Zanim przejdę do meritum, w kilku słowach skąd się to wszystko wzięło.
Wojtek Chmielarz napisał felieton, w którym podniósł sprawę recenzowania książek polskich autorów przez innych pisarzy (klik). A właściwie swoistej zmowy milczenia, która nieoficjalnie zabrania pisarzom nawzajem krytykować swoich książek, bo to rzekomo nieeleganckie. Ja w tej kwestii podzielam zdanie Wojtka – wzajemne odnoszenie się do swoich książek przez zawodowców, mam za potencjalne źródło refleksji nad tekstem, możliwość doskonalenia warsztatu i nade wszystko szansę na danie odporu marketingowcom według których – co oczywiste – każda książka to czysty, nieskalany geniusz i arcydzieło gatunku.
Felieton Wojtka rozwinął się w polemikę. Odpowiedział na niego Piotr Borlik (klik), mający zgoła odmienne zdanie, a następnie ja, który się do argumentów Piotra odniosłem (klik). Zaproponowałem mu też wzajemne wyzwanie – zrecenzujmy swoje książki, Ty moją, ja Twoją. Ot tak, na próbę, merytorycznie i konkretnie. Z racji tego, że mnie przypadła powieść Piotra, która dopiero się ukaże, na moją recenzję przyjdzie Wam jeszcze poczekać, ale Piotr już wziął na warsztat mój „Szwindel”. Wypunktował go solidnie, a pod koniec tej złożonej, pełnej ciekawych spostrzeżeń recenzji zastanawia się co on by zrobił z taką recenzją jako autor. Czy by się odniósł publicznie?
Ja uważam, że to kolejne tabu, które należy przełamać. Należy nauczyć autorów odnoszenia się do krytyki swoich dzieł. Stąd pozwalam sobie odpisać na recenzję Piotra.
W pierwszej części recenzji Piotr dzieli swoją ocenę na opinię o warsztacie i o historii, bo to dwa czynniki, na które zwraca uwagę. Wyrażając opinię o tym pierwszym pisze o mojej sprawności stylistycznej, i o umiejętności posługiwania się słowem. Pisze, że widać po mnie doświadczenie, że książkę przeczytałby do końca nawet gdyby nie musiał i że właściwie sama się czyta. To miłe słowa i bardzo się cieszę, że padły – dziękuję, Piotrze!
Dalej Borlik odnosi się do samej historii i jak sam zauważa, tu nie jest już tak kolorowo.
Pierwszym i w zasadzie największym zarzutem jaki przedstawia, jest brak narastającego w książce napięcia. Piotr porównuje czytanie tej powieści do jazdy na tempomacie – wraz z komfortem jednostajności przychodzi znużenie. I cóż, nie mogę w tym miejscu zrobić niczego innego jak… zgodzić się z Piotrem. Rzeczywiście książka ma bardzo poważne braki w napięciu.
Częściowo jest to autorskie założenie, ale sam po czasie widzę, że było ono niewłaściwe i wynikające nieco z asekuranctwa. Trzymałem się dwóch głównych założeń i pilnowałem, by w przedstawionych warunkach wybrzmiały możliwie wiarygodnie, a tym samym pozbawiłem się możliwości fabularnego podbijania bębenka.
Tu warto zwrócić jeszcze uwagę na coś innego, co Piotr w swojej recenzji pominął – być może litościwie ;). Ja ten tempomat w pewnej chwili, pod sam koniec, zdejmuję. Wciśnięty do dechy gaz finału skonfundował niejednego odbiorcę i sprawił, że wiele osób miało wrażenie iż coś stało się za szybko. Zastanawiam się z perspektywy czasu, jakie byłoby moje podejście do tej książki, gdybym utrzymał owo jednostajne tempo konsekwentnie do ostatniej strony, czy to by coś zmieniło w odbiorze. Tego się już nie dowiemy, ale zaznaczam sobie wyraźnie, że tak, w tej książce częściowo świadomie, częściowo wynikiem asekuranctwa lub ulegnięcia magii tematu, napięcie wyregulowałem nieumiejętnie stawiając zainteresowaniu czytelnika bardzo wysoki próg wejścia. Plus mocno skrótowy finał.
Z drugim dużym zarzutem – a tym samym szeregiem mniejszych – mam nieco większy problem. Oto bowiem Piotr w odniesieniu do „Szwindla” przywołuje strzelbę Czechowa czyli zabieg fabularny polegający na pilnowaniu, by elementy, które umieścisz na początku miały fabularny sens i swój finał. Pisze o tym, że jest to zabieg znany wszystkim autorom kryminału, a ja chętnie poszerzyłbym tę grupę o w zasadzie wszystkich świadomych swojego pisania autorów. Autor zwraca jednak uwagę, że w Szwindlu się do tej zasady nie stosuję. I tu… cóż, w zasadzie miałby rację w przynajmniej jednym przypadku, ale we wskazanych przykładach akurat, uważam, nie do końca trafia.
Pisze bowiem: „Poznajemy kolejną dziewczynę (Marta?), która jest przy okazji sympatią innego ze złodziei (Bartka?). Szwindel się nie udaje, ale niestety nie ma to żadnego przełożenia na fabułę, ot, mini-zadanie poboczne, które nic nie wnosi. Co więcej, nie rozumiem, po co w ogóle autor wprowadził Martę. Wszystkie jej wejścia są zupełnie zbyteczne. Dowiadujemy się, że dziewczyna prowadzi coś w rodzaju bloga i chyba robi to tylko po to, by Ćwiek mógł zabłysnąć wiedzą na temat prawdziwych złodziei. Serio, nie widzę powodu, żeby ta postać w ogóle istniała.”


