Tag: Jo Nesbo
-
„Zatruta krew”, Bruno Schulz i rollercoaster w Polsce – rozmowa z Jo Nesbø
Wiele rzeczy musiało się zgrać, żeby do tej rozmowy w ogóle doszło, bo wiadomo, że karty rozdawali agencji norweskiego pisarza. Odpowiednia konstelacja gwiazd, czas autora, dogranie miejsca, ale nawet pięć minut przed wywiadem miałem z tyłu głowy, że coś może jeszcze się nie udać. Udało się, spotkaliśmy się w Newcastle i pogadaliśmy nie tylko o „Zatrutej krwi”, czyli najnowszej książce Jo Nesbo, ale też o Brunonie Schulzu, Kainie i Ablu oraz złu, które jest w każdej rodzinie. Chociaż przyznacie, że rodzina z „Królewstwa” i „Zatrutej krwi” jest rodziną specyficzną. Kto wygra najnowszą partię szachów między braćmi? A może będą sami przegrani? Przeczytajcie, bo naprawdę warto! Książka ukazuje się właśnie nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego.
-
Syndrom sztokholmski (odc. 2). 25 lat z Harrym Hole. Tekst Rafała Chojnackiego
W 2022 roku mija dokładnie 25 lat odkąd norwescy czytelnicy mogli po raz pierwszy zapoznać się z bohaterem, który dziś należy do panteonu detektywistycznych sław skandynawskiego kryminału. Jesienią 1997 roku na księgarskie półki trafiła powieść Flaggermusmannen (Człowiek nietoperz), a na okładce widniało nazwisko Jo Nesbø. Dziś to wystarczy, żeby nieźle sprzedać książkę, jednak w momencie literackiego debiutu, autor powieści kojarzony był raczej jako lider muzycznej grupy Di Derre, która miała już wówczas na koncie trzy płyty.
Kim jesteś, Jo Nesbø?
W 1997 roku zespół pop rockowy zespół Di Derre był już dość znany, ponieważ w 1994 roku przebił się w Norwegii z albumem Jenter & Sånn. Pierwszy nakład tej płyty, drugiej w dyskografii tej formacji, wydany był pod tytułem Kvinner og Klær, ale kobiecy tygodnik o tej samej nazwie zagroził wydawcy procesem i album został wycofany ze sklepów, co sprawia, że jego pierwsza edycja to dziś biały kruk na rynku kolekcjonerskim.
Zespół Di Derre powstał w 1992 roku, Nesbø założył go ze swoim młodszym o rok bratem, Knutem. Nieco ponad dekadę wcześniej bracia grali razem w piłkę nożną w młodzieżowej drużynie klubu Molde FK. Klub był wtedy u szczytu popularności, ponieważ świetnie radził sobie w lidze i grywał w europejskich pucharach. Niestety, zerwane wiązadła krzyżowe w obu kolanach oznaczały dla Jo koniec kariery futbolowej. Był rok 1978, a osiemnastoletni wówczas piłkarz musiał znaleźć dla siebie nowy cel w życiu. Tymczasem Knut kontynuował karierę, trafił do „dorosłego” składu Molde, później zmienił klub, zajmując się aktywnie futbolem do 1990 roku. W międzyczasie został też dziennikarzem sportowym, piszącym dla największego norweskiego dziennika „Aftenposten”.

www.unsplash.com/Andrea Cipriani Czas po kontuzji był dla Jo dość trudny, ponieważ okazało się, że wybór kariery piłkarskiej sprawił, iż jego oceny w szkole nie należały do najlepszych, trzeba się więc było solidnie przyłożyć, żeby dostać się na ekonomię. W międzyczasie przypomniała sobie o nim armia. Wprawdzie kontuzja wykluczyła go z zawodowego sportu, ale nie sprawiła bynajmniej, by miała go z tego powodu ominąć obowiązkowa służba wojskowa.
