Tag: Dziennik 1954

  • 16 maja 1920 roku urodził się Leopold Tyrmand. Przedpremierowy fragment książki o „Lolku”

    Urodził się dokładnie sto lat temu w Warszawie. Miłośnik jazzu, autor „Złego”, człowiek w kolorowych skarpetkach. Jeszcze w tym roku, roku Leopolda Tyrmanda, ukaże się nowa książka Marcela Woźniaka o„Lolku”. Jej tytuł zostanie ujawniony wkrótce, ale dziś, w dzień urodzin wybitnego pisarza, możecie przeczytać fragment. Zachęcam też do obejrzenia mojej rozmowy z Marcelem, którą nagraliśmy w Darłowie. Miejscu, w którym toczy się akcja „Siedmiu dalekich rejsów”. Żeby ją zobaczyć, kliknijcie po prostu tutaj. 

     

    3 października. Brooklyn. Mary Ellen nic się nie zmieniła. Elegancka, szczupła, o wielkich ciemnozielonych oczach.

    Wzięłam Mr. Magica do wyczyszczenia płyty. Widziałam zdjęcia z cmentarza i coś chyba na tej płycie rośnie.

    Mary Ellen przygotowała notatki ze wskazówkami, dokąd jechać i jak znaleźć grób.

    Tu jest dokładnie napisane, Rebeko – mówi do córki.

    Mamo, teraz uważaj, coś ci pokażę. To jest nawigacja GPS, która – mówi wklepując adres – doprowadzi nas – poprawia literówkę – na miejsce!

    Dotrzesz do celu – podaje nawigacja – za 1 godzinę i 34 minuty.

    Widzisz, mamo?

    It’s wonderful! – mówi Mary Ellen. – A skąd będziesz wiedziała, gdzie skręcić?

    Mamo, to jest właśnie najlepsze! – mówi, uśmiechając się do nas. – On mi wszystko podpowie!

    To wspaniałe!

    Dzielnicę zamieszkują ortodoksyjni Żydzi, Mary Ellen nie jest praktykująca. Ale mieszkała tu jako dziecko i wróciła tu, kiedy minęła jej młodość.

    Na cmentarzu Westwood na Long Island jesteśmy po godzinie.

    *

    3 października 2019. Long Island. Niemiłosierny skwar i rozległe, niekończące się zielone pola z rozsypanymi płytami nagrobnymi.

    Alejka trzydziesta.

    Skwar leje się z nieba. Powietrze naładowane jest iskrami, każdy wdech to jak łykanie łyżki podgrzanej mazi.

    Pytamy sympatycznego kierowcę kosiarki o lokalizację kwatery. Antonio ma latynoskie rysy, jest bardzo uczynny.

    Wy czekacie, ja jadę – mówi, po czym rusza swoim pojazdem jak bohater Prostej historii.

    Zawrotna prędkość pojazdu sprawia, że ten jakby wcale się nie oddalał. Po dziesięciu minutach kierowca zawraca na końcu alejki i skręca nieopodal wysepki drzew. Kiedy chcemy ruszyć w jego stronę, macha, żebyśmy zostali tam, gdzie stoimy. Wreszcie wraca do nas.

    Tak, to tam.

    Uśmiechamy się, dziękujemy i ruszamy. Biorę od Mary Ellen siatkę z chemikaliami i rękawicami gumowymi.

    Nie musisz tego robić – mówi Rebecca.

    Jesteśmy na miejscu. To grób rodzinny. Od lewej ciągną się jasne płyty z wyrytymi imionami członków rodziny Foxów.

    Nie byłyśmy tu ponad dwadziescia lat! – mówi Mary Ellen.

    Tak, od pogrzebu wujka Alviego.

    He was so lovely man.

    Trzecia od końca płyta z prawej to kamień Leopolda Tyrmanda.

    Kiedy dochodzę do niej, coś ściska mi gardło. Trochę wzruszenie, a trochę sens tego wszystkiego zmieniają gwałtownie mieszankę we krwi, wrzucając do krwiobiegu trochę adrenaliny, a trochę oksytocyn. Przybycie w to miejsce jest symboliczne.

