Tag: Anna Dziewit-Meller

  • Zaliczki, ryzyko wydawnicze, płatne opinie o książkach. Anna Dziewit-Meller w „Cyklu bez nazwy”

    Ile propozycji książkowych trafiających do wydawnictwa ujrzy światło dzienne, a ile z nich stanie się hitami? Czy łatwo jest się przebić? Wysoka zaliczka dla znanego nazwiska jest gwarancją sukcesu, a może lepiej „zbudować” autorkę lub autora od zera? Czy za każdą recenzję trzeba zapłacić? To tylko niektóre tematy, które poruszyliśmy w trakcie rozmowy. Do „Cyklu bez nazwy” wpadła Anna Dziewit–Meller, redaktorka naczelna Grupy Wydawniczej Foksal, a właściwie to „Cykl bez nazwy” wpadł do niej. Jaka jest recepta na sukces, i czy w ogóle coś takiego istnieje? Zapraszam do obejrzenia rozmowy. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że materiał nagrywaliśmy w połowie listopada. 

     

  • Co przeczytać w wakacje? Poleca Wojciech Chmielarz

    Po bardzo dziwnym roku szkolnym, który zakończył się trochę w marcu, a trochę we wrześniu. Dużo było nerwów, dużo niepewności, dużo pracy z dziećmi, ale w końcu zaczęły się wakacje. I wobec tego można myśleć o urlopowych lekturach

    Na początek zła wiadomość. Liczcie się Państwo z tym, że we wrześniu dzieci nie wrócą do szkoły. Pomimo tego, co twierdzi pan premier, pomimo tego, co opowiada pan minister edukacji. Serio, przygotujcie się psychicznie i fizycznie do nauczania domowego. W obecnej sytuacji po prostu nie jesteśmy w stanie przewidywać tego, jak będzie wyglądać Polska za dwa miesiące. Czy sobie poradzimy z wirusem, czy nie? Ja jestem generalnie pesymistą, ale Szanowni Państwo, jeśli mam rację, to we wrześniu będziecie jako tako przygotowani do tego, co was czeka. Jeśli się mylę, to czeka was miła niespodzianka. I żeby była jasność – naprawdę liczę na to, że nie mam racji.

    A teraz przejdźmy do wakacyjnych lektur. Na początek dwa tytuły, o których dużo mówiłem, dużo pisałem i uważam, że w te wakacje to jazda obowiązkowa. A więc „Topiel” Jakuba Ćwieka, niesamowita opowieść o dojrzewaniu i powodzi z 1997 roku. Jedna z najlepszych książek, które czytałem w tym roku. Druga to „Kwestia ceny” Zygmunta Miłoszewskiego. Miłoszewski kazał nam czekać na drugą powieść ponad dwa lata, ale było warto. Mądra, sensacyjna, kipiąca akcją letnia przygoda.

    www.unsplash.com/Link Hoang

     

    A teraz trzy książki, o których Państwu jeszcze nie opowiadałem. Najpierw Magda Stachula i „Strach”, który powraca”. Książka, na okładce której znajdziecie Państwo moją polecankę. „Strach, który powraca” to kontynuacja debiutanckiej „Idealnej”. I po raz kolejny Stachula postawiła na swoje znaki rozpoznawcze – mocny obyczaj połączony z równie mocnym thrillerem, małżeńskie problemy, przeplatające się wątki i wreszcie, kobiecy punkt widzenia. Bo od dawna uważam, że polski kryminał, nawet ten napisany przez kobiety i nawet z kobiecymi bohaterkami, przedstawia świat jednak z perspektywy męskiej. Stachula zrywa z tym schematem. Znalazła swój język i swój sposób na opisywanie kryminalnych historii. Czytałem to z dużą przyjemnością i satysfakcją. Oczywiście, najlepiej zacząć od „Idealnej”.

    Również z perspektywy kobiecej napisała swoją powieść „Od jednego Lucypera” Anna Dziewit – Meller. To rodzinna saga o śląskiej rodzinie, która rozpoczyna się kilka lat po zakończeniu II Wojny Światowej. Ludowa władza jest już mocno na Śląsku umocowana, ale ciągle niepewna i brutalna. Polska zmaga się właśnie z najgorszym okresem stalinizmu, a kobiety nagle zachęcane są do pracy w fabrykach, kopalniach i hutach. I teraz tak – to, nie mam żadnych wątpliwości, kawał świetnej literatury. Ale to też literatura, która ma swój ciężar, napisana miejscami na czystym wkurwie, nie mająca dla czytelnika litości i bezwzględna. Kilka razy musiałem odkładać tę powieść na bok, żeby odetchnąć. Dziewit-Meller opowiada o codzienności śląskich kobiet (chociaż nie udawajmy, jest to opowieść mocno uniwerasalna), o przemianach, które zachodziły i o wiecznym zniewoleniu, które miało różne formy i oblicza. „Od jednego Lucypera” powinna się pojawić w księgarni w połowie lipca.

