Rozmawiamy praktycznie o wszystkim. Milionowych zaliczkach, patologiach rynku książki, agencjach literackich, marzeniach, ale też o porażkach i trudnych chwilach w branży. Przed Państwem Anita Musioł, właścicielka Wydawnictwa Pauza. Rozmowa z gatunku dłuższych, więc zalecam kawę lub herbatę.
Adam Szaja: Zacznijmy od konkretów. Jak blisko było, żeby Etgar Keret wydawał w Pauzie?
Anita Musioł, Pauza: Niezbyt blisko, bo wtedy, kiedy on odchodził z W.A.B. ja dopiero startowałam. Miałam wtedy wydaną jedną książkę, może dwie. Z Keretem korespondowaliśmy, rozmawialiśmy, ale myślę, że on się trochę bał i wcale mu się nie dziwię, w jego sytuacji też wybrałabym stabilne wydawnictwo z tradycjami, jakim jest Wydawnictwo Literackie. Poza wszystkim innym ja nie byłam gotowa złożyć oferty na całą jego twórczość i zapłacić mu ogromnych zaliczek. Natomiast ostatnio, kiedy szukał nowego wydawcy, to ja zrezygnowałam. Jakoś już nie czułam bluesa tak bardzo, jak wtedy. Już mi nie zależało.
Bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz…
Oczywiście, zawsze musi być odpowiedni moment. To drugie podejście miało miejsce niedawno, w czasie obecnego konfliktu izraelsko-palestyńskiego, czyli w bardzo złym momencie. Być może zaważyło też to, że autor udzielił kilku kontrowersyjnych wypowiedzi na temat tego, co się działo i wylało się na niego sporo hejtu. Pomyślałam, że mam już dwóch autorów z Izraela: Eshkola Nevo, którego jedną książkę wydałam i którego chcę dalej wydawać, i nową autorkę, jeszcze nie wydaną przeze mnie, Advę Bolle, ze zbiorem opowiadań „Basen miejski” (taki będzie polski tytuł, zbiór ukaże się w przyszłym roku). Stwierdziłam, że na tym poprzestanę.
Opowiadania to trudna działka.
Oczywiście, ale to moja pasja – tutaj konsekwentnie drążę skałę. Często piszą do mnie czytelnicy, że zaczęli od opowiadań Pauzy i już przy nich zostali, i to jest dla mnie ogromna satysfakcja. Oczywiście, że opowiadania się gorzej sprzedają niż powieści. Ale ja je uporczywie wydaję, i będę tak robić. Muszę się jednak hamować, bo mam teraz bardzo duże zapasy opowiadań – więc na razie pass, trochę przesadziłam [śmiech].
W jednym z wywiadów powiedziałaś, że chciałabyś dojść do takiego momentu, żeby wydawać 60 książek rocznie. Jesteś już blisko?
Ten etap w moim życiu wydawczyni i taki pomysł na Pauzę już minął. Myślę, że cytujesz jakąś moją wypowiedź sprzed pandemii, więc sprzed ponad pięciu lat. Pierwsza książka Pauzy ukazała się w styczniu 2018 roku. Założyłam, że po trzech latach będę albo zarabiać, albo zamykam wydawnictwo. Zaczęłam zarabiać po półtora roku, czyli na przełomie 2019 i 2020. Wtedy nadeszła pandemia.
Tak się złożyło, że pod koniec 2020 roku miałam już przygotowane dla pracowników biuro, rozpisaną rekrutację, która jeszcze nie była upubliczniona. Plan był taki, żeby zatrudnić kogoś nowego, może stworzyć jakiś imprint, może zagospodarować wydawniczo nowy obszar. Na szczęście uruchomienie rekrutacji nie doszło do skutku i nie zdążyłam wdrożyć planów rozwoju. Myślę, że w tamtym czasie taki ruch byłby ogromnym obciążeniem, jedna czy dwie osoby na liście płac w tak małej firmie to duża odpowiedzialność, a przecież nie wiedziałam, co będzie dalej.
