Tag: Forbes
-
Ku pokrzepieniu serc (i portfeli) – felieton Krzysztofa Domaradzkiego
Pożoga, dramat, czarna rozpacz. Kogo nie zapytać, na rynku książki dzieje się źle albo bardzo źle. A odkąd pojawił się koronawirus, to już w ogóle. Jednak wcale tak nie musi być. A nawet – wcale tak nie jest. Wystarczy się porządnie rozejrzeć. Opowiem Wam trzy krótkie historie. W pierwszej chwili może się wydawać, że nie mają ze sobą wiele wspólnego – łączą je tylko dziwaczne pomysły i książki. Ale przy bliższym poznaniu okażą się niemal bliźniacze, choć każda z nich rozegrała się w innym miejscu, okolicznościach i czasie.
1.
Niedoszły prawnik, przedsiębiorca, twórca programów telewizyjnych, popularyzator nauki, youtuber, gwiazda internetu. Tak, Radek Kotarski to człowiek wielu talentów. A jakby tego było mało, któregoś dnia postanowił zostać również autorem i wydawcą w jednej osobie. Nie był zachwycony tym, w jaki sposób tradycyjne wydawnictwo zaopiekowało się jego debiutancką książką – „Nic bardziej mylnego!”, więc kolejną – „Włam się do mózgu” – postanowił zająć się samodzielnie. A że wieści szybko się rozchodzą, o pomyśle Kotarskiego dowiedziały się jego dwie koleżanki – Arlena Witt (twórczyni youtube’owego kanału Po Cudzemu) i Ewa Grzelakowska-Kostoglu (Red Lipstick Monster) – i zapytały, czy nie zaopiekowałby się także ich utworami. Skończyło się tym, że w drugiej połowie 2017 roku powstał Altenberg, wydawnictwo inne niż wszystkie – niewspółpracujące z Empikiem ani żadnym innym dystrybutorem, sprzedające książki wyłącznie przez internet, wynagradzające autorów zdecydowanie hojniej niż konkurencja (według Kotarskiego nawet trzy do ośmiu razy hojniej).
2.
Gdyby Marcin Beme powiedział Wam, że jest skiturowcem, który zrobił krótki przystanek w Warszawie, żeby za kilka dni pozjeżdżać na dziko w Alpach – pewnie byście mu uwierzyli. Gdyby stwierdził, że od ponad dziesięciu lat zajmuje się biznesem na rynku książki – raczej nie. W 2008 roku ten wyluzowany, zwykle wystrojony w luźną koszulkę i rozpinaną bluzę, nieco chaotyczny dżentelmen wymyślił, że będzie produkował i sprzedawał książki w wersji audio – za pośrednictwem Audioteki. Był to tak nieortodoksyjny pomysł, że pierwsze nagrania Beme pozyskiwał nie od wydawców, tylko z archiwów Polskiego Radia i Polskiego Związku Niewidomych. A żeby zrobić wokół swojej idei trochę szumu, wymyślił, że stworzy wielką dźwiękową produkcję – wzorem hollywoodzkich blockbusterów – na bazie „Narrenturm”, czyli pierwszej części trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego. Przekonał do tego autora i jego wydawcę, zwerbował ponad stu aktorów i Janusza Kukułę w roli reżysera, nafaszerował produkt specjalnymi efektami dźwiękowymi. I wydał na to kwotę przekraczającą ówczesne przychody Audioteki.
3.
Najpierw chcieli wykorzystać technologię elektronicznego papieru do zbudowania agregatora newsów. Potem wykoncypowali, że fajnie byłoby stworzyć narzędzie dla prawników, które pozwoli im przeglądać kodeksy przy użyciu czytnika. Dopiero przy trzecim podejściu Mikołaj Małaczyński i Mateusz Frukacz, dwaj utalentowani programiści po Politechnice Poznańskiej, pomyśleli o ebookach. Dołożyli do tego koncept streamingu, znany choćby z szybko rosnących (choć wtedy jest nie tak wielkich) biznesów w typie Netfliksa czy Spotify, po czym zaczęli rozkręcać Legimi. I choć pomysł ebooków na abonament wydawał się obiecujący, to wymagał zburzenia kilku elementarnych przeszkód. Raz, że dekadę temu wydawcy nie pałali miłością do książek elektronicznych, obawiając się, że zmiotą z rynku papierowe. A dwa – nie tak łatwo zbudować dużą bazę klientów, kiedy chcesz to zrobić w oparciu o ludzi niebojących się ebooków, a nawet uważających je za całkiem wygodne.
