Tag: blogerzy

  • „Trzeba coś przeczytać, żeby coś napisać”. Tekst Kariny Bonowicz

    Opowiem wam bajkę. Bajkę o recenzentach. Kilka lat temu wydałam książkę, która wskutek niedopatrzenia redaktora, korektora, ale i mojej skromnej autorskiej osoby miała na czwartej okładce dość znaczący błąd. Mianowicie zmieniono imię jednego z głównych bohaterów. Powieść poszła do druku z fatalną pomyłką. A później przyszedł czas na recenzje. Jedne opisywały bohatera o imieniu ze środka książki, inne – o imieniu z okładki. Tylko jeden z blogerów zapytał: Czy aby na pewno na okładce nie ma byka? W ten oto sposób bardzo szybko zorientowałam się, kto powieść przeczytał przed jej zrecenzowaniem, a kto nie. Koniec bajki.

    Nie będę zmyślać. Do tej refleksji przymusiła mnie niejako historia pewnej książki, o której było (jest?) bardzo głośno, i to nie dlatego, że jest wybitna, ale dlatego, że budzi kontrowersje. To jeszcze nie zbrodnia, że powieść prowokuje. Problem polega na tym, że prowokacja ta jest tania, a sama książka warsztatowo słaba. Tak, przeczytałam. Tak, tylko dlatego, że stało się o niej głośno. Ale przeczytałam, bo mam w sobie na tyle przyzwoitości, żeby nie rozmawiać o czymś, czego nie widziałam na oczy. Czego, niestety, nie mogę powiedzieć o wielu recenzentach.

    Sama jestem recenzentem, żeby było jasne. I pisarzem też. I dobrze pamiętam, co powtarzano mi na studiach polonistycznych: trzeba coś przeczytać, żeby coś napisać. Chodziło oczywiście o to, że oczytanie poprawia warsztat i językowy, i pisarski. Nie myślałam, że doczekam czasów, kiedy trzeba będzie pojmować to powiedzenie aż tak dosłownie. Spójrzmy prawdzie w oczy: bardzo duża grupa recenzentów nie czyta książek, o których pisze albo opowiada. I to już nawet nie chodzi o to, że znam blogerki (nie oszukujmy się, tutaj parytetów nie ma, większość blogujących to panie), które publikują 365 recenzji rocznie. Jedna recenzja dziennie. To by oznaczało, że i jedna książka dziennie jest czytana. Albo 365 zostało przeczytanych w roku ubiegłym i recenzowane są każdego dnia roku kolejnego. Naprawdę chcemy w to wierzyć?

    Nie jestem w stanie czytać recenzji pisanych na podstawie opisu z okładki. Pisanych na kolanie. Z bublami merytorycznymi. Ewidentnie stronniczymi. Recenzji, gdzie nie ma miejsca na żadną dyskusję, a recenzent kończy jakąkolwiek jej próbę słowami: to jest moje zdanie i kropka. Nie podoba się? Won z mojego profilu! To, że blogerka ma milion osiemset fallowersów albo 23456789 lajków pod postem z recenzją, a do tego jest miła dla oka, nie oznacza wcale, że przeczytała książkę i wie, o czym mówi. Pytanie, czy ten, co daje jej lajka, przeczytał i książkę, i recenzję? Oto jest pytanie.

    Powiem szczerze, ostatni raz ekscytowałam się recenzjami, kiedy debiutowałam a było to osiem lat temu. Przy każdej następnej ekscytacja była coraz mniejsza. Dzisiaj nie ma już żadnej. Nie dziękuję też osobiście recenzentom. Musiałabym podziękować za coś, czego nie czytałam. A trzeba coś przeczytać, żeby coś napisać.

    Karina Bonowicz

  • „Piknik pod kijkiem do selfie, czyli jak wyglądają targi książki”. Listopadowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Przeżyłem Targi Książki w Krakowie. Kto na nich był, zamiast cieszyć się ostatnim ciepłym weekendem października, ten wie, co się tam działo. Tłumy, tłumy, tłumy i kilku autorów wciśniętych w boksy wielkości budki z piwem w wersji deluxe. Standard. Przeciskając się pomiędzy stoiskami, zauważyłem jednak coś, co zaczęło mnie odrobinę martwić. Targi książki, a przynajmniej w części Internetu, wyglądają jak targowisko próżności i nie mam tutaj na myśli pisarzy.