    Tu leży Leopold Tyrmand. Autor Złego. Chłopak z Trębackiej. Były jeniec. Imciarz skaczący z drzew. Tygodniak, przyjaciel Kisiela. Liberał, konserwatysta. Apostoł jazzu. Ojciec, mąż. Wszyscy razem leżą pod tym kamieniem, na którym napis mówi:

    Leopold Tyrmand

    BELOVED HUSBAND

    DEVOTED FATHER

    MAY 16, 1920

    MAR 19, 1985

    IN THY LIGHT

    DO WE SEE LIGHT

    Leopold i Matthew Tyrmand, fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Mary Ellen kładzie na jego płycie zebrane z ziemi kamienie. To zwyczaj jeszcze z czasów biblijnych – skały miały chronić miejsce pochówku przed hienami, a kapłanów przed płynącą ze śmierci nieczystością. Tu jest to jednak zastosowane tylko symbolicznie. Dlatego też kwiaty, uważane niegdyś za symbol pogański, nikogo tu nie rażą.

    Kładzie je Rebecca.

    Mary Ellen zaczyna czyścić płytę, którą porasta mech, Agnieszka bierze od niej gąbkę.

    Świetnie, powoli schodzi – mówi Mary Ellen.

    Chyba już jest okej, chyba wystarczy – przekonuje Rebecca.

    Cały czas trzyma torebkę. Choć uśmiecha się, jest przejęta najbardziej z nas wszystkich. Nie pojechali z Matthew na pogrzeb, bo byli za mali.

    Mary Ellen wyciąga z torebki kartki, wręcza nam po jednej.

    A teraz – mówi – chciałabym, żebyśmy coś przeczytali. Poprosiłam sąsiadkę, Żydówkę, żeby przygotowała mi kilka rzeczy. Jest lesbijką, wspaniała kobieta. To tekst z hebrajskiego.

    Staje przed płytą nagrobną Tyrmanda i zaczyna czytać. Najpierw po hebrajsku, fonetycznie. Potem po angielsku. Ostatnie zdanie każdego wersu powtarzamy we czwórkę:

    In the rising of the sun and in its going down, we remember him

    In the blowing of the wind and in the chill of winter, we remember him

    In the opening of buds and in the rebirth of spring, we remember him

    In the blueness of the sky and in the warmth of summer, we remember him

    When we have achievements that are based on his, we remember him

    So long as we live, he too shall live because he is a part of us –

    We remember him

    Zbieramy się do drogi powrotnej. Rozglądam się jeszcze raz po okolicy. Tysiące płyt, pomiędzy nimi równo skoszona trawa. Gdzieś w oddali słychać kosiarkę pana Antonia. Temperatura – nieznośna. Patrzę ostatni raz na płytę. Dotykam jej – parzy.

    W głowie kołacze mi pytanie: „Czy tak miało być, Lolek? Miałeś umrzeć w wieku 65 lat gdzieś na Florydzie, spocząć z dala od Polski i z dala od domu, każdego, który miałeś? Tu, na Long Island? Czy zdążyłeś przed śmiercią odszukać swoje przeznaczenie?”.

  • „Niecodziennik”. Leopold Tyrmand – model do składania. Cykl Marcela Woźniaka

    Niewiele brakowało, a jedno z najważniejszych świadectw życia w komunizmie w Polsce nie ujrzałoby światła dziennego. Wszystko przez pękniętą rurę, która zalała bruliony Dziennika 1954 Leopolda Tyrmanda.

    Polski pisarz od 1945 do marca 1953 pracuje w różnych redakcjach, przy czym z każdej notorycznie wylatuje z hukiem. Gdy w 1950 roku relacjonuje mecz bokserski pomiędzy Polską, a ZSRR, sędzia faworyzuje gości, na co widownia odpowiada buczeniem i hasłami „Bij Iwana za Katyń!”. Lecą butelki, Polska przegrywa, a Tyrmand pisze wkrótce w gazecie, że „publiczność zachowywała się wzorowo”. Krytyka komunistycznego absurdu kosztuje go  posadę w „Przekroju”.

    Ląduje w „Tygodniku Powszechnym”. Na kolegiach krakowskiej redakcji poznaje wielu intelektualistów – Jana Parandowskiego, Ludwika Stommę. Śpi u Stefana „Kisiela” Kisielewskiego, a z Karolem Wojtyłą jeździ na narty. Gdy 5 marca 1953 umiera Stalin, polskie gazety dostają prikaz druku czołobitnego nekrologu wodza. Jerzy Turowicz, naczelny TP, odmawia. Redakcja zostaje natychmiast spacyfikowana, a dziennikarze – w tym Tyrmand, Herbert, Kisielewski czy Najder – lądują na bruku.

    fot: archiwum Marcela Woźniaka

    Lolek pomieszkuje w skromnym pokoiku w Warszawie i przymiera głodem. Drobne sumy wpadają z korepetycji udzielanych od dwóch lat Krysi, przyszłej maturzystce, z którą ma romans. Czasem tłumaczy jakieś sztuki, wykonuje drobne prace redaktorskie, ale jest naprawdę źle. Jako pisarz jeszcze niczym wielkim się nie wykazał. W 1947 roku wydał zbiór opowiadań, w 1952 napisał dwa rozdziały Siedmiu dalekich rejsów, które wylądowały w szufladzie. Nie wierzy, że coś z tego kiedyś będzie.

