Tag: Filip

  • Toruń jak Frankfurt nad Menem, Semczuk w mundurze, Woźniak wszystko spisuje. „Filip” Tyrmanda wkrótce na ekranach

    Toruń. Samo południe. Na gmachu banku powiewa szarfa ze swastyką. Mokry sen faszysty? Nic podobnego, to tylko ekranizacja Filipa Leopolda Tyrmanda. Ekipa przyjechała do Torunia, który odegra na ekranie rolę Frankfurtu nad Menem z okresu II wojny światowej. Plan zdjęciowy w mieście pierników, to nie lada wydarzenie. Kilka lat temu wszyscy tu żyli serialem Lekarze i skręconą kostką Magdaleny Różdżki. Jeszcze wcześniej – Rejsem Marka Piwowskiego. Na Rynku Nowomiejskim stoi z kolei katarynka – replika wózka węglowego z filmu Prawo i pięść – która co godzinę odgrywa skomponowany przez Komedę utwór Nim wstanie dzień.

    Kilka dni temu moje media społecznościowe zasypały zdjęcia rodem z kampanii wrześniowej. Niemieccy oficerowie spacerowali na nich po głównym deptaku miasta, swastyki zdobiły co drugi budynek na ulicach Szewskiej czy Łaziennej, a na kilku uliczkach stanęły zakazy wjazdu, opatrzone tabliczkami: „Nie dotyczy ekipy technicznej filmu Filip”.

    Przypomnijmy: Filip, to powieść Leopolda Tyrmanda, wydana po raz pierwszy w małym nakładzie przez Wydawnictwo Literackie w roku 1961. Autor opisuje w niej wojenne perypetie młodego Polaka, Filipa Vencela, który błąkając się po litewsko-białoruskich lasach (brzmi znajomo?), postanawia na lewych papierach wyjechać na roboty do Niemiec. Od tej pory, podając się za Francuza, pracuje jako kelner w Park Hotelu we Frankfurcie nad Menem. Jego perypetie, to z jednej strony romanse i przyjaźnie, z drugiej samotność człowieka w wojennej zawierusze.

    Tyle o fabule książki. A jaki jest szerszy kontekst? Zacznijmy od tego, co wie popkultura.

    Tyrmand napisał powieść Zły, hit lat 50., opowieść o Warszawie i bandytach, a niedługo potem wyjechał z Polski. W latach 80. w podziemiu ukazał się nieznany Dziennik 1954, opisujący zmagania z komunizmem, przyjaźnie z Herbertem czy Kisielewskim. Tyrmand pozostał ikoną stylu i elegancji, człowiekiem od jazzu i panienek (głównie za sprawą opisanego w dzienniku romansu z maturzystką), bohaterem licznych legend okołopisarskich. Wraz z rozwojem nowoczesnych mediów, popkultura skutecznie zassała mit Tyrmanda, robiąc gry miejskie, murale, wystawy, kolekcje skarpetek, komiksy. Tyrmand pozostał nazwiskiem, które wypada znać wśród inteligentów, nazwiskiem, które zaciekawia warszawiaków i nazwiskiem kojarzącym się seniorom z czasami siermięgi komunizmu. Jego książki nie trafiły do lektur ani szkolnych biogramów. Kilka lat temu popełniłem jego pierwszą, oficjalną biografię, to dzięki Tyrmandowi przecięły się moje losy z Adamem Szają ze smakksiazki.pl, rok 2020 został oficjalnie Rokiem Tyrmanda w Polsce. Dwa lata temu głośno było o filmie Pan T., będący zmienioną adaptacją Dziennika 1954, choć według oficjalnych przekazów, filmem autorskim, pozostającym bez związku z twórczością Tyrmanda. W roku pisarza, autorzy filmu trafili do kin z filmem opartym na zapisie ciężkiego życia niezależnego i genialnego twórcy, po czym powiedzieli – rzec można – że ta cała jego historia była nieważna. Ot, nic ponad inspirację.

    Leopold Tyrmand, zdjęcie z archiwum Marcela Woźniaka

    A jak to było z Tyrmandem naprawdę?