W lata dziewięćdziesiąte Nesbø wszedł jako makler, niedługo potem założył zespół, w którym ponownie współpracował z bratem, a jednocześnie studiował, by przebranżowić się na analityka rynków finansowych. Wspomniany powyżej sukces grupy Di Derre z 1994 roku, trafił w nienajlepszy czas dla braci, ponieważ w tym samym czasie zmarł ich ojciec, Per Ingvar Nesbø. Reakcją była wytężona praca, która zaowocowała wydaniem w 1996 roku jeszcze lepiej przyjętego albumu, zatytułowanego Gym, który został platynową płytą. Wszystko to doprowadziło jednak Jo do wypalenia zawodowego, związanego zarówno z pracą ekonomisty, jak i muzyka.
Nesbø? To ktoś znany?
Często powtarzaną legendą, dotyczącą literackiego debiutu Jo Nesbø, jest bezpośrednie skojarzenie śmierci ojca i podróży, jaką przyszły pisarz odbył do Australii w 1996 roku. Być może on sam tak to zapamiętał, ponieważ czas pomiędzy pogrzebem a wyjazdem mógł mu się wydawać jednym pasmem ciężkich przeżyć, których nie złagodził nawet komercyjny sukces wydanego w międzyczasie albumu. Nie zmienia to jednak faktu, że między oboma wydarzeniami upłynęły prawie dwa lata.
Faktem natomiast jest, że zarys akcji debiutanckiej powieści powstał w trakcie lotu międzykontynentalnego. Jeżeli jednak przyjrzeć się pokrótce fabule, o której napiszę nieco więcej poniżej, sam pobyt w Australii mógł być dla Jo równie wyczerpujący, jak dla stworzonego przez niego bohatera. Niepokojąca jest jego znajomość różnego rodzaju barów i spelunek, a także alkoholowych wizji, które spowijają umysł norweskiego detektywa. Oczywiście nie musi się to w żaden sposób przekładać na doświadczenia samego pisarza, jednak realizm, z jakim pisze o tej tematyce, w zestawieniu z nienajlepszą kondycją psychiczną, z jaką wyjechał z Norwegii, daje nieco do myślenia.Powieść musiała powstać dość szybko, nie jest z resztą przesadnie długa. Kryminalny śwatek Skandynawii nie znał jeszcze wówczas Stiega Larssona i jego opasłych tomów Millennium. Kryminały były nieco bardziej zwięzłe. Manuskrypt Nesbø trafił na biurko jednego z redaktorów w wydawnictwie Aschehoug. Tyle tylko, że podpisany był pseudonimem Kim Erik Locker, a jego tytuł brzmiał Terra Nullis, czyli Ziemia niczyja.
Jak się później okazało, Nesbø nie chciał, żeby jego muzyczna sława wpłynęła na decyzję o wydaniu lub odrzuceniu manuskryptu. Kiedy jednak otrzymał potwierdzenie chęci wydania książki i w siedzibie wydawcy powiedział jak się naprawdę nazywa, zapanowała konsternacja. Nikt nie miał pojęcia kim jest Jo Nesbø. Nazwa zespołu również niewiele pomogła, choć jeden z pracowników był nawet w stanie zanucić któryś z przebojów grupy. Choć dla ego muzyka był to zimny prysznic, to jednak dzięki temu zdecydował się na wydanie książki pod własnym nazwiskiem. Wydawca zaproponował również zmianę tytułu.
To ma być skandynawski kryminał?
Gdy powieść się rozpoczyna, jest styczeń. W Norwegii to miesiąc kojarzący się głównie ze śniegiem i z ciemnością. Idealny dla kryminalnej scenerii. Jednak od pierwszych wersów Człowieka nietoperza czytelnik może mieć lekki dysonans poznawczy. Coś się tu nie zgadza. Bohater ląduje w Sydney? I właśnie tam przez całą powieść prowadzi śledztwo? To ma być skandynawski kryminał?
