Tag: czytelnictwo

  • „Czytelnik wie lepiej, czyli o gustach się dyskutuje”, marcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Tak się jakoś przyjęło, że autor nie powinien wypowiadać się na temat opinii o jego książkach. Trzeba ładnie podziękować i iść dalej. I choć częściowo się z tym zgadzam, nie byłbym sobą, gdybym nie pomarudził trochę na ten temat. Tak się przyjemnie złożyło, że ostatnie miesiące to aż dwie premiery moich książek, więc trochę tych recenzji się naczytałem. Jednak dziś nie o mnie, a o was. Was, drodzy czytelnicy, którzy wiecie lepiej.

    Klient ma zawsze rację.” Zdanie znienawidzone przez każdego, kto pracował w handlu lub generalnie miał styczność z ludźmi. To hasło to relikt przeszłości, który nijak ma się do obecnie panujących standardów. Powoli się to zmienia i ludzie na szczęście dostrzegają, że nie są władcami i w momencie, kiedy coś kupują, nie stają się właścicielem osoby, która to coś im sprzedaje. Oczywiście nie wszyscy, ale jak chcemy porozmawiać z burakami, to idziemy na pole, więc tę grupę osobników sobie daruję.

    Rzeczone zdanie odnosi się także do czytelników. Kiedy książka trafia w ich ręce, to pisarz nie ma już żadnego wpływu na odbiór swojego dzieła. Może się tłumaczyć, że chciał przekazać to lub tamto, ale finalnie czytelnik i tak wie lepiej. I czasem może mieć rację, bo to, że chciało się coś osiągnąć, wcale nie musi oznaczać, że udało się to zrobić. Czasem nie trafia się do grupy docelowej, ktoś oczekiwał czegoś innego i tak dalej i tak dalej. Co jednak ma zrobić autor w sytuacji, kiedy czytelnik mówi mu, że według niego brakowało czegoś w książce? On najchętniej widziałby tam wątek romantyczny, więcej akcji lub zielonego ludka, który ssie krowie wymię.

    www.unsplash.com/Kimberly Farmer

    Z tym ostatnim mogłem trochę przesadzić, ale mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi. Czytelnik wie po prostu lepiej od autora, czego w książce zabrakło. Widziałem w sieci wiele recenzji różnych książek, gdzie pojawiały się tego typu stwierdzenia. I w takich momentach warto przypomnieć sobie słowa Neila Gaimana, który stworzył swojego czasu osiem zasad odnośnie pisania. Numer pięć pozwolę sobie przetłumaczyć po swojemu. Brzmi on mniej więcej tak:

    Pamiętaj: kiedy ludzie mówią ci, że coś jest źle lub coś im nie pasuje w twojej książce, prawie zawsze mają rację. Kiedy mówią ci, co dokładnie według nich jest źle i jak to naprawić, prawie zawsze się mylą.”

    Powyższą radę moim zdaniem każdy pisarz powinien mieć wydrukowaną, oprawioną i powieszoną w widocznym miejscu. Pozwala poczuć to, co w chwili pisania się traci. Nie wiem jak inni twórcy, ale ja pisząc przestaję być czytelnikiem. Nie widzę wszystkiego, a na wiele rzeczy patrzę zupełnie inaczej. Późniejsze starcia z redaktorami pozwalają mi trochę wrócić do rzeczywistości. Odrobinę, bo przecież nigdy nie stanę się czytelnikiem własnej powieści. Patrzę na nią inaczej nie tylko dlatego, że ją stworzyłem, ale dlatego też, że jestem inny, niż… wszyscy.

    Każdy z nas jest.

    Dlatego, kiedy w recenzjach czy komentarzach widzę klasyczne: „o gustach się nie dyskutuje”, trochę ciężko traktować mi je poważnie. Każdy z nas ciągle dyskutuje o swoich gustach, a każde wyrażenie opinii jest dokładnie czymś takim. Zupełnie inaczej odbieram dziś „Muminki”, niż wtedy, kiedy byłem dzieckiem. Nie dlatego, że dorosłem (częściowo), ale dlatego, że moje postrzeganie świata zostało zmienione przez doświadczenia. To one wpływają na to, jak odbieram kulturę i jak odbieram wszystko wokół.

    Mówienie więc o książkach, że czegoś im brakuje, że coś jest z nimi nie tak, bo JA uważam, że powinno być inaczej, jest nieakceptowalne. Czytelnik nie zawsze ma rację. Autor też nie zawsze ma racje. Czytanie powinno poszerzać horyzonty, a nie sprawiać, że zamykamy się na rzeczy, które nam nie pasują. Warto spojrzeć więc na powieści trochę innym okiem. Nie naszym, a bohatera.