Wszyscy pamiętamy, jaki to był niespokojny czas. Na początku był stres, jak czytelnicy zareagują. Po kilku miesiącach okazało się, że książki się świetnie sprzedają, że mając więcej czasu ludzie wrócili do czytania. Jednak na początku to nie było takie oczywiste, obawiałam się, czy w tym ciągłym stresie czytelnicy znajdą potrzebne do czytania skupienie. Z kolei potem, im dłużej trwało zamknięcie, tym bardziej martwiliśmy się my, wydawcy, że w końcu dobra passa dla książek się skończy, że czytelnicy będą mieli dość, a po otwarciu kin, teatrów sklepów, restauracji faktycznie sprzedaż spadła, bo ludzie wrócili do dawnych rozrywek i zajęć. Dlatego myślę, że wówczas byłoby to dla mnie bardzo trudne, gdybym jednak zdążyła kogoś zatrudnić.
Od tego czasu coś mi się poprzestawiało w głowie. Może dlatego, że wystarczy mi to, co robię, jeżeli chodzi o spełnienie osobiste. Finanse też wyglądają bardzo dobrze. Zawsze oczywiście może być lepiej: bardzo lubię podróże, różne inne kosztowne przyjemności, natomiast nie mam takiego parcia, żeby wydawać dużo i bez sensu, byle tylko wydać.

Myślę, że w każdym biznesie kluczowa jest rentowność, a nie obrót. Kiedy słyszę, jak wydawcy chwalą się, że obrót wzrósł im rok do roku na przykład o 20%, zawsze pytam, ile więcej książek wydali w tym czasie? Jeżeli, dajmy na to, trzydzieści – to odpowiadam, że trudno, żeby obrót nie wzrósł, przy odpowiedniej dystrybucji zawsze powiedzmy 500 egzemplarzy każdej nowości się sprzeda i to podkręci obrót. Pytanie o rentowność. Są firmy, które walczą o udział w rynku kosztem rentowności, właściciele, którzy „dosypują”, byle się spięło i byle zwiększać produkcję. Ja do takich osób nie należę, Pauza nie jest taką firmą. Bardzo o to dbam i tego pilnuję. W zeszłym roku miałam wzrost obrotu i ogromny wzrost rentowności – i dla mnie to jest kluczowe. Czy wydam piętnaście książek czy trzydzieści, tak naprawdę najważniejsze jest to, jak wszystko będzie biznesowo wyglądało.
Mogłabym wydawać może nie sześćdziesiąt, ale dwadzieścia – trzydzieści nowych tytułów rocznie, bo mam takie zasoby i książki kupione na zapas. Moi autorzy są bardzo płodni, więc ciągle coś piszą, zazwyczaj połowa listy nowości w danym roku to powracający autorzy. Mam teraz “zaparkowane” dwie – trzy książki autorów już wydanych wcześniej w Pauzie, np. Eimear McBride czy Daniela Magariela. Do tego dochodzą napisane już, i zagranicą często wydane, ale jeszcze nie zakontraktowane przeze mnie książki moich autorów, na przykład wspomnianego wcześniej Eshkola. Mam ogromną listę, którą mogłabym eksploatować i wydać wszystko na raz, ale nie o to chodzi.
Wydaje mi się, że nie dostrzegamy tego, że tak mało jest czytelników, którzy są odbiorcami literatury pięknej. Prawdziwymi odbiorcami, którzy czytają, a nie tylko kupują coś raz na rok w prezencie. Oni nie są w stanie skonsumować trzydziestu książek miesięcznie – ode mnie i innych wydawnictw, które wydają podobne książki.
Nie widzę sensu zalewania rynku. Można oczywiście wykosić konkurencję, może inni wydawcy mają taki cel, ale mnie nie o to chodzi. Założyłam wydawnictwo, żeby sprowadzać do Polski nowe nazwiska, nowe głosy, autorów, którzy są dla mnie ważni, których sama czytam i którymi chciałabym się „podzielić” z innymi czytelnikami. Największą nagrodą dla mnie jest świadomość, co wielokrotnie się zdarza, że dzięki mnie ktoś przeczytał coś wartościowego dla niej czy dla niego. Sam by tego nie przeczytał, bo nie zna języków obcych. W naszej bańce wydawniczej często myślimy, że wszyscy czytają po angielsku. Nieprawda. Pomijam, że nie wszystko jest wydawane po angielsku. Dla mnie ogromną radością i spełnieniem jest kiedy ktoś mówi, że książka zmieniła jego życie, pomogła w trudnym czasie. Mam czytelniczkę, która miała zagrożoną ciążę i przez osiem miesięcy musiała leżeć. Czytała książki Pauzy i dzięki temu przetrwała ten czas. To jest dla mnie nagroda, a nie to, czy wydałam sześćdziesiąt książek, czy piętnaście.
