwala na codzienne golenie – ostrze brzytwy zdzierało suchy naskórek, pozostawiając jątrzące się rany. Mężczyzna nieogolony był jego zdaniem godny najwyższej pogardy – jak skacowany włóczęga, brudny żebrak czy zawszony Żyd. Znał on takich dobrze i był wobec nich bezwzględny. Jeszcze niedawno wystarczał jeden jego podpis, a całe grupy takich wyrzutków społecznych trafiały do gazu. Ale od kilku miesięcy nie miał już tak wielkiej władzy na ludzkim życiem i śmiercią, co przejmowało go pełną rezygnacji melancholią. Czuł się wzgardzony i nieważny. Czasami, gdy przy goleniu zbyt długo patrzył w lustro, nabierał wstrętu do własnej aparycji, a łzy napływały mu do oczu.

    Żałował, że dawniej – kiedy jeszcze mógł to zrobić, gdy był komendantem jednego z podobozów Auschwitz – sam siebie nie posłał pod prysznic z cyklonu B. Uwolniłby świat od widoku swej nieogolonej mordy, straszącej różnymi odcieniami czerwieni. Ale to uczucie smutku w końcu mijało. Zwykle odrzucał je w prosty sposób: spryskiwał się obficie wodą kolońską i wracał mu dobry humor.

    Mimowolnie jednak zawsze próbował odciągać uwagę rozmówcy od swojej oszpeconej twarzy. Środkami do tego celu były: mocny i elegancki zapach męskich perfum, nienaganny, starannie wyprasowany galowy mundur SS, który – nieco wbrew przepisom – nosił na co dzień, błyszczące jak lustro oficerki czy też czarny skórzany płaszcz z ekstrawaganckimi czerwonymi klapami i ze swastyką na ramieniu, który podkreślał jego szczupłą, prawie młodzieńczą sylwetkę. Maski nie nosił nigdy i to wcale nie dlatego, że lekarz sugerował, iż chora skóra powinna swobodnie oddychać. Nie, powód był zupełnie inny. Według esesmana maska – jako symbol karnawału – oznaczała szał rozpasania i dekadencji. O, tak!

    Widział on takie maski kilkakrotnie – złote, błyszczące, posypane brokatem. Spotkał je w dzikich i przeżartych moralną zgnilizną latach dwudziestych – na balach, gdzie podstarzałe kokoty ukrywały za nimi swe zmarszczki. Tak, pamiętał je – te niegodne, trawione żądzą staruchy, które prężyły swe wyschłe piersi i umizgiwały się do żigolaków, a w tym czasie ich mężowie – spocone, dyszące alkoholem grubasy – wymykały się incognito do dyskretnych gabinetów, gdzie czekały na nich wystraszone, półpijane podlotki, zarabiające na życie swymi drobnymi ciałami. Przywołując w wyobraźni dźwięki murzyńskiego tańca shimmy, przypominając sobie te ekscesy, którym kres położyli dopiero surowi moraliści, pretorianie zbawcy ojczyzny Adolfa, SS-Standartenführer wolał mimo wszystko szokować rozmówców swoją twarzą z odłażącymi płatami skóry niż zasłaniać oblicze, stając się eo ipso podobnym do tamtych kreatur.

    Nikt na tej budowie, kto się z nim stykał – a byli tu robotnicy przymusowi, pracownicy kuchni oraz wartownicy, składający się w połowie z kalekich weteranów, a w połowie z nieopierzonych młodziaków z Volkssturmu – nie mógł już wyrzucić z pamięci tej charakterystycznej twarzy. Dziewiętnastoletni Werner Szklorz również zapamiętał ją na całe życie. Ten Ślązak, wywodzący się z patriotycznej rodziny powstańczej z Tarnowskich Gór, wylądował w Auschwitz w połowie roku 1944, kiedy to odmówił podpisania volkslisty. Miał jednak szczęście. Nie trafił do samego obozu śmierci, lecz do oddalonego o sześćdziesiąt kilometrów podobozu, gdzie młodzi, silni robotnicy byli na wagę złota. I tam już pierwszego dnia zetknął się z Upiorem, jak powszechnie nazywano komendanta obozu, a jednocześnie dyrektora miejscowych kamieniołomów. Szklorz był tam niewolnikiem przez trzy miesiące. 

     

    W październiku 1944 roku liczni zdatni do pracy więźniowie zostali ewakuowani z samego Auschwitz oraz z jego podobozów i wywiezieni do zakładów przemysłowych w głębi Rzeszy. Szklorz trafił do Wrocławia i został zakwaterowany w zapluskwionych i kiepsko ogrzewanych barakach przy nasypie kolejowym – pod który od strony północnej wchodziła ulica Teichstrasse1, by pobiec na południe już pod nazwą Bohrauerstrasse. Jego towarzyszami niedoli byli jeńcy wojenni albo dezerterzy z cudzoziemskich formacji pomocniczych: Włosi, Ukraińcy, Francuzi, a nawet Turcy. Wszyscy oni robili wykopy, do których wstawiano małe bunkry z otworami strzelniczymi, odlewane z betonu w zakładach FAMO czy Fahrzeug- und Motorwerke przy Grundstrasse i przywożone tu specjalnymi platformami na gąsienicach.