    I Stachulę, i Dziewit- Meller, chociaż mają te powieści różny ciężar gatunkowy, powinni przeczytać przede wszystkim mężczyźni. Bo to są pozycje, które potrafią otworzyć oczy. Pokazują świat widziany kobiecymi oczyma i cholera jasna, nie jest to wesoły obrazek. I obie te książki odkładałem z taką myślą, że fajnie, że urodziłem się facetem. Ale był w tej myśli również jakiś wyrzut sumienia.

    www.unsplash.com/Mohamed Ajufaan

    A na koniec coś autentycznie lżejszego, czyli „Dzień rozrachunku” Johna Grishama. Trochę wstyd przyznać, ale jest to pierwsza powieść tego autora, którą czytałem (chociaż widziałem wcześniej kilka ekranizacji). Kawałek solidnej literatury rozrywkowej. Jest intryga, są bohaterowie, z którymi moglibyśmy się utożsamiać, są nawiązania do historii II Wojny Światowej, wreszcie kilka zwrotów akcji. Ciekawe i idealne na plaże, chociaż mam wrażenie (słuszne lub nie), że napisane mocno mechanicznie. Pozbawione znamion indywidualnego stylu. Taka powieść skrojona pod listy bestsellerów. Ale przyznam, przeczytałem do końca i dobrze się bawiłem.

    No to na dobry początek sezonu wakacyjnego – pięć pozycji. A ja w miarę możliwości i szybkości czytania, będą dorzucać kolejne. A póki co – miłego odpoczynku. Zbierajcie siły na wrzesień.

    Wojciech Chmielarz

  • Wypatrujecie lipcowych premier? Jest kilka ciekawych tytułów

    Umówmy się, że lipiec nigdy nie zasypywał nas gigantyczną liczbą premier. Obawiałem się, że w tym roku będzie większy dramat, a muszę przyznać, że jest całkiem przyzwoicie, zarówno liczebnie, jak i jakościowo. Jeśli planujecie kupić jakąś nowość na wakacje, to mam dla Was kilka pomysłów, które widzicie poniżej. Gdy klikniecie w okładkę, przeniesiecie się na stronę sklepu lub wydawcy, gdzie przeczytacie więcej o danym tytule. Nie wiem jak Wy, ale ja już wypatruję tych lipcowych premier jak psiak z głównego zdjęcia.

  • „Co robić, żeby nie robić?”, lutowy felieton Sylwii Chutnik

    Wielką radość i wzruszenie wywołała we mnie lektura styczniowego felietonu Bartka Szczygielskiego (klik). Ach, słodka i przebiegła bogini Prokrastynacja! Znam ją nie od dziś, oddaję pokłony a w ciszy planuję zabójstwo. Kiedy wspominam o tym publicznie, to widzę na twarzach ludzi ulgę. Że nie tylko oni tak mają, że ktoś też walczy z niemocą. W czasie rozmawiania o sposobach na miganie się od pisania tworzy się niewidzialna nić porozumienia. Jak w jakiejś szajce, tajemnej grupie osób przepuszczających czas przez palce. I jeszcze się do tego przyznających. Już widzę te wszystkie zbiorowe terapie, Kluby Anonimowych Prokrastynatorów. „Cześć, jestem Sylwia, trzeci dzień nie napisałam tego, co powinnam”. Oczywiście, aby rozładować atmosferę zaraz byśmy wszyscy zaczęli śmieszkować:

    Po czym poznać, że piszę książkę? Po wysprzątanym mieszkaniu.

    Po czym poznać, że zaraz zawalę termin? Po dwustu słoikach przetworów. 

    Czemu dzieło życia nadal przede mną? Bo posegregowałam książki kolorami. 

    Prokrastynacja oznacza, że masz coś zrobić i robisz w związku z tym coś innego. Odkładasz na magiczne później. Markujesz robotę, kiedy w rzeczywistości przeglądasz fejsa, skubiesz róg obrusa lub liczysz plamy na ścianie. Uważasz, że skoro przed tobą cały dzień, to dasz radę. Jednocześnie masz świadomość, jak bardzo się mylisz i jak będziesz żałować, że nie sadzasz tyłka przy stole tylko pucujesz strych lub dzwonisz do chrzestnej, co to widziałaś ją trzydzieści lat temu.

