Kiedy wychodzimy z synem ze sztokholmskiego teatru Dramaten malowniczo położonego nad wodą, przy eleganckiej Strandvägen, znowu pada śnieg, a przyćmione światło latarń powoduje, że Sztokholm sprawia magiczne wrażenie. Jednak nie dlatego mamy poczucie, że to najlepszy wieczór od wielu tygodni. Zobaczyliśmy właśnie genialny spektakl, tak wizjonerski, mistrzowsko zagrany i poruszający, że długo nie możemy przestać o nim z rozmawiać. To „Zbrodnia i kara” w reżyserii Chorwata, Olivera Frljića, reżysera o którym od lat głośno w Europie. Mam poczucie, że to właśnie dzięki jego wschodnioeuropejskiej duszy po raz pierwszy (naprawdę!) zobaczyłam w szwedzkim, zazwyczaj mieszczańskim i nieciekawym teatrze, coś wybitnego. No a poza tym: Dostojewski to Dostojewski. Głębia.
„Drogę bombom i czołgom zawsze torują książki” napisała Oksana Zabużko w słynnym i przetłumaczonym na wiele języków eseju dowodzącym, że literatura rosyjska jest od wieków narzędziem rosyjskiego imperializmu. To radykalny, zrodzony z rozpaczy i przerażenia wojną tekst, w którym ukraińska pisarka dowodzi między innymi że: „(…) ci, którzy zgwałcili w Buczy 11-letniego chłopca, a matkę przywiązali do krzesła, żeby to oglądała, to ci sami bohaterowie wielkiej rosyjskiej literatury – zwykli Rosjanie, tacy sami jak sto i dwieście lat temu (…) literatura jest odpowiedzialna za to, na kogo wyrośli.” Według Zabużko nie powinno się już czytać Dostojewskiego, nie i jeszcze raz nie.
Tekst Zabużko wpisuje się w silnie rezonującą w Polsce myśl o tym, że z uwagi na trwającą agresję Rosji na Ukrainę, całą rosyjską kulturę, w tym oczywiście rosyjską literaturę, najlepiej po prostu „cancelować” czyli wykasować z pamięci. Teraz nie czytamy Rosjan, nie wypada. Nie chodzimy też na teatralne adaptacje rosyjskich powieści o ciemnej stronie ludzkiej duszy.
Esej Oksany Zabużko został opublikowany także w szwedzkim „Dagens Nyheter”, ale nie wywołał tu specjalnej dyskusji. Może dlatego, że Szwedzi nie mający jak na razie czegoś takiego jak kanon lektur obowiązkowych w szkołach, nie czytają dużo klasyki i nie czują się przez nią kształtowani. Zawsze trudno było mi wytłumaczyć szwedzkim znajomym znaczenie romantycznej literatury w Polsce, jej wpływ na nasze marzenia, narodowe mity i idiosynkrazje.
Tak czy owak, przyznam, że nie zastanawiałam się nad tym, czy w czasie wojny wypada mi iść na „Zbrodnię i karę”. Chciałam zobaczyć w roli Raskolnikowa młodego szwedzkiego aktora Gustava Lindha, którego jestem psychofanką i o którym niebawem usłyszy świat (wspomnicie moje słowa). Byłam też ogromnie ciekawa kolejnego spektaklu Olivera Frljića, tego samego, którego kontrowersyjna „Klątwa” w Teatrze Powszechnym doprowadziła do histerii polityków PiS oraz całą polską konserwę. Tego, który pracował w Teatrze Starym w Krakowie nad „Nie-boską komedią”, skandalizującym spektaklem, którego ostatecznie nie pokazano nigdy publiczności, bo Frljića szczególnie interesowało ukazanie antysemityzmu Krasińskiego, a Krasiński to przecież jeden z polskich romantycznych bogów. Wiem, że Dostojewski był nacjonalistą i miał nieprzyjemne poglądy polityczne, ale wiem też, że był zesłany na Sybir za lekturę niewłaściwych książek, a przede wszystkim uważam „Zbrodnię i karę” za książkę fascynującą i zawsze aktualną. Niezależnie od tego, co myślał o Ukraińcach i Polakach jej autor.