Tymczasem dla czytelników i krytyków z krajów nordyckich powieść ta okazała się odświeżającą nowością. Jeszcze w tym samym roku otrzymała ona Nagrodę Rivertona (Rivertonpriset), najbardziej prestiżowe wyróżnienie, przyznawane powieściom kryminalnym w Norwegii. Stein Riverton, to pseudonim klasyka skandynawskiego kryminału, piszącego w pierwszej połowie XX wieku. W Polsce jego książki wydawane są pod prawdziwym nazwiskiem: Sven Elvestad. Mimo wielu kontrowersji, związanych z tą postacią, nagroda jego imienia to gwarancja wysokiej klasy kryminału. Na dziś Nesbø ma już w kolekcji trzy takie nagrody, z czego jedną przyznano mu jako honorową, za całokształt twórczości (w 2016 roku). Tymczasem jego debiut spotkał się dzięki Nagrodzie Rivertona z dobrym przyjęciem właściwie na całym świecie.
Dowodem tej popularności może być druga nagroda, przyznana Człowiekowi nietoperzowi. Mowa tu mianowicie o Szklanym Kluczu (Glassnøkkelen), wyróżnieniu nawiązującym nazwą do klasycznej powieści Dashiella Hammetta. Nagrodę tę przyznaje Skandynawskie Towarzystwo Kryminalne(Skandinaviska Kriminalsällskapet), mające swoją siedzibę w Danii. Otrzymuje ją najlepsza w danym roku powieść, wydana w krajach nordyckich. Warto zauważyć, że z książką Nesbø konkurowały m.in. Nie oglądaj się Karin Fossum, Fałszywy trop Henninga Mankella i Komisarz i cisza Håkana Nessera. Niewątpliwie było więc spośród czego wybierać.

Jo Nesbo, fot: Trond H. Trosdahl Mimo zmienionej scenografii, skandynawscy czytelnicy rozpoznali swojaka. Literacki debiut Nesbø ma bowiem w sobie wszystkie cechy, które sprawiają, że skandynawski kryminał jest traktowany przez wielu niemal jak osobny podgatunek tego rodzaju literatury. Mamy tu do czynienia z doskonale skonstruowanym bohaterem, który ma swoje jasne i ciemne strony, a na dodatek w krytyczny sposób spogląda na problemy społeczne, które stawia przed nim rzeczywistość. W przypadku Człowieka nietoperza takich tematów jest kilka – od kwestii etnicznych, związanych z dyskryminacją rdzennych ludów Australii, poprzez tematy związane z orientacją seksualną, po antropologiczne ujęcie tematu starcia zupełnie innych wartości i sposobów myślenia. Ta ostania kwestia wydaje się najważniejsza, jeżeli chcemy rzeczywiście wydobyć z tej powieści to, co w niej najlepsze.
Jak czytamy Nietoperza w Polsce?
Człowiek nietoperz to powieść, która jest w Polsce bardzo niedoceniona. Spora w tym zasługa pecha, jakiego książka ta miała na naszym rynku, właściwie od samego początku. Pierwsze wydanie, które mało kto już pamięta, ukazało się nakładem wydawnictwa Pol-Nordica, w styczniu 2005 roku. Był to czas, kiedy nikt jeszcze u nas nie słyszał o Stiegu Larssonie, a powieści Henninga Mankella specjaliści od „prawdziwej luteratury” pożyczali sobie obłożone w gazetę. Chodziło o to, żeby by było widać autora i tytułu, bo przecież nie wypada czytać kryminału, a jednak przecież ten Szwed po prostu świetnie pisze…
Mniej więcej w tym samym czasie na hasło „skandynawski kryminał” reagowano w Polsce z pobłażliwym uśmiechem. Niekiedy pytano o to, czy to coś takiego, jak „spaghetti western”, innym zaś razem można było usłyszeć o tym, że przecież skandynawskie raje (to nie literówka!), to miejsca, gdzie policja zajmuje się głownie ściąganiem kotów z drzewa.