    Szklorz okolice wrocławskiego dworca znał bardzo dobrze. Trzydzieści kilometrów od śląskiej metropolii w małej wsi Osolin mieszkała jego babka ze strony matki. Dwukrotnie odwiedzał ją przed wojną – zawsze letnią porą. Wycieczki do Wrocławia, na które się przy tej okazji udawał wraz ze swym kuzynostwem, były niezapomnianym przeżyciem – podobnie zresztą jak wrażenia z wędrówek po urokliwych i cienistych pagórkach, zwanych nieco na wyrost Górami Kocimi, wśród których leżało rodzinne gniazdo jego matki. Babkę swoją Gertrudę – osobę łagodną i wyrozumiałą – bardzo kochał i godzinami wysłuchiwał jej opowieści rodzinnych wygłaszanych w śląskim dialekcie polszczyzny, którym już mało kto mówił na Dolnym Śląsku.

    Na początku listopada Werner Szklorz otrzymał list od swojego kuzyna Wilhelma Przywary, który jako jedyny nie zerwał stosunków z tym „Polokiem”, jak pogardliwie nazywała tarnogórzanina cała reszta podwrocławskiej rodziny. W pisanym na kolanie świstku kuzyn Willy donosił ze smutkiem, że ich wspólna babka, osiemdziesięcioletnia Gertruda Przywara umarła otoczona przez rodzinę i że jej pogrzeb odbędzie się piętnastego listopada. Wiadomość ta trafiła do młodego Ślązaka kilka dni przed tym terminem. Było to możliwe tylko dlatego, że Willy, volkssturmista i weteran z amputowaną ręką, odmrożoną na froncie wschodnim, przyniósł list wprost do wartowni, która strzegła wejścia na teren budowy bunkrów. Ponadto wartownicy następnego dnia pozwolili mu nawet, o dziwo!, zamienić kilka słów z więźniem i bynajmniej nie zżymali się, kiedy kuzyni rozmawiali w języku zwanym tutaj lekceważąco Wasserpolnisch.

    O przepustkach na jakiekolwiek uroczystości rodzinne więźniowie mogli jedynie pomarzyć. Szklorz doskonale wiedział, że jeśli znajdzie się poza kolczastymi drutami obozu pracy, to jedynie w trumnie. Postanowił zatem swe ostatnie pożegnanie ograniczyć do modlitwy za duszę zmarłej. I właśnie wtedy kiedy mamrotał Requiem aeternam dona ei, Domine, przyszedł mu do głowy desperacki pomysł. Postanowił pójść z prośbą o przepustkę do samego Upiora.

    SS-Standartenführer nie dał poznać nawet mrugnięciem napuchniętych powiek, że poznaje młodego robotnika, ale Szklorz wiedział, jak mu przypomnieć o swoim istnieniu i o pewnych minionych zdarzeniach, które – o ile w ogóle było to możliwe – mogły nastawić kierownika do petenta nieco przychylniej niż do rojących się wszędzie wszy i pluskiew.

    Była tylko jedna droga, którą mógł się dostać do niewielkiego, lecz świetnie wyposażonego baraku mieszkalnego będącego kwaterą i biurem kierownika budowy – wydeptana ścieżka prowadząca od kuchni obozowej do dwóch wielkich, wydrążonych w ziemi wykopów. Tę dróżkę wydeptali kucharze obozowi, ponieważ wieczorami, po całym dniu pracy, wysypywali do wykopanych w ziemi dziur pod bunkry odpady kuchenne – głównie obierki po ziemniakach. Gdyby zboczyć nieco ze ścieżki i przejść pod dość wiotką drucianą siatką, można było się dostać do kwatery kierownika budowy – naturalnie, z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, wypatrując wartowników i pod osłoną ciemności. Szklorz, który był ulubieńcem jednego z kucharzy, łatwo wystarał się o jednodniowe oddelegowanie do kuchni.

    Tego ponurego listopadowego dnia po kolacji, kiedy wynędzniali i wciąż głodni więźniowie już wylizali z menażek resztki wodnistej zupy, tymczasowy kuchcik udał się do „śmietnika” z dwoma wiadrami pełnymi ziemniaczanych resztek i kaszy tak zgniłej i śmierdzącej, że nie chciały jej ruszyć nawet obozowe psy. W połowie drogi zatrzymał się i zlustrował najbliższy teren. Do baraku Upiora było może dwadzieścia metrów. Pokonać tę drogę dałoby się szybko i niepostrzeżenie. Wartownicy przeczesywali reflektorem teren budowy bardzo rzadko, i to tylko nocną porą, nie zaś tuż po kolacji. Dużą część miasta, a zwłaszcza okolice dworca, w obawie przed nalotami całkowicie zaciemniono. Gdyby nie wątły poblask, ledwie padający właśnie z okna docelowego baraku, Werner nie trafiłby palcem do nosa.