    Wyższą szkołą jazdy jest pisanie zamiast pisania. Czyli mamy stworzyć na przykład naukowy tekst, przy którym zasypiamy od nadmiaru trudnych słów. I wtedy ochoczo bierzemy się za zgrabny felietonik. Szach mat – nikt nam nie udowodni, że nie pracujemy. Bo przecież piszemy, proszę bardzo, są efekty. A że nie to, co powinniśmy to już mniejsza z tym i nie drążmy tematu. 

    Sama dość często przyznaję się do ściemniania. Ludzie dziwią się, że tak wiele piszę i „och, jak ty to robisz, że tyle robisz?” Zwykle nie wiedzą jednak, co kryje się za procesem twórczym i jak wiele półek trzeba posprzątać, aby napisać esej. „Dobra Bozia z góry zerka, jak nam w dłoniach tańczy ścierka”. Mogłabym zostać Perfekcyjną Panią Domu, serio. Zwłaszcza w okolicach terminu oddania tekstu.

    Nie było trudno naciągnąć na zwierzenia innych pisarzy. Początkowo myślałam, że może będą się wstydzić tego, że wymyślają różne sprawy i sprawki zamiast wziąć się w garść i tworzyć. Ale nie: to nie były wymuszone coming outy z ich strony, raczej odczuwałam rodzaj – bo ja wiem – cichego pogodzenia się z sytuacją. A może nawet czegoś w rodzaju dumy? Na pewno wyliczanie, co się zrobiło, żeby czegoś nie robić jest jedną z moich ulubionych gier towarzyskich (tuż za kultową „Kto ma gorzej”).

    www.unsplash.com/Alyson McPhee

    Pisarka i dziennikarka Ania Dziewit-Meller wyraźnie ucieszyła się, że chcę z nią porozmawiać o prokrastynacji:

    No pytasz mistrzynię! A zatem: przede wszystkim pranie – uprać, opróżnić pralkę, rozwieszać, wreszcie układać ubrania – najlepiej w jakimś systemie – kolorami, funkcjami. Po drugie – myjnia, czas na porządne mycie auta, a wiadomo- najpierw trzeba opróżnić je ze zgromadzonego syfu, zabawek, ubrań, książek – to trwa! Gotowanie – buliony do słoików i do zamrażarki! Wreszcie – wracam do odłożonej na takie okazje nauki gry na ukulele. Niedługo będę wirtuozem!

    Reporterkę i dziennikarkę Magdalenę Kicińską zainspirowałam do głębszych refleksji nie tylko na temat odkładania pracy, ale i podejścia do samego procesu pisania. 

    Wydaję mi się, że prokrastynacja, przynajmniej w moim przypadku, jest o tym, jak sobie radzić ze strachem przed pisaniem. Kiedy muszę napisać, zwłaszcza coś trudnego, muszę się zamknąć, odizolować od świata. Nie mogę wyskoczyć na miasto załatwić sprawy, choćby to miało trwać tylko godzinę ani z nikim się spotkać. To już by wpuściło do mnie świat zewnętrzny, a tego nie mogę zrobić. Muszę być skupiona i bardzo wsobna. Ale nadal się boję „zasiąść”, więc szukam sobie różnych zajęć, nad którymi mogę mieć kontrolę i które przynoszą efekty (żeby się upewnić, że jednak jestem w stanie coś ZROBIĆ, dokończyć). To bardzo rzadko jest oglądanie seriali (choć niedawno był wyłom, ale nie na żadne netfliksy, tylko na reality show nakręcony z rodziną Whitney Houston niedługo po jej śmierci), raczej prace krzątackie. Ostatnio na przykład wyszorowałam garnki tak, jak nigdy nie były wyszorowane. Można się przejrzeć. Kiedyś już- już miałam zasiąść do pisania, kiedy przypomniało mi się, że w bagażniku samochodu mam komplet sztućców, który dostałam i uznałam, że to idealny moment, żeby je wyczyścić. Wstawiłam pranie i patrzyłam, jak się robi. Odkurzałam ksiażki. Więcej niż dwa razy ustawiałam kolorami serię reporterską Czarnego. Wyjęłam kiedyś wszystkie foliówki z kosza, prasowałam je ręką i ułożyłam w kosteczkę. A, i jeszcze zakupy (antyki, stare talerze, lampy z PRL, dodaje do koszyka, bo „jak napiszę to zapłacą a wtedy kupię” albo wysyłam sama do siebie linki). Oraz zabiegi pielęgnacyjne (to się zaczęło w czasie sesji na studiach, nigdy nie mam tak nabalsamowanego, opeelingowanego ciała jak wtedy – również dlatego, że krem, balsam potrzebuje czasu, żeby się wchłonąć, peeling – czasu i energicznych ruchów, żeby go wetrzeć a potem pozwolić stopom odpocząć).

