PROLOG
Kościół tchnie chłodem niczym zwłoki wystawione w kostnicy.
Zanim do niego wejdę i poczuję ten chłód na sobie, zanim wedrze się on pod ubrania i wprawi ciało w dygot, obserwuję złote liście porwane do tańca ze ścieżki. Wirują, unoszą się i opadają na tle czarnych szkieletów drzew i szarych chmur, szczelnie pokrywających niebo. Zapewne uśmiecham się na ten widok. Jestem przecież dziewczynką, wszyscy lubią, kiedy się uśmiecham.
Ojciec trzyma mnie za rękę. Twardym paznokciem kciuka bezwiednie pociera delikatną skórę mojej dłoni, gdy idziemy w stronę świątyni z czerwonej cegły.
Szarość wkrapla się przez strzeliste witraże, a boczne nawy toną w mroku. Głuche odgłosy kroków niosą się echem, stare ławki trzeszczą dłużej niż chwilę. Ktoś pochrząkuje, ktoś coś szepce. Wielkie drewniane wrota skrzypią przeraźliwie. Wyobrażam sobie, że to krzyk zbłąkanej duszy.
Płomienie świec tańczą na ołtarzu, a ja się nudzę. Szybko jednak znajduję sobie zabawę. Otwieram szeroko usta i wydycham powietrze, które zamienia się w jasnoszary obłok. Miękkie nitki unoszą się wolno i kłębią, przenikając się wzajemnie, a ja próbuję zmącić je ręką.
– Uspokój się! – syczy babka, matka mojego ojca, i chwyciwszy moją dłoń, ściąga ją gwałtownie w dół.
To boli, dlatego wykrzywiam usta w podkowę. Czasami boję się tej starej kobiety. Tata spogląda na mnie i wolno przymyka powieki. Nie jest zły, zresztą on tak szybko się nie złości. Po prostu daje mi znać, że wszystko będzie dobrze, żebym to wytrzymała. Mam nie więcej niż trzy, może cztery lata i niewiele wspomnień tamtej chwili. Siedzę na lodowatej ławce, wciśnięta między ojca a babkę, która strzepuje pyłki z gabardynowego płaszcza. Pomimo niedawnej reprymendy szybko wynajduję sobie nowe zajęcie. Bawię się dużą, zimną dłonią ojca, którą położył na moich kolanach. Palcem wgniatam grube szare żyły układające się w sieć. Biegną tuż pod skórą, łączą się ze sobą i znikają przy szorstkich kłykciach, za którymi są już długie i grube palce. Te żyły są takie miękkie, łatwo poddają się naporowi, ale tylko na moment, tylko na chwilę. W miejscu, w którym uciskam, powstają białe placki.
Znikają jednak szybko. Po jakimś czasie znowu unoszę głowę, by spojrzeć na ojca. Chciałabym dotknąć kłującego rudawego zarostu, ale tego nie robię, bo jego dolna warga drży. Nos ma czerwony, pewnie z zimna. Ociera go chusteczką. Szkliste oczy patrzą przed siebie. Podążam za tym wzrokiem do przodu, przed ołtarz. I już oboje patrzymy na połyskującą lakierem sosnową trumnę.
Kolejne wspomnienie przenosi mnie na cmentarz, na pogrzeb, a dokładnie do tej chwili, kiedy ubrani na czarno mężczyźni spuszczają trumnę na pasach wprost do grobu. Ojciec trzyma mnie w silnych ramionach. Szczękam zębami i mówię mu, że jest mi zimno. Chcę, żeby zabrał mnie do domu. Szepczę mu to, niemal dotykając wargami jego ucha. Ale on nawet nie drgnie. Zresztą nikt się nie rusza.
Przyszło niewiele osób, wszyscy zwieszają głowy. Próbuję dostrzec w ich twarzach coś więcej niż smutek wyrzeźbiony zimnym wiatrem.
Mój ojciec, zamiast mi odpowiedzieć, zamiast zabrać mnie do ciepłego mieszkania i bawić się ze mną, mocno zaciska powieki. Stawia mnie na ziemi, nie chce patrzeć mi w oczy, bo nie ma w sobie dość siły, żeby mi wyjaśnić, dlaczego nie możemy odejść. Opieram się o niego plecami i czuję, że cały się trzęsie.
Chwytam leżącą na moim ramieniu dłoń ojca i zginam jego grube palce. Niewykluczone, że coś do siebie mówię, może nawet podśpiewuję cicho: „Stary niedźwiedź mocno śpi, stary niedźwiedź mocno śpi, my się go boimy, na palcach chodzimy, jak się zbudzi, to nas zje”.