    Choć Tyrmand w drugiej połowie lat 50. XX wieku był w Polsce autorem znanym i cenionym (zwłaszcza za sprawą powieści Zły), jego karierę zastopowały zapisy cenzorskie i działania Służby Bezpieczeństwa. Bezpieka zamontowała pisarzowi podsłuch, rozmieściła wokół niego siatkę TW, a uprzejmie donoszący artyści i ludzie świata kultury utrudniali Tyrmandowi życie, jak mogli (odsyłam do mojej książki Tyrmand. Pisarz o białych oczach). Tyrmanda wplątano w sprawę zabójstwo Bogdana Piaseckiego, musiał wystąpić o pozwolenie na broń i ochronę, dostawał telefony z pogróżkami. Nie pomagały mu także bardzo bliskie kontakty z ambasadą USA, skąd często dzwoniono do Tyrmanda w sprawach politycznych (jak choćby z pytaniem, jacy dziennikarze powinni zostać zaproszeni na zaprzysiężenie prezydenta Kennedy’ego). Wciąż toczyło się przeciwko niemu postępowanie za czasy wojenne (wyrok wydany na niego przez NKWD), milicja tropiła jego kontakty z półświatkiem, a na domiar złego, rozpracowywano operacyjnie także teścia pisarza, a ojca Barbary Hoff – mecenasa Tadeusza Hoffa. Wkrótce ojciec jego żony znaleziony został martwy w celi aresztu, gdzie rzekomo miał popełnić samobójstwo. Kiedy Tyrmand zaczął sprawę rozwiązywać własnymi kanałami, zjawiły się służby i zmusiły go, by o temacie zapomniał. Człowiek odpowiedzialny za sprawę dwa miesiące wcześniej zamieszany był w łudząco podobną historię: z 6. piętra kamienicy wyskoczył Henryk Holland, ojciec przyszłej reżyserki, Agnieszki. Tyrmand kilka lat później wyemigrował z kraju. Jego książki objęto zakazem druku, obowiązującym aż do roku 1989. Przez lata pojawiał się na orbicie zainteresowań naukowców, ale długo brakowało rzetelnych opracowań. W 1992 roku książkę Zły Tyrmand wydał Mariusz Urbanek. Zebrał w niej kilkadziesiąt wywiadów wokół Tyrmanda, nieco podkoloryzował i utwór uznano wkrótce za biografię pisarza. Nieco dalej poszedł Henryk Dasko, nieżyjący mąż pisarki Agaty Tuszyńskiej, który przez lata badał oryginały Dziennika 1954 oraz biografię Tyrmanda. Lecz i on nie ustrzegł się błędów. Jak to bywało z postkomunizmem po roku 1989, wiele historii pozostawało przez lata nieznanymi i mimo apeli licznych intelektualistów, szkolny kanon pozostawał niezmieniony.

    Lolek – będąc jawnym antykomunistą – skazany był na przełomie lat 50. i 60. XX wieku na skonfliktowanie nie tylko ze środowiskiem urzędników, ale także tym wydawniczym. Powieści Siedem dalekich rejsów zarzucono pornografię. O Dziennik 1954 (wywieziony na Zachód w tajnym schowku w aucie) wypytywało UB i SB. Maszynopis Życia towarzyskiego i uczuciowego okazał się wielkim skandalem w świadku literackim, ponieważ Tyrmand nie zostawiał suchej nitki na nikim, kto stykał się z komunistyczną socjetą.

    W efekcie tego, z czterech utworów, nad jakimi pracował: Dziennik 1954, Siedem dalekich rejsów, Życie towarzyskie i uczuciowe i Filip, ukazał się tylko ten ostatni, i to w bardzo małym nakładzie. Wkrótce na łamach magazynu „Twórczość” ukazały się dwie, jakże odmienne, recenzje Filipa, napisane na zamówienie Jarosława Iwaszkiewicza, szefa wszystkich szefów ówczesnej literatury. Pierwszy z tekstów, szczery i przychylny, napisał przyjaciel Tyrmanda, Stefan Kisielewski, ten, którego za kilka lat gomułkowcy omal nie zatłuką na śmierć za słowa o „dyktaturze ciemniaków”. Drugi tekst pisze krytyk, Andrzej Kijowski. To z jego recenzji przejdzie do historii określenie Tyrmanda jako „Balzaca dla gówniarzy”, powtarzane później przez lata, jak refren. Kijowski po latach żałować będzie tej napastliwej opinii, nie mogąc sobie wybaczyć, że przyczynił się do wyjazdu Tyrmanda z Polski. Kisielewski uzna zaś Filipa za najlepszy utwór w dorobku przyjaciela.

