Tag: Czesław Miłosz

  • Noblistka Wisława Szybmorska stała w kolejce po bilet – rozmowa z Grażyną Grabowską

    W trakcie krakowskich targów spotykaliśmy się od dziesięciu lat, czy to w halach, czy w Telewizji Targowej. Coś się jednak kończy, coś się zaczyna, bo Grażyna Grabowska przeszła na emeryturę – jak wspomina czas imprez książkowych? Czy powstanie trzecia hala? Czy pandemia mogła doprowadzić do bankructwa? Zapraszam na naszą rozmowę, w której wiele ciekawostek dotyczących organizacji targów.

    Adam Szaja: To nasza pierwsza rozmowa, gdy jest Pani na emeryturze. Jakie najmilsze wspomnienie będzie towarzyszyło z tych lat pracy?

    Grażyna Grabowska, była Prezes Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie®:

    Mam wiele wspomnień, ale te najbardziej wzruszające sięgają samych początków – i to nie tylko Targów Książki. Zabawne historie i anegdoty wiążą się także z innymi imprezami targowymi. Pamiętam czasy, gdy wynajmowaliśmy pomieszczenia od Klubu Sportowego „Wawel”, należącego do Wojska Polskiego przy ul. Rakowickiej. Organizowaliśmy też wydarzenia na terenach Klubu Sportowego „Wisła”. Bardzo miło wspominam współpracę z ówczesnym prezesem, Ludwikiem Miętta-Mikołajewiczem, z którym kontakt utrzymuję do dziś.

    Z halą wojska bywało różnie. Był taki moment, kiedy w dniu montażowym Targów Książki – po zmianach w dowództwie Wojska Polskiego – przyszedł generał i kazał nam natychmiast opuścić lokal. Oczywiście zrobił to w krótkich, żołnierskich słowach, mimo podpisanej umowy.

    Pamiętam, że kiedy postanowiliśmy zorganizować pierwsze Targi Książki w Krakowie, wiele osób ze środowiska wydawniczego i księgarskiego mówiło, że to się nie uda. Wcześniej podejmowano już dwie lub trzy próby zorganizowania takiej imprezy w Krakowie i nikomu się nie udało. Wtedy dosyć aktywnie działała krakowska sekcja Polskiej Izby Książki, więc skontaktowaliśmy się z jej przedstawicielami i zaprezentowaliśmy swoją koncepcję. Pamiętam, że niektórzy zakładali się, iż liczba wystawców nie przekroczy stu firm. Przekroczyła.

    Było chyba 140.

    120. Wiem, że były zakłady o skrzynkę whisky, ale nigdy nie zostały zrealizowane. Nie będę mówiła, kto miał ją przynieść.

    Może jak przeczyta, to przyniesie.

    Historii było wiele – także takich, które miały w sobie nutę smutku. Pamiętam na przykład moment, gdy redaktor „Znaku” wprowadzał na teren targów Czesława Miłosza. Musiał przeciskać się przez grupę młodzieży, która w ogóle nie rozpoznała noblisty i nie zwracała najmniejszej uwagi na to, że dwóch panów w średnim wieku próbuje się przedostać.

    Inne wspomnienie wiąże się z kolejną naszą noblistką – Wisławą Szymborską. Podczas targów przybiegł do nas podenerwowany pracownik ochrony, wołając: „Rany boskie, Wisława Szymborska stoi w kolejce po bilet!”. Było nam wtedy i wstyd, i przykro. Natychmiast ją wprowadziliśmy, choć i dla niej sytuacja okazała się lekko krępująca. A wszystko dlatego, że nie wysyłamy zaproszeń bezpośrednio do autorów – nie mamy ich prywatnych adresów. Informacje zawsze przekazujemy przez wydawców. Tym razem najwyraźniej wiadomość nie dotarła: może wydawca zapomniał, może nie zdążył. Efekt był taki, że pani Wisława stała w kolejce jak każdy inny uczestnik, zupełnie zaskoczona, że chcemy ją wprowadzić bez biletu.

    Byli jednak i tacy, którzy potrafili urządzić przy wejściu awanturę – domagając się wyjaśnienia, dlaczego nie otrzymali zaproszenia. Takie momenty zawsze pokazują, jak wielki – albo jak mały – potrafi być człowiek.

    Zostańmy na chwilę przy tych smutnych sytuacjach, ale zupełnie innego kalibru. Jak blisko było momentu, żeby pandemia zmiotła was z biznesowej planszy?

    EXPO Kraków było jednym z niewielu centrów targowych w Polsce, w których podczas pandemii uruchomiono szpital tymczasowy. Dzięki temu wszystkie podstawowe koszty utrzymania obiektu były zabezpieczone – szpital pokrywał rachunki za prąd, wywóz śmieci i inne opłaty. Nie jest tajemnicą, że sam budynek został wybudowany w oparciu o kredyt, ale mieliśmy go nadpłaconego, więc bank mógł spać spokojnie.