***

www.unsplash.com/Nikita Kachanovsky Trzy firmy, trzy zestawy przedsiębiorców i trzy karkołomne pomysły na biznes – wymagające sporych nakładów finansowych, zaawansowania technologicznego, zbudowania niemal od zera nowych rynków albo gry na boisku, na którym panoszą się starsi i więksi chłopcy. Jak coś takiego nazwać? Brawurą? Szaleństwem? Biznesowymi fantasmagoriami?
A może jednak wizjonerstwem?
W ciągu pierwszych piętnastu miesięcy działalności Wydawnictwo Altenberg wypracowało 14 mln złotych przychodu i 1,8 mln zł czystego zysku. Do dzisiaj sprzedało około pół miliona książek i sfinansowało tyle samo obiadów podopiecznym akcji Pajacyk (jedna sprzedana książka = jeden obiad). W 2019 roku Altenberg – znany już wydawca literatury poradnikowej i ciekawostkowej sygnowanej nazwiskami youtuberów czy celeberytów – zasadza się na 18 mln złotych przychodu, które ma zagwarantować seria nośnych jesiennych premier, w tym nowej książki Radka Kotarskiego.
W Audiotekę z czasem uwierzyła grupa prężnych inwestorów, którzy przekazali spółce łącznie około 15 mln złotych. Dziś Marcin Beme, zdecydowany lider lokalnego rynku audiobooków, nie potrzebuje już zewnętrznego kapitału, ponieważ w 2018 roku jego firma osiągnęła 62,1 mln zł przychodu i 4,2 mln zł zysku netto. Dziś to on pomaga innym. Niedawno zainicjował akcję „Usłysz kulturę”, w ramach której w trudnych covidowych czasach planuje wesprzeć kwotą 4 mln złotych autorów czy reżyserów gotowych tworzyć interesujące projekty w wersji audio.
Mikołaj Małaczyński i Mateusz Frukacz rozkręcali Legimi z pomocą inwestorów i obligacji – łącznie na ponad 22 mln zł. I rozkręcili. W 2019 roku ich firma osiągnęła 17,4 mln zł przychodu i 613 tys. zł zysku netto, a ten rok chce zamknąć z 24,9 mln zł sprzedaży i 2,6 mln zł na czysto. Firma współpracuje w Polsce z ponad 300 wydawcami i większością bibliotek publicznych, a do tego prężnie rozwija się na niemieckim rynku, gdzie oprócz Legimi posiada jeszcze serwis Readfy, oferujący dostęp do ebooków w zamian za oglądanie reklam.
***
Te trzy wariackie pomysły na biznes przerodziły się w trzy zaskakujące sukcesy na rynku książki. To w ogromnej mierze zasługa przedsiębiorców, którzy za nimi stoją. Ich odwagi, kreatywności, kapitału intelektualnego, zdolności czytania trendów technologicznych. Upartości, wytrwałości, wytrzymałości na ból. A także – a może przede wszystkim – przemożnej chęci zburzenia istniejącego ładu. Pójścia pod prąd. Przemodelowania rzeczywistości. Pokazania, że się da, nawet jeżeli czytelnictwo spada, a rynek uchodzi za trudy, niewdzięczny i nieperspektywiczny.

www.unsplash.com/Sharon McCutcheon To ważne – a nawet cholernie ważne – zwłaszcza teraz. W czasie następujących po sobie koronawstrząsów, które gruntownie przebudowują świat, jaki znaliśmy. Przyzwyczaiłem się do powszechnego branżowego pesymizmu. Ale nawet jeśli zmartwienia biznesmenów z rynku książki są przesadzone, to ich ultranegatywne doniesienia trzeba traktować poważnie. Przeprowadzona na przełomie kwietnia i maja ankieta Polskiej Izby Książki jednoznacznie pokazuje, że nie jest wesoło: 89 proc. księgarzy i wydawców spodziewa się ograniczenia działalności z powodu pandemii, co trzeci odczuł dramatyczny spadek sprzedaży (70 proc. i więcej), a ponad połowa ograniczyła zatrudnienie. Nie cierpią jedynie ci, którzy w porę postawili na internet, a więc zrobili to, do czego najróżniejsi progności namawiają przedsiębiorców od co najmniej kilkunastu lat – i to bez względu na branżę, w której działają.