    Czytelnicy nie wiedzą ani wtedy, ani wcześniej, ani później ani perypetiach Tyrmanda w komunizmie, ani o jego konflikcie z Iwaszkiewiczem, ani o tym, co było przed wojną i podczas niej. Na przykład o tym, że Filip jest powieścią… autobiograficzną.

    W Filipie Tyrmand pominął jeden, zasadniczy szczegół: był nie tylko Polakiem ukrywającym się w lasach, ale Polakiem ze zasymilowanej rodziny żydowskiej. Urodzony w roku 1920 Tyrmand wychował pochodzący z ortodoksyjnej familii Tyrmandów ojciec Mieczysław (jego ojciec, a dziadek Tyrmanda, Zelman, był w radzie Synagogi im. Nożyków w Warszawie) oraz nieortodoksyjna matka, Maryla z rodziny Oliwensteinów (po śmierci ojca wzięta pod skrzydła wuja Jakóba, człowieka renesansu i… wysokiej kultury). Tyrmand, po zdaniu matury, spędził rok na studiach we Francji, gdzie nauczył się perfekcyjnie języka. Po wybuchu wojny jesienią 1939 roku, los rzucił go na Wschód, gdzie przez Brześć i Lwów dotarł do Wilna. Tam działał w konspiracyjnej organizacji Liga Wojenna Walki Zbrojnej, pracując pod przykrywką w radzieckiej gazecie. Wiosną 1941 roku został wydany i cała siatka konspiratorów wpadła w ręce NKWD. Tyrmand trafił na Łukiszki, gdzie przetrzymywano go w przepełnionym, opanowanym przez epidemię duru brzusznego więzieniu. Za przywództwo w antyradzieckiej organizacji polskiej dostał ten sam wyrok według paragrafu 58, co wszyscy. Czyli: Sybir. Pod koniec czerwca 1941 wybuchła tzw. Wielka Wojna Ojczyźniana (jak uczą w Rosji), i wkrótce wojska niemieckie (czy też nazistowskie, jak uczą w Niemczech) wkroczyły do Wilna. W trakcie bombardowania doszło do uszkodzenia trakcji i wagony – ewakuujące więźniów na Wschód – zatrzymały się, a w jednym z nich był Tyrmand. Ukrywał się początkowo u kolegi na poddaszu. Jego dawna miłość, Janka, przepędziła go spod domu, z obawy o życie swojej rodziny: na słupach i ścianach wisiały plakaty zabraniające kontaktów z Żydami. W Wilnie, podobnie, jak w Warszawie, funkcjonowało getto, z którego stłoczonych w biedzie i głodzie Żydów systematycznie wywożono – albo do obozów, albo na rozstrzelanie w Ponarach. Tyrmand ukrył się wówczas w okolicach Oszmiany, wspólnie z rodziną Klimowiczów. Na pytanie czy jest Żydem, Tyrmand miał odpowiadać:

    – Ależ skąd! Jestem… Fhancuzem!