    W tym samum roku Instytut Literacki w Paryżu wydaje polskie tłumaczenie Roku 1984 George’a Orwella. Książka dociera do Polski i trafia w ręce Leopolda Tyrmanda, który przez wiele miesięcy leczy chorą wątrobę i uszkodzone na nartach kolano. Nie mając przed sobą perspektyw druku ani pracy dziennikarskiej, 1 stycznia 1954 roku postanawia rozpocząć pisanie dziennika…

    Pierwsza strona brulionów diariusza. Archiwa Hoovera

    Orwell zaczynał, jako… policjant w Birmie. Dopiero potem wrócił do Europy, gdzie opisywał nędzarzy z Londynu i Paryża. Podczas wojny, pracował w redakcji BBC, a potem… A potem napisał książki, z których jego zdaniem, niewiele miało być. Nosiły tytuły: Rok 1984 i Folwark zwierzęcy. Jakże się mylił!

    Gdy jest rok 1954, Tyrmand może tylko roić sobie marzenia o literackim sukcesie, natomiast robi to, co robią pisarze: pisze.

    Każdego dnia przelewa na kartki swoje myśli, wielokrotnie porównując w nich się do Winstona Smitha. Tak jak literacki bohater Orwella mieszkał w Eurazji, tak bohater Tyrmanda czyli sam Tyrmand, tkwi w satelickiej – względem rozciągniętej przez oba kontynenty ZSRR – Polsce. Orwellowska perspektywa świata Wielkiego Brata rzutuje na jego ocenę brutalnej rzeczywistości. Dziennik nie jest jego opus magnum. To raczej tratwa dla człowieka, który nie ma przed sobą perspektyw ani literackiego, ani towarzyskiego sukcesu.

    Brulion oryginalnego Dziennika 1954. Archiwa Hoovera

    Dziennik 1954, Leopold Tyrmand, zapiski z 1 stycznia 1954:

    (…) Jak powiedział mi ostatnio „Kisiel”, noszę w sobie wielką potrzebę i umiejętność dzielenia się z ludźmi moją wewnętrzną pracą myśli. Z najgłębszego powołania czuję się dziennikarzem, stąd konstrukcje mych przemyśleń ulegają dezaktualizacji, ponadto nie wierzę w możliwość własnego wysiłku nad kompozycją dzieła sztuki nie przeznaczonego dla kogoś konkretnego w czasie i przestrzeni. Dlatego zdecydowałem, że dziennik przyniesie mi ulgę.

    Dziennik 1954, Leopold Tyrmand, zapiski z 9 stycznia 1954:

    (…) Oto leżysz, sławny i popularny dziennikarz, przedmiot podziwu swych czytelników (…) i nie możesz pohamować łez, albowiem w sekundzie najgłębszej nędzy istnienia, nie ma ci kto podać łyka wody. Wśród tych wszystkich akcesoriów udanego życia zabrakło ci ręki matki, żony lub dziecka – tych skarbów nie masz, a więc jesteś w gruncie rzeczy nędzarzem, i teraz widzisz to z oślepiającą wyrazistością.

    Dziennik staje się odbiciem marzeń, lęków, wspomnień i futurospekcji. Opisuje w nim przyjaciół, wrogów, wspomnienia wojenne oraz romans z Krystyną, która w książce nosi imię „Bogna”. Pracę nad tekstem przerywa, kiedy podpisuje umowę na napisanie powieści Zły. Wkrótce osiąga literacki sukces, dwukrotnie się żeni. Bruliony dziennika wywozi z Polski w marcu 1965 roku. Na początku lat 70. tekst zaczyna być drukowany w odcinkach, na łamach londyńskich „Wiadomości” – literackiego pisma polskiej emigracji. Na jego łamach ukazuje się 40% objętności – zredagowanego przez Tyrmanda i londyńską redaktorkę – pamiętnika.

