Zacznijmy od wyliczanki: „Myszy i ludzie” Steinbecka, „Wielki Gatsby” Fitzgeralda, „Miedziaki” Whiteheada, „Wielki marsz” Kinga, „Wysokie okno” Chandlera, „Stary człowiek i morze” Hemingwaya, „Upiór rodu Canterville’ów” Wilde’a.
Co łączy wszystkie te historie? Po pierwsze wszystkie są bardzo dobre i warte przeczytania. Większość to klasyki, a te dwie pozycje, które nimi, być może jeszcze, nie są, to również dzieła znanych i docenianych twórców. To jednak na co chcę zwrócić Waszą uwagę to fakt, że wszystkie książeczki są króciutkie, treściowo skondensowane. Czy też, by wyrazić się dosadniej, pozbawione zbędnego pieprzenia.
Widać to szczególnie w oryginalnych wydaniach. Język angielski pełen jest bowiem słów krótkich, jedno, dwusylabowych, które łatwiej zmieścić na jednej stronie. A skoro można je tak zmieścić, to czy naprawdę jest sens pompować tych stron więcej i więcej? Nasze wydania są grubsze, obszerniejsze z automatu – tekst przetłumaczony na polski zyskuje na objętości, bo nasze słowa są często dłuższe, a do tego dochodzą często bardziej rozbudowane idiomy etc.
Ale mimo tego, że każda u nas wydana książka i tak, automatycznie, zyskuje tak z pięćdziesiąt procent objętości, to i tak zdaje się nie wystarczać. Bo nasze książki muszą być grube.

Dlaczego? Bo tego chce czytelnik. Tego się domaga! Tego oczekuje jego wewnętrzny księgowy, który widząc książkę mającą dwieście pięćdziesiąt stron nie wyda na nią trzydziestu pięciu złotych, bo mu się nie opłaca. Bo przecież wchłonie to raz dwa, w jeden wieczór, a czterdzieści złotych za rozrywkę na jeden wieczór to przecież szastanie pieniędzmi!
Staliśmy się więc niewolnikami słowotoku. Popularna książka nie może schodzić poniżej pewnej liczby stron, bo ją zwyczajnie na półkach ominiemy. Drobnica nas nie interesuje. Mamy poczucie, że w krótszej historii nie zdążymy się zżyć z bohaterami, że nie ma szans, by na takiej liczbie stron znalazła się wystarczająco dobra historia. Co więc musi zrobić autor mający dobry pomysł, ale jednocześnie świadomy potrzeb rynku? Musi swoją opowieść rozwodnić.
Jeszcze więcej pojawia się pisarzy, już w tym trendzie „zrodzonych”, którzy są kompletnie nieświadomi, że można krótko i to żaden wstyd czy ujma. Ci pompują w swoje książki tony syfu według porad z podręczników: „jak napisać bestseller”. Czyli milion zwrotów akcji, milion zagadek pobocznych, a w tym wszystkim rozmywający się główny wątek.
Słowotok to pisarska choroba. I rzeczony słowotok rozumiem tu w znaczeniu nie „pisanie długich powieści”, bo czasem objętość jest zasadna, a w nadprodukcji słów i motywów zbędnych dla historii. Nie podejmujemy wysiłku, by ująć coś sugestywnie w jednej scenie, bo jesteśmy tego oduczani. Nie ma co się oszczędzać, bo więcej znaczy lepiej. W ogromie znanych mi przypadków, długość opisów wynika, paradoksalnie, z niedostatków warsztatu, a nie z jego właściwego opanowania. Lub z leniwego trzymania się utartych niegdyś szlaków.
Patrząc na to w tym świetle, sztuczki wydawców mam za mniejsze zło. Za dostosowanie się do zasad rynku. Bo czy na przykład chciałbym, żeby Wydawnictwo Albatros czekało z „Miedziakami” na kolejną książkę Whiteheada, by wydać je zbiorczo, czy wolę, żeby to, czego nie zrobiło samo tłumaczenie, dopompowano rozłożystym fontem i szerokimi marginesami, tak by pasowało miłośnikom grubych grzbietów? Oczywiście, że stawiam na opcję drugą, bo to najwygodniejszy kompromis.