    W przypadku reportera Mariusza Szczygła odpowiedź brzmi krótko i na temat.

    Dla odbiorców dosłownych: oglądam porno ze wszystkimi tego konsekwencjami. Dla miłośników literatury: szukam w internecie piątej strony świata.

    Na kwestie związane z dostępem do sieci, o których wspominał głównie Bartek Szczygielski w swoim felietonie, zwraca również uwagę pisarz Grzegorz Kalinowski:

    W dobie internetu uprawianie prokastrynacji to banał, a czasach fb oddawania się tej praktyce może tak zaburzać porządek, że niekiedy praca i obowiązki zdają się być ucieczką od odbywającego się w sieci maglowiecu. Bo prokastrynacja to odwrotność tego co musimy, a dla osoby kreatywnej może przybrać najbardziej zadziwiające formy. Otóż znam dziewczynę, która miała wymyć okna, czego wprost nie lubiła. Przygotowywała zatem pieczołowicie stanowisko katorżniczej pracy zaczynając od wyłożenia podłogi gazetami. To były jakieś stare wydania, sprzed lat, nieaktualne i nic nie znaczące, ale nagle kucnęła i zaczęła chłonąć pradawne artykuły z Expressu Wieczornego. Sczytała całą podłogę. Mniej wyszukane formy.

    Nie cierpisz sprzątać, ale jak masz pisać pedantycznie sprzątasz biurko. Powinieneś sprzątnąć biurko, to wtedy, mimo warstw grubszych niż geologia przewiduje piszesz, mimo że dłonie nie mieszczą się na blacie. Pomocny jest telewizor i mania futbolowa. Gdy masz zrobić coś naprawdę pilnego okazuje się, że odżywa porzucone dwa temu zainteresowanie II ligą angielską oraz rozgrywkami Taca de Portugal między Sportingiem de Covilha i Vitorią Guimaraes. Szczytem jest to, że mając na gardle tnący skórę nóż deadlinu zamiast pisać powieść staram się w epicki sposób opisać przypadki prokrastynacji.

    www.unsplash.com/Jahanzaib .

    Najbardziej moim pytaniem o odkładanie obowiązków oburzyła się pisarka Zośka Papużanka:

    Ależ ja robię to, co trzeba! Prokrastynacja to bujda. Ja po prostu zmieniam aktywność. Nie nazywam sobie pięknym słowem tego, że mi się nie chce, tylko jak mi się nie chcę, robię coś innego, co jest równie potrzebne. A w życiu mi się nie zdarzyło nie dotrzymać terminu.

    Nie jestem prokrastynantką Jak nie mogę, to nie mogę i tyle. A w sprawie pisania nigdy się nie umawiam z nikim na termin, dlatego też nie mam prokrastynacji. Oddaję, jak jest gotowe i tyle.

    W życiu nie podpisałam umowy, jeśli nie byłam już w pracy na tyle zaawansowana, że nie wiedziałam sama precyzyjnie, na kiedy skończę.

    Po tej wypowiedzi nabrałam podejrzeń, że Zośka jest jednak wyjątkowa – ale wiedziałam to już wcześniej, więc tylko z zazdrością pokiwałam głową.

    Robienie czegoś innego niż to, co się powinno ma wielu zwolenników. Nie mówię o tych chorobliwie zawalających terminy, nieogarniętych i wpadających w doły przy każdej książce. Raczej o tych, którzy żyją z pisania, więc prędzej czy później muszą zrobić coś konstruktywnego. To właśnie oni są cichymi bohaterami, bo mimo wielkich pokus wyczyszczenia paneli szczoteczką do zębów jednak piszą swoje bestsellery, nagradzane reportaże i artykuły. Zdobywają tytuły naukowe, regularnie oddają felietony do gazet a wydawcy nie ganiają ich z siekierami (zazwyczaj).

    Dla wszystkich ofiar prokrastynacji – szacunek. Jesteśmy dzielni i przynajmniej mamy lepiej posprzątane domy niż reszta. Phi!

    Przed oraz w trakcie pracy nad niniejszym tekstem autorka:

    dwa razy obejrzała filmik, jak Kardashianki rozmawiają o wyjściu do kosmetyczki, ugotowała trzydaniowy obiad, wysprzątała kącik z papeterią oraz zapatrzyła się z zadumą na około pół godziny (że niby myśli o felietonie, ale to była nieprawda).