    Dodatkowo spełnialiśmy warunki niektórych tarcz pomocowych, co również poprawiło naszą sytuację. Trudno mi dziś dokładnie ocenić, jak blisko byliśmy poważnego kryzysu, ale z pewnością nie znajdowaliśmy się w dramatycznym położeniu. Najważniejsze było przetrwanie firmy i utrzymanie całego zespołu. W tym celu zdecydowaliśmy się obniżyć wynagrodzenia do trzech czwartych dotychczasowej wysokości.

    fot: Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

    Wszyscy to zaakceptowali? 

    Tak, była nawet taka sytuacja, że po tym, jak wróciliśmy już do wypłacania pełnych pensji, jedna z naszych wieloletnich pracownic powiedziała, że widzi, iż wciąż jest trudno, i może pozostać na trzech czwartych wynagrodzenia. To pokazuje, jak bardzo związani z firmą są nasi ludzie. Mamy to szczęście, że wiele osób pracuje z nami od lat, a niektórzy – od pierwszego dnia istnienia firmy.

    Kiedy w 1996 roku zakładaliśmy Targi w Krakowie, pierwsza ekipa liczyła trzynaście osób. Co ciekawe, dokumenty podpisywaliśmy 13 lutego, więc trzynastka stała się dla nas szczęśliwą liczbą. Z tamtej grupy, jeśli dobrze liczę, około połowa wciąż z nami pracuje – to ogromna wartość dla firmy.

    Przeszliśmy długą drogę: od organizacji działającej niemal jak rodzina (choć oczywiście bez więzów krwi), do znacznie większego organizmu, który rządzi się już trochę innymi prawami. Notabene Piotr Dobrołęcki uświadomił mi kiedyś, że jestem najdłużej urzędującym prezesem targów książki i targów w Polsce w ogóle.

    Będzie Pani mogła bez tego żyć, czy jednak jest szansa na jedną ósmą etatu?

    Były takie propozycje i niektórzy bardzo nalegali. Ale to byłaby absolutnie chora sytuacja. Przecież nie można być prezesem na ćwierć etatu, a były szef na jakiejkolwiek innej funkcji w firmie? To byłoby wysoce niekomfortowe dla wszystkich, dla mnie również.

    To jaki jest plan na ciąg dalszy?

    Po pierwsze, mam lekko zaniedbane sprawy rodzinne. Moja dalsza rodzina jest bardzo liczna, utrzymuję z nią kontakty, ale przez całe lata nie mieliśmy okazji się spotkać. We wrześniu organizuję zjazd rodzinny – już mam zgromadzonych pięćdziesięciu uczestników. Do tego pies, ogród, mnóstwo planów wycieczkowych i całe stosy książek czekających na przeczytanie. Jak większość ludzi odkładałam pewne rzeczy „na emeryturę” – i teraz wreszcie będę mogła się nimi zająć.

    Mam złą wiadomość.

    Wiem.

    Filip Łobodziński uświadomił mi kiedyś, i wdrukowało mi się to w mózg, że nie przeczytamy w życiu wszystkich książek, które mamy do przeczytania.

    Wszystkich pewnie nie, ale podejmę wyzwanie – choć wiadomo, że z czasem umysł może być coraz słabszy, a książki stojące na tak zwanych „mądrych półkach” zapewne jeszcze trochę poczekają. Mam duży ogród i mały ogród, tysiąc pięćset planów oraz hobby, które pochłania mnóstwo czasu, na szczęście nie aż tak dużo pieniędzy. Słowem – naprawdę mam co robić.

    To może jeszcze ten zjazd rodzinny się powiększy, skoro będzie miała Pani jeszcze teraz więcej czasu, żeby pogrzebać w drzewie genealogicznym, co jest właśnie Pani hobby.

    Nie zajmuję się już własnym drzewem genealogicznym – ono jest właściwie kompletne, dopisuję tylko kolejne osoby, gdy ktoś się urodzi. Teraz badam drzewa genealogiczne innych osób. To naprawdę bardzo fajne hobby, które szczerze polecam, bo nie da się go uprawiać poważnie w oderwaniu od historii, kultury, tradycji danego regionu, a czasem nawet konkretnego miasta czy wsi. Trzeba wiedzieć, co się wówczas działo w Polsce, w danej parafii, jak wyglądało życie codzienne. To bardzo poszerza wiedzę. Podam przykład. Kiedy ktoś mówi mi, że jest „z dziada pradziada Polakiem i katolikiem”, zawsze proszę, by podał nazwisko żeńskiej linii z XIX wieku. Wtedy często okazuje się, że w tle był prawdziwy konglomerat wierzeń, narodów i kultur. I to jest w tym wszystkim najbardziej interesujące.

    Wrócę na chwilę do czasów nie aż tak zamierzchłych. Pamiętam doskonale tę konferencję prasową, na której były burzone ściany szpitala. Czy gdyby nie pandemia, to trzecia hala by już stała? 