Wspomniałaś o finansach. Kiedy zakładałaś Pauzę, to był twój biznesowy all-in, który musiał się udać, bo to twoja pasja, czy był jakiś plan B?
Plan był taki, że się uda, oczywiście. Natomiast jestem realistką, więc wiedziałam, że może być różnie. Włożyłam w wydawnictwo sporo oszczędności. Wiedziałam, że nie będzie żadnego wujka, który dosypie pieniędzy, jak mi nie pójdzie. Byłam przekonana, że się uda, prawdę mówiąc. Ale zawsze to jest tylko wiara, a można się pośliznąć.
Ty tę wiarę miałaś popartą doświadczeniem. Nie byłaś osobą, która nagle spadła z choinki i stwierdziła, że założy sobie wydawnictwo, bo to może będzie fajne. Pracowałaś przecież i w Empiku, i w GW Foksal, więc miałaś wiedzę i – co równie ważne – kontakty.
Tak, aczkolwiek największą wiedzę biznesowo-wydawniczą zdobyłam nie w wymienionych przez Ciebie firmach, a w Egmoncie, gdzie pracowałam najdłużej, bo dziewięć lat. To była najlepsza szkoła biznesowa w moim życiu. Wtedy Egmont był potęgą międzynarodową, obecną na wielu rynkach, firmą, która też szkoliła i inwestowała w pracowników. Wydawania nauczyłam się właśnie tam, to było pierwsze wydawnictwo, w którym pracowałam.
W drugim, czyli w Świecie Książki, weryfikowałam te umiejętności, co było wyzwaniem, bo nagle miałam ogromny zespół, znacznie większy niż w Egmoncie, i trudniejsze książki. Pracowałam z prestiżowymi polskimi autorami, takimi jak Janusz Głowacki, Jerzy Pilch, Magda Parys, Sylwia Chutnik, Inga Iwasiów, Michał Witkowski, Manuela Gretkowska. W 2011 roku, kiedy przyszłam do Świata Książki, byli tam wszyscy ważni polscy autorzy, którzy nie odeszli do Wielkiej Litery z Pawłem Szwedem. To były największe nazwiska i te książki naprawdę świetnie się sprzedawały, najwyższa półka. Świat Książki to była zupełnie inna praca niż w Egmoncie: Egmont to były książki dla dzieci, do tego w większości licencyjne, z małą liczbą polskich autorów. Ta zmiana i skali, i charakteru wydawnictwa, to było duże, bardzo ciekawe i rozwijające, wyzwanie.
Potem przyszedł czas na trzecie i ostatnie wydawnictwo, w którym pracowałam, czyli GWFoksal. To była z kolei nie szkoła biznesowa, a szkoła życia [śmiech]. Ale jak mówi bohater jednej z najnowszych książek Pauzy, Knut, sterany życiem i norweskim rynkiem wydawniczym pisarz, nie jesteśmy tu dla przyjemności [śmiech]. Przy okazji bardzo polecam tę książkę, pokazującą świat wydawniczy w krzywym zwierciadle – chwalimy obce rynki, że są lepsze i bogatsze od naszego, ale podobieństw jest mnóstwo i w gruncie rzeczy większość spraw sprowadza się do jednej: czy książki danego autora się sprzedają, czy nie.
Czy według ciebie na polskim rynku jest jeszcze miejsce na nowe wydawnictwa, czy to już się powoli wypełnia i za chwilę będzie trudniej?
Nie wiem, wydaje mi się, że to bardzo zależy od profilu. Może być tak, że nagle pojawi się jakiś trend, jak było z YA (Young Adult) parę lat temu, i powstaną dwa – trzy wydawnictwa, które wypełnią tę lukę. I wtedy wszyscy będą się dziwić, jak to, nagle trzy wydawnictwa się pojawiły – i działają?
Dużo czytam o tzw. „nadprodukcji”, ciągle słyszę, że książek jest za dużo, że nas wydawców jest zbyt wielu, ale czy na pewno tak jest? Czasem warto zakwestionować własne przekonania, a ja ostatnio zaczęłam właśnie tę tezę podważać. Pauza powstała w 2018 roku, a po niej pojawiły się – nie pamiętam już dokładnie a jakiej kolejności – Tajfuny, Cyranka, Filtry, Drzazgi, ArtRage. Nasze oferty różnią się oczywiście, ale według mnie w ok. 75% trafiamy do podobnych czytelników, co widać chociażby na spotkaniach autorskich czy festiwalach literackich, gdzie ta sama publiczność się pojawia właściwie w kółko – a jednak wszyscy nadal istniejemy i działamy. Pamiętajmy, że podobną ofertę mają przecież też duzi wydawcy (po kilka tytułów w Poznańskim, Literackim, Znaku, GWFie, Marginesach, czy Filii, kilkanaście rocznie w Czarnym) oraz mali i średni, którzy istnieli przed nami – Karakter, Książkowe Klimaty, Afera, Nisza. I co? I nic, każdy wydaje co i ile chce, a nawet wielu z tych nowych, powstałych po Pauzie, z roku na rok coraz więcej. Gdyby naprawdę nie było dla nas wszystkich miejsca przecież oferta zmieniłaby się, albo wydawnictwa by bankrutowały, a tak nie jest.
W kontekście kontrowersji wokół Legimi, potem wokół wypowiedzi członków Unii Literackiej o wydawcach, których trzeba pilnować, żeby byli uczciwi, pojawiło się stwierdzenie, chyba w artykule u Wojtka Szota, że nie przypomina sobie, żeby zamykały się jakieś wydawnictwa, a tymczasem wielu autorów przestało pisać, bo nie mają za co. To było powiedziane też w kontekście księgarń – że te upadają, ale wydawnictwa nie. Zaczęłam sobie przypominać, czy były zamykane wydawnictwa, i rzeczywiście kilka takich było, ale faktycznie niewiele w stosunku do liczby księgarń. Natomiast dla mnie kluczowe pytanie jest inne: ile wydawnictw jest zdrowych, żyje z tego, że wydaje książki, utrzymuje pracowników i nikt nie dosypuje im pieniędzy? Czyli ile ma – biznesowo – rację bytu? To jest osobny temat. Są osoby, które mają zaplecze finansowe, pasję i zakładają wydawnictwa. Właściciele niektórych pracują i zarabiają gdzie indziej, albo mają bogatego inwestora, albo ledwo utrzymują się na powierzchni. Natomiast te zdrowe… nie ma ich wiele. Kilka liczb w swoim tekście dla Małego Formatu podał Marcin Bełza. Wystarczy przejrzeć KRS-y, polecam, to jest ciekawe doświadczenie.
Pamiętajmy, że jeszcze kilka lat temu nowa odsłona pisma „Przekrój” była stawiana za wzór, wręcz ideał na rynku: świetni dziennikarze i nowoczesna makieta, cudne okładki, wspaniałe pensje, przepiękne biura… po kilku latach okazało się, jak to było możliwe, jak gigantyczne straty tego przedsięwzięcia, wielomilionowe, były pokrywane przez właściciela. Czy gdyby każde wydawnictwo „żyło” tylko ze swoich książek nadal istniałaby ta – domniemana – „nadprodukcja”?
Lektura na wieczór: czytamy KRS-y wydawnictw i będziemy wiedzieli, kto pływa bez kąpielówek, bo jak mówi Warren Buffett, w czasie kryzysu widać, kto pływa bez majtek. Czy uciągnęłabyś to wydawnictwo, gdyby to była tylko praca, nie pasja?
