Tag: Jakub Kania

  • Skup złomu, hazard, Orient Express i Chiny – Maciej Siembieda o „Oriencie”

    Fikcja spleciona z prawdą – to od zawsze znak rozpoznawczy książek Macieja Siembiedy. Tym razem przenosimy się do Chin, Szwajcarii, a także do skupu złomu na wschodzie Polski i kasyna umiejscowionego jeszcze ciut bardziej w prawo na mapie. Jest oczywiście Jakub Kania, któremu Siembieda dał nowe zawodowe życie – poszedł do prywaciarza. Jakie zadanie czeka go tym razem? Sporo podróżuje, sporo je, ale też sporo myśli. Oczywiście pojawia się też Teresa Barska, która może Kani bardzo zaszkodzić, ale może też pomóc. Żeby się przekonać, którą opcję wybierze, wystarczy się przekonać 🙂

    Obejrzyjcie naszą rozmowę o „Oriencie”, którą nagraliśmy w kolejowych okolicznościach przyrody, a potem sięgnijcie po książkę, bo warto. Jak zwykle.

    Współpraca płatna z Wydawnictwem Agora

     

  • Jakub Kania powraca! O czym będzie „Kołysanka” Macieja Siembiedy?

    Wielki powrót Jakuba Kani! Tym razem w tle muzyka, Fryderyk Chopin oraz, jak to zawsze u tego pisarza, prawdziwa historia obudowana opowieścią sensacyjną. „Kołysanka” ukaże się jeszcze w tym roku – wiele wskazuje na to, że nową książkę powinniśmy przeczytać w październiku, w okolicach Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie. Książka ukaże się nakładem Wydawnictwa Agora. 

  • Przedpremierowy fragment „Kukieł” Macieja Siembiedy

    PROLOG

    Do dziś nie wiadomo, kto potrącił parokilowy majzel do zbijania tynku, który zsunął się z półki rusztowania ustawionego pod sklepieniem i poleciał w dół. Mimo ciężaru wykonał w powietrzu obrót niczym akrobata w cyrku i trzasnął w kamienną posadzkę z takim łoskotem, że wszyscy zamarli.

    Majster ekipy remontującej kościół w Kamieniu Odrzańskim już chciał spojrzeć w górę i krzyknąć coś, z czego musiałby się później spowiadać, ale jego uwagę przykuła podłoga przed ołtarzem. Wiekowa płyta z piaskowca wyszlifowanego podeszwami wiernych nagle ożyła. Majster usłyszał jęk kamienia, a potem z przerażeniem ujrzał, jak fragment posadzki, w który rąbnął metalowy łom, wyraźnie się rozstępuje. Głęboka rysa biegła przez całą długość płyty i w świetle wpadającym przez witraż wyglądała jak błyskawica w dłoni anioła zwiastującego gniew Boga.

    Szef ekipy odłożył waserwagę na jedną z kościelnych ławek, podszedł do szczeliny i przyklęknął. Ostrożnie odsunął majzel, który dokonał dzieła zniszczenia, po czym troskliwie obmacał pęknięcie palcami, niczym chirurg plastyczny szukający odpowiedzi na pytanie, co da się zrobić, aby zamaskować defekt.

    Sytuacja była beznadziejna.

    Szczelina miała dobre pół centymetra szerokości i majster odniósł wrażenie, że nadal się powiększa, jakby kamienie rozsuwała niewidzialna siła. Wstał, przeszedł do bocznej nawy i wrócił z upaćkanym plastikowym wiadrem z resztką świeżej zaprawy na dnie. Nabrał jej na palec i próbował zaszpachlować dziurę, ale robiła się z tego paskudna blizna. Skaza kpiąca z ładu kościelnej posadzki. I to tuż przed samym Najświętszym Sakramentem. Przeżuł w ustach przekleństwo, po czym krzyknął do jednego z robotników, aby skoczył po kościelnego.

    Starszy, kulejący mężczyzna o włosach białych jak śnieg przybył po dziesięciu minutach. Majster, wycierając dłonie o spodnie, zaczął przedstawiać mu plan awaryjny. Polegał na zamianie. Chłopaki wymontują płytę o takich samych rozmiarach spod chóru albo sprzed jednego z bocznych ołtarzy. Zamontują ją tu, w głównej nawie, a tam przeniosą pękniętą i przykryją dywanem. Sklejoną, ma się rozumieć. Żeby nie było aż tak widać.

    Ale kościelny go nie słuchał. Przykucnął nad szczeliną i cicho poprosił, aby podważyć kawałek pękniętej posadzki. Majster uznał to za akceptację swego planu i natychmiast wydał rozkazy.

    Dwóch robotników ostrożnie dźwignęło kamień, podłożyło pod niego długie drewniane stemple, a potem przesunęło go w bok. Pod spodem była czarna czeluść wydzielająca stęchłą woń piwnicy. Majster klęczący nad krawędzią bez słowa uniósł otwartą dłoń, a wtedy jeden z robotników, jak doświadczona instrumentariuszka na sali operacyjnej, podał mu latarkę.

    Majster skierował snop światła do środka krypty.