Tak więc, drodzy księgarze i wydawcy, pamiętajcie o swoich nowoczesnych kolegach, którzy nie tak dawno wystartowali od zera i stworzyli biznesy, które nawet w dobie pandemii mają się świetnie. Pamiętajcie, że książki to nie tylko bajki dla dorosłych, ale też całkiem realne morze możliwości. Również biznesowych.
Krzysztof Domaradzki
-
„Albo chwała, albo kasa”, premierowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego
Nie jest tajemnicą, że wielka literatura zwykle nie idzie w parze z wielkimi pieniędzmi, a dobra sprzedaż książek dobrymi ich nie czyni. Dziwić może jedynie to, że odstępstw od tej reguły praktycznie nie ma. Niezależnie od szerokości geograficznej, czasów i okoliczności.
Zaledwie kilka osób wiedziało, że piszę „Detoks”. Nie chwaliłem się rodzinie, kolegom ani znajomym z pracy. Nie chełpiłem się tym, że może – przy odrobinie szczęścia – uda mi się zostać pisarzem. Wręcz przeciwnie. Wydawało mi się to dość wstydliwe. Do pewnego stopnia zarozumiałe. I z całą pewnością nieracjonalne. Zwłaszcza ekonomicznie (a bycie dziennikarzem ekonomicznym powinno zobowiązywać). Bo żeby wstukanie niemal miliona znaków na klawiaturze było opłacalne, musiałbym w debiucie napisać bestseller. Prościej i rozsądniej byłoby wstukać ten milion do gazety. Za wierszówkę, która pewnie przełożyłaby się na sześciocyfrową sumę. Bez względu na gazetę.
Pracując w „Forbesie”, nauczyłem się nie wierzyć przedsiębiorcom, którzy się zarzekają, że nie budują biznesu dla pieniędzy. W ich grze chodzi głównie o pieniądze. One są główną metryką sukcesu. Literatura to jednak trochę inna gra. Większość autorów nie zaczyna jej dla pieniędzy, tylko żeby się sprawdzić. Żeby zweryfikować, czy pomysły, które wałęsają im się po głowie, rzeczywiście są takie fajne. Żeby wyrzucić z siebie historie, przemyślenia i emocje. Żeby się zabawić w wymyślanie alternatywnej rzeczywistości. Krótko mówiąc: nie o kasę, lecz o satysfakcję się rozchodzi. Przynajmniej na początku.

www.unsplash.com/Pepi Stojanovski Z kasą u pisarzy najczęściej bywa krucho. I nie jest to mit podsycany historyjkami o głodujących autorach, takich jak H.P. Lovecraft czy Edgar Allan Poe, tylko twardy fakt. Poparty twardymi danymi. Z przeprowadzonego kilka lat temu badania Digital Book World i Writer’s Digest Author wynika, że 54 proc. amerykańskich autorów zarabia mniej niż tysiąc dolarów rocznie (mowa o pisarzach wydających książki w sposób tradycyjny, czyli we współpracy z wydawnictwem). W Polsce – co potwierdzają m.in. badania Alicji Palęckiej – wygląda to podobnie. To znaczy: kwota się zgadza, waluta już nie.
Ale oczywiście są wyjątki. A nawet cała masa wyjątków. Tworzą je pisarscy multimilionerzy, którzy wstrzelili się w jakiś nośny trend. Potrafiący sprzedawać siebie i swoją twórczość. Autorzy, którzy znaleźli sporą grupę odbiorców i nauczyli się zarabiać na jej zainteresowaniach. I którzy wcale nie muszą być wielkimi literatami.