    Zostawił wiadra na ścieżce i podbiegł do siatki. Była rzeczywiście wiotka. Uniósł ją lekko i przeczołgał się po mokrej, brudnej ziemi, pokrytej grubym dywanem liści nawiewanych z drzew pobliskiego przydworcowego parku Teichäcker .

    W ustach czuł smak cementu, kiedy zbliżył się do baraku kierownika i mocno zapukał. Wewnątrz ktoś się poruszył. Rozległ się stukot butów i skrzypienie desek podłogi. Zgodnie z rozkazami światło całkiem zgasło i spoza drzwi doszedł donośny głos.

    Wejść! Szklorz otworzył drzwi i przekroczył próg. – Herr Standartenführer, tu więzień Szklorz! – zawołał młodzieniec. – Przychodzę z podaniem o przepustkę. Prośba, którą krótko zaprezentował, była absurdalna. Więzień był tutaj na dnie hierarchii – poniżej obozowych psów. Jeśli już o coś mógł prosić, to tylko o odwszenie poza kolejnością albo o felczera – ale to ostatnie było już bardzo niemile widziane. Pozycja społeczna gościa, zestawiona z powodem, który go tu przygnał ze złamaniem wszystkich możliwych procedur, tworzyła mimo wszystko sytuację komiczną. Esesman przez chwilę milczał, a potem wybuchnął potężnym śmiechem.

    No właź, ty Wasserpolacke! – wykrztusił w końcu i podkręcił płomień lampy naftowej. – Tylko z daleka, abym się od twojego smrodu nie udusił! No, właź, bo zimno i muchy lecą!

    Zaśmiał się z własnego dowcipu i urwał nieoczekiwanie w momencie, gdy natężenie dźwięku zdawało się osiągać swój punkt kulminacyjny.

    Szklorz uznał, że został rozpoznany, sądząc po pogardliwym określeniu, jakim Niemcy obdarzali polskich Ślązaków. Mówił po niemiecku bez śladu akcentu, a zatem staruch musiał sobie przypomnieć jego charakterystyczne nazwisko, które go zresztą z niewiadomych przyczyn zawsze śmieszyło.

    Tak było i teraz. Wąskie szparki oczu esesmana błysnęły rozbawieniem i niechęcią. W świetle lampy naftowej pokrytą liszajami skórę twarzy przecinały pionowe bruzdy, jakby osobliwe zakładki, które zachodzą na siebie wzajemnie.

    Szklorz oderwał wzrok od oblicza Upiora. Nie mógł się też powstrzymać, by nie rozejrzeć się po wnętrzu. Przedmioty codziennego użytku były starannie poukładane. Na biurku leżały zwinięte kalki i rysunki techniczne. Obok nich w specjalnych bakelitowych uchwytach stały obsadki ze stalówkami i rysikami. Mały płotek ograniczał obszar, gdzie ustawiono pękate buteleczki tuszu i atramentu ze starannie naklejonymi kartonikami. Na nich znajdowały się maźnięcia, które wskazywały, jakiego koloru płyn wypełnia daną buteleczkę. Mimo wątłego światła Szklorz zauważył, że pojemniki zostały uporządkowane wedle barwy płynu – od najciemniejszego tuszu do najjaśniejszego atramentu.

    No! – ponaglił go Upiór. – Jaka przepustka? Gdzie się mianowicie szanowny pan wybiera? Do opery czy na koncert?

    Na pogrzeb, panie komendancie – odparł młodzieniec. – Umarła moja ukochana babka pod Wrocławiem. Proszę o przepustkę na jej pogrzeb. Piętnastego listopada. Jako gimnazjalista tuż przed maturą mam już zdolność honorową i daję słowo honoru, że wrócę do obozu tegoż piętnastego listopada najpóźniej do północy…

    SS-Standartenführer aż westchnął. Optymista usłyszałby w tym westchnieniu wesołość, pesymista – groźbę. Szklorz był prostodusznym optymistą. Sądził, że naturalność i proste wypowiedzi – bez kłamstw i wykrętów – więcej mogą zdziałać niż misterne intrygi. Czekając na reakcję gospodarza, wciągał zapach cygar oraz otwartej puszki z mielonym mięsem. Tylko ona nie pasowała do idealnego porządku panującego w domku. Miała ostre poszarpane brzegi, spomiędzy których wylewały się bryły mielonki, gęsto poprzetykane białymi pasmami tłuszczu.

    SS-Standartenführer wstał. Jego oblicze wykrzywił grymas, który znów można było interpretować dwojako – uśmiech lub narastający gniew. Szklorz był optymistą, ale na wszelki wypadek nie patrzył komendantowi w oczy. Nie ze strachu. Nie chciał, by uznano go za zuchwalca, który nie spuszcza wzroku z rozmówcy.

    Ty polska kanalio – wysyczał kierownik budowy. – Ty słowiański pomiocie! Ty masz czelność tu przychodzić?! Do mnie?! Do wysokiego oficera, przez samego Führera odznaczonego?! Masz czelność mnie niepokoić, kiedy słucham Beethovena?