    Wewnątrz spoczywały trumny. Pokrywała je patyna starości, a jednak latarka łatwo wydobywała z półmroku złote ornamenty i symbole zaprzeczające powadze śmierci. Szef ekipy budowlanej często brał fuchy na cmentarzach, poprawiał nawet stuletnie grobowce, ale czegoś takiego jeszcze nie widział. Odwrócił się i spojrzał pytająco na kościelnego.

    Ten wziął od niego latarkę, jednak zanim do końca obejrzał kolejną z trumien, przesunął przełącznik i światło zgasło.

    Wyprostował się.

    Trauwitze – szepnął i oddał latarkę majstrowi. – Jednak tu są
    – dodał i przeżegnał się bojaźliwie.

    Jacy Trauwitze? – zaniepokoił się budowlaniec.

    Tutejsi. Właściciele wsi. Dawno temu, za Niemców.

    Majster skinął głową na znak, że rozumie, ale coś ciągle nie dawało mu spokoju.

    A czemu miałoby ich tu nie być? Skoro właściciele wsi, to chyba jasne, że pochowani w krypcie kościelnej…

    Ludzie mówili, że to byli wyznawcy Złego – przerwał mu kościelny i majster poczuł na plecach dreszcz. Wpatrywał się w milczeniu w zmienioną twarz starca okoloną białymi włosami. Milczał.

    Nie powinni byli spocząć w Domu Bożym. – Kościelny pokręcił głową. – Widział pan te trumny? Nawet po śmierci pokazali, że się Go nie boją. – Wycelował drżący palec w figurę Chrystusa na krzyżu. – I że jak będą chcieli… – zawahał się – …to też mogą zmartwychwstać.

  • Kim jest Jakub Kania, bohater stworzony przez Macieja Siembiedę?

    Dane pobrane z opisów postaci w powieściach „444” i „Miejsce i imię” po wrzuceniu do programu graficznego dają rezultat jak na obrazku. Tak wygląda Jakub Kania w wyobraźni komputera.

    Jakub Kania

    A w wyobraźni autora? Bohater trzech (wliczając „Wotum”) powieści Macieja Siembiedy urodził się w 1970 roku w Gdyni, skończył prawo, zrobił aplikację prokuratorską i pracuje w Instytucie Pamięci Narodowej w Warszawie jako ekspert od trudnych spraw z przeszłości. Ma zdrowe podejście do swojego miejsca pracy, dlatego w „Miejscu i imieniu” odchodzi z IPN aby zrealizować prywatne zlecenie izraelskiego „Ipeenu”, czyli Jad Waszem (co po hebrajsku znaczy właśnie „Miejsce i imię”).

    Jakub nie jest typem twardziela z dymiącym rewolwerem i nie wdaje się w walkę wręcz ze złymi facetami, co byłoby dla niego fatalne w skutkach. Posługuje się intelektem, konsekwencją, uporem i dociekliwością, która każe sprawdzać każdy szczegół. A zwłaszcza te, w których mieszka diabeł. Nie ma problemów alkoholowych ani mrocznych tajemnic, za to ma zasady, które czynią z niego człowieka, na którym można polegać. Kocha Kasię (poznali się podczas rozwiązywania zagadki obrazu Matejki w powieści „444) oraz ich dwie córeczki. Lubi jeść. Korekta: Bardzo lubi jeść.

    Chciałbym mieć takiego kolegę – mówi o Jakubie Kani Maciej Siembieda. – To sympatyczny gość, trochę fajtłapa, ale też facet niezawodny, nieugięty strażnik dotrzymywania słowa i niedzisiejszej, wręcz niemodnej lojalności, uczciwości i przyzwoitości. Zależy mi, aby pozostał naturalny dlatego staram się nie kreować jego portretu psychologicznego, trzymając się reguły, że książki, których jest i będzie bohaterem, były książkami „z Jakubem Kanią”, a nie „o Jakubie Kani”.

    A skoro już padło słowo „będzie”: Pielęgnuję dwa pomysły na opowieści z udziałem Kuby. Pierwsza to frapująca i jak zawsze prawdziwa zagadka pewnego żołnierza pewnego oddziału partyzanckiego walczącego w moich rodzinnych stronach podczas wojny. Człowieka o niezwykle ciekawej przeszłości, ale i wyglądzie, bo połowę twarzy miał wykonaną z metalu, co było nie lada osiągnięciem ówczesnej chirurgii plastycznej. Śledztwo Kuby w sprawie tej postaci, doprowadzi go do mrocznej tajemnicy zemsty plemiennej dwóch świętokrzyskich klanów i wielu, bardzo wielu zaskoczeń.

    I drugi pomysł, który pochłania mnie coraz bardziej, to prawdziwy horror. Makabryczne odkrycie na Śląsku wiodące do tajemnic eksperymentów medycznych o rezultatach, które mogą wywołać osłupienie. Już zacieram ręce słysząc głosy oburzenia, że zarówno znalezisko jak i szczegóły prac w laboratoriach naukowych to dowód mojego odurzenia lub chorej fantazji. Cieszę się, że znów będę mógł udowodnić, że to, co opisałem wydarzyło się naprawdę i jest stuprocentowo autentyczne. A to z Kubą lubimy najbardziej.