    Tak. Jak wspomniałam, mieliśmy już nadpłacony kredyt i zgromadzone środki, by realnie myśleć o rozbudowie. Targom Książki przydałaby się trzecia hala Targom Stomatologicznym również, i to koniecznie. Dodatkowa przestrzeń pozwoliłaby nam na inną organizację pracy: wydarzenia o tematyce przemysłowej mogłyby odbywać się równolegle, w sąsiednich halach, przyciągając tę samą grupę zwiedzających. Otworzyłoby to także możliwości dla większej liczby wydarzeń organizowanych przez firmy zewnętrzne. Wiadomo przecież, że w branży eventowej największe zainteresowanie przypada na wiosnę i jesień. Gdyby tylko w roku były trzy październiki i trzy maje – to byłoby idealnie.

    A ta hala powstanie?

    Tak.

    To jest kwestia dwóch lat, pięciu, dziesięciu?

    Nie jestem w stanie podać dokładnej daty realizacji, ale dokumentacja jest już gotowa, a projekt architektoniczny trzeciej hali opracowany. Nowa hala będzie połączona z dwoma istniejącymi na takiej samej zasadzie może funkcjonować niezależnie lub w połączeniu z pozostałymi. Dzięki temu będzie można montować wydarzenie w jednej hali, podczas gdy w drugiej będzie trwało inne wydarzenie, a w trzeciej coś będzie demontowane tak, aby hale pracowały cały czas.

    Oczywiście, podobnie jak w hotelu, nie da się mieć stuprocentowego obłożenia musi być czas na renowacje i poprawki. W najbliższym czasie w EXPO Kraków planujemy także wymianę oświetlenia na energooszczędne, ledowe. Całe szczęście, że są wakacje, bo wtedy zdecydowanie mniej się dzieje.

    Jeśli chodzi o frekwencję i biznes – czy targi książki są na pierwszym miejscu czy na drugim?

    Nie są na pierwszym, ale są blisko czołówki.

    A na pierwszym są dentyści? To jednak jest różnica biznesowa.

    Tak i potem długo, długo nic.

    Co Pani sobie myśli albo myślała, kiedy mówiono, że korki, że za ciasno, że za duszno? Mówimy cały czas o targach książki.

    Myślę, że ludzie już tak mają, że potrzebuje trochę czasu, by przyswoić pewne rzeczy. Kiedy Targi Książki odbywały się jeszcze w lokalu przy ulicy Zapolskiej, dopiero jakieś trzy lata później media zaczęły pisać, że „smok połknął Syrenkę” czyli że Targi Książki w Krakowie przerosły te w Warszawie. Trochę to trwało, zanim to dostrzeżono. Może też dlatego, że nie krzyczeliśmy o tym zbyt głośnow końcu to nie był żaden wyścig, kto będzie miał więcej autorów, wystawców czy zwiedzających. To nie igrzyska sportowe.

    Podobnie jest z codziennością trochę czasu zajmuje zauważenie, że ulica Galicyjska jest już przejezdna w obie strony, że powstały wokół sklepy z parkingami, że kursuje tam autobus, a spacer od przystanku tramwajowego czy innego autobusu dla osoby zdrowej nie stanowi większego problemu. Myślę, że bardzo lubimy narzekać. Może narzekanie sprawia, że czujemy się lepsi?

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    Jak układała się pani współpraca z miastem i z Targami w Warszawie – najpierw z Muratorem, teraz z Fundacją Historia i Kultura? Czy wy się traktowaliście trochę jak konkurencję?

    Powstało kiedyś określenie, które można nazwać oksymoronem „przyjaciele z konkurencji”. Ta współpraca sięga jeszcze czasów Ars Polony, kiedy to wymienialiśmy się stoiskami. My mieliśmy swoje stoisko w Pałacu Kultury, a Ars Polona – swoje u nas na Targach Książki. Nigdy nie dążyliśmy do konfrontacji.

    Najlepszym dowodem na to jest termin naszych targów, które odbywają się pod koniec października, czyli pół roku po targach majowych. W dzisiejszych czasach trudno mówić o współpracy, bo nie bardzo wiadomo, na czym miałaby ona polegać – to zupełnie niezależne podmioty gospodarcze.

    Wymiana stoisk przestała być potrzebna, ponieważ teraz można łatwiej i szybciej kontaktować się z wydawcami bez konieczności korzystania z cudzych targów.

    A współpraca z miastem?

    Jesteśmy firmą w stu procentach prywatną ani miasto, ani Skarb Państwa nie mają u nas żadnych udziałów. Cieszymy się z tej niezależności. Prezydent miasta zawsze przychodzi, otwiera Targi Książki i wita przybyłych gości. Na innych targach nie organizujemy takich oficjalnych otwarć, bo po prostu nie ma takiej potrzeby. Na początku działalności targowej w Polsce, czyli na początku lat 90., było to bardzo ważne i zauważalne zarówno przez wystawców z różnych branż, jak i gości że targom patronują takie osoby jak prezydent, marszałek czy wojewoda. Dawało to poczucie, że to firma poważna, sprawdzona, za którą stoi ktoś odpowiedzialny. Jednak już od dawna ten fakt nie ma takiego znaczenia. Mimo to zawsze staramy się mieć patronat prezydenta miasta. Natomiast o patronaty władz ogólnopolskich raczej nie zabiegaliśmy.