    Na życie Polaków dybali Niemcy, Rosjanie, Rusini, szaulisi i szmalcownicy. Wkrótce administrację na tych ziemiach przejęło gestapo. Częstą praktyką było obsadzanie w urzędach polskich, przedwojennych urzędników i tak też stało się w miejscowości Cudzieniszki, gdzie trafił Tyrmand. Pomagając tamtejszemu sołtysowi szybko się zorientował, że ten dysponuje starymi blankietami dowodów osobistych. Udało mu się zdobyć taki formularz i tak wpadł na pomysł zmienienia swojej tożsamości. Ani jako Żyd, ani jako Polak nie miał tam żadnych szans na przetrwanie. Wpisawszy w blankiet, że jest pochodzącym z Warszawy Francuzem, zgłosił się na wywózkę do robót. W ten sposób, przez Moguncję, trafił do Frankfurtu nad Menem. Tam, kłamiąc gestapowcom w żywe oczy dzień w dzień, żył, jakby jutra miała nie być. Kradnący jedzenie ze spiżarni, kantujący na kartkach i sypiającymi z Niemkami polski Żyd, Leopold Tyrmand, nie uważał, że czeka go specjalna przyszłość. Był sam, z dala od rodziny, co do losów której mógł mieć już pewne podejrzenia (w Holokauście zginęła niemal cała jego rodzina; ojciec zginął na Majdanku, matka przeżyła i po wojnie wyjechała do Izraela, gdzie dożyła później starości). Wkrótce opuścił Frankfurt i niedługo potem podjął pracę marynarza na statku Kriegsmarine, z zamiarem dopłynięcia do neutralnej Szwecji. Los rzucił do jednak do Norwegii, gdzie znów, zadenucjowany przez kogoś, trafił w ręce wroga. Tym razem nie było to NKWD a gestapo, które posłało Tyrmanda do obozu Grini, pod Oslo. Zajmował się tam m. in. rozminowywaniem pól…

    Reszty biografii opowiadać nie będę, ale ogólny kontekst został już zarysowany. Tyrmand po wojnie zaczyna nowe, samotne życie. Nikomu nie mówi o wojennej przeszłości, ani o żydowskiej rodzinie, ani o NKWD (i wciąż wiszącym na nim wyroku), ani o gestapo. W powieści Filip zmienia personalia bohatera na litewsko brzmiące Filip Vencel. Przyjacielem bohatera jest Holender imieniem Piotruś (zdjęcie poniżej).

    Lolek i Piotruś, rok 1975. Byli kelnerzy w oku cyklonu. Archiwum Mary Ellen Tyrmand

    Mija pół wieku. Powstaje pierwsza, a potem kolejna książka mojego autorstwa poświęcona życiu Tyrmanda. W archiwach w Kalifornii trafiam na oryginalny dowód osobisty Tyrmanda, w którym podaje się za Francuza (zdjęcie poniżej). Jest także czek na 200 dolarów wysłany do Amsterdamu pod koniec roku 1960, do Pitera von Diggele: Tyrmand dzieli się swoim honorarium za Filipa z książkowym Piotrusiem. W Bonn i Toronto udaje mi się skontaktować z potomkami rodzin, które ukrywały się z Tyrmandem. W archiwach KGB w Wilnie czytam dokumenty z postępowania przeciwko Tyrmandowi, udaje się także odnaleźć dom, w którym mieszkał. We Frankfurcie nad Menem wciąż stoi i działa Park Hotel. Kiedy opowiadam recepcjonistce historię Tyrmanda, wybucha śmiechem. Też pochodzi z Francji, ale uczy się niemieckiego. Mikołaj Wolski z IPN opisuje ze szczegółami, w jaki sposób niszczono Tyrmanda. Reportażystka Joanna Siedlecka śledzi zapisy cenzorów, a profesor Dariusz Pachocki z KUL-u analizuje, w jaki sposób wydawnictwa zmieniały treść książek Tyrmanda. W 2020 roku wydaję książkę Tyrmand. Pisarz o białych oczach, w której całą tę historię opisuję. Moja historia z Tyrmandem rozpoczęła się na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wybucham i ja śmiechem, kiedy vis a vis mojego wydziału widzę tabliczkę: „Nie dotyczy ekipy technicznej filmu Filip”. Myślałem, że szczytem przypadku będzie mieszkanie studenckie, w którym kilkadziesiąt lat przede mną mieszkał… Zbigniew Herbert.

    Fałszywy dowód osobisty Leopolda Tyrmanda, 1941. Archiwa Hoovera

    Tym razem film powstaje zgodnie ze sztuką i w porozumieniu na temat praw autorskich ze spadkobiercami. Producentem jest Michał Kwieciński i Akson Studio (Katyń, Wałęsa, Miasto 44), a produkcja powstaje na zlecenie TVP (tak!). Jak podają autorzy, Filip z grubsza pokrywa się z tematem książki, przy czym tytułowy bohater nie trafia do Frankfurtu z Litwy, a z… warszawskiego getta (licencia poetica!). Piszę o tym na wypadek porównań filmu do książki….