Myślę, że nie, bo to jest coś, czym się człowiek zajmuje dwadzieścia cztery godziny na dobę. Własny biznes polega między innymi na tym, że cały czas siedzi w głowie i gada [śmiech]. Gdyby siedziało w głowie coś, czego nie lubię, co mnie nie ciekawi, to byłaby udręka, bo wszystko jest elementem pracy. Jadę w podróż, w drodze czytam książkę, którą rozważam wydać, albo którą wydała konkurencja, po przyjeździe od razu idę do lokalnej księgarni – niby urlop, ale w jakiejś mierze wszystko kręci się wokół Pauzy. Ja to kocham, pracując w innej branży na pewno też czytałabym i poszłabym do zagranicznej księgarni obejrzeć, jak wygląda i jakie książki oferuje, ale jednocześnie jest to element mojej pracy i nie ma co tego ukrywać. Festiwal literacki, na którym jestem obecna chociaż nie ma moich autorów – tam też jestem z i pasji, i ze względu na Pauzę, wszystko jest powiązane.
Zawsze byłam bardzo zaangażowana w to, co robię, nawet nie mając własnej firmy. Pamiętam pracę na urlopie, awaryjne składanie ofert. Nigdy nie byłam typem pracownika, który kończy pracę o szesnastej, zamyka drzwi do biura i wyłącza telefon. Parę dni temu rozmawiałam z zaprzyjaźnioną agentką literacką, która otwiera własną agencję, a wcześniej pracowała dla dużej korporacji – chciała się poradzić, jak to jest być „na swoim”. Zapytana o własny biznes powiedziałam jej, że jest jedna najważniejszą rzecz: trzeba się liczyć z tym, że każda własna działalność staje się ogromną częścią naszego życiem.
Jakbym słuchał o sobie.
I pomaga, jak się lubi swoje życie.
Tak, bardzo pomaga. Dostajesz na skrzynkę mailową propozycje książek do wydania, czy już wcześniej wiesz, co chcesz wydać i walczysz o te konkretne tytuły? Czy może cię zaskoczyć jeszcze coś ze skrzynki mailowej?
W skrzynce mailowej raczej nic mnie nie zaskakuje. Spływają propozycje książek, których nie znam, ale zazwyczaj nie chcę ich wydać. Dostaję też ogromną liczbę propozycji polskich autorów, mimo że wszędzie ogłaszam, że nie wydaję polskiej literatury. Nie zacznę jej wydawać, nie mam takich planów. To zupełnie inna praca niż praca z gotowym utworem. Nie mam do niej ani predyspozycji, ani wykształcenia, ani doświadczenia. Dlatego też sama nie redaguję książek.
A propos tych polskich propozycji: to jest kuriozalne, że Pauza, wydawnictwo z tak jasno określonym profilem, dostaje tyle maili z polskimi propozycjami. Żeby pokazać skalę powiem, że to jest kilka maili dziennie. Wyobrażam sobie, co się dzieje w wydawnictwach, które wydają polskich autorów. W dużych wydawnictwach, w których pracowałam, widziałam najdziwniejsze i najbardziej odjechane propozycje, niezwiązane z profilem wydawnictw. Rocznie to bywały setki propozycji. Na przykład w Egmoncie na porządku dziennym były propozycję powieści dla dorosłych, chociaż było to wydawnictwo z całą ofertą skierowaną do dzieci. Myślę, że wiele osób szuka adresów i po prostu wysyła propozycje „w ciemno”, zresztą dość często zdarzają się wręcz swego rodzaju mailingi, w których – w mailu – widać adresy dwudziestu innych wydawców…
W takim razie jak łowisz? Jak typujesz swoich pisarzy i pisarki?
Szukam po nagrodach, sprawdzam, jakie nazwiska są na topie. Rozmawiam z moimi autorami, którzy często mi polecają innych pisarzy – sami czytają i są czymś zafascynowani. Czytam prasę, śledzę rynek, rozmawiam z ludźmi, agentami, z tłumaczami, ze znajomymi z innych krajów. Wielu z nich dokładnie wie, co wydaję i co lubię, więc jak mają coś interesującego, to do mnie dzwonią. Tak kupiłam na przykład “Szczegóły” Ii Genberg, zanim zdobyła prestiżową nagrodę Augusta. Dostałam telefon od agenta, który powiedział, że ma coś, co na sto procent mi się spodoba. Przeczytałam – nawet nie połowę – i już wiedziałam, że to jest dla mnie. Kupiłam następnego dnia. Takie sytuacje też się zdarzają. Być może sama bym jej nie znalazła, bo nie czytam po szwedzku, wiadomo, no i nie znam wszystkich rynków równie dobrze. Ale agenci wiedzą, czego szukam.
