Tag: Dan Simmons

  • Powieje chłodem – felieton Wojciecha Chmielarza

    Chciałbym wymyślić wehikuł czasu. Albo niekoniecznie wymyślić. To jednak zajmuje za dużo czasu. Chciałbym, żeby pojawił się ktoś, kto mi da w prezencie wehikuł czasu. No, w ostateczności mógłby mi go po prostu wypożyczyć.

    Wtedy natychmiast cofnąłbym o te kilka miesięcy, spotkał się z samym sobą (wiem, wiem, nie wolno tak robić) i z całej siły walnął się w pysk, żeby wybić sobie z głowy ten głupi pomysł na oddawanie książki pod koniec lipca. Tak, dobrze Państwo czytacie, kończę właśnie pisać kolejną powieść. Ale ten felieton nie jest o tym. Rzecz w tym, że tak ustawiłem sobie kalendarz pracy, że te dwa najbardziej intensywne miesiące roboty przypadają na czerwiec i pierwszy miesiąc wakacji. Czyli na te dni, kiedy panują upały. Przyznam szczerze, że kiepsko je znoszę. Moja produktywność znacznie spadła. Trudniej mi się myśli. Co gorsza, noce nie przynoszą żadnej ulgi. Budzę się równie zmęczony jak wtedy, kiedy kładłem się wieczorem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak trudno mi się pisało. Do tego dobijają mnie posty znajomych w mediach społecznościowych, którzy odpoczywają nad morzem, jeziorem, rzeczką, na basenie, kiedy ja mozolnie stukam w klawisze komputera kolejne zdania, akapity i strony.

    Ale zdaję sobie sprawę, że Państwo macie podobnie. Upały dają nam wszystkim w kość i chyba teraz z tęsknotą wspominamy ten chłodny, tegoroczny maj. No, ale ponieważ uważam się za człowieka, którego głównym zadaniem jest nie narzekanie, ale szukanie rozwiązań, to zaproponuję Państwu teraz kilka sposobów na schłodzenie się latem. Schłodzenie się mentalne i literackie.

    www.unsplash.com/Damian McCoig

    Dobra… Widzę, że ten dowcip nie był najwyższych lotów. Państwo wybaczą. Ale raz jeszcze – upał. W skrócie, napiszę o kilku książkach, które się dzieją w zimniejszych rejonach świata, w nadziei, że taka lektura przyniesie jednak pewną ulgę.

    No to na pierwszy rzut mój ulubiony Dan Simmons z „Terrorem”. Czyli fabuła, a konkretnie horror z akcją umieszczoną w XIX stuleciu i opartą na losach wyprawy sir Johna Franklina, który w 1845 wyruszył szukać przejścia północno zachodniego. Miała to być droga morska z Atlantyku na Pacyfik, na północ od Kanady. Zabrał za sobą dwa znakomicie wyposażone statki HMS „Terror” i HMS „Erebus”, liczą załogę i… ślad po nich zaginął. Była to jedna z najbardziej tajemniczych i rozpalających wyobraźnię zagadek XIX i XX wieku. Dan Simmons stworzył na jej podstawie niesamowitą, fascynującą i przerażającą opowieść. Która zresztą potem została przerobiona serial (do zobaczenia na Amazon Prime). Wychodząc od powieści Simmonsa możemy odbić w dwie strony. Najpierw w kierunku literatury pięknej. Bo Richard Flanagan (ten od „Ścieżek Północy”) napisał nawiązującą do losów Franklina powieść „Pragnienie”. Jedną z jego lepszych zresztą. No, ale tam jest więcej o Tasmanii niż Arktyce, więc porzućmy ten temat. Druga ścieżka prowadzi nas w stronę reportażu historycznego. O tym, co naprawdę wydarzyło się podczas wyprawy Franklina napisali w „Na zawsze na lodzie” Owen Beattie i John Geiger. Ich książka niedawno ukazała się w Polsce. Przyznam szczerze, że sam jej jeszcze nie czytałem (zachowuję ją na naprawdę gorące dni), natomiast ma bardzo dobre recenzje.

    Trasę przejścia północno zachodniego jako pierwszy odkrył dopiero legendarny norweski polarnik Roald Amundsen na początku dwudziestego wieku. Ten sam, który jako pierwszy zdobył biegun południowy. Co w sposób naturalny prowadzi nas do jego świetnej biografii pióra Stephena R. Bowna pod tytułem „Ostatni wiking”. Książka wyszła co prawda kilka lat temu, ale wciąż jest dostępna w sprzedaży. Bown jest również autorem „Wyspy niebieskich lisów”, która z kolei opowiada o wyprawie Beringa i o rosyjskich próbach podbicia dalekiej północy. Obie książki naprawdę warto przeczytać.