    Tym razem moja wizyta na Targach Książki w Krakowie była wizytą towarzyską. Parę umówionych spotkań z ludźmi, których na co dzień nie widuję i parę spotkań, które wynikły gdzieś po drodze. Doskonale więc rozumiem tych, którzy przyjeżdżają na takie wydarzenia, by przy ich okazji spotkać się z kimś, kto mieszka na drugim końcu Polski. Rozumiem, bo sam tak zrobiłem. Nie rozumiem tylko, po co chwalić się czymś takim przy okazji targów?

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe

    Przeglądając to, co pojawiało się na Instagramie w czasie trwania targów i zaraz po, odniosłem wrażenie, że spora część blogerów książkowych pojechała na nie właśnie w celu spotkania się z innymi „tworzącymi kontent”. Nie dla autorów i nie dla książek, bo te zawsze mogą znaleźć w innym miejscu. Nie zliczę, ile zdjęć grupowych blogerów widziałem w feedzie lub na stories. Jasne, wśród nich przewijały się także i te z autorami, ale każdy, kto na targach był choć raz, wie, jak to wygląda. Autograf, pół minuty rozmowy, zdjęcie, następny. Byle więcej i byle szybciej – tak, jakby zbierało się Pokemony, a za największą liczbę selfie z autorem otrzymywało się odznakę honorowego czytelnika. No, chyba, że właśnie stało się w kolejce po autograf od Olgi Tokarczuk albo Remigiusza Mroza, to wtedy można było zapomnieć o tym, by zdążyć odwiedzić kogokolwiek innego.

    Jasne, to część pisarskiej roboty. Siedzisz w kojcu i czekasz. Ktoś podejdzie albo i nie. I choć brzmi to strasznie, to świetna sprawa. Przynajmniej częściowo, bo takie same tłumy chciałoby się, żeby przybywały na każde spotkanie autorskie, a dobrze chyba wszyscy wiemy, że w Polsce te wyglądają w większości dość biednie. Stąd też moje zdziwienie, że takie wydarzenia książkowe, jak targi, zmieniają się do tego stopnia, że spotkania z autorami schodzą na dalszy plan. Pisarza w większości można „zaczepić” na Facebooku czy Instagramie, potem tylko cyknąć fotkę na targach i więcej do szczęścia nie potrzeba.

    Stojąc w kolejce do wejścia przysłuchałem się rozmowie dwóch nastolatek, które oczywiście miały plakietki z napisem „Bloger” i dla nich najważniejszą rzeczą do zrobienia podczas targów, było selfie. Nie z ulubionym pisarzem, ale na tle plakatu z Tokarczuk. Można to tłumaczyć wiekiem, ale nie one jedyne tak robiły. Duża część fotografii z okresów targowych to właśnie selfie. Czasem z pisarzem, czasem z plakatem, a czasem po prostu na tle książek, bo dobrze pokazać, że wspiera się czytelnictwo.

    www.unsplash.com/Steve Gale

    Targi stały się trochę imprezą, gdzie dobrze się pokazać, bo wypada, choć niewiele osób to jeszcze bawi. Można spotkać się z przyjaciółmi, zrobić sobie pamiątkową fotę i umieścić się w jej środku tak, by wszyscy, którzy nie dotarli na miejsce, mieli nam czego zazdrościć. Czytając relację z targów najmniej dowiedziałem się z nich o samych książkach, premierach czy wydarzeniach towarzyszących. Było za to dużo stwierdzeń, że cudownie było się spotkać ze znajomymi, którzy tak samo kochają książki.

    Szkoda tylko, że te książki są coraz mniej eksponowane przy okazji targów, a Internet zamienia się wtedy w rodzinny album ze zdjęciami, w którego centrum znajduje się najważniejsza dla nas rzecz.

    My sami.

    Bartosz Szczygielski