    W rolę główną wciela się Eryk Kulm, na planie pojawili się także Robert Więckiewicz i Hanna Śleszyńska. Jako statysta w filmie pojawi się także… pisarz Przemek Semczuk.

    Przemysław Semczuk na planie filmu „Filip”

    – Zaproponowałem synowi, żebyśmy zgłosili się do filmu – powiedział mi Przemek – mieli trochę wspólnej zabawy. Skończyło się na tym, że to jednak mnie przypadło parę dni zdjęciowych więcej. Jestem niemal pewien, że w filmie pojawi się moja lewa noga. Nie wiem, jak z prawą…

    Jeśli chcecie zobaczyć, jak autor Wampira z Zagłębia wypadł w filmowym kostiumie, odsyłamy na jego Instagram [instagram.com/psemczuk].

    Kiedy kończyłem pisać niniejszy tekst, niespodziewanie otrzymałem telefon z produkcji, z zaproszeniem na plan. Reżyser Michał Kwieciński zaprosił do swojej reżyserki, by pokazać surówkę nakręconego materiału. Ujęcia oglądamy na dużym monitorze, upchniętym w korytarzu jednej z kamienic.

    – Eryk Kulm dostał rolę bez castingu – mówi Michał. – Od razu wiedziałem, że to on ma grać. I jak podobają się ujęcia? – pyta mnie i moją małżonkę.

    – Najważniejsze, jak tobie się podoba! – odpowiadamy. – Podoba się?

    – Jakby się nie podobało, to bym tego nie robił – mówi z uśmiechem i żegna się szybko. Zaraz ruszają zdjęcia nocne.

    Kadr z filmu, w roli głównej Eryk Kulm

    Filip ma 42 dni zdjęciowe. To sporo. Michał Kwieciński o film starał się blisko dziesięć lat. Wszystko jest przemyślane na pierwszym, drugim i trzecim planie, widać dużo granych mastershotów. Wybudowano specjalną scenografię z wnętrzami i kuchnią Park Hotelu. Na jednej ze scen z tytułowym bohaterem ściska mi gardło, mimo że oglądamy po prostu take z taśmy, jeden z wielu dubli nieudźwiękowionej i niepokolorowanej sceny. Wcale się nie silę na obiektywizm. Nie chcę. Bo widzę Filipa Leopolda Tyrmanda na ekranie i cieszę się, jak dziecko.

    Na premierę będę czekał z niecierpliwością. Cieszę się przy tym, że ścieżki literatury i filmu znów się przecięły, i to nie tylko na czerwonym dywanie.

    Więcej fotografii z planu tutaj

    Marcel Woźniak

  • Filipika z historią. Model do składania

    Zmień zupełnie imię i nazwisko – myślałem sobie. – Tak będzie lepiej. Będziesz miał odtąd dwa dowody osobiste, jeden prawdziwy, drugi ten.

    Tydzień temu zatrzymaliśmy się na wykopanej spod ziemi płycie Milesa Davisa „Dig” i historii, według której Leopold Tyrmand miał z niemieckim żołnierzem słuchać jazzu w ogarniętych wojną Niemczech. Drugi felieton warto zacząć w tym tygodniu od pytania: co polski Żyd robił podczas wojny w Niemczech?

    Tytułem wstępu. Czym właściwie jest dla nas historia? Niech pytanie towarzyszy nam aż do ostatniej linijki tego tekstu, swoistej filipiki z historią.

    Bez względu na to, ile dowodów mamy w ręku, zawsze korzystamy z „luksusu perspektywy dystansu”. Historia Tyrmanda zaczyna się w połowie lat 50. w takim samym sensie, w jakim historia Polski zaczęła się od Chrztu w 966. Oczywiście, że było coś wcześniej! Ale… co?