    Dopiero teraz Szklorz zobaczył płytę kręcącą się z lekkim trzaskiem na patefonie.

    Przecież właśnie jej pan komendant wysłuchał – powiedział prostodusznie. – Już się skończyła i pan komendant jej nie słucha.

    Upiór zbliżył swą twarz do twarzy petenta. Ten miał wzrok wbity w czarny wąski krawat, w którym tkwiła odznaka NSDAP. Jego optymizm już się ulatniał.

    Won! – ryknął Niemiec. – Won, bo mi całkiem apartament zasmrodzisz!

    Ślązak uniósł wzrok – teraz patrzył odważnie i bez odrazy, choć łuszcząca się skóra była od jego oczu nie dalej niż kilka centymetrów.

    Chaim Lubartow… – powiedział powoli. – Pamięta pan, jak był u nas w kamieniołomach ten żydowski księgowy, osobisty księgowy samego komendanta Auschwitz? Pamięta pan, prawda? Rozmawiał z panem. Gestykulował. Tylko ja to widziałem. Spałem w kryjówce nieopodal. Odsypiałem straszliwy znój. Usłyszałem waszą kłótnię i widziałem wszystko, jak go pan zrzucił na sam dół wyrobiska. Własnoręcznie. Następnego dnia zawitał u nas sam komendant główny, sam Sturmbannführer Richard Baer. Był bardzo zły, że Lubartow nie żyje. Wściekał się, wrzeszczał. „Kto mi teraz wszystko policzy, gdy musimy opuszczać ten kraj? Jak to się stało? Jak to możliwe, że on sam spadł? Był zawsze taki ostrożny! Kto go strącił?” Pytał się nawet więźniów. Słyszałem to. Mogłem wystąpić przed szereg i wszystko powiedzieć. Nie zrobiłem tego. Byłem wobec pana lojalny. A mogłem jednym słowem poprawić swój los.

    Umilkł, a potem wykrztusił jednym tchem.

    Błagam pana, Herr Standartenführer! Wrócę do obozu. Daję słowo honoru.

    Upiór chwycił go za obozowy drelich i przyciągnął ku sobie.

    Ty jesteś lojalny wobec mnie? – zapytał lekko i swobodnie, prawie żartobliwie. Wzajemna lojalność jest cechą panów. Niewolnik może być lojalny tylko wobec niewolnika.

    Puścił Szklorza i podszedł do biurka. Otworzył szufladę i wyjął pistolet Luger. Wymierzył w przybysza.

    Pamiętaj o tym, jak zaraz będziesz umierał. Arystoteles pisał, że niewolnik nie posiada rozumu, jest tylko zwierzęciem w ludzkim ciele.

    Nacisnął spust. Iglica głucho stuknęła. Nacisnął po raz drugi. Żaden nabój nie opuścił komory. Była pusta. Chciał go tylko postraszyć.

    Szklorz rzucił się na Upiora i odepchnął go z całej siły. Stary człowiek się zatoczył i – aby złapać równowagę – oparł się na wirującej płycie. Igła patefonu zatrzeszczała i złamała się. Binokle esesmana trzasnęły pod drewnianym trepem napastnika. Staruch widział tylko jego dłoń, a w niej jego honorowy sztylet SS z napisem Meine Ehre heisst Treue. Sztylet, który przed chwilą sam był zbezcześcił, prując blachę puszki z mielonką.

    Szklorz zadawał ciosy na oślep. Sztylet ciął fałdy skóry na twarzy Upiora, wrzynał się w nozdrza, rozszczepiał mu uszy, ślizgał się po grdyce. Kiedy stary leżał na podłodze, zabójca ukląkł mu na piersi i z lekkim chrzęstem wraził ostrze pomiędzy szyję a obojczyk. Przez chwilę ciężko oddychał i czekał, aż ustaną agonalne drgawki.

    Potem wytarł swe zakrwawione dłonie o nieskazitelnie czystą koszulę trupa i usiadł przy biurku. Brudnymi pazurami wydzierał mielonkę z puszki, odrywał ją od ścianek, łykał całe grudy mięsa, nawet nie gryząc, rozcierał językiem po podniebieniu, wsysał jego soki. Potem westchnął, zgasił lampę i zapalił papierosa, którego znalazł w szufladzie.

    Godzinę później teren obozu opuścił wysoki szczupły mężczyzna w cywilnym płaszczu komendanta i w jego meloniku. Wartownicy rozpoznali strój i sylwetkę. Nie zaglądali mu w twarz. Ta fizys zawsze budziła w nich odrazę.

    Dziesięć godzin później, równo o szóstej rano, na terenie budowy pojawił się pojazd gąsienicowy z dźwigiem zdolnym unieść ładunek dwudziestotonowy. Na jego platformie spoczywał odlany z betonu mały bunkier z otworami strzelniczymi.