Przecież mogę robić wszystko to, co robią dzieci, gdy skupiają się na jednej czynności.
Nieważne. I tyle właśnie z tego pogrzebu zapamiętałam. Wiem, że na wrażenia dziecka nakładają się doświadczenia dorosłej kobiety i być może obrazy ze wszystkich pogrzebów, których byłam świadkiem.
Jeśli mam być szczera, nie wiem już, co jest prawdą, a co tylko moim wyobrażeniem.
Mimo to pielęgnuję w sobie te wspomnienia.
A wśród nich to, w którym mój ojciec długo gładzi mnie po głowie i ani razu nie gani, nie ma żalu o to, że bawię się na pogrzebie. Bo jestem zbyt mała, żeby zrozumieć, co się stało.
Żeby godnie pożegnać matkę.
KAMA
Trzask w głośniku przerywa sen, w którym spadam z ogromnej wysokości. Każdy zna to uczucie: żołądek podchodzący do gardła, mrowienie rozpełzające się z trzewi.
Lecę długo i ze świadomością, że zaraz zginę. Jestem gotowa na śmierć. Tuż przed uderzeniem w pomarszczoną taflę rzeki biorę haust zimnego powietrza. Zamykam oczy, spinam mięśnie i nagle z głośnym pluskiem wpadam w lodowatą toń.
W tej samej chwili drgam nerwowo.
Wypełnia mnie dziwne poczucie strachu wymieszane z ulgą.
– Szanowni państwo, zbliżamy się do stacji Toruń Główny. Planowy przyjazd pociągu: godzina szesnasta dwadzieścia dwie. Podróżnych wysiadających prosimy o zabranie bagaży i rzeczy osobistych oraz o zachowanie ostrożności. Dziękujemy za skorzystanie z usług PKP Intercity i życzymy udanego pobytu lub dobrej dalszej podróży.
Jestem przekonana, że ta zmora kiedyś mnie wykończy. Śni mi się ciągle, uparcie powraca. Na szczęście rzadko uderzam z impetem o bruk. Częściej, podobnie jak przed chwilą, topię się, nie umiem wypłynąć na powierzchnię. Zalewa mnie woda, pochłania mnie ciemność.
Ale sen już odszedł. Zastępują go kołyszący stukot kół, lepki pot na karku i ból zdrętwiałej stopy. Ciepłe powietrze wypełnia mi płuca. Zatrzymuję je na dłużej, po czym wydycham ze świstem.
Pod łokciem wyczuwam torebkę. Jest na swoim miejscu, zamknięta, ale dla pewności pociągam za suwak. Zerkam na półkę nad głową. Walizka tkwi tam, gdzie ją położyłam.
Przez lekko uchylone okno do pustego przedziału wpada z szumem wiatr, tarmosi zaciągniętą zasłonę, przez którą prześwitują gorące promienie gasnącego czerwcowego słońca.
Ocieram pozbawioną makijażu twarz i wciąż zaspana poprawiam się na siedzeniu. Mija chwila, nim dochodzę do siebie, bo krótki sen wyczerpał mnie całkowicie.
Wstaję i odsuwam zasłonkę. Za oknem dobrze znany las ustępuje miejsca nowoczesnym halom produkcyjnym oraz skrytym w gąszczu drzew i krzewów altanom, rozsianym gęsto na działkach. Wojskowe koszary, samochody na ulicach, refleksy słońca na karoserii i szybach. I to wszystko ucieka, znika mi z oczu.
Wreszcie pociąg wyraźnie zwalnia bieg, a gdy się zatrzymuje, szarpie mną lekko.
Kolejka zmęczonych ludzi przepycha się do wyjścia. Robię krok nad szczeliną między pociągiem a peronem i już ciągnę walizkę po kamiennych płytach w stronę dworca z żółtej cegły, która w popołudniowym słońcu nabiera wyjątkowo intensywnego odcienia.
Zmierzam w kierunku frontu budynku, tam gdzie postój taksówek. Kilka wozów z kolorowymi naklejkami i gapami na dachach wyczekuje na kurs. Otwarte drzwi, opuszczone szyby. Zgarbiony kierowca ociera pot z czoła, zwiesza głowę, odjechałby stąd, poczuł wreszcie na skroniach pęd chłodnego wiatru. Zaraz przyniosę mu ulgę, bo moja przyjaciółka Aldona Terlecka wysłała mi wcześniej esemes, że nie da rady mnie odebrać. Może to i lepiej, nie jestem w nastroju do babskich pogaduch.