    Leopolda uważano wtedy za zdolnego dziennikarza i scenarzystę, animatora życia jazzowego i człowieka świata kultury. Dla gawiedzi był kimś na kształt celebryty, co nie dziwiło. Nosił eleganckie garnitury i (czasem) słynne, kolorowe skarpetki. Jego żoną była czołowa felietonistka „Przekroju” Barbara Hoff, ubierająca w drugiej połowie XX wieku kolejne pokolenia Polek. Tyrmanda jednym tchem wymieniano obok Hłaski, Komedy, Cybulskiego, Polańskiego czy Herberta, z którymi się znał i przyjaźnił. Był posiadaczem samochodu (gdy zatrzymywała go milicja, bajerował oficera z Cybulskim, podczas gdy Herbert chował się ze strachu pod kierownicą) i mistrzem ceremonii, rokrocznie otwierającym słynne festiwale jazzowe. A wreszcie: panem pisarzem. Powieść „Zły”, którą wciąż widać na empikowej topce (sprawdzałem dziś, wciąż pierwsza 50. w dziale kryminał!), okazała się hitem na miarę „Zorro” (z którego z resztą Tyrmand zainspirował się słynnymi białymi oczami – stąd tytuł angielskiego przekładu: „Man with white eyes”). Słynna anegdota głosi, że kiedy w styczniu 1956 roku zobaczył kolejkę pod sklepem, przystanął i spytał „co dają”. Ostatni z ogonka odparł:

    – Złego! Złego dają! Jeden egzemplarz na ryło!

    Spotkanie autorskie, kadr z filmu dokumentalnego

    Książka rozeszła się na pniu. Choć krytycy (jak Toeplitz) uważali ją za grafomanię, a inni (jak Czesław Miłosz) przez kolejne lata nazywali Tyrmanda pisarzem 2. kategorii („Balzaac dla gówniarzy”, napiszą w złośliwej recenzji), ludzie szaleli na jej punkcie. Łotrzykowska powieść o magicznej Warszawie – sztos, bratku! Strzał w dziesiątkę! Bo tętniła na kilkuset stronach rytmem Kercelaka, Bazaru Różyckiego, Grochowa, Pragi, Woli i wszystkich „warsziaskich” miejscówek – od melin po „aliganckie” kawiarnie. Była eposem na miarę odbudowującej się Warszawy, peanem na cześć bohaterów ulicy – od taksówkarzy, przez kioskarzy i „koników”, po szatniarki, bufetowe i szoferów z przegubowych autobusów. W „Złym” zaczytywała się Maria Dąbrowska, zaczytywał się Grombrowicz (nazywając Tyrmanda spadkobiercą romantycznej tradycji) i zaczytywał się Konwicki.

    Z autorem „Małej apokalipsy” przed 1956 relacje mieli chłodne. To ponoć przez to, że Konwicki napisał raz, jakoby Tyrmand – podczas wywijania na parkiecie w Jastarni – kopnął się… sam w głowę. Niech pierwszy rzuci kamień ten, kto nie strzeliłby focha z półobrotu?

    Aż spotkali się w windzie.

    – Dobra książka – wyszeptał wtedy cicho Konwicki.

    Poszli tedy do kawiarni „Czytelnik” i od tego dnia chadzali do niej codziennie przez kolejne dziewięć lat. We „Wniebowstąpieniu” jeden z bohaterów Konwickiego mówi:

    – Szkoda, że pan Lolo wyjechał.

    Bo Lolo wyjeżdża 16 marca 1965 roku.

    Tyrmand w latach 50. i 60., dla ówczesnych, był człowiekiem pełnym dwuznaczności. Nie do końca wiedziano, skąd pochodził, kim byli jego rodzice, co robił podczas wojny. Basia, żona, nie miała nawet pojęcia o… żyjącej ówcześnie, żydowskiej rodzinie męża! Ani o pogrzebie wuja, który Tyrmand wyprawił. Krążyły jakieś historie obozowe, jakieś pomówienia o współpracę z Rosjanami, coś o Skandynawii. Do tego pan Lolo nosił ostentacyjnie złoty krzyżyk na szyi, odnawiając sobie na początku lat 50. chrzest (będąc pod wpływem katolickiego „Tygodnika Powszechnego” i duchowych podróży Herberta). Jeśli miał już opowiadać, rzucał w towarzyskich rozmowach mitomańskie opowieści o kurlandzkim baronie o francuskim nazwisku. A jak było naprawdę? Tego ówcześni się nie dowiedzieli już nigdy.

