Tag: Gliwice

  • „Skarbnik”, świąteczne opowiadanie Bartosza Szczygielskiego

    Gliwice, kurwa.

    Wyobrażał sobie, jak szczęśliwy byłby, gdyby nie to miasto. Te budynki, które przytłaczały odrapanymi fasadami i ten swąd zepsutego życia. Czuł go stojąc przed dworcem PKP. I z każdym oddechem, drażnił go coraz bardziej. Wszystko wydawało mu się sztuczne i nawet deptak udawał, że został niedawno wyremontowany. Wielkie, szare płyty chodnikowe przetykane rdzawą cegłą raziły go bardziej, niż w zeszłym roku. Odkąd pamiętał, czuł się w tym mieście obco.

    Tak, jakby tu nie pasował.

    Mały.

    Niższy, niż przed kilkoma godzinami. Stawiał wtedy pierwsze, niechętne kroki na schodach prowadzących do wagonu klasy drugiej. Kręgosłup skurczył się o kilka centymetrów. Usztywnił i za nic nie dawał się przywrócić do pierwotnego stanu. Tego, który jeszcze rano Łukasz uznawał za normalny. Tutaj nic nie było takie, jakie powinno.

    On na pewno.

    Dokąd?

    Zastygł z dłonią na zapalniczce. Zmaterializował się przed nim mężczyzna w średnim wieku, ubrany nieadekwatnie do aury. Wełniana kamizelka przyprószona była popiołem z tlącego się jeszcze papierosa, włożonego niedbale między usta. Rozmówca trzymał dłonie w kieszeniach spodni, wypychając je tym samym do granic możliwości i niebezpiecznie przysuwał się w jego stronę. Łukasz nie chciałby go spotkać w ciemnym zaułku, a i teraz nie był przesadnie zachwycony możliwością rozmowy.

    Nie dziękuję – odparł podpalając papierosa. – Ktoś mnie odbierze.

    Tanio – nie odpuszczał. – Święta są to i promocję mam. Taksometru nawet nie włączę. Dogadamy się.

    www.unsplash.com/Lexi Ruskell

    Tego, że urządzenie pomiarowe pozostanie w stanie nienaruszonym, był pewien. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się inaczej. Tym bardziej, kiedy stał przed jakimkolwiek dworcem i wyglądał na zagubionego. Gliwice znał doskonale. Od domu dzieliły go dwa kilometry. Trzy papierosy i czterdzieści minut spaceru. Podciągnął rękaw kurtki, by odsłonić zegarek. Już był spóźniony, ale PKP to nie obchodziło. Pożegnało go tylko bolącym odcinkiem lędźwiowym, zapachem kurzu i nikłym poczuciem skruchy.

    To co? – taksówkarz przechylił głowę na bok. – Tam stoję.

    Wskazał na zaparkowanego nieopodal mercedesa. Pojazd zajmował pierwsze miejsce na początku długiej kolejki aut. Reszta taksówkarzy błądziła pomiędzy pasażerami, którzy dopiero co wyszli z budynku dworca.

    Poradzę sobie.

    Jak chcesz.

    Odszedł niewzruszony porażką. Łukasz przez moment obserwował, jak jego niedoszły kierowca poluje na kolejną ofiarę. Mężczyzna miał zerową skuteczność, a on było coraz bardziej spóźniony. Powrotny miał dopiero za kilka godzin. Wyciągnął smartfon i uruchomił aplikację.

    Dwie minuty.

    Dopalił papierosa i wsiadł do wypastowanego nissana. Delektował się wzrokiem mężczyzny, którego kamizelkę zaczęły znaczyć płatki śniegu. Zatrzasnął za sobą drzwi.

    Żadnych słów.

    Milczeli przez całą drogę do jego domu.

    Osiem złotych.

    Pięć gwiazdek.

    ***

    Cztery osoby.

    To o jedną sztukę więcej, niż Łukasz oczekiwał. Stół wydawał mu się przez to napęczniały. Usilnie starał się sobie przypomnieć, kim jest siedzący naprzeciwko niego człowiek. Próbował, ale jedyne co widział, to szerokie, górnicze barki i brodę, której przydałaby się wizyta u specjalisty. Przejechał dłonią po swojej żuchwie i z zadowoleniem stwierdził, że dalej jest gładka. Zbliżył palce do nosa. Wyczuwał na nich zapach wody kolońskiej.

    Drogiej.