    No i wreszcie na koniec dwie pozycje. Najpierw „W królestwie lodu” Hamptona Sidesa. Książka poświęcona pierwszej amerykańskiej próbie zdobycia bieguna północnego w 1879 roku. Był to początek mojej przygody z książkami o tematyce polarnej. Otworzyła mi oczy na kilka niewiarygodnych tematów. Przede wszystkim jak bardzo eksploracja okolic podbiegunowych była powiązana z ówczesnym klimatem politycznym i rywalizacją mocarstw. Jak mocno wpisywała się w retorykę kolonialną o niesieniu misji cywilizacyjnej, a równocześnie jak arogancko była prowadzona. Wielu badaczy twierdzi, że sukcesy Amundsena wynikały między innymi z tego, że jako jeden z pierwszych zaczął uczyć się sztuki przetrwania od mieszkających w tamtych rejonach od stuleci Inuitów. Cała reszta wolała tkwić w przekonaniu o swojej cywilizacyjnej wyższości i przez to często marnie kończyła. Fascynujące jest także to, jak bardzo mylili się XIX wieczni geografowie w swoich hipotezach jak np. wygląda daleka północ. I jakie tragiczne miało to skutki. Sidesa w każdym razie bardzo polecam.

    I wreszcie na koniec, dla szybkiego schłodzenia, króciutki reportaż Davida Granna „Biała ciemność” poświęcony z kolei współczesnemu badaczowi Antarktydy Henry’emu Worsley’owi. Rzecz do połknięcia w jeden dzień, wzbogacona licznymi fotografiami. Bardzo przyjemna lektura.

     

    Zastanawiam się, dlaczego tak lubię czytać o polarnych wyprawach? Nigdy nie ciągnęło mnie na Antarktydę, Grenlandię czy Spitsbergen. Przede wszystkim dlatego, że jest tam zimno. A ja zimna nie lubię równie mocno, jak upałów. Niemniej, książki o tej tematyce zajmują całą półkę w mojej domowej bibliotece. I pomimo tego, że brakuje mi już miejsca, ciągle dokupuję kolejne. Ale chyba na tym polega magia czytania, prawda? Że w domowym zaciszu, na kanapie, w fotelu, na hamaku w ogrodzie, przy szklance czegoś zimnego możemy poczytać o krainach, których nigdy nie zamierzamy odwiedzić. I będzie to bardzo dobrze spędzony czas.

    Wojciech Chmielarz

  • „Ulubiony pisarz, o którym ciągle zapominam”. Lipcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Są wakacje, a więc okres, kiedy teoretycznie jest trochę luźniej (nie jest) i można nadrobić z lekturami (co pomimo wszystko staram się robić).

    Jest to kolejny dowód na siłę wpojonych nam w dzieciństwie nawyków, ale już w czerwcu, jak zresztą co roku, cieszyłem się na nadchodzące szybkimi krokami wakacje. Cieszyłem się pomimo tego, że zdawałem sobie sprawę, że czasu na odpoczynek będę miał niewiele. W jakiś niewiarygodny sposób udało mi się jednak tę świadomość zepchnąć w ciemny kąt mojego umysłu i zupełnie nie brać tego pod uwagę, kiedy robiłem czytelnicze plany na wakacyjne miesiące. A potem boleśnie rozbiły się one o realia. Większość lipca spędziłem w samochodzie jeżdżąc z północy na południe i ze wschodu na zachód. Poznałem mnóstwo fascynujących ludzi, odbyłem świetne spotkania, byłem w górach i nad morzem. O pewnych rzeczach wkrótce zresztą napiszę. Do tego promocja nadchodzącej „Rany”, a więc spotkania, wywiady, gorączkowa wymiana maili z wydawnictwem, ustalanie terminu kolejnych spotkań autorskich (o których będę wkrótce informował). Czasu na czytanie było w tym wszystkim niewiele. I cholernie mnie to zabolało, bo pewnie jak wielu innych czytelników, przez cały rok pracowicie buduję swoją prywatną kupkę wstydu – zbiór książek i komiksów, których nie dałem rady przeczytać w przeciągu ostatnich dziesięciu miesięcy. Są tam i reportaże, i kryminały, i literatura piękna. Mijam je każdego dnia i zawsze odwracam wzrok, jakbym się bał, że wszystkie te książki zaraz zaczną robić mi wyrzuty. Niestety, z tej kupki w lipcu dałem radę zmierzyć się tylko z jedną pozycją. Z „Olimpem” Dana Simmonsa. I cholera, nie żałuję.