Powieści Nesbø wróciły do polskich czytelników już na fali skandynawskiego boomu, zapoczątkowanego na świecie przez Millennium. Norweg zajął wówczas miejsce na półkach m.in. obok docenionych wreszcie przez masowych odbiorców powieści Henninga Mankella i Lizy Marklund, których początki w Polsce były podobnie trudne. Jednak Wydawnictwo Dolnośląskie zaczęło wówczas wydawanie książek o Harrym Hole od Czerwonego gardła (Rødstrupe), trzeciego tomu serii, będącej jednocześnie początkiem tzw. Trylogii z Oslo, wewnętrznej mini-serii w cyklu o Harrym. Człowiek nietoperz pojawił się ponownie dopiero w 2012 roku, kiedy to powieści z serii Nesbø były już w Polsce dobrze kojarzone. Dla stałych czytelników skandynawskich kryminałów umieszczenie akcji w Australii mogło być poczytane niemal za zdradę… Dodatkowo wydawca umieścił na okładce kuriozalne nieco hasło, zaczerpnięte z amerykańskiego „The Independent”: Następca Stiega Larssona. Komu to było potrzebne? Nie wiadomo.
Szlachetnym wyjątkiem w polskiej recepcji Człowieka nietoperza jest ujęcie, jakie prezentuje w swojej książce Mariusz Czubaj. Popularny polski autor kryminałów, oprócz tego że jest literatem, zajmuje się również naukowo antropologią kultury. Jego książka Etnolog w Mieście Grzechu, zawiera sporo pochwał pod adresem Nesbø, a w szczególności jego literackiego debiutu. Dla tytułowego Etnologa, badającego powieści kryminalne jako antropologiczne case studies, opowieść o starciu kultur to okaz niezwykły, trudny do przecenienia.To właśnie Czubaj zwraca uwagę na to, że Harry przybywa do Australii obciążony typowymi dla Europejczyka stereotypami, konkretnym sposobem myślenia i horyzontem oczekiwań, w którym pobrzmiewają echa kolonialnej przeszłości. Aby rozwiązać kryminalną zagadkę, norweski policjant (a wraz z nim podążający jego tropem czytelnik) musi przestawić swój sposób myślenia na inne tory. To proces, który wiedzie bohatera do dramatycznego finału powieści. Dla czytelnika jest to wprawdzie mniej traumatyczne przeżycie, ale i tak można z tej powieści wyciągnąć sporo mocnych wrażeń. Wystarczy tylko przygotować się na coś trochę innego, niż zwykły skandynawski kryminał. To raczej coś więcej.
Kolejny odcinek Syndromu sztokholmskiego pojawi się na początku września i będzie rezultatem poszukiwań nowości po księgarniach w Stolicy Skandynawii.
Rafał Chojnacki, deckare.pl
-
Harry Hole powraca!
To wiadomość, która zelektryzuje fanki i fanów norweskiego pisarza. W ostatnim czasie Nesbo raczył nas opowiadaniami („Zemsta”, „Zazdrość”) oraz znakomitą powieścią „Królestwo”. Teraz czas na danie, którego smak znamy – Harry Hole powraca!
Na razie wiemy niewiele. Trzynasta książka z norweskim policjantem w roli głównej ukaże się jesienią nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego. Za tłumaczenie będzie odpowiadała znająca twórczość autora jak nikt inny, Iwona Zimnicka. Zdradzę jeszcze, że o najnowszej ksiażce Nesbo będzie na smaku dość głośno, ale na szczegóły, podobnie jak w przypadku fabuły książki, jeszcze ciut za wcześnie.
Przypomnijmy, że pierwsza część cyklu z Harrym ukazała się w Polsce w 1997 roku – „Człowiek nietoperz”, a ostatnia – „Nóż” w roku 2019.
-
Osobista instrukcja czytania – felieton Krzysztofa Domaradzkiego
Jako człowiek żyjący z pisania – w większym stopniu do gazety, w mniejszym książek – doskonale rozumiem, że czytelnik to mój pan, klient i chlebodawca. Ale gdyby tak spróbować trochę pogrzebać w jego guście?