    Został on uniesiony przez potężne ramię dźwigu. Jego operator naprowadzał swój ładunek do dziury w ziemi o głębokości metra. Stojący nad jego krawędzią brygadzista pokazywał na migi miejsce, z którego będzie mógł opuścić bunkier i osadzić go w wykopie. W porannym półmroku nikt nie zauważył ciała w galowym mundurze SS, przykrytego warstwą liści i kuchennych śmieci.

    Nikt nie usłyszał, jak pod piętnastotonowym betonowym kolosem trzaskają stare kości.

    Oblicze SS-Standartenführera nie wzbudziło już na tym świecie niczyjej odrazy.

  • Czego warto wypatrywać w październiku?

    Październik równie obfity jak wrzesień, ale nie może być inaczej, bo przecież dziesiąty miesiąc roku to zawsze gwarant sporej liczby premier. Poklikałem, poszukałem, a efekty widzicie poniżej. Gdybym miał wydawać pieniądze na nowości, to z dużym prawdopodobieństwiem wybierałbym z tej listy. Macie swoich faworytów? Jest też kilka ciekawych wznowień, ale jednak to zestawienie dotyczy tylko nowości. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się do sklepu, gdzie możecie przeczytać więcej o danym tytule, a także zamówić książkę.

  • Przedpremierowy fragment „Pomocnika kata” Marka Krajewskiego!

    Akcja toczy się w roku 1927 w Warszawie, w małych miastach mazowieckich oraz na Wołyniu. Edward Popielski w tajnej misji kontrwywiadowczej ma za zadanie ująć (lub zniszczyć) agentów sowieckich, którzy mają na sumieniu śmierć pewnego wysokiego funkcjonariusza polskich służb specjalnych. Gdy klikniecie na okładkę, zostaniecie przeniesieni na stronę, na której możecie już zamówić książkę. Miłej lektury fragmentu! 

    – Kto to jest? Jakiś zasłużony lwowianin? – zapytał doktor Tyzenhauz.

    To były pierwsze słowa, jakie padły między nimi, gdy już weszli do kawiarni Warszawa, oddali szatniarzowi futra, a kelner poprowadził ich do stolika pod oknem. Przyjaciel Tadeusza Chłapowskiego, jednego z najbardziej wpływowych ludzi w Rzeczypospolitej, wiceprezesa Krajowego Towarzystwa Naftowego, wskazał brodą na widoczny w zawiei śnieżnej wysoki pomnik i ponowił swe pytanie.

    – Franciszek Smolka – odpowiedział Popielski, czując galicyjską dumę. – Polityk, prezydent parlamentu w Wiedniu. Pomysłodawca kopca Unii Lubelskiej na naszym wspaniałym wzgórzu Wysoki Zamek. Własnoręcznie pchał taczki z ziemią, czym wszystkim bardzo zaimponował.

    – Tak… Człowiek, który chciał uświetnić wspaniałą unię polsko-litewską, godzien jest pomnika – odezwał się zamyślony Tyzenhauz, patrząc na kelnera, który właśnie przybiegł i prężył się przed nimi jak struna, chcąc przyjąć zamówienie.

    Popielski nie był głodny i po usilnych zachętach zamówił stopkę wódki Baczewskiego i kotleciki cielęce z truflami na zimno. Tyzenhauz natomiast auszpik z ryb, a w sprawie napitku poszedł w ślady swego towarzysza. Siedzieli w części barowej, w niebieskiej sali, zwanej przez kelnera marmurową, od sali restauracyjnej oddzielonej estradą oraz niewysokim drewnianym płotkiem, nad którym powiewały firanki. Słuchali walców wiedeńskich, wygrywanych przez kilkuosobową orkiestrę kameralną, i przyglądali się bywalcom lokalu, którzy w ogromnej mierze należeli do grona współobywateli żydowskiego pochodzenia, czyli jednej trzeciej mieszkańców miasta. Byli tutaj znani Popielskiemu z widzenia adwokaci, przemysłowcy i kupcy oraz mniej znana żydowska młodzież – wygłupiający się i dokazujący mężczyźni w studenckich czapkach oraz towarzyszące im modnie ubrane dziewczyny, wesołe i krzykliwe.

    – Jak pan woli, abym się do niego zwracał? – Tyzenhauz ponownie przerwał milczenie. – Poruczniku? Czy komisarzu?

    – Najlepiej bez tytułów. – Popielski zapalił papierosa. – Komisarzem jestem w pracy, a porucznikiem byłem kiedyś, gdy prezes Chłapowski łudził mnie, iż zostanę przyjęty do Defensywy Politycznej. Cóż, kolejna obietnica bez pokrycia, doktorze. Nie chcę, aby tytuł porucznika mi o tym przypominał.

    – Wyczuwam gorycz w pańskim głosie – rzekł wolno major. – Ale jednak zgodził się pan przyjąć moje zaproszenie.

    – Powiedzmy, że to zbieg okoliczności, a ja nie lekceważę zdarzeń o małym prawdopodobieństwie. Właśnie myślałem o prezesie Chłapowskim, a tu podjeżdża do mnie jego automobil… Zdarzyło się panu doktorowi podświadomie przewidywać przyszłość?