Może z racji tego, że wydałaś też Therese Bohman?
Śmiałam się ostatnio, że teraz mam już tyle Szwedów, że zaraz to będzie szwedzkie wydawnictwo – w ogóle mam swojej ofercie dużo książek ze Skandynawii. Bardzo dużo. Chyba muszę przestać kupować kolejne! Dobry agent doskonale wie, jakie wydawnictwo co wydaje, co się komu podoba, jaki kto ma gust. Niektórzy znają mnie od wielu lat, więc mają rozeznanie, wiedzą, co lubię czytać. A wydaję tylko to, co sama chciałabym przeczytać.
Ile najwięcej zapłaciłaś za prawa do książki?
W Pauzie? Nie pamiętam czy 1500 czy 2000 dolarów.
A poza Pauzą?
Ponad milion złotych.
Co to było?
Już się przedawniło, więc mogę powiedzieć. To była zaliczka dla Janusza Głowackiego. Ale nie tylko. Kiedyś kupiłam dla GW Foksal „Kobietę w oknie” A. J. Finn za gigantyczne pieniądze jak za taką powieść i pewnie jakieś dziesięć lat temu – ponad sto tysięcy dolarów. To był dobry strzał, wydany po moim odejściu, ale wiem, że wydawnictwo było bardzo zadowolone z tej książki. W Świecie Książki też bywały bardzo duże zaliczki.

A jakie masz teraz relacje z Grupą Wydawniczą Foksal? Czy jest wewnętrzny żal, czy raczej ulga, że tak ułożyło się życie?
Na pewno ulga, bo to był trudny czas i trudna firma. Dopiero po odejściu i po upływie pewnego czasu zdałam sobie sprawę, jaki to był ciężki okres. Zdarza się, że jak w czymś tkwimy, nie widzimy pewnych rzeczy. Później przyszła refleksja, że momentami to było szaleństwo.
Z Anią Dziewit i Maćkiem Marciszem czasami chodzimy na kawę, obiad i pogaduchy. Wydaje mi się więc, że mamy dobre relacje. Oczywiście to nie jest ta ekipa, która była za moich czasów. To nie Ania mnie zwalniała z pracy, więc to też jest inna sytuacja. Ale wydaje mi się, że zawsze miałam dobre kontakty z ludźmi i nie paliłam za sobą mostów. Zarówno ze zwalniającymi mnie, jak i z następcami normalnie rozmawiam, z niektórymi osobami nawet do dziś się przyjaźnię.
Mam świadomość, że korporacja rządzi się swoimi prawami. Ja też zwalniałam ludzi przez wiele lat. Czasem chciałam kogoś zwolnić, czasem nie chciałam, ale musiałam. Tak to wygląda. Nie mam do nikogo żalu, jeżeli już, martwi mnie czasem forma. Bo pewne rzeczy można zrobić z klasą albo bez. Zazwyczaj większość ludzi robi trudne rzeczy bez klasy, i to jest smutne, ale to świadczy o człowieku. Nawet będąc tylko osobą zatrudnioną w danej firmie można postąpić tak albo inaczej.
Oprócz tego, że zwalniałam, również pomagałam. Pamiętam rozmowę z prezesem o współpracownicy w jednym wydawnictwie, która zachorowała na nowotwór – zgodnie z umową nie byliśmy jej nic winni, to nie była umowa o pracę, mogliśmy jej przestać płacić z dnia na dzień, kiedy ona nie mogła pracować. Udało mi się wyprosić, żeby firma jej płaciła dopóki nie wyzdrowiała, chociaż nic dla nas przez ten czas nie robiła. To było ponad sześć miesięcy, a nie jedna pensja. To jej bardzo pomogło w tamtym trudnym czasie.