    Co się Pani przez te lata nie udało?

    Co się nie udało… Nie udało się złapać prezesa PIK. Na początku, w latach 90., po pierwszym dniu targów był wieczór dla wystawców z dyskoteką. Najpierw w Piwnicy pod Baranami, a później w coraz większych lokalach. Pamiętam, że ówczesny prezes Polskiej Izby Książki, Grzegorz Boguta, obchodził zazwyczaj urodziny wtedy, kiedy były Targi Książki. Wjeżdżał tort i panowie go podrzucali… raz go nie złapali. Na szczęście nic mu się nie stało, nie podrzucali go wysoko.

    Nie udała się też jedna impreza dla wystawców, tzn. nam się wydawało, że się nie udała, bo przyszło zaledwie kilka osób. Natomiast mity i legendy o tej imprezie żyły długo to była tzw. impreza na basenie. Naprawdę odbywała się na basenie, tace pływały na kołach ratunkowych…  ale opowieści o tej imprezie lata całe krążyły. Jaka była super impreza. Każdy żałuje, że go wtedy nie było…

    Chcę jeszcze Panią spytać, bo czytelników i czytelniczki zawsze interesuje to, co w kuchni… Jak wyglądają relacje z wydawczyniami i z wydawcami? Czy są kłótnie? Pamiętam była taka sytuacja po pandemii, gdy były przetasowania, jeśli chodzi o umieszczenie na hali jednej bądź drugiej, ale generalnie wiadomo, że jeśli ktoś miał stoisko w zeszłym roku w tym miejscu, to będzie miał też w kolejnym.

    Od zawsze trzymamy się niepisanej zasady, że wystawca obecny od pierwszego roku na targach ma prawo do swojego stałego miejsca. Problem pojawia się, gdy zarówno on, jak i sąsiedzi chcą powiększyć stoiska wtedy konieczne są przesunięcia i zmiany. Ktoś, kto wycofa się na kilka lat, traci prawo do swojego miejsca, bo zajmuje je ktoś inny.

    Zawsze staramy się tak organizować przestrzeń, aby nie było lepszych czy gorszych miejsc nie mamy pięter, antresoli ani zakamarków. Wydawcy mają różne preferencje jeden nie chciał być blisko wejścia, inny marzył o stoisku koło toalety, bo tam jest duży ruch. Bywa też, że ktoś się obrazi, gdy nie dostanie upragnionego miejsca.

    Wszystkich traktujemy równo nie pozwalamy, by nowy klient zajmował lepsze miejsce kosztem stałych wystawców. U nas najlepsze miejsca przysługują tym, którzy są z nami od początku.

    Jak to wygląda technicznie? Kończą się targi 2024, i co dalej? Od następnego dnia już jest praca przy targach 2025?

    Następnego dnia po targach następuje sprzątanie i chwila odpoczynku, ale wystawcy często już podczas wydarzenia zgłaszają chęć rezerwacji tego samego miejsca na kolejny rok, a jeśli to możliwe większego stoiska. Skrupulatnie notujemy ich potrzeby, bo sytuacja się zmienia niektóre firmy kończą działalność lub zmieniają strategię marketingową, więc możemy zaoferować większą powierzchnię tym, którzy jej potrzebują.

    Prace nad kolejną edycją ruszają szybko. Najpierw opracowujemy koncepcję i wybieramy hasło przewodnie, które determinuje graficzny layout targów. Publikujemy go zwykle wiosną, około maja, gdy rynek żyje jeszcze targami majowymi. Targi Książki mają tą przewagę, że sprzedaż i rezerwacje stoisk odbywają się bardzo szybko i równie szybko zaczyna brakować powierzchni.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe

    Jest coś takiego, jak lista rezerwowa? 

    Tak. 

    Ile zazwyczaj jest wydawnictw na tej liście?

    Lista rezerwowa plus lista wydawców chcących powiększyć swoje stoisko jest tak długa, że właściwie ta trzecia hala byłaby zagospodarowana w pełni w ciągu dwóch lat. A na pewno nie świeciłaby pustkami, bo moglibyśmy jeszcze bardziej poszerzyć korytarze, czy zrobić więcej stref wypoczynkowych, kawiarenek.

    Zdarzyło się, że ktoś z listy rezerwowej wskoczył?

    Zdarzają się takie sytuacje. Jeśli w małej firmie zdarzy się jakiś wypadek, choroba, czasami brakuje ludzi, żeby oddelegować na targi. Jeśli jednak taka sytuacja ma miejsce przed targami, to stoisko musi pozostać już puste.

    Dlaczego w pewnym momencie zrezygnowaliście z instytucji gościa honorowego?