    Tyzenhauz też zapalił i nie odpowiedział na pytanie.

    – Pańska gorycz jest zrozumiała. – Spojrzał z zainteresowaniem na wiszące na ścianach gazety, zapięte w potężne lakierowane uchwyty. – Zupełnie zrozumiała. Po sprawie „Dziewczyny o czterech palcach” oczekiwał pan czegoś więcej niż podziękowań i zegarka… Ale nikt nie zaoferował panu stanowiska. Wiem dlaczego. Pańska obecność przypominałaby niektórym o kompromitacji wywiadu w tamtej sprawie. Z idealistycznego i z patriotycznego punktu widzenia, jaki był bliski Marszałkowi, byłoby to niewskazane.

    Choć Popielski nie dał po sobie poznać, jak mocno i w jak czuły punkt został trafiony, to jednak drobny grymas, który przez sekundę zagościł na jego twarzy, nie uszedł uwagi Tyzenhauza.

    – Proszę mnie posłuchać, panie komisarzu. – Spojrzał mu prosto w oczy. – Jestem blisko z wieloma ważnymi ludźmi w naszym kraju i doskonale wiem, że od pół roku, czyli od przewrotu majowego, Marszałek nie jest już nastawiony do świata tak idealistycznie.

    Uniósł stopkę. Stuknęli się, wypili, chuchnęli, zagryźli. Popielski poczuł na języku jedyny w swoim rodzaju smak trufli, którymi przyprawione były kotlety cielęce.

    – Odkrywam przed panem karty, komisarzu. – Tyzenhauz odchrząknął. – To, co chcę panu zaproponować, jest wiadome tylko trzem ludziom. Z których dwóch, Henryk Józewski i ja, jest prometejczykami, trzeci to pan prezes, który nas wspiera finansowo i organizacyjnie.

    Popielski znów drgnął, słysząc nazwisko Józewskiego, tak często wymieniane z wielkim szacunkiem przez ukraińskich przyjaciół, których miał wielu we Lwowie. Kiedy rząd złożony z nacjonalistów i chłopów ugiął się przed żądaniem Moskwy i postanowił w styczniu 1924 roku wydalić z Polski sojusznika Piłsudskiego i zwolennika bliskiej współpracy z Polakami Symona Petlurę, Józewski ukrywał go gdzieś przed policją, czym zyskał sobie wielki szacunek wszystkich tych, którzy głęboko wierzyli w sojusz polsko-ukraiński, a do takich niewątpliwie należeli i Popielski, i jego lwowscy przyjaciele.

    – Mamy nowy rząd, komisarzu, a sprawami zagranicznymi, jak pan wie, zawiaduje August Zaleski. O ile on sam ostrożnie dobiera słowa, o tyle jego współpracownicy już nieco mniej. Niejaki Roman Knoll, długoletni dyplomata i podwładny naszego Zalesiątka, powiedział expressis verbis w wywiadzie prasowym, że idea federacji z Ukraińcami i Białorusinami to przebrzmiała pieśń przeszłości. Tak się właśnie wyraził, rozumie pan?

    Popielski milczał, zdegustowany opinią Knolla, i wpatrywał się w rozmówcę, jakby szukając w nim fałszu. Nie znalazł go. Ten szpakowaty szczupły mężczyzna wyglądał jak personifikacja szczerości. Jego szlachetne rysy były cokolwiek zaburzone mocną, kwadratową szczęką. Znamionowałaby ona upór, zdecydowanie albo nawet pewną brutalność, gdyby tych cech nie łagodziły duże oczy. Patrzyły one spokojnie znad podpuchnięć, które wraz z niezdrową ziemistą cerą mogły świadczyć albo o bezsenności, albo o skłonności do pijaństwa. Tę drugą cechę Popielski wykluczył, ponieważ Tyzenhauz miał jasną cerę bez żadnych zaczerwienień.

    – Knoll i Zalesiątko pragną za wszelką cenę ugody z Sowietami i forsują ją jako zdroworozsądkową. Mówią: „Przecież zawsze będziemy mieli rosyjskiego sąsiada, trzeba z nim ułożyć stosunki i robić dobre interesa, a nie szarpać się i szarpać”. Za tym głosem rozwagi – przybysz z Warszawy uśmiechnął się ironicznie – stoją wielkie pieniądze. Nasi przemysłowcy i bogacze, którzy węszą rozległe rynki zbytu, gdzie brak konkurencji, przyjęli Cziczerina jak jakiegoś księcia. Przyjęcia, rauty, teatr… Tak było, panie komisarzu. A potem wśród wystrzałów szampana powstała Polsko-Sowiecka Izba Handlowa.

    Popielski czytał w gazetach o wizycie Gieorgija Cziczerina, ludowego komisarza spraw zagranicznych, we wrześniu roku 1925. Znał też plotki o jego pobycie w Warszawie. W świecie policyjnym mówiono, że usłużne szefostwo hotelu Bristol, wiedząc o upodobaniach gościa, zatroszczyło się o dyskretne dostarczenie mu dla zabawy młodych chłopców, ale ponoć odmówił, panicznie bojąc się kompromitacji i szantażu.

