Czasem tak sobie myślę, jak bardzo łatwo i skutecznie dokonujemy naszych codziennych samoograniczeń. I jak ubodzy się przez to stajemy.
Wróciłem właśnie ze swej corocznej pielgrzymki do mekki popkultury jaką jest San Diego Comic-Con. Ten czterodniowy festiwal mający swój początek w latach siedemdziesiątych – kiedy to był okazją do nerdowskich rozmów i wymiany komiksowych zeszytów – jest dziś gigantycznym wydarzeniem omawianym w najlepszym czasie antenowym najważniejszych amerykańskich stacji. To tu ogłaszane są kinowe, telewizyjne i komiksowe premiery, tu zjeżdżają się największe gwiazdy a setki tysięcy fanów wydają miliony dolarów na mniej lub bardziej ekskluzywne produkty związane z ich hobby.
Wiem, że to wyjątkowe wydarzenie i miejsce. Że nie można go porównywać w zasadzie z żadnym innym, także w Ameryce (następny w kolejce Comic-con w Nowym Jorku to nawet nie połowa rangi imprezy w San Diego) ale i tak, gdy wracam do nas, do Polski, z miejsca robi mi się przykro. Bo Stany, a już SDCC w szczególności, uzmysławiają mi każdorazowo prawdziwość pierwszych dwóch zdań tego felietonu. Na zasadzie kontrastu uwypukla się problem.

Bo nieważne, jak szybko będziemy mieli premiery w kinach i telewizji, jak mocno pod tym względem dorównamy fanom zza oceanu, wciąż zostaniemy wobec nich w tyle. Dlaczego? Bo wciąż, jako społeczeństwo, nie potrafimy należycie zaakceptować komiksu.
Jasne, wiele się pod tym względem zmieniło w ciągu ostatniej dekady. Od kiedy na ekranach kinowych pojawił się Ironman, a potem kolejne produkcje Marvel Cinematic Universe, gdzieś tam coś drgnęło w świadomości jednego czy drugiego odbiorcy. Kilka wydawnictw, jak choćby Egmont, Mucha Komiks, Kultura Gniewu czy Timof i cisi wspólnicy, złapało nie tylko oddech, ale i wiatr w żagle, śmiało poszerzając oferty. Pojawiły się kioskowe serie wydawnicze, dzięki którym poznaliśmy co ważniejsze wydarzenia ze świata superbohaterów. Imprezy takie jak Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi czy Komiksowa Warszawa (ostatnio dźgnięta w plecy wycofaną dotacją z Ministerstwa) rok po roku zyskiwały na znaczeniu u przeciętnego odbiorcy. Nadal jednak w powszechnej opinii pokutuje przekonanie, że komiks to forma niedojrzała, dziecięca, a w najlepszym przypadku prosta i nieangażująca rozrywka.
Ale jest jeszcze większy problem. My po prostu nie potrafimy komiksów czytać. Zaczynając od tak elementarnych kwestii, jak śledzenie fabuły i kolejność kadrów, przez uważne dzielenie uwagi na to, co w dymkach i co w narysowanym świecie przedstawionym, po brak umiejętności skupienia się na detalu i często gubieniu kontekstu. Jakże często zdarza mi się słyszeć w kontekście komiksu te same słowa, co w odniesieniu do audiobooka – ja się po prostu nie potrafię na tym skupić, rozprasza mnie forma. O ile jednak w przypadku książki mamy tej formy wybór, o tyle komiks jako osobne medium z bardzo konkretnymi, wyjątkowymi środkami wyrazu, nie ma alternatywy. Nie jest nią bowiem ani filmowa adaptacja, ani ewentualna wersja książkowa. Komiks to komiks. Powtarzając definicję znawcy medium Scotta McClouda, komiks to celowa sekwencja sąsiadujących ze sobą obrazów plastycznych i innych, służąca przekazywaniu informacji i/lub wywoływaniu reakcji estetycznej u odbiorcy.