    Zrezygnowaliśmy z instytucji gościa honorowego, ponieważ nie cieszyła się dużym zainteresowaniem zwiedzających. Bariera językowa i brak atrakcyjnego programu powodowały, że przestrzeń, którą dla nich przygotowywaliśmy, często świeciła pustkami. Zamiast tego postawiliśmy na promocję polskich regionów – na przykład Śląsk zaprezentował się pięknie, a Kaszubi zaśpiewali swój hymn, co było naprawdę wzruszające. Niestety wiele regionów nie ma środków na takie wystąpienia.

    Wobec tego śladem, chyba Göteborgu, zamiast gościa honorowego mamy motto, cytat, który ogrywamy graficznie, marketingowo i merytorycznie. Tegoroczne hasło to słowa Reymonta: „Nie jestem maszyną, jestem człowiekiem”. Choć dziś często kojarzymy je ze sztuczną inteligencją, ma ono znacznie szersze znaczenie – przypomina, że nie działamy mechanicznie, lecz kierują nami emocje i myślenie.

    Podobnie jak zeszłoroczne hasło: „Ściągnijcie maski, zwykłymi stańcie się ludźmi.”

    Czasami o naszym zachowaniu decyduje funkcja, jaką pełnimy, zawód, jaki wykonujemy. Ale gdzieś tam jesteśmy jeszcze my.

    Przyszłość targów książki, według Pani? Czy będzie tak jak we Frankfurcie, że wydawcy robią jeszcze piękniejsze, piętrowe stoiska? Gdzie jest jeszcze pole do jakichś zmian, i w którą stronę te zmiany pójdą?

    Zmiany na naszych targach idą w parze z tymi na świecie. Stoiska stają się bardziej efektowne, ale rynek czytelniczy się zmienia – boom na literaturę Young Adult powoli mija, bo czytelniczki dorastają i wybierają inne gatunki. Kiedyś dominowało fantasy. Co będzie następne? Nikt nie wie – może kryminały, literatura faktu, romanse albo coś nowego.

    Wierzę jednak, że ludzie zawsze będą czytać, niezależnie od formatu – papier czy e-book. Martwi mnie za to łatwość tworzenia fałszywych informacji dzięki sztucznej inteligencji: fałszywe zdjęcia, filmy, manipulacje. To poważne wyzwanie. Sztuczna inteligencja to narzędzie – tak jak nóż może kroić chleb, ale też ranić. Mam nadzieję, że będzie używana w dobrym celu, choć już widzę, że tak nie zawsze się dzieje.

    Czy w październiku przyjdzie Pani na targi? 

    Oczywiście. Przyjdę. Mam nadzieję, że już z takim dużym spokojem. W końcu będzie czas kupić książkę. I nie będę patrzyła na targi takim gospodarczym okiem.

    Myślę, że to jest niemożliwe. Bo to jest tak samo, jak inaczej się czyta książki, kiedy się w nich pracuje, i jak ktoś się zajmuje filmem, to też inaczej ogląda filmy.

    Studiowałam teatrologię i filmoznawstwo, dlatego nie potrafię teraz spokojnie oglądać spektaklu — od razu analizuję, a czasem wręcz się czepiam, co mi przeszkadza. Teraz jednak będę miała czas, żeby usiąść w EXPO Kraków z różnymi przyjaciółmi, których poznałam dzięki targom. Przyjaźnimy się od lat, nawet gdy już przestali pracować w wydawnictwach wiadomo, że nastąpiła zmiana pokoleń.

    Prywatne wydawnictwa powstały na początku lat 90., czyli ponad trzydzieści lat temu, zakładali je ludzie, którzy tak jak ja przechodzą już na emeryturę. Będę miała więc okazję spokojnie się z nimi spotkać, usiąść na rozmowie z autorem i po prostu posłuchać, a nie tylko zapowiedzieć targi i pędzić dalej.

    Będzie Pani tego brakowało? Czy jest zmęczenie materiału?

    Myślę, że jest zmęczenie materiału. Na pewno będzie mi brakowało pewnego rodzaju emocji, ludzi, spotkań. I to jest, normalna kolej rzeczy. A jak bardzo i kiedy to się zacznie, nie mam pojęcia. Po raz pierwszy przechodzę na emeryturę, więc nie wiem, jak to będzie.

    Moja mama powiedziała, że po przejściu na emeryturę teraz w ogóle nie ma na nic czasu.

    Nie znam nikogo, kto żałuje, że przeszedł na emeryturę. Znam za to wielu, którzy żałują, że zrobili to tak późno choć mogli wcześniej.

    Zdarzały się takie sytuacje, że zamykała się Pani tutaj w pokoju i z jakiegoś względu płakała z powodu pracy, z powodu targów?

    Nie mam oczu w mokrym miejscu. Nie przypominam sobie, żebym płakała z powodów zawodowych.

    Zrobiła sobie Pani już tak na koniec rachunek sumienia, w jakim momencie Pani zostawia EXPO Kraków?