    – Ale my, prometejczycy, nie chcemy ugody z Moskwą – mówił Tyzenhauz z wielkim ogniem. – Wiemy, że oni zawsze będą wykorzystywać sprawy gospodarcze jako narzędzie presji. My chcemy Moskali niepokoić i kąsać. Nie możemy pozwolić na to, aby pojawiła się tak zwana normalność, bo dla nich będzie ona tylko blichtrem, tylko wytchnieniem. My z nimi walczymy! I zabijemy ich ambasadora, uniemożliwiając eo ipso wszelkie brudne interesa!

    Estrada zaczęła się powoli kręcić. Obróciła się i po chwili muzycy orkiestry kameralnej pojawili się z trąbkami i saksofonami jako jazz-band. Huknęła skoczna muzyka. To był najmodniejszy obecnie taniec – shimmy. Młodzi ludzie zaczęli skakać. Popielskiemu zdawało się, iż przesłyszał się w tym hałasie. Kotlet nabity na widelec zawisł w połowie drogi do ust.

    – Nie przesłyszał się pan, panie komisarzu. – Tyzenhauz czytał w jego myślach. – Ów ambasador, w ich nazewnictwie połpried, czyli połnomocznyj priedstawitiel, nazywa się Piotr Wojkow. To jeden z zabójców carskiej rodziny, półbożek bolszewicki, prywatnie kanalia i zboczeniec płacący ladacznicom w parku Skaryszewskim w Warszawie. Raz został tam złapany na obnażaniu się, ale zwymyślał policjanta, pokazując mu papiery dyplomatyczne. Niedawno napastował małą dzieweczkę, córkę jednego z naszych gruzińskich przyjaciół.

    Kiedy Popielski to usłyszał, rozdzwoniło mu się w uszach. Uniósł stopkę i wypił jednym haustem.

    – Ojciec dziecka przebiłby go kindżałem bez mrugnięcia oka, ale go powstrzymaliśmy. Gdyby to zrobił, spotkałyby go przykre konsekwencje. Sowieci domagaliby się jego wydania. Zalesiątko et consortes nie wahaliby się ani chwili i w łapy Sowietów trafiłby nasz gruziński towarzysz broni, walczący z nami ramię w ramię przeciwko bolszewikom w roku dwudziestym! Kiedy się o tym dowiedzieliśmy, nasz triumwirat stanął przed pytaniem: co robić, aby ocalić przyjaciela, pomścić cierpienie, jakie spotkało nieszczęsne dziecko, a przy tym zniszczyć kurs ugodowy i rozsierdzić Sowietów? Otóż to wcale nie jest kwadratura koła! Po wielu godzinach dyskusyj wiemy jedno: trzeba zabić gada. Zabójcą nie może być nasz Gruzin, bo sąd wcale nie uzna za okoliczność łagodzącą ojcowskiego gniewu na to, co ta kanalia bolszewicka zrobiła jego córce. Sam pan dobrze wie, jaki wyrozumiały stosunek mają nasze sądy do lubieżników krzywdzących dzieci.

    Muzyka ucichła, rozległy się brawa. Niedaleko nich jakiś podpity jegomość natarczywie usiłował przekonać do czegoś kelnera. Ten był jednak nieugięty i wskazywał dłonią na wiszącą przy barze tabliczkę. Popielski wychylił się i przeczytał: „Kredytu nie udziela się”. Położył palec na ustach, dopóki ów jegomość nie odszedł. Tyzenhauz pstryknął palcami i na stół wjechała repeta – i wódki, i zakąsek.

    – To co chcecie panowie zrobić? – zapytał w końcu Edward.

    – Pan go zabije, Popielski. – Zapytany odparł tak naturalnie, jakby mówił o pogodzie. – Pan go zabije, ale nie sam.

  • „Kim będzie śląski Mock?” Felieton Wojciecha Chmielarza.

    Rozmawiając intensywnie z Adamem o polskim kryminale, jego przeszłości i przyszłości, zahaczyliśmy w końcu o Górny Śląsk. Wtedy padło pytanie: czy nasz region ciągle czeka na swojego Krajewskiego? Moja odpowiedź jest krótka. Nie tylko nie czeka. On go nawet nie potrzebuje

    Zaczniemy od rzeczy absolutnie podstawowej. Marek Krajewski ma wielkie zasługi i dla polskiego kryminału, i dla Wrocławia. To człowiek, który postawił ten gatunek na nogi. Pokazał, że nie tylko się da napisać po polsku dobry kryminał, ale jeszcze znajdą się czytelnicy, którzy taką książkę kupią. Oczywiście, możemy się zastanawiać, na ile to zasługa samego Krajewskiego, a na ile po prostu trafił ze swoją twórczością na odpowiedni moment, ale to byłyby rozważania dość jałowe. Fakty są takie, przed nim była tylko Chmielewska. Po nim jego sukcesie, cała grono autorów, do których i ja należę. Wrocław również jest mu wdzięczny. Eberhard Mock i jego twórca stali się przecież jedną z jego wizytówek. A sam Krajewski odsłonił przed rzeszą czytelników niemiecką przeszłość miasta. Bo z jednej strony, to nie była przecież tajemnica, że przed wojną te ziemie należały do naszego zachodniego sąsiada. Ale z drugiej, jakoś się o tym za wiele nie mówiło. Nie tyle to ukrywano, co ignorowano. Po książkach Krajewskiego jest to już niemożliwe.