    Jak ci w tej Warszawie – mężczyzna przysunął do siebie filiżankę z czerwonym barszczem. – Lepiej, niż tu u nas? Tęsknisz trochę?

    Chciał odpowiedzieć, że gorzej niż w Gliwicach, byłoby chyba tylko w piekle, ale zagryzł te słowa uszkiem. Smakowało tak, jak wtedy, kiedy był dzieckiem.

    Gorzko.

    Jest w porządku – powiedział zgodnie z prawdą. – A u Ciebie?

    Zupełnie nie interesowała go sytuacja człowieka, którego nigdy nie spotkał. Przynajmniej tak mu się zdawało. Zapytał z grzeczności. Tak jak wtedy, kiedy chłopak z boksu obok pyta o ostatni weekend. Zawsze coś zmyślał, bo nie widział niczego interesującego w chodzeniu na siłownię i graniu na konsoli.

    Dobrze. Pracy dużo.

    Dawno się nie widzieliśmy.

    Ledwie chwilę. Byłem na twojej komunii.

    Brodacz odłożył łyżkę na stół, a bordowe krople barszczu ściekły po jej powierzchni wprost na obrus.

    Cholera – sięgnął po trzymaną na kolanach serwetkę. – Przepraszam, zwrócę za pranie.

    Matka Łukasza tylko się uśmiechnęła. Nigdy nie dawała żadnych innych sygnałów. Niczego, co mogłoby wyprowadzić drugą osobę z równowagi. Szczerzyła się nawet wtedy, kiedy ojciec dobitnie uświadamiał jej, kto zarabia na dom, a kto ma go utrzymać w czystości. Jolanta chowała się za swoimi wykrzywionymi ustami, a Łukasz jej na to pozwalał.

    Syn marnotrawny.

    Nic się nie stało – podniosła się z krzesła i ruszyła do kuchni. – Zaraz przyniosę sodę, nie będzie nawet śladu, że tu byłeś.

    Pomogę ci.

    Wolał to, niż odpowiadać na kolejne nic nie wnoszące pytania. Podejrzewał, że ten obcy mu facet, miał w zanadrzu jeszcze kilka. Łukasz odsunął ciężkie krzesło i dogonił kobietę. Stała przy szafce, z której po kolei wyciągała przedmioty. Blat wypełniły kubki oraz nietłukące się szklanki. Do nich dołączyły słoiki z kawą, a na końcu pojawiła się soda oczyszczona. Zbliżył się i wziął ją do ręki.

    www.unsplash.org/freestocks.org

    Kim jest ten facet? – spytał udając, że czyta skład produktu. – Nie pamiętam go.

    Wujek Staszek – odparła. – Ile razy mam ci to powtarzać?

    Opuścił głowę, jak karcony pies.

    Nie widziałam go od twojej komunii. Boże, ile to już lat.

    Ania go kojarzy?

    Ania już nic nie kojarzy – uśmiechnęła się. – Odkąd pojechała do tego Londynu ludzi na ulicy nie poznaje. Wczoraj na pasterce nawet się z sąsiadem nie przywitała. Gapiła się tylko w ten telefon, aż jej się rozładował.

    Westchnął.

    No właśnie – matka odwróciła się w jego stronę. – Mógłbyś trochę częściej do mnie dzwonić.

    Dzwonię przecież.

    Raz do roku się nie liczy.

    Możemy tego nie robić w święta – odsunął się na bezpieczną odległość. – Nie po to przyjechałem, żeby się z tobą kłócić.

    Dalej widział jej nierówne zęby.

    Zanieś wujkowi sodę – nie patrzyła już w jego stronę. – Podgrzeję pierogi.

    Posłuchał.

    Chociaż tyle mógł dla niej zrobić. Innych rzeczy i tak nie zauważała, a przecież przelewał jej pieniądze regularnie. Jedenastego miała na koncie środki, o których mogła marzyć, kiedy ojciec żył. Czasem łapał się na tym, że dalej chciałby go zobaczyć. Obserwować jak siedzi w fotelu i sączy wygazowane już piwo. Dziwnie spajał rodzinę. Jego fotel stał pusty od lat. Kurzył się w rogu salonu i służył za wieszak, kiedy w korytarzu brakowało miejsca na zimowe płaszcze. Jego wisiał dokładnie w tym miejscu, gdzie ojciec opierał plecy.

    Gdzie ten wuj? – spytał siadając do stołu.