Nic nie jest czarno-białe, zazwyczaj nie znamy kontekstu i całej historii, ale najczęściej – szczególnie w dobie social mediów – uwielbiamy oceniać, ferować wyroki. Świetnie to widać na przykładzie sprawy Joanny Kuciel-Frydryszak i Marginesów: nikt, poza dwiema stronami, nie zna zapisów umowy, nie zna przebiegu całej sprawy, ale pół internetu wie lepiej, osądza, opowiada się po jednej ze stron… na jakiej podstawie? Rozumiem wsparcie środowiskowe, wyrażenie poparcia dla znajomej czy koleżanki, która „walczy o swoje”, tymczasem w socialach działo się coś zgoła innego: w niektórych miejscach wydawnictwo było oceniane i krytykowane (delikatnie mówiąc) za nieuczciwość (na jakiej podstawie?), a gdzie indziej autorka była nazywana osobą chciwą (na jakiej podstawie?). Znajoma napisała do mnie w prywatnej wiadomości, że warto poznać oferowane autorce warunki i – uważaj! – obiektywnie je ocenić. Co to znaczy? Kto ma oceniać „obiektywnie”? Dla jednej osoby milion to wspaniała oferta, inna oczekuje kilku milionów… a tak naprawdę co komu do tego? To jest sprawa pomiędzy autorką i wydawnictwem, a jeśli złoży pozew jak zapowiadała, to stroną będzie sąd i możemy uznać, że sąd będzie „obiektywny”.
Zapytałeś, czy mam żal do GWFu, a ja rozgadałam się i zboczyłam na boczne tory, ale chodziło mi o wyraźne pokazanie, że większość sporów to nie są sytuacje czarno-białe.
Jesteś fanką zerowego VAT-u czy jednolitej ceny książki? A może ani jednego, ani drugiego, lub obu na raz?
Jestem fanką tzw. kompleksowego rozwiązania, którego nikt nie umie precyzyjnie zdefiniować. Są ramowe pomysły dotyczące rozwiązań naprawczych, a jakie będą konkrety to się okaże.

Złotego środka, którego nie ma.
Na pewno do rozwiązania jest kwestia rabatów hurtowych. Wydaje mi się, że mało kto zdaje sobie sprawę, i to jest śmieszne, albo smutne, szczególnie wśród małych wydawców popierających jednolitą cenę i kontestujących “monopol” Empiku, że tak naprawdę ta sama jednolita cena służyłaby głównie Empikowi, to oni zarobiliby więcej pieniędzy. Mało kto o tym głośno mówi. Gdyby obowiązywałaby stała cena, Empik nie mógłby dawać rabatów, więc by ich nie dawali, ale nadal mieliby wyłączności i najważniejsze tytuły, a od wydawcy kupowaliby książki w takiej samej cenie, z rabatem 50-60%. A swoją drogą jak można obejść stałą cenę wiedzą wszyscy: dorzucić książkę w prezencie, dodać darmową dostawę… cena pozostaje stała, ale korzyści dla klienta nadal są inne, niż w małej księgarni kameralnej.
Czy stała cena pomogłaby księgarniom? Mam dużą wątpliwość. Nawet jeżeli, to najwyżej dwudziestu – trzydziestu, może połowie, ale na pewno nie wszystkim. Fakt, że księgarnie upadają, wynika z różnych czynników, również z tego, że są źle prowadzone. Bo to jest biznes i jak każdy biznes może być dobrze lub źle prowadzony. Uważam, że takie wrzucanie wszystkich do jednego worka – jest źle, bo rynek jest zły, bo są rabaty – jest pomyłką. Są księgarnie, które sobie radzą pomimo rabatów. Są też księgarnie, które nie poradziłyby sobie nawet na rynku z jednolitą ceną książki i dotacjami od miasta na lokale – takie jest moje zdanie, mało popularne. Pomoglibyśmy jednolitą ceną garstce prywatnych biznesów i tym największym sklepom. Czy chcemy, żeby państwo w ten sposób wspierało dwudziestu prywatnych przedsiębiorców?