    W końcu to jego świat, do którego nas na chwilę wpuszcza.

    Dajmy mu się wypowiedzieć.

    Bartosz Szczygielski

  • „Nowy kanon lektur? Wychowałam się na podobnym w PRL-U”.

    Co sądzi o nowym kanonie lektur, za co lubi książki Marty Guzowskiej, dlaczego Polacy czytają sporadycznie, a także o tym, czy książki są za drogie i czy można zrobić jeszcze biznes w świecie książek. O tym wszystkim rozmawiam z prof. Małgorzatą Omilanowską, byłą minster kultury i dziedzictwa narodowego. 

    Sławomir Cenckiewicz, Cezary Gmyz, Piotr Semka, ale też Marek Bieńczyk, czy Eustachy Rylski. To tylko niektóre nazwiska z listy Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które powinny być zapraszane do Instytutów Polskich za granicą. Dla Pani profesor to zestawienie jest śmieszne, żenujące, a może wszystko z nim w porządku?

    Wydaje mi się, że najlepiej byłoby, gdyby dyrektorzy instytutów sami decydowali kogo chcą zaprosić. Nie wiem kogo teraz wysyła się na te placówki, ale dyrektorzy wybierani w konkursach w poprzednich latach z reguły byli niezłymi fachowcami od tego właśnie kraju, do którego jechali. Wiedzieli kto może porwać publiczność, czyje książki ostatnio przetłumaczono na dany język, czyje filmy są akurat wyświetlane w kinach itp. Publicystów i historyków – Cenckiewica, Gmyza czy Semkę – wymienionych przez Pana można pewnie zaprosić na spotkanie z Polonią, tyle że promowanie przez Instytuty Polskie Polski Poloniom to jednak lekkie pomylenie pojęć. To tak jakby Instytut Goethego prowadził działalność kulturalną wśród mniejszości niemieckiej na opolszczyźnie. Natomiast promowanie twórczości Bieńczyka czy Rylskiego wymagałoby przetłumaczenia większej liczby ich tytułów i sporej akcji promocyjnej.

    Skoro już jesteśmy przy tematach z zabarwieniem politycznym. Jak Pani ocenia nowy kanon lektur szkolnych?

    No cóż, niewiele się różni od tego, na którym sama się wychowałam, za RPL. Czytelnictwo nam od tego nie wzrośnie, obawiam się, że raczej uda zrazić się do książek kolejne pokolenia Polaków, myślących też nie wychowamy, ale rozumiem, że cel tej akcji jest inny. Chodzi chyba o kształtowanie postaw i wspólnoty. Nie uda się to raczej, ale na pewno uda się oszczędzić sporo środków na zakup nowości do bibliotek szkolnych, bo akurat ten kanon to jest w każdej.

    Po odejściu z ministerstwa ma Pani więcej czasu na czytanie? Rozumiem, że z książkami Marty Guzowskiej jest Pani na bieżąco.

    Zawsze czytałam dużo, a teraz wcale mi nie łatwiej niż w ministerstwie. Proszę pamiętać, że jako historyk sztuki muszę bardzo dużo czytać pozycji zawodowych. Na moje ulubione kryminały zostaje niewiele czasu, ale na szczęście jeżdżę dużo pociągami i tam nadrabiam zaległości. Powieści Guzowskiej bardzo lubię, bo oprócz akcji kryminalnej jest dużo klimatu pracy archeologa, co umie opisać znakomicie bo się na tym zna. Duża przyjemność.

    Gdy spotkaliśmy się dwa lata temu w Ministerstwie Kultury, poleciła mi Pani książkę „Szwecja czyta. Polska czyta”. Można w niej przeczytać, że statystycznie, każdy Szwed czyta dziennie około 20 minut. Czyta nie tylko dłużej, ale też znacznie więcej niż statystyczny Polak. Dlaczego jest tak źle, skoro mogłoby być tak dobrze?

    Na Polskę nieczytającą składa się wiele. Proszę pamiętać, że czytanie się dziedziczy, przede wszystkim „po kądzieli”. Czytają dzieci czytających matek. A my jesteśmy narodem, w którym ciągłość tradycji czytania została przerwana wojną i wielkimi stratami księgozbiorów, przede wszystkim prywatnych, które spłonęły, bądź nie zmieściły się w bagażach przesiedleńczych kresowiaków. Płacimy też cenę za brak konsekwentnej i nowoczesnej polityki edukacyjnej. Wydajemy miliony na akcje zachęcające do czytania, prowadzone przez instytucje kultury, ale w szkołach nikt nie wprowadził do programu zajęć uczących przyjemności z czytania. Nowy-stary kanon lektur na pewno tej passy nie przełamie.