    To nie ładnie brzmi… zostawiam.

    Oddaje Pani…

    Niczego nie zostawiam ani nie oddaję, cała reszta zarządu się nie zmienia. Pracownicy, którzy organizują targi, się nie zmieniają. Układ własnościowy się nie zmienia. Najnormalniej w świecie odchodzę na emeryturę. Nie ma żadnej rewolucji z tego powodu w firmie. W ubiegłym roku podupadłam na zdrowiu, dużo chorowałam. Byłam na zwolnieniu lekarskim prawie trzy miesiące. I nic złego się w firmie nie stało w tym czasie. To nie jest tak, że cała firma się opiera na jednej osobie, nawet jeżeli jest to prezes. Mamy zarząd wieloosobowy, uzupełniamy się w każdym momencie.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe

    Były smutne momenty, kiedy ktoś odchodził dość niespodziewanie. Np. nagle nas zaskakiwała decyzja starego, dobrego pracownika, że musi zmienić pracę, bo nie wytrzymuje napięcia. To zawsze jest żal. Po czym się okazywało, że przychodzi ktoś nowy i daje radę znakomicie. Targi Książki mają teraz czwartego komisarza: zaczynała Joanna Sułek, potem była Katarzyna Popieluch-Kmiecik, potem była Zuzanna Oettingen, teraz jest Małgorzata Downar. Targi się rozwijają. Powiedziałabym nawet, że po pandemii dostały przyspieszenia.

    Czy zmierzamy do takiej puenty, że nie ma ludzi niezastąpionych?

    To jest tak zwana oczywista oczywistość. 

    Dziękuję bardzo za rozmowę.

  • „Biały wieloryb świata”, wspomnienie o Czesławie Miłoszu

    Pamiętam dokładnie tamten dzień. Byłem w ostatniej klasie liceum i profesor od polskiego posłał mnie do kiosku po prenumerowane czasopisma. Takie niby wyróżnienie za literackie zamiłowania, chacha. Wracając wertowałem ciekawie grubaśne zeszyty i w jednym z nich znalazłem parę wierszy polskiego poety emigracyjnego, który właśnie w Sztokholmie odebrał literacką nagrodę Nobla. Nic wtedy o Czesławie Miłoszu nie wiedziałem, moje literackie zamiłowania nigdy na niego nie natrafiły, później dowiedziałem się dlaczego. Nie tylko jego twórczość, ale nawet nazwisko peerelowska cenzura usunęła w niebyt. Nie miałem szans go poznać. I oto nagle w połowie drogi z kiosku do gimpla (tak nazywaliśmy nasze liceum) staję w pół kroku, bo mnie zatkało. Otwarłem na chybił trafił i słowa dosłownie przykuły mnie do chodnika:

    Porwał mnie w otchłań ze sobą

    Biały wieloryb świata.

    I teraz nie wiem

    Co było prawdziwe.

    Wiersz nazywał się Tak mało i musiał trafić w coś we mnie tamtym, młodym i głodnym świata, a niewiedzącym jeszcze nic o niespełnieniu. Zanim doszedłem z powrotem do klasy, nauczyłem się wiersza na pamięć i powtarzałem później przez wiele lat w chwilach, kiedy czułem się zmęczony „zachwytem, rozpaczą, gorliwością, nadzieją”. W tamtym wierszu było wszystko, co najważniejsze: przeżywanie świata i nazywanie. Rzecz i słowo. Młody i kompletnie zielony już wiedziałem, że to będzie mój ciężar życia. Jako się rzekło, relacje z poezją mogą być albo intymne, albo żadne.

    Inne wiersze Miłosza były za trudne, wymagające intelektualnie, długo i żmudnie dochodziłem do nich z mojej wiejskiej prowincji. Ale ten jeden o białym wielorybie świata, na opowieść o którym nigdy nie starczy czasu i słów, zakarbowałem sobie w pamięci. Był początkiem jedwabnej nici, którą Miłosz omotywał mnie niepostrzeżenie, ale konsekwentnie, by nareszcie owładnąć mną bez reszty tak, że czytałem właściwie tylko jego.

    Czesław Miłosz, fot: Maciej Billewicz, Klimczyce, czerwiec 1981

    Nazwał wszystko, to najtrudniejsze i to najprostsze. Najzwyklejszym czynnościom życiowym potrafił nadać głęboki sens, najtrudniejsze metafizyczne zawiłości przedstawiał tak, że z abstrakcyjnych stawały się twoimi osobistymi. Cokolwiek mnie w życiu spotkało ciekawego, strasznego, nieoczekiwanego, zdumiewającego – natychmiast z pamięci wyłaniał się pasujący do tego wiersz Miłosza. Mówiliśmy nim w domu przy każdej okazji, mówimy do dzisiaj. Siedzę dajmy na to przed pustym ekranem, ślęczę nad układaniem słów wściekły na próżność tego zajęcia , i zaraz z mroku twórczych mąk wyłania się fraza: „Co nie wymówione, zmierza do nieistnienia”. Chłoniemy zachwycający soplicowski krajobraz, polskie pagórki i dolinki z rzadko siedzącymi na miedzy gruszami, a w tyle głowy tętni: „pochyłe pola i trąbka”. Kiedy obrażony na głupią, beznadziejną i odrażającą rzeczywistość mam ochotę leżeć i nic nie robić, aniołowie z jego wiersza szepczą mi do ucha:

    zaraz dzień

    jeszcze jeden

    zrób co możesz.