Amerykański „Forbes” od lat liczy wynagrodzenie gwiazd literatury. Zeszłoroczne zestawienie najlepiej zarabiających pisarzy na świecie otworzył James Patterson, spec od hurtowego wydawania powieści sensacyjnych (86 mln dolarów). To weteran rankingu, już po raz dziesiąty wylądował na szczycie. Za nim znalazła się weteranka – J.K. Rowling (54 mln), która sprzedała ponad pół miliarda książek o Harrym Potterze. Trzecie miejsce zajął mistrz horroru Stephen King (27 mln). W czołowej dziesiątce wylądowali jeszcze m.in. specjalista od thrillerów prawniczych John Grisham (21 mln), popularne autorki romansów Nora Roberts i Danielle Steel (obie po 12 mln), odkrywający religijne tajemnice Dan Brown (18,5 mln) czy twórczyni bestsellerowych książek sado-maso E.L. James (10,5 mln).
Co ich łączy oprócz kasy? Przede wszystkim powszechna niechęć krytyków. Brown? Grafoman. Rowling? Potrafiła napisać tylko kilka bajek o młodym czarodzieju. Roberts i Steel? Tanie romansidła. Patterson? On nawet nie pisze swoich książek. Grisham? Wszystkie jego utwory są takie same. James? Grafomańskie porno dla mamusiek. Nawet King regularnie dostaje w zęby, a wielu krytyków uważa jego kult za świadectwo literackiego otępienia.

James Patterson, fot: oficjalny profil autora na Facebooku Oskarżeni wypracowali uniwersalną linię obrony: co z tego, że krytycy nas łajają, skoro milionom ludzi sprawiamy radość; to czytelnicy są prawdziwymi recenzentami naszej pracy; oni głosują na nas nogami i rękoma, zasuwając do księgarń albo polując na Amazonie. Nie wypracowali natomiast sposobu na zdobycie uznania. Na wejście do kanonu. Na zyskanie wiecznej chwały. Od dekad kultowymi książkami stają się te, które zwykle omijają mainstream – a przynajmniej szczyty zestawień sprzedażowych.
Jak zauważył Rafał Pikuła w artykule „Co skrywa literackie bikini” dla tygodnika „Przegląd”, listy bestsellerów zadziwiająco się rozjeżdżają z listami książek uznawanych za kultowe. Gustów amerykańskich czytelników (a często także wydawców) nie poruszyły ani „Ulisses” Jamesa Joyce’a, ani „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, ani „Do latarni morskiej” Virginii Woolf. Nie przekonali się do twórczości Gabriela Garcíi Márqueza i Georga Orwella. A „Hobbit” J.R.R. Tolkiena urósł w ich sercach dopiero po powstaniu filmowych megahitów.
A w Polsce? Wystarczy wspomnieć, że ubiegły rok wcale nie należał do Olgi Tokarczuk czy Wiesława Myśliwskiego, tylko do piosenkarki Katarzyny Nosowskiej i celebryty Kuby Wojewódzkiego – to oni zostali uhonorowani Bestsellerami Empiku. (Choć podobno stuprocentowo pewna swojej wygranej była przyznająca się do grafomanii Blanka Lipińska).
Wniosek z tego taki, że rozdźwięk między powszechnym uznaniem a grubym portfelem wydaje się nieunikniony, a recepta na całkowite spełnienie nie istnieje. Spośród współczesnych autorów najbliżej odnalezienia pisarskiego Świętego Graala jest chyba George R.R. Martin, który najpierw zachwycił świat fantasy sagą „Pieśń lodu i ognia”, a potem dostał wielki finansowy napęd dzięki serialowej „Grze o Tron”. W efekcie przez przez sześć lat (2012–2016) utrzymywał się na liście najlepiej zarabiających autorów, mimo że nie wydał w tym czasie ani jednej książki. I tak najwyraźniej trzeba żyć.
***
PS. Podczas Warszawskich Targów Książki wyciągnąłem Adama Szaję na kawę. „Od czasu do czasu napisałbym coś o kulturze, jakiś felieton” – powiedziałem. „Najlepiej dla smakksiazki.pl. Nie do końca wiem dlaczego, ale czuję taką potrzebę”. Adam na to: „Okej”. Potem jeszcze dodał na facebooku, że czasem mógłbym coś skrobnąć o książkach i biznesie. Z tej lapidarnej wymiany myśli zrodził się plan, abym pisał dla Was (i dla siebie) felietony. Będą się ukazywały w każdą pierwszą niedzielę miesiąca.