    A co by Pani powiedziała tym blisko 5 milionom Polaków, którzy nie czytają absolutnie niczego, nie licząc wpisów znajomych na Facebooku?

    Że dużo tracą. Ale żeby tę stratę poczuć trzeba choć raz w życiu zanurzyć się w przyjemność lektury, a to wielu nie było dane nigdy w życiu i szansa na odrobienie tej zaległości w dorosłym życiu jest niestety mała.

    A może książki są w Polsce za drogie?

    Są drogie, ale to nie bariera finansowa decyduje o poziomie czytelnictwa. Ludzie pożyczają książki zarówno w bibliotekach jak i od znajomych czy rodziny. Nawet nie kupując żadnej książki można sporo przeczytać.

    Jest jeszcze miejsce na rynku na nowe wydawnictwa?

    Wydawnictw w Polsce jest bardzo dużo. To nie kwestia ich liczby, tylko struktury i aktywności. Wiele z zarejestrowanych wydawnictw wydaje prawie nic. Na pewno można jeszcze spróbować zrobić interes na książkach w Polsce.

    A na księgarniach? Znane są Pani problemy jednej z dużych sieci, ale z drugiej strony korzystają na tym małe, często niezależne księgarnie.

    W takich miastach jak Berlin księgarnie się odradzają. Może i w Polsce wróci moda na kupowanie książek w księgarni, ale przy niskim poziomie czytelnictwa i popularności sprzedaży internetowej obawiam się, że w małych miastach księgarnie się nie odrodzą. Utrata obrotów z podręczników dla klas początkowych zadała śmiertelny cios wielu z nich. Może wprowadzenie stałej ceny książki mogłoby pomóc, ale nie wydaje się, żeby obecny rząd był taką regulacją zainteresowany.

    Przejdźmy do spraw przyjemniejszych. Jesteśmy świeżo po przyznaniu Paszportów Polityki, zaskoczenie?

    Chyba nie. Właściwie wszystkie nominacje były trafione więc niezależnie od ostatecznego werdyktu wiadomo było, że paszporty trafią w dobre ręce. I tego warte.

    Skoro o nagrodach mowa, po przyznaniu literackiego Nobla Bobowi Dylanowi, powiedziała mi Pani, że to „odważna, ale dobra decyzja”. Może zbyt odważna?

    Nie ma zbyt odważnych decyzji w takich sprawach. Dylan to wybitny poeta, a to, że śpiewający i popularny to nie powód żeby go omijać w nagrodach. Nobel to prestiż, ale i wskazanie. Tym razem wskazanie, że literatura dobra nie musi być hermetyczna.

    Co było dla Pani największym wydarzeniem w literaturze w 2016 roku? Zarówno w Polsce, jak i na świecie.

    A to mnie Pan wpędził w kłopot. Wydarzeniem na świecie chyba Nobel dla Dylana. Oceniać premiery książkowe nie sposób, bo te wydane na świecie 2016 jeszcze nie doczekały się tłumaczeń na polski, a w oryginale czytać mi się nie chce. I tak muszę czytać w obcych językach literaturę zawodową, bo nikt jej nie tłumaczy. Natomiast w Polsce ucieszyło mnie wiele wydanych książek. Chyba żadna nie będzie „książką mojego życia”, ale miałam ogromną przyjemność z czytania zarówno listów Szymborskiej i Filpowicza, „Króla” Twardocha, jak i „Syna” Meyera. Mam też sentyment do „Białej Riki” Magdaleny Parys i „Krivoklata” Dehnela.

    A w tym, co Pani przeczyta? Kontynuację „Millennium” Larssona, pardon, Lagercrantza, a może nowego Dana Browna, Krajewskiego?

    W najbliższych miesiącach przeczytam wydane w zeszłym roku polskie kryminały. A potem zobaczymy. Czeka mnie sporo lektur historyczno-artystycznych i wielka przeprowadzka biblioteki, co może zaowocować niespodziewanymi odkryciami nieprzeczytanych książek.

    I to wszystko będzie przeczytane w papierze czy raczej na czytniku?

    Od pięciu lat czytam przede wszystkim w wersji elektronicznej, wszystko co się da, ale niestety nie wszystko się da. Kocham zapach książek, ale nie mam na nie miejsca. I nie mam siły ich targać w podróżach.