    Nie, nie będę cytował, bo musiałbym przytoczyć pięć tomów jego Dzieł zebranych, które czasem na głos poczytujemy w domu przed zaśnięciem. Gdyby ktoś powątpiewał, czy poezja może wpływać na życie ludzkie, niech się zgłosi do mnie i zarezerwuje sobie co najmniej trzy dni na słuchanie. Mam co opowiadać. Był dla mnie wzorem niezależności, wolności myślenia i przekonania. Od niego uczyłem się nieufności do wszelkich ideologii, z prawa i z lewa, niechęci do pewnych siebie inżynierów od kierowania ludzkimi losami, odrazy do krzykaczy wycierających sobie gęby wielkimi słowami. Słowo wypowiedziane ma swój ciężar i skutek, dlatego należy z nim ostrożnie. Należał do tej garstki samotników w naszej literaturze, którzy z uporem powtarzali mądre słowa z tragiczną świadomością, że nikt ich nie wysłucha, że będą zakrzyczani przez głupstwo. Przez wiele lat wygnania pisał dla nikogo „w jednym z mniej znanych afrykańskich narzeczy”. Ile trzeba mieć w sobie siły, by mimo to pisać!

    Był zawsze ponad doraźną polityką, chociaż polityka nieustannie wciągała go w swoje wiry. Twórcy naprawdę niezależni są największymi wrogami polityków, cała historia literatury jest właściwie o tym. Kiedy z nienawiści do przedwojennego faszyzmu polskiego zaangażował się w idee socjalistyczne, zrobiono z młodego Miłosza komucha i wrzucono do jednego worka ze stalinowcami. Kiedy z nienawiści do reżimu komunistycznego uciekł na Zachód, wymazano jego nazwisko z polskiej kultury. W kraju nazwano go zdrajcą, na emigracji bolszewickim agentem. Co ciekawe, to miano przylgnęło do niego na stałe i dzisiaj również prawica lubi go nazywać zdrajcą. Duch prawdziwie wolny drażni duchowych niewolników. Jak on to powiedział? „Jest ONR-u spadkobiercą partia”. A także odwrotnie.

    Śmiech mnie pusty zbiera (tak, to ostatnio u mnie częsty stan), kiedy na forum polskiego parlamentu jakaś posłanka z Bożej łaski debatuje publicznie nad tym, czy Czesław Miłosz był polskim pisarzem i czy jego utwory mogą być lekturami w szkole. Nic nie przeczytała, tym bardziej nic nie zrozumiała, ale wyrokuje. Gdyby kształt i sens naszego życia zależał tylko od polityków, żylibyśmy w piekle. Które zresztą Miłosz dość dokładnie opisał.

    To dzięki niemu zacząłem jeździć w kraje bałtyckie, uczył mnie bogactwa kulturowego tamtych ziem, z ich skomplikowaną historią, wielonarodowymi i wielowyznaniowymi regionami. Z jego wnikliwych litewskich analiz brała się moja pasja do Inflant Polskich, a nie dlatego, że marzy mi się jakieś posttraumatyczne odzyskiwanie polskich kresów.

    Czesław Miłosz, fot: Maciej Billewicz, okolice Klimczyc, czerwiec 1981

    Po latach miłości bezgranicznej i pozbawionej nadziei na jakiekolwiek spełnienie miałem cudowną okazję poznać go osobiście. Przyszedł na obronę mojego doktoratu, który był o nim. Usiadł w kącie sali i wodził wzrokiem po szacownym gronie profesorskim, które w jego obecności jeszcze stężało w swojej szacowności. Umierałem ze strachu i przejęcia, zupełnie nie pamiętam co mówiłem, ale ostatecznie wyszło na moje, ponieważ w obliczu żywego i słuchającego przedmiotu badań żaden z naukowców nie odważył się postawić trudnego pytania. Obroniłem się. „Wczytał się pan w te moje wiersze, wczytał…” – te jego słowa nosiłem później jak talizman.

    Przyszedł na promocję mojej książki „Miłosz i filozofia”. Coś tam pogadaliśmy próżno o egzystencji i literaturze, aż w końcu Mistrz wyciągnął z kieszeni swój ostatni zbiorek wierszy i zaczął czytać do mikrofonu. To był najlepszy moment promocji Zajasa. Mam w domu pióro, którym podpisywał mi książkę. Leży sobie spokojnie jak ten grzebień weneckiej kurtyzany, który „w próchnie, pod płytą, sam, czeka na światło”.