Inna sprawa: sądzę, że spadłaby sprzedaż nowości, bo portfele nie są z gumy. To jest temat, o którym też mało kto mówi. Każdy rynek ma wartość, rynek samochodów, pralek, odkurzaczy i książek, i ta wartość się nagle nie zmieni. Jeżeli ktoś wydaje teraz 100 zł, nie zacznie wydawać 300 zł, bo ceny wzrosły. Oczywiście są tacy, których stać na wydanie więcej na książki, ale są też tacy, którzy nie mają tych dodatkowych pieniędzy. Słucham moich czytelników, którzy często mówią, że mają bardzo ograniczone środki. Mogą kupić trzy książki, jeżeli będą z rabatem, albo jedną bez rabatu. Wielu decydentów nie chce słuchać tych czytelników, i to jest przykre – a przecież czytelnicy są najważniejsi! Bez nich nie byłoby nas – autorzy pisaliby do szuflady, wydawcy nie mieliby dla kogo wydawać. Najwygodniej i najłatwiej, broniąc swoich z góry postawionych tez, jest stwierdzić, że skoro ktoś ma środki na kawę czy pizzę to wyda te pieniądze na książki sprzedawane w pełnej cenie, że na pewno tak będzie – ale skąd to wiemy? I skąd założenie, że ci sami ludzi wydają na pizzę i kawę, ale twierdzą, że nie mają na książki? Wielokrotnie w dyskusjach na Facebooku przewijają się komentarze w odpowiedzi na „pizzę i kawę”, że ktoś nie chodzi do knajp, żyje bardzo oszczędnie, dużo czyta i nie ma jak wydawać więcej na książki niż wydaje obecnie, korzystając z rabatów oferowanych przez większość sprzedawców.
Co na te zmiany powiedzieliby czytelnicy, jak zareagowaliby, też nie wiemy. W jednym z tekstów prasowych, które ukazały się w ostatnim czasie, pada zdanie, że stała cena byłaby korzyścią „dla wszystkich”. Pod tekstem, w komentarzach, pojawiło się pytanie o to, kim – zdaniem autorki tekstu – są „ci wszyscy”? Bo nawet jeśli poprawi się sytuacja wydawców i księgarzy (tych pierwszych, jak wspomniałam, poprawi się tylko jeśli uregulujemy też rabaty hurtowe), to nie są „wszyscy”, bo dla czytelników lepiej jest wydać mniej na książki, a nie więcej. Czyli dla większości, jeśli porównamy liczbę czytelników z liczbą wydawców i księgarzy. Pewnie i tę tezę da się obalić, ale moim zdaniem ciężko będzie przekonać czytelników, że książka, którą dzisiaj mogą kupić za 70 zł (bo z rabatem 30% na nowość np. w sklepie internetowym), za kilka miesięcy będzie kosztować 100 zł i że ta zmiana jest korzystna.
W dyskusjach o stałej cenie i porównywaniu rynków zagranicznych z naszym według mnie umyka aspekt demograficzny. Kto dużo czyta w Polsce, jakie ma wykształcenie, czym się zajmuje i ile zarabia? A jaki jest profil czytelników we Francji, w Niemczech, we Włoszech?
Sądzę, że jak zadziałałaby ustawa określająca, że nowość można rabatować dopiero po 12 miesięcy od premiery, przekonalibyśmy się dopiero po jej wprowadzeniu. Co z obiegiem wtórnym, czyli książkami używanymi – cieszyliby się antykwariusze, albo klienci Vinted, ale księgarze, wydawcy i autorzy zdecydowanie mniej. Co z piractwem, z przesyłaniem sobie plików z ebookami? Gdzie w tym wszystkim znalazłby się streaming, kiedy platformy streamingowe same deklarują, że ogromny procent ich obrotów to obrót na nowościach?
Jeżeli chodzi o VAT mam takie spostrzeżenie, że kiedy VAT na e-booki został obniżony, nikt nie zmienił cen detalicznych e-booków. Ja również. Różnica procentowa wpadła więc do mojej kieszeni. Myślę, że jeżeli zostanie wprowadzony zerowy VAT, różnica wpadnie do kieszeni wydawców oraz innych uczestników rynku i nie wierzę w tezę, że ceny zostaną obniżone (pomijam już, czy obniżenie ceny o VAT faktycznie sprawiłoby różnicę dla kupujących, to tak małe kwoty na egzemplarzu). Oczywiście, gdyby zniesiono VAT, ucieszyłabym się z tych 5%, bo jest ciężko na rynku. Ale generalnie, czy to coś zmieniłoby? Moim zdaniem niewiele. Ale przecież i tak co się dalej wydarzy z VATem nie wiemy, bo Unia Literacka bardzo silnie lobbuje za pozostawieniem 5% VAT i przeznaczeniem tych pieniędzy m.in. na wsparcie dla pisarzy. Zobaczymy.