    Myślę, że w polskich miastach tkwi taka tęsknota z ich własnymi Krajewskimi. Podczas spotkania w Gliwicach na temat mojego „Wampira” padło nawet z sali pytanie, dlaczego się na nim nie wzoruję? Odpowiedź jest taka, że po pierwsze nie chcę, a po drugie, ani Gliwice, ani Górny Śląsk nie potrzebują takiego autora. Przedwojenna przeszłość regionu była i jest u nas dużo lepiej znana niż we Wrocławiu, a wspomnienia żywe. Tożsamość śląska jest silna i atrakcyjna dla kolejnych pokoleń. Sam jestem tego najlepszym przykładem. Nikt z mojej rodziny nie pochodzi z Górnego Śląska. Wszyscy przyjechali z innych regionów kraju. Ale dzisiaj i ja czuję się Ślązakiem ( chociaż może nie w sensie narodowościowym, chociaż uważam, że taki naród istnieje), a regionalny etos jest ważną częścią mojej tożsamości. Od zawsze wiedziałem, jaka jest przeszłość mojego miasta i regionu. Co tu się działo przed wojną, co się wydarzyło podczas wojny, a co po niej. Było to coś dla mnie całkowicie naturalnego i oczywistego. Dla Wrocławian twórczość Krajewskiego była zaś odkrywczą nowością. To przecież miasto, które w pewnym sensie umarło i narodziło się w 1945. Wtedy skończyła się tam jedna historia, a rozpoczęła nowa. Coś, co pomimo wszystkich tragicznych zdarzeń i dziejowych zawieruch nie dotyczy Górnego Śląska. Tak, zmieniło się wiele. W niektórych miastach prawie wszystko. Ale zachowana została fundamentalna ciągłość. Przetrwała gwara. Przetrwała pamięć. Przetrwały opowieści i poczucie własnej tożsamości.

    zdjęcie dzięki uprzejmości www.tvs.pl

    To sprawiło, że śląska literatura ma się czym chwalić. Zaczynając od pięknej, żeby wymienić Horsta Bienka, Janoscha (obaj z Niemiec, ale znani i czytani na Śląsku), a z Polaków Henryka Wańka, a teraz Szczepana Twardocha. Więcej nazwisk znajdziecie Państwo w Kanonie Literatury Górnego Śląska (klik). Kryminał na Śląsku? Proszę bardzo. Jest piszący po śląsku Marcin Melon. Jestem ja z „Wampirem” i nadchodzącym „Zombim”. Wątki śląskie pojawiają się u Katarzyny Bondy, Mariusza Czubaja, Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. I pewnie kilku innych autorów, których albo nie znam (przepraszam), albo o nich zapomniałem.

    Stolica Dolnego Śląska tego nie miała. W 1999 roku (rok wydania pierwszej powieści z Mockiem) Wrocław był w pewnym sensie dla polskiej literatury terra incognita. Co było zresztą jedną z przyczyn sukcesu Krajewskiego. Górny Śląsk jest, był i będzie mocno obecny w polskiej kulturze. Nawet bestsellera nie brakuje, bo przecież Szczepan Twardoch ma takie nakłady, że tylko pozazdrościć. Jedyne, czego nie ma Górny Śląsk to ikonicznego bohatera. Kogoś takiego jak Eberhard Mock. Kogoś, kto byłby wizytówkę. Kogo śladami mogłyby wędrować wycieczki. Ale szczerze mówiąc, jakoś wątpię, żebyśmy odnaleźli taką postać w kryminale retro. Było przecież wielu, którzy próbowali. Udało się tylko Marcinowi Wrońskiemu z Zygą Maciejewskim. Postać, która jest równie ciekawa co jego wrocławski kolega po fachu, ale jednak dużo mniej znana. Spróbować dołączyć do tych dwóch postaci trzecią, wydaje mi się niemożliwością. Jako twórca, i jako czytelnik bardziej wierzę w siłę współczesnych bohaterów. Tacy, którzy staną się literackim fenomen i zdobędą serca czytelników, jestem tego pewien, prędzej czy później się pojawią. Nie na Krajewskiego więc czekamy, ale na Mocka. Sam jestem ciekaw, kto nim będzie.

    Wojciech Chmielarz

  • „Kryminały będę pisał jeszcze przez 10 lat”. Marek Krajewski w rozmowie ze smakksiazki.pl

    Rozmawiamy nie tylko o najnowszej książce „Mock”, ale też o pisarskiej emeryturze, serialu „House of Cards”, literackim Noblu, a także o tym, że Eberhard Mock powrócił trochę przez przypadek.