    Jeden z najbardziej religijnych polskich pisarzy. Najgłębiej, może oprócz Mickiewicza, sięgnął w metafizyczne otchłanie, by wydobyć stamtąd sens ludzkiego działania w kosmosie, wspartego na boskich prawach. Gdyby polscy katolicy mieli w sobie choć odrobinę prawdziwej wiary i nie ograniczali spraw religijnych do polityki i finansów, uczyniliby z niego swojego patrona i skarbnicę cytatów dla własnych rozmów z Bogiem, tak jak chociażby robił to Jan Paweł II. Ale gdzie tam! Komuch i zdrajca! Śmiech pusty i gorzki zbiera…

    Jeden z najbardziej uniwersalnych polskich pisarzy. W najdalszych zakątkach świata można znaleźć humanistów, którzy znają to nazwisko i potrafią zacytować choć jeden jego wers, a których próżno pytać o Mickiewicza czy Sienkiewicza. Tłumaczony, czytany, podziwiany nie tylko jako poeta, ale i wielki myśliciel, jeden z największych w XX wieku. Gdyby nasi ideolodzy narodowi naprawdę chcieli rozsławiania kultury polskiej w świecie, powinni Miłosza i jego dzieło na rękach nosić, do poduszki czytać, na wyrywki znać i deklamować gdzie popadnie, przy każdej międzynarodowej okazji. Ale gdzie tam! Śmiech gorzki zbiera…

    prof. Krzysztof Zajas

    Kiedy umierał 14 sierpnia 2004 roku, byłem w końcowej fazie ostatniego w życiu ciągu alkoholowego. Półprzytomny i skupiony na głaskaniu wódczanego demona, niewiele skojarzyłem z przekazywanych mi informacji. Właściwie tylko tyle, że to dobry powód, by znowu się napić. Dopiero wieczorem przyszło jakieś otrzeźwienie. Umarł. Nie ma go. Zostały tylko wiersze. Zaraz dzień, jeszcze jeden, zrób co możesz. Odstawiłem niedopity mazut (wódka z colą), oddałem rodzinie portfel i kluczyki od samochodu, po czym zległem na trzy dni by wytrzeźwieć. Oprócz Miłosza czuwała nade mną również Najświętsza Panienka, bo przecież jutro Matki Boskiej Zielnej. Obolały i pusty jak flaszka w koszu na śmieci, snułem się po słonecznych sierpniowych łąkach i usiłowałem myśleć, nie o nim, o sobie. Pozbierać wszystko do kupy. A wkoło biały wieloryb świata.

    Gdy już wróciłem z alkoholowego matrixa do rzeczywistości i zabukowałem termin rozpoczęcia terapii, przyszedł czas pogrzebu Miłosza i cała ta żałosna narodowa jatka, czy nasz noblista zasługuje na kryptę na Skałce. Ile wtedy jadu i bredni wylano, nie czas tu i miejsce wyliczać, dość powiedzieć, że jeszcze raz potwierdziły się gorzkie wersy o samotności poety w tym niby tak poetyckim kraju. W moim przekonaniu Miłosz zasługuje nie tylko na Skałkę, ale na Wawel, i to znacznie bardziej niż ofiary różnych nieszczęśliwych wypadków. Mam nadzieję, że kiedyś przeniosą tam jego szczątki z należnymi im honorami.

    Jeśli za żadne skarby nie wchodzi w was poezja, czytajcie jego eseje. Uczą rzadkiej umiejętności nieulegania cudzym sądom i myślenia własną głową. A także skłaniają do nieustannego podczytywania rzeczy nieznanych, pogłębiania wiedzy i czynienia z niej należytego użytku, czyli adaptacji jej do własnego życia. Wiem, niełatwe, ale łatwizna jest dla głupców, a tych wkoło legion. Nie ma innego wyjścia. Jeśli chcesz być sobą, musisz umieć myśleć niezależnie. W czasach wszechobecnej bredni to jedyny ratunek. Oczywiście, jeśli ktoś chce się ratować.

    A wiecie, jak się skończyło z tym wielorybem? Obraz nie dawał mi spokoju, coś z tą wielką białą bestią było na rzeczy i po powrocie ze szkoły do domu, powtarzając w pamięci wiersz Tak mało, zacząłem kombinować. Wtedy wpadła mi w oko reprodukcja jakiegoś religijnego obrazu przedstawiającego zdjęcie z krzyża. Chrystus był na nim oplątany linami, zupełnie jak… kapitan Ahab z Moby Dicka! Metafora przeszyła mnie jasnym gromem i zrozumiałem całą uniwersalną wielkość opowieści Hermana Melville’a. Jak na wiejskiego osiemnastolatka całkiem nieźle. Lata później w esejach Miłosza znalazłem rozwinięcie tej metafory, z silnym wątkiem autobiograficznym i autotematycznym. Więź została zadzierzgnięta. I została do dzisiaj, Mistrzu mojej młodości.

    Krzysztof Zajas