    Nie wiem – siostra przejechała kciukiem po wyświetlaczu swojego telefonu. – W łazience chyba. Podałbyś mi powerbank?

    Mogłabyś poprosić.

    Czy mógłbyś proszę podać mi powerbank? – Anka podniosła głowę i uśmiechnęła się dokładnie tak, jak ich matka. – Leży na kanapie.

    Westchnął.

    Robił tak zdecydowanie zbyt często i zbyt głośno. Dziewczyna odpowiedziała dokładnie tym samym dźwiękiem. Przedrzeźniała Łukasza odkąd pamiętał. Młodsza od niego o dwa lata dalej pozostawała tym samym dzieciakiem, który chował się pod łóżkiem, kiedy ojcu włączał się tryb rozkazujący. Zmieniła się, doskonale to widział. Rozumiał, ale nie potrafił do końca zaakceptować. Powinien był zostać tam, gdzie mu dobrze.

    Niepotrzebnie przyjeżdżał do domu na święta.

    Widziałaś mój telefon?

    Podszedł do kanapy i złapał za powerbank. Odłączył go od listwy. Tej samej, do której podłączył wcześniej iPhone’a. Kabel dalej leżał na podłodze. Poskręcany i z naderwaną końcówką.

    Mówiłeś coś?

    Anka położyła swój smartfon na stole i zaczęła w końcu jeść barszcz. Widocznie zapach pierogów, który wydostał się z kuchni, uruchomił jej soki trawienne. Do tej pory jako jedyna nie zdecydowała się na spróbowanie przygotowanych przez matkę potraw.

    Weź się nie zgrywaj – Łukasz zaczął przesuwać poduszki rozrzucone na kanapie. – Wiesz, ile kosztował mnie ten sprzęt?

    Nie ruszałam twojego głupiego smartfona.

    www.unsplash.com/Malte Fleuter

    Zaczęła siorbać, co tylko pogorszyło sytuacje. Anka chciała mu dopiec. Zawsze znajdowała coś, co skutecznie wyprowadzało go z równowagi i robiła to tak długo, aż wybuchał. Za pierwszym razem jej darował. Przy dwudziestym zastanawiał się, czy eutanazja jest w Polsce karalna.

    Przecież go tu położyłem.

    Kucnął i zajrzał pod mebel, gdzie odkrył jedynie pokłady kurzu.

    No, kurwa, nie wyparował!

    Język!

    Matka nigdy nie krzyczała, gdy koegzystowali w mieszkaniu całą rodziną. Kiedy każde z nich poszło w swoją stronę, Jolanta odzyskała swój głos, którego Łukasz nie słyszał przez całe życie. Miał prawie trzydzieści pięć lat, a skulił się jak podlotek przyłapany na podglądaniu sąsiadki.

    No bo ona zabrała mi telefon – wypalił bez namysłu.

    Nic ci nie zabrałam, debilu.

    Sama jesteś debilem – wyszeptał i wrócił do poszukiwań.

    Kiedy upewnił się, że iPhone’a nie ma w okolicy kanapy, zaczął przetrząsać kieszenie. W spodniach miał tylko portfel. Zamknął oczy. Potrzebował chwili skupienia, by przypomnieć sobie, czy faktycznie podłączał urządzenie do ładowarki. Pamiętał, że kiedy zamawiał Ubera, pasek baterii pokazywał dziesięć procent. Smartfon nie przeżyłby rodzinnego obiadu, a i on sam był teraz bliski wykończenia.

    Rozejrzał się po salonie. Nic się w nim nie zmieniło odkąd się wyprowadził. Meblościanka dalej zajmowała niemal całą ścianę, a jej przeszklona część oddzielała postronnych od alkoholu. Obecnie zamiast wyborowej stały tam zdjęcia. Łukasz podszedł bliżej i przyjrzał się fotografiom. Na żadnej nie dostrzegł postaci ojca. Mógł zobaczyć za to siebie w albie. Włosy miał ulizane na bok, a ręce złożone do modlitwy wyglądały, jakby sklejono mu je siłą. Anka na studniówce przypominała gwiazdę filmową, a jej ówczesny partner faceta, który miał tylko nosić za nią torebkę.

    Nie pamiętał, jak dzieciak miał na imię.