    Gdy pan Lolo wyjechał w 1965 roku z Polski, jego książki ocenzurowano, a nazwisko wymazano z życia publicznego i historii literatury na lata. Co się działo z Tyrmandem w Ameryce, nie wiedziano (my dowiemy się w jednej z kolejnych części felietonów). Zostały artykuły w prasie, w których nazywano go „brudasem”, „szmoncesem”, „alkoholikiem” i „pseudopisarzem” oraz… została legenda. Krążący w drugim obiegu „Zły” zyskał miano „białego kruka” i „literatury zakazanej”, a „Dziennik 1954”, wydany w latach 80., okazał się błyskotliwym portretem stalinizmu, co na pokolenie KOR-u i „Solidarności” działało ze zdwojoną siłą.

    Gdy w latach 90. zaczęto Tyrmanda przypominać, na powrót wymieszano wspomnienia z fikcją, a anegdoty z dykteryjkami. Podstarzali pisarze wspominali „Złego”, inni wytykali współpracę z Rosjanami (o czym niebawem osobny felieton) i niestworzone historie wojenne. Sam zainteresowany nie mógł się do niczego odnieść, bo leżał w piachu na Long Island. I po cichu przeszedł do kronik, jako „barwny ptak PRL-u”, autor dwóch znanych książek i bohater towarzyskich skandali. Dzięki temu, w publikacjach o celebrytach czy alkoholikach minionej epoki bohater niniejszego tekstu zawsze grał pierwsze skrzypce.

    Tymczasem prawdziwa historia była na wyciągnięcie ręki. Oddajmy na początek głos tytułowemu bohaterowi „Filipa”, mało znanej powieści Leopolda Tyrmanda:

    „(…) Siedziałem przeto na plebanii w Cudzieniszkach nad czyściutkim blankietem, wklejałem fotografię, do której przezorny sołtys przybił prawidłową pieczątkę. (…) Zmień zupełnie imię i nazwisko – myślałem sobie. – Tak będzie lepiej. Będziesz miał odtąd dwa dowody osobiste, jeden prawdziwy, drugi ten (…) Tylko, że w razie najprostszej rewizji znajdą dwa paszporty, zarobisz z miejsca w czapę i cześć. Tak nie można. Stary paszport trzeba spalić, jest obciążony tym, co się wyczyniało w Wilnie, a potem więzieniem, jest odnotowane w najmniej potrzebnych kartotekach, na przykład w kancelarii więziennej, na Łukiszkach, którą ma teraz w łapach gestapo. Nie, tak nie można, trzeba spalić stary, a nowy wypełnić na nowe nazwisko, nową narodowość i obywatelstwo. Znasz francuski (…) A więc: Filip Vencel, urodzony w Warszawie, bez przynależności państwowej, narodowości francuskiej, z zawodu architekt, zamieszkały w Cudzieniszkach pod Oszmianą…”

    Zdaniem pisarza i kompozytora Stefana Kisielewskiego, „Filip” był najbardziej udaną z tyrmandowskich powieści. Książka była sprężysta, nie za długa, barwna i pełna autotematycznego pazura. W redakcji pomagała żona – wprawiona w krótkich tekstach dla „Przekroju” Basia Hoff. Gdy Tyrmand rozpędzał się z opisami rodem ze „Złego”, Basia skreślała całe akapity. – To niepotrzebne! – mówiła. A żony trzeba słuchać.

    Mały nakład przeszedł bez większego echa, a książka wznowiona została dopiero trzydzieści lat później. I umknęło wszystkim, że Leopold wszył w stronnice książki historię swojego życia.

    Filipowi na rehabilitację przyszło czekać ponad pół wieku. Tak, jak historii, przeciw której pozostało wytoczyć dziś tu najcięższe działa.