    www.unsplash.com/Kimberly Farmer

    Bo to jest tak, że Dan Simmons to moim zdaniem jeden z najbardziej niedocenianych współczesnych pisarzy. Do tego stopnia, że nawet kiedy mnie, jego zapalonego przecież fana, pytają o ulubionego pisarza, to bąkam coś o Flanaganie, albo zwracam się w stronę klasyki i wspominam Chandlera, a dopiero po jakimś czasie, zazwyczaj wtedy kiedy rozmowa dotyczy już czegoś innego, przypominam sobie o Simmonsie. A przecież uwielbiam jego książki! Kupuję każdą, która tylko pojawia się w księgarni. W oczekiwaniu na „Olimp” bombardowałem wydawnictwo Mag wściekłymi mailami domagając się, żeby wreszcie tę powieść wydali (nie żałuję, należało się im. Przekładali datę premiery chyba pięć razy. I to nie o kilka dni, ale kilka miesięcy!). Ale jednak o Simmonsie trochę zapominam. Może dlatego, że pisze on powieści, które są po prostu ogromne. „Olimp” ma prawie tysiąc stron. I to nie w żaden sposób napompowanych, jak to się czasami na rynku zdarza. Format książki jest większy niż w przypadku większości pozycji. Druk normalny, marginesy zaskakująco małe. Powiem szczerze, grubość tej powieści trochę mnie onieśmielała. I dlatego tyle czekała na swoją kolej.

    Ale było warto. Dan Simmons ma w swoim dorobku horrory, a zwykłemu czytelnikowi jest pewnie najlepiej znany z niedawno zekranizowanego jako serial „Terroru”. Ale swoje mistrzostwo pokazuje, jako autor powieści science fiction. To książki niesamowicie oryginalne i po prostu oszałamiające. Weźmy jako przykład „Olimp” właśnie (który notabene jest drugą części dylogii, którą zapoczątkował „Ilion”). Próba opisania fabuły tej sagi jest z góry skazana na niepowodzenie. Ale spróbuję, żeby dać Państwu jakieś pojęcie o pisarstwie Simmonsa. Mamy więc greckich herosów, którzy oblegają Troję. Wydarzenia przebiegają w zgodzie z opisem zawartym w eposie Homera, ale szybko się orientujemy, że oblężenie odbywa się nie w przeszłości, ale w przeszłości albo w jakimś dziwnym miejscu poza czasem. A greccy bogowie (bo oni też się pojawiają) dysponują niesamowicie zaawansowaną technologią. Równocześnie grupa robotów (chociaż Simmons używa określenia morowce), z których dwójka specjalizuje się w analizie pism Prousta i Szekspira wyrusza na wyprawę na Marsa. Tymczasem Ziemię zamieszkują ludzie, ale pozbawieni swojej historii, umiejętności czytania i całkowicie uzależnieni od tajemniczej technologii. Są rozleniwieni i ogłupieni. Żeby było jeszcze zabawniej, ich ulubioną rozrywką jest obserwowanie za pomocą urządzeń zwanych „całunami” oblężenia Troi. Nagle kilku z nich wyrusza w szaloną wyprawę, która zmieni dosłownie wszystko. I te wątki się ze sobą mieszają, przeszłość z przyszłością, antyk z futuryzmem, mity z nauką, Homer z Szekspirem tworząc coś po prostu niewiarygodnego i wspaniałego. A przecież to nie pierwsza tego typu książka Simmonsa. Podobny efekt osiągnął przecież w „Hyperionie”, o którym też mógłbym opowiadać godzinami!

     

    Także do czytania Simmonsa zachęcam. Na początku proponuję sięgnąć po trochę bardziej hmm… zwyczajny, ale ciągle wspaniały „Terror”. Przede wszystkim publikuję jednak ten felieton, żeby samemu sobie wbić wreszcie do głowy, że Dan Simmons jest obecnie moim ulubionym pisarzem. I sięgnąć wreszcie po „Letnią noc”, która była podobo jedną z inspiracji dla twórców „Stranger Things”. Już nie mogę się doczekać.

    Wojciech Chmielarz