    Kolejne zdjęcie znów przedstawiało jego komunijny dzień wstydu, kiedy nie czuł na sobie oddechu Boga, a jedynie parzące spojrzenia rodziny. Za aparatem stał ojciec, więc obraz był lekko rozmazany. Wyobrażał sobie, że tak właśnie widział świat człowiek naciskający wtedy migawkę. Matka miała na sobie wyjściową sukienkę w kwiaty, a ciotki, które przyjechały na darmową wyżerkę, z zazdrością na nią spoglądały. Jedyna osobą, która uśmiechała się na zdjęciu był mężczyzna stojący na uboczu. Ubrany w dwurzędowy i za duży garnitur ściskał w dłoni kolorową torebkę. Łukasz nie pamiętał, co wtedy od niego dostał.

    Nie pamiętał też, kim był.

    Kto to? – spytał odsuwając szklaną przegrodę. – To też jakiś wujek?

    Odwrócił się w stronę stołu.

    Ostatnie co zobaczył, to zbliżającą się w stronę jego oczu pięść.

    ***

    To, czego tak usilnie szukał, miał dokładnie przed sobą.

    Smartfon leżał na stole. Wyświetlaczem do góry. Jego powierzchnię co chwila rozświetlało nowe powiadomienie. Znajomi widocznie przypomnieli sobie o tym, by wysłać kolejny łańcuszek. Ostatnie szczerze życzenia dostał od bezdomnego, któremu kupił kanapkę na dworcu w Warszawie. Dzwoniło mu w uszach, a lewa strona twarzy bolała go tak, jakby przejechał nią po asfalcie. Czuł, jak po jego gładkim policzku spływa krew.

    Opuścił głowę i zobaczył, że spodnie powinien oddać do prania, a najlepiej od razu wyrzucić. Przynajmniej wiedział, skąd wziął się nieprzyjemny zapach amoniaku w mieszkaniu. Spróbował się podnieść, ale dłonie i nogi miał przywiązane do krzesła.

    Co do kurwy…

    Po przeciwnej stronie stołu dostrzegł matkę i siostrę. Obie siedziały wyprostowane, a w usta miały wciśnięte świąteczne serwetki. Płakały. Widział ich łzy, ale nie potrafił usłyszeć ich głosów. Wpatrywały się w niego mokrymi oczyma.

    Jola – głos dochodził z kuchni. – Musisz dać mi przepis na ten barszcz.

    Mężczyzna wszedł do salonu. Jego broda była mokra od zupy, która rozlała się także na opinającej brzuch koszuli. Łukasz nie mógł uwierzyć w to, co ma przed oczami. Facet w jednej dłoni trzymał filiżankę. Jej białe ścianki znaczyły czerwone smugi. Pomagały skupić wzrok tak, by nie ogniskować go na drugiej dłoni. W niej brodacz dzierżył tłuczek do mięsa. Gruba, drewniana rękojeść miała przynajmniej dwadzieścia lat, ale dalej potrafiła utrzymać solidne metalowe zwieńczenie. Łukasz słyszał w swojej głowie dźwięk, który wydawał tłuczek w każdą niedzielę, kiedy matka uderzała nim w miękkie mięso.

    Przełknął ślinę.

    Smakowała tak, jakby chwilę wcześniej polizał metalową rurkę.

    Nie mamy pieniędzy – wydusił z siebie, kiedy mężczyzna podszedł do Anki i dał jej do powąchania barszcz. – Nie wiem, czego tu szukasz, ale mam trochę gotówki w portfelu.

    Ładny telefon.

    Jest twój.

    Nawet przez chwilę się nie zawahał. iPhone był ubezpieczony.

    Nie – odstawił filiżankę na stół. – To twój telefon.

    Stanął pomiędzy Anką, a jego matką. Wyglądał przy tym jak dumny ojciec, którego pociechy zdobyły właśnie pierwsze miejsca w konkursie na literowanie. Wolną dłonią głaskał jego siostrę po włosach, by po chwili zjechać palcami na skórę twarzy i zetrzeć zbierające się na policzku łzy.

    Czego chcesz?

    Zastanawiał się, czy ma szanse w starciu z takim przeciwnikiem. Chodził na siłownię, ale większość czasu spędzał na bieżni ze słuchawkami w uszach. Nie interesowało go nabijanie masy mięśniowej.

    Nie przyszedłem tu, żeby coś wam zabrać. Przeszedłem, żeby coś wam dać.

    Obszedł stół i zbliżył się do Łukasza. Czuł zapach mokrej ziemi. Dostrzegł ją pod paznokciami brodacza. Brudna, czarna skaza.