    W 1980 roku Dziennik 1954 zostaje wydany wreszcie w formie książkowej. Czasy „Solidarności” i stanu wojennego są dla lektury przukurzonego tekstu podatnym gruntem. Jest przedrukowywany w Polsce na powielaczach, nagrywany na kasety, czytany w Radiu Wolna Europa i, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, it goes viral. Jest jednak haczyk.

    Pierwsze książkowe wydanie, 1980

    Na okładce umieszczona zostaje fotokopia jednego z brulionów oryginalnego tekstu. Sfotografowane akapity różnią się nieznacznie od tekstu umieszczonego w książce! Padają zarzuty o apokryfizm tekstu, o stworzenie go nie w tytułowym roku 1954, ale wiele lat później, na emigracji.

    List do Romana Zimanda, 13 października 1983:

    (…) Bruliony miały zaległości, pisane na luźnych kartkach w dzień dwa lub kilka dni potem. Były one wrzucane do specjalnej teczki, a włączone do maszynopisu w ’73 w New Canaan, Connecticut. Wkrótce po ukończeniu „zedytowanej” – jak Pan słusznie uznaje – wersji, w której zapomniany cytat był nieco inaczej sformułowany, lecz identyczny w sensie i znaczeniu z rękopisem, nasz basement (piwnica) padł ofiarą totalnej powodzi, spowodowanej pęknięciem w wodociągowych w naszej części miasta. Niektóre bruliony ocalały, wśród nich marcowy, obejmujący owe strony, lecz duża część innych papierów, dokumentów, archiwów, w tym rzeczone… (nieczytelne) – uległy zniszczeniu.

    W 1984 roku zekranizowany zostaje film Rok 1984. Tyrmand umiera w roku 1985. Czy film widział, nie wiadomo. Po 1989 roku Dziennik 1954 jest w Polsce wielokrotnie wznawiany i z powodzeniem radzi sobie na kapitalistycznym rynku. O czasach orwellowskiego Wielkiego Brata przypomina pierwszy w Polsce program typu reality show czyli „Big Brother”. Na długo przed pojawieniem się smartfonów, aplikacji i portali społecznośniowych ludzie podglądają jego uczestników, dziękując w duchu, że to tylko rozrywka, a nie czasy komunistycznej agentury.

    Jakże trudno jest pisać dziennik – wyznaje Tyrmand. Archiwa Hoovera

    O rzekome zalanie piwnicy pytam Mary Ellen Tyrmand, trzecią żonę pisarza. Jest zima 2016 roku, przeprowadzam z nią wywiad do książki Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie. Po chwili zastanowienia, kobieta otwiera oczy i wspomina:

    Tak, pamiętam. Wynosiliśmy te kartki w kartonach. Leopold był wściekły.

    Gdy odwiedzan na Manhattanie syna, Matthew Tyrmanda, stos egzemplarzyDziennika 1954 zauważam na najwyższej półce w salonie. Matt mówi, że daje tę książę w prezencie każdemu, kto pyta o to, jaki był komunizm.

    Kilka dni później lecę do archiwów w Kalifornii, gdzie odnajduję między innymi list do Zimanda, zaświadczenie z pracy w „Tygodniku Powszechnym” oraz… bruliony Dziennika 1954.

    18 stycznia 1954 roku Tyrmand pisze:

    (…) za piętnaście lat będę jeszcze ciągle siedział samotny, bez rodziny, chory na wątrobę, w tym zasranym pokoiku i pisał ten dziennik.

    Tyrmand w 1954 roku nie wie, że w 1969 roku będzie znanym polskim pisarzem i cenionym dziennikarzem „The New Yorker”. Że do tej najpoczytniejszej gazety w USA trafi dzięki innemu dziennikowi –Zapiskom dyletanta. Że będzie to dziennik równie błyskotliwy, jak ten z 1954 roku, pisany podczas podróży przez Amerykę. W 1954 roku może tylko marzyć o Ameryce, żyjąc w Eurazji. I nawet nie przypuszcza, że ta Ameryka wymyśli w przyszłości publiczny monitoring, Facebooka, Google’a i inne teleekrany.

    George Orwell, Roku 1984:

    (…) Dla kogo, zaczął się nagle zastanawiać, piszę ten pamiętnik? Dla przyszłości, dla jeszcze nie narodzonych pokoleń.

    Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, 12 lutego 1954:

    (…) Piszę ten dziennik dla ludzi, którzy przetrwają komunizm.

    Marcel Woźniak