    Był ostatni dzień mojego pobytu w archiwach na Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii, gdy z pewnej teczki wysunęła się drobna kartka. Spadła fotografią do dołu, toteż schyliwszy się po nią, najpierw przeczytałem zapisane po niemiecku daty. Później kartkę odwróciłem. I zobaczyłem na niej to, co poniżej:

    Fałszywy dowód osobisty Leopolda Tyrmanda, 1941. Archiwa Hoovera

    Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Kolejna lektura „Filipa”, a potem przeszukiwanie setek stron poświęconych historii Polaków na wschodzie, drzewa genealogiczne, wspomnienia, kroniki. Dwie stare strony internetowe wypluły wspomnienia polonusów, w których pojawiało się nazwisko „Tyrmand”. Adres mailowy był zaszyfrowany, znałem tylko alias oraz imię i nazwisko. Pozostało wysłać zapytanie na jakieś pięćdziesiąt wymyślonych adresów, licząc, że któryś okaże się trafiony. W międzyczasie trzeba było szukać dalej: bazy danych, fora polonijne, ambasady. Po kilkunastu tygodniach przyszła upragniona odpowiedź, list z Kanady od pana Aleksandra:

    „(…) Moja teściowa (studentka polonistyki Uniwersytetu Stefana Batorego) po ucieczce z ghetta w Wilno przechowywala sie u rodziny jej męża Klimowiczów (Polaka Katolika) w miasteczku Krewo pow. Oszmiany na Wilenszczyznie. Z nimi razem przebywał znany literat Leopold Tyrmand. Obawa przed szmalcownikami, którzy zdradzali Żydów gestapowcom i wydawali ich na niechybną śmierć, zmusiła ich do zgłoszenia sie na dobrowolne roboty w Rzeszy, gdzie mieli szansę uratować się przed śmiercią. Pisze z resztą o tym obszernie Tyrmand w swoich pamiętnikach, wspominając również nazwisko rodziny teścia: Klimowiczów. Spłacałem i w dalszym ciągu spłacam dozgonny dług wdzięczności Klimowiczom i Hryniewiczom i ich potomkom.”

    Rodzina Klimowiczów

    Najbezpieczniej jest podobno w oku cyklonu. Tak też Tyrmand, od tej pory narodowości francuskiej, zaczął swoją podróż przez zachodni front. We Frankfurcie nad Menem był kelnerem, gdzie pluł Niemcom do kawy. Gdy pytali, czemu taka wodnista, odpowiadał: – Wojna! Mamy małe zapasy!

    W latach 80. przyjechał do Frankfurtu na konferencję. Mając wolną chwilę, zaszedł do hotelu Park.

    – Mieszkałem w tym miejscu – rzekł do menadżerki.

    – Jako gość w którymś z pokojów? – spytała.

    – Nie. Jako kelner, w tym schowku pod schodami.

    Mimo braku blizny w kształcie błyskawicy na czole, z Harrym Potterem było coś na rzeczy.

    O losach Tyrmanda podczas wojny przyjdzie jeszcze czas opowiedzieć. Pewnym jest jednak, że Tyrmandowi współczesnym, a także jego pierwszym czytelnikom i tym, którzy o Tyrmandzie opowiadali, pewne historie te były nieznane. A czym jest historia, jeśli nie ciągłą próbą sprawdzania pod światło szklanych paciorków i wciąż zadawanym pytaniem o to „jak było?” Niczym monetę pod światłem, obracamy w ręku paciorki historii, to powątpiewając w czyjeś pobudki w przeszłości, to heroizując inny nieistotny szczegół. Koło historii, niczym koło zamachowe, posiada liczne przekładnie i dlatego tak ważne jest, by biografowie, badacze historii, a wreszcie, my sami, abyśmy odpowiednio operowali jej zębatkami, powiększając i/lub pomniejszając kręcące się w niej – jak w kalejdoskopie – obrazy. Czy dziś nie wydaje się to aktualniejsze, niż wcześniej?

    Tyrmand w „Dzienniku 1954” zapisał:

    (…) Pamiętasz, stary, te szaleńcze eskapady z Frankfurtu do Badgastein, z Wiednia przez Karlsbad do Szczecina, ze Stavanger do Oslo? Pamiętasz pogonie za pociągami, akrobatyczne ucieczki przez dachy pędzących wagonów, (…) Pamiętasz ukochanego przyjaciela Piotrusia van Diggele i wielką zabawę na szynach całych, ogarniętych wojną, hitlerowskich Niemiec?

    My pamiętamy, Leopoldzie. I dzięki ci za te historię.

    Marcel Woźniak

     

    Przelew od Leopolda Tyrmanda dla Piotrusia po wydaniu Filipa, jako podziękowanie. Archiwum Hoovera