    Spójrz na nie – nachylił się nad jego twarzą. – Czyż nie są piękne, kiedy tak na ciebie patrzą? Kiedy widzą w tobie swojego obrońcę. Ostatniego z rodu. Ostatniego, który może coś zrobić.

    Na policzku czuł jego oddech. Ciężki, torfowy posmak wdarł mu się do nosa.

    Daj im odejść.

    Tak, jak ty?

    Brodacz wyprostował się i przycisnął jego lewą dłoń do oparcia krzesła.

    Zamknij oczy – poprosił. – Może zaboleć, ale inaczej tego nie zapamiętasz.

    Łukasz nie posłuchał.

    Patrzył jak kolejne uderzenia tłuczka do mięsa miażdżą mu kości śródręcza, odrywając jeden fragment skóry od drugiego. Patrzył tak długo, aż pojawiła się ciemność.

    www.unsplash.com/Fabrizio Verrecchia

    ***

    Jasno dano mu do zrozumienia, że powinien już sobie pójść.

    Zdjęto mu opatrunek przed dziesięcioma minutami, a on dalej wpatrywał się w swoją dłoń. Nie przypominała już tego, do czego był tak przyzwyczajony. Brakowało dwóch palców, a skóra dalej wyglądała jak poparzona. Schował rękę do kieszeni płaszcza i wyszedł ze szpitala.

    Wziął głęboki oddech i omal nie zakrztusił się od ciężkiego, śląskiego powietrza.

    Czuł, jak cudownie wypełnia mu płuca.

    Telefon w kieszeni zawibrował. Nie musiał nawet sprawdzać, co takiego miał mu do zakomunikowania. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Przypomnienie ustawiono tak, żeby włączało się codziennie, choć to nie jego zasługa. Dostał je w prezencie. Zawsze o tej samej porze przekazywało mu jedną informację.

    Wyciągnął smartfon ze spodni i spojrzał na wyświetlacz.

    Odblokował się automatycznie.

    Łukasz wpatrywał się w napis umieszczony na szarym tle i uśmiechał.

    Zadzwoń do mamy.

  • „Nostalgia”, listopadowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Kilka dni temu odwiedziłem swoje rodzinne Gliwice. W drodze na spotkanie autorskie przejeżdżałem obok domu dawnej koleżanki z podstawówki. Ze zdziwieniem zorientowałem się, że w jej mieszkaniu znajduje się teraz sklep z trumnami. Trudno o lepszy symbol przemijania

    Jestem już w tym wieku, a może to kwestia charakteru, kiedy proces przemijania wprowadza mnie w nostalgiczny nastrój. Najczęściej dzieje się tak właśnie w Gliwicach. Co jest dość łatwe do wytłumaczenie. Bywam tam dość często, mniej więcej raz w miesiącu, ale na krótko. Dzień, dwa, rzadko dłużej. Trzymam się jednej okolicy, rzadko wypuszczając się na dalsze wędrówki. Są więc takie rejony miasta, których nie odwiedzałem od lat. I one potrafią mnie zaskoczyć.

    Teraz okazją do wizyty było spotkanie autorskie organizowane przez radę osiedla Wójtowa Wieś. To dzielnica Gliwic, którą opisałem w „Zombim” i częściowo w „Wampirze”. Spędziłem w tej okolicy wczesne dzieciństwo. Przez długie lata mieszkali tam moi dziadkowie, a ja chodziłem tam do szkoły.

    Gliwice, fot: Urząd Miasta w Gliwicach (www.gliwice.eu)

    Moja babcia mieszkała w niskim bloku z lat sześćdziesiątych lub pięćdziesiątych. Na podwórku przed budynkiem znajdowały się dwie betonowe budowle – wyjścia ewakuacyjne ze schronów przeciwlotniczych. Wspinałem się na nie, zeskakiwałem z nich, udawałem, że to wojskowe bazy, okręty, samoloty, oblężone przez hordy wrogów zamki. Miały tysiące funkcji. Najważniejsza była jednak wierzba. Potężne, ogromne drzewo, które zawładnęło niemalże całym podwórkiem. Jej witki tworzyły coś na kształt wielkiego klosza. Pod nim panował wieczny półmrok. Powietrze było wilgotne, a wokół unosił się lekki zapach zgnilizny. Te same witki mogły robić potem za liany, bicze, gałęzie były mieczami. Teraz tej wierzby nie ma. Pozostał po niej tylko nisko ucięty pieniek. Kiedy go po raz pierwszy zobaczyłem, długo przypatrywałem mu się z rosnącym niedowierzaniem. Chociaż to głupie, poczułem się tak, jakbym stracił kogoś bliskiego.

    Takich zmian jest zresztą dużo, dużo więcej. Nie ma już dziury w płocie na najkrótszej drodze pomiędzy szkołą podstawową, a sklepem, gdzie kupowaliśmy bułki z majonezem. Przy okazji spotkania dowiedziałem się zresztą, że był to przysmak nie tylko lokalny, ale także pokoleniowy. Młodsze klasy rozkoszowały się już bowiem bułkami z ogórkiem, daniem równie tanim, a nieporównanie zdrowszym. Zamiast pętli tramwajowej jest parking i dyskont „Biedronki”. No i co naturalne, wszystko wydało mi się teraz jakby mniejsze. Przestrzenie pomiędzy blokami uległy skróceniu, trasy moich heroicznych wędrówek okazały się odpowiednie na spokojny, niedługi spacer. Być może również wierzba nie była też tak potężnych rozmiarów, jak to zapamiętałem. Samo miejsce spotkania było zresztą również pod tym względem symboliczne. Restauracja „Pod więzami” to elegancki, szykowny lokal z nienaganną obsługą w śnieżnobiałych koszulach. Kiedyś mieścił się tam bar „Bartosz”. Prawdziwa mordownia obok, której strach było nawet przechodzić.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    To dziwne, ale dopiero podczas tego niedawnego spotkania, odpowiadając na pytania z sali, zdałem sobie sprawę, dlaczego napisałem „Wampira” i „Zombiego”. Chciałem po prostu ocalić swoje wspomnienia z dzieciństwa – te wszystkie miejsca, zapachy, obrazy. Zapisać je na czymś twardszym, bardziej trwałym niż niepewne zakamarki mojej pamięci. Zakonserwować w słowach, zanim wszystko się nieodwracalnie zmieni.

    Wracałem tą samą drogą. Znowu spojrzałem w okna mieszkania mojej koleżanki i ze zdumieniem zauważyłem, że ktoś kręci się po kuchni. Nie byłem pewien, czy to ona, jej mama, a może ktoś inny. Nie miało to zresztą żadnego znaczenia. Zniknął przecież sklep z trumnami! Ze zdumieniem przecierałem oczy, aż zorientowałem się, że tak naprawdę znajduje się on dwie klatki dalej. Za pierwszym razem po prostu pamięć spłatała mi lekkiego figla. Poczułem miłą ulgę. Tak jak salon z trumnami był dla mnie symbolem przemijania, tak moja pomyłka stała się symbolem tego, że mimo upływu lat, jednak nie wszystko się zmienia.

    Wojciech Chmielarz

  • „Kim będzie śląski Mock?” Felieton Wojciecha Chmielarza.

    Rozmawiając intensywnie z Adamem o polskim kryminale, jego przeszłości i przyszłości, zahaczyliśmy w końcu o Górny Śląsk. Wtedy padło pytanie: czy nasz region ciągle czeka na swojego Krajewskiego? Moja odpowiedź jest krótka. Nie tylko nie czeka. On go nawet nie potrzebuje

    Zaczniemy od rzeczy absolutnie podstawowej. Marek Krajewski ma wielkie zasługi i dla polskiego kryminału, i dla Wrocławia. To człowiek, który postawił ten gatunek na nogi. Pokazał, że nie tylko się da napisać po polsku dobry kryminał, ale jeszcze znajdą się czytelnicy, którzy taką książkę kupią. Oczywiście, możemy się zastanawiać, na ile to zasługa samego Krajewskiego, a na ile po prostu trafił ze swoją twórczością na odpowiedni moment, ale to byłyby rozważania dość jałowe. Fakty są takie, przed nim była tylko Chmielewska. Po nim jego sukcesie, cała grono autorów, do których i ja należę. Wrocław również jest mu wdzięczny. Eberhard Mock i jego twórca stali się przecież jedną z jego wizytówek. A sam Krajewski odsłonił przed rzeszą czytelników niemiecką przeszłość miasta. Bo z jednej strony, to nie była przecież tajemnica, że przed wojną te ziemie należały do naszego zachodniego sąsiada. Ale z drugiej, jakoś się o tym za wiele nie mówiło. Nie tyle to ukrywano, co ignorowano. Po książkach Krajewskiego jest to już niemożliwe.

    Myślę, że w polskich miastach tkwi taka tęsknota z ich własnymi Krajewskimi. Podczas spotkania w Gliwicach na temat mojego „Wampira” padło nawet z sali pytanie, dlaczego się na nim nie wzoruję? Odpowiedź jest taka, że po pierwsze nie chcę, a po drugie, ani Gliwice, ani Górny Śląsk nie potrzebują takiego autora. Przedwojenna przeszłość regionu była i jest u nas dużo lepiej znana niż we Wrocławiu, a wspomnienia żywe. Tożsamość śląska jest silna i atrakcyjna dla kolejnych pokoleń. Sam jestem tego najlepszym przykładem. Nikt z mojej rodziny nie pochodzi z Górnego Śląska. Wszyscy przyjechali z innych regionów kraju. Ale dzisiaj i ja czuję się Ślązakiem ( chociaż może nie w sensie narodowościowym, chociaż uważam, że taki naród istnieje), a regionalny etos jest ważną częścią mojej tożsamości. Od zawsze wiedziałem, jaka jest przeszłość mojego miasta i regionu. Co tu się działo przed wojną, co się wydarzyło podczas wojny, a co po niej. Było to coś dla mnie całkowicie naturalnego i oczywistego. Dla Wrocławian twórczość Krajewskiego była zaś odkrywczą nowością. To przecież miasto, które w pewnym sensie umarło i narodziło się w 1945. Wtedy skończyła się tam jedna historia, a rozpoczęła nowa. Coś, co pomimo wszystkich tragicznych zdarzeń i dziejowych zawieruch nie dotyczy Górnego Śląska. Tak, zmieniło się wiele. W niektórych miastach prawie wszystko. Ale zachowana została fundamentalna ciągłość. Przetrwała gwara. Przetrwała pamięć. Przetrwały opowieści i poczucie własnej tożsamości.

    zdjęcie dzięki uprzejmości www.tvs.pl

    To sprawiło, że śląska literatura ma się czym chwalić. Zaczynając od pięknej, żeby wymienić Horsta Bienka, Janoscha (obaj z Niemiec, ale znani i czytani na Śląsku), a z Polaków Henryka Wańka, a teraz Szczepana Twardocha. Więcej nazwisk znajdziecie Państwo w Kanonie Literatury Górnego Śląska (klik). Kryminał na Śląsku? Proszę bardzo. Jest piszący po śląsku Marcin Melon. Jestem ja z „Wampirem” i nadchodzącym „Zombim”. Wątki śląskie pojawiają się u Katarzyny Bondy, Mariusza Czubaja, Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. I pewnie kilku innych autorów, których albo nie znam (przepraszam), albo o nich zapomniałem.

    Stolica Dolnego Śląska tego nie miała. W 1999 roku (rok wydania pierwszej powieści z Mockiem) Wrocław był w pewnym sensie dla polskiej literatury terra incognita. Co było zresztą jedną z przyczyn sukcesu Krajewskiego. Górny Śląsk jest, był i będzie mocno obecny w polskiej kulturze. Nawet bestsellera nie brakuje, bo przecież Szczepan Twardoch ma takie nakłady, że tylko pozazdrościć. Jedyne, czego nie ma Górny Śląsk to ikonicznego bohatera. Kogoś takiego jak Eberhard Mock. Kogoś, kto byłby wizytówkę. Kogo śladami mogłyby wędrować wycieczki. Ale szczerze mówiąc, jakoś wątpię, żebyśmy odnaleźli taką postać w kryminale retro. Było przecież wielu, którzy próbowali. Udało się tylko Marcinowi Wrońskiemu z Zygą Maciejewskim. Postać, która jest równie ciekawa co jego wrocławski kolega po fachu, ale jednak dużo mniej znana. Spróbować dołączyć do tych dwóch postaci trzecią, wydaje mi się niemożliwością. Jako twórca, i jako czytelnik bardziej wierzę w siłę współczesnych bohaterów. Tacy, którzy staną się literackim fenomen i zdobędą serca czytelników, jestem tego pewien, prędzej czy później się pojawią. Nie na Krajewskiego więc czekamy, ale na Mocka. Sam jestem ciekaw, kto nim będzie.

    Wojciech Chmielarz