Wielu autorów – w tym niżej podpisany – utrzymuje, że pisze takie książki, jakie sami chcieliby przeczytać. Oczywiście nie można tych deklaracji traktować zbyt dosłownie. Żaden z nas nie żyje w próżni. Tworzymy powieści, które są oceniane i recenzowane. Widzimy, co się czytelnikom podoba, a co ich odtrąca. Mamy osobistych recenzentów, obeznanych w literaturze wydawców i porządnych redaktorów, którzy weryfikują nasze fabularne i językowe fikołki, zanim trafią do druku. Więc choćbyśmy nie wiem jak bardzo chcieli się wybić na niezależność, nigdy nie będzie dla nas w pełni osiągalna.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jest wielu autorów, którzy chętnie tworzyliby inaczej – może wolniej, może bardziej wysublimowanie, może w ogóle dryfowaliby wokół innych tematów – ale prawa ekonomiczne są główną determinantą ich działań. Sprawiają, że piszą pod dyktando swojej bazy fanów albo grasujących tu i ówdzie trendów. Ale przyjmijmy na chwilę, że jednak większość autorów – w tym niżej podpisany – stara się pisać tak, żeby usatysfakcjonować przede wszystkim siebie, swojego najważniejszego czytelnika.
Z tej okazji przygotowałem ściągę – dla tych, którym nie chce się mnie czytać albo którzy z jakiegoś powodu są ciekawi, dlaczego piszę tak, a nie inaczej. Wyjaśniam pokrótce, jak wygląda mój czytelniczy – a więc też pisarski – świat. Co mi się podoba, a co mnie mierzi w kryminałach, które zabiegi fabularne kupuję, a przy których czuję się tak, jakby ktoś próbował wcisnąć mi odkurzacz przez telefon.

www.unsplash.com/Patrick Tomasso Być może odniesiecie wrażenie, że to rodzaj polemiki z niektórymi czytelnikami moich książek (zwłaszcza „Sprzedawcy”) i nie będę się tego wypierał. Być może uznacie, że wpisuję się tem tekstem w toczoną w mediach społecznościowych dyskusję o tym, czy autorzy powinni krytycznie oceniać innych autorów. Tego też się nie wyprę. Ale prawda jest taka, że podobnie jak każdy uważam, że moja racja jest mojsza niż twojsza. I jeżeli zdołam przekonać choćby jednego czytelnika do innego spojrzenia na niektóre elementy kryminalnej układanki, poczuję, że świat stał się ciut bliższy takiemu, w jakim chciałbym żyć.
Brutalność
W łódzkiej trylogii nie patyczkowałem się z czytelnikami. Sypałem brutalnymi zabójstwami, wątkami pedofilskimi, zoofilią. Nie było lekko. Było ciężko, gorzko, duszno, brzydko, ponuro. Momentami brutalnie, momentami obrzydliwie. Często strasznie. Ale zależało mi na tym, żeby tej traumatycznej rzeczywistości nie przedstawić aż nadto dosłownie. Żeby nie fruwały wszędzie flaki. Żeby – jak to określił redagujący moje powieści Mirosław Grabowski – powieść nie zamieniła się w poradnik dla zwyrodnialców. Nie mam pojęcia, czy to mi się w pełni udało, ale chęci miałem dobre.
Nie przepadam za lukrowaniem bohaterów i koloryzowaniem rzeczywistości. Podobają mi się dosadne kryminały, w których zniszczeni przez życie śledczy podejmują się spraw przerastających ich kondycję psychiczną. Ale lubię, gdy autor wie, w którym momencie należy postawić kropkę. Gdy przemoc opisana jest w sposób pobudzający wyobraźnię, a więc zawierający pewne niedopowiedzenia i zmuszający do wybiegania myślami poza to, co znajduje się na papierze. Nie w sposób anatomiczny, dosłowny, szokujący, efekciarski.
W „Sprzedawcy” wspomnianą kropkę postawiłem jeszcze nieco wcześniej. I dostałem za to po uszach, ponieważ najczęstszym zarzutem padającym pod adresem książki jest ten, że nie dość szczegółowo opisałem, jak główny bohater maltretuje swoje ofiary… Chyba powinienem się cieszyć, że padło na niedostateczną brutalność, a nie, dajmy na to, koślