Internet żyje wieloma zdarzeniami, ale od połowy kwietnia naczelnym tematem jest finałowy sezon Gry o tron. A teraz to moment szczególny. Jesteśmy świeżo po trzecim odcinku ósmego sezonu, na który w napięciu czekały setki milionów widzów na całym świecie. Przed jego emisją tysiące ludzi obstawiały, kto ich zdaniem straci życie w nadchodzącej Bitwie o Winterfell, a jeszcze więcej z nich z wypiekami na twarzy śledziło fanowskie teorie na temat tego, kim jest słynny Nocny Król i co łączy go z Trójoką Wroną. Z kolei już po premierze fani podzielili się na dwa obozy, tocząc zaciekłą wojnę w komentarzach na Facebooku i YouTubie – dla jednych była to najbardziej epicka bitwa, jaką zobaczyli na ekranach co najmniej od czasu kulturowej bitwy o Helmowy Jar z Władcy Pierścieni, dla drugich mieliśmy do czynienia z taktycznym bublem spowitym w egipskich ciemnościach.
Dziś można odnieść wrażenie, że już niemal wszyscy znają Jona Snowa, Daenerys Targaryen (niektórzy nawet nazywają na jej cześć swoje córki) czy Tyriona Lannistera. Jeśli nawet ktoś nie ogląda samego serialu, z pewnością widział przynajmniej jeden z licznych memów mu poświęconych. Mało jednak brakowało, by największy hit telewizyjny HBO nigdy nie powstał. Pierwszy pilot serialu został odrzucony przez kablówkę i zdobył uznanie włodarzy stacji dopiero po przerobieniu go w niemal dziewięćdziesięciu procentach. Ale Gra o tron nigdy by też nie powstała, gdyby nie jej literacki pierwowzór – seria powieści fantasy Pieśń lodu i ognia George’a R.R. Martina, który jest także scenarzystą serialu.

To prawda, że w dzisiejszych czasach częściej rozmawiamy o serialach niż powieściach. To losy bohaterów telewizyjnych, a nie literackich rozbudzają nasze emocje. Niemniej – i może warto to wszystkim przypomnieć – wiele znakomitych i kochanych przez widzów seriali swój początek bierze właśnie w literaturze. To nadal pisarze – a nie scenarzyści – są twórcami najciekawszych pomysłów na fabuły i nieszablonowe postaci: czy jest to Sherlock BBC, czy Wielkie kłamstewka HBO, czy Altered Carbon Netflixa, czy Dexter stworzony przez stację Showtime. Często nawet nie mamy świadomości, że historie oglądane na ekranie telewizora czy monitora miały swoje literackie pierwowzory. A dziś można odnieść wrażenie, że stacje telewizyjne i producenci coraz częściej i chętniej sięgają po powieściowe cykle, by stworzyć z nich seriale. Tym należy tłumaczyć między innymi zapowiedź ekranizacji przez Netflix czternastu (!) książek Harlana Cobena.
Tę tendencję widać także coraz wyraźniej u polskich producentów. Ostatnio internet żyje doniesieniami z planu przygotowywanego przez Canal+ serialu na podstawie Króla Szczepana Twardocha. Wiele się także mówi o innej adaptacji, której dokona ta sama stacja –Żmijowisku opartym na książce Wojciecha Chmielarza. A przecież to nie będą pierwsze polskie bestsellery przeniesione na telewizyjne ekrany. Niedawno głośno było we wszystkich mediach o najnowszej produkcji HBO Polska, czyli serialowej adaptacji Ślepnąc od świateł Jakuba Żulczyka, której wizualna strona jest oszałamiająca, choć różnie oceniać można samą fabułę i grę aktorską. Nie mniej emocji budzi serial Chyłka oparty na prozie Remigiusza Mroza – pisarza co najmniej kontrowersyjnego na polskim rynku powieści kryminalnej. Także tutaj zdania są podzielone, ale – jak wiadomo – o gustach się nie dyskutuje. Jedno jest pewne: polskie seriale zaczynają żyć polską literaturą.
Czy w najbliższych latach możemy spodziewać się kolejnych adaptacji powieści polskich autorów? Zapewne. Dlaczego? Ponieważ to w pewnym sensie pewniaki. Jest już grupa zagorzałych fanów, dzięki którym dana książka stała się bestsellerem, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że ci zechcą również się zapoznać z serialem na podstawie książki…. albo gry komputerowej opartej na serii książek, by wspomnieć o chyba najbardziej wyczekiwanej produkcji telewizyjnej na podstawie polskich powieści, czyli Wiedźminie Netflixa. Poza tym wcześniejszy sukces książki jest już – przynajmniej w teorii – potwierdzeniem jakości opowiedzianej historii i pokazanych w niej postaci. Ale powiedzmy sobie szczerze, to nic nowego: zawsze łatwiej było zainwestować duże pieniądze w pewniaka niż nowy, nieszablonowy pomysł, choć mogło się trafić na Breaking Bad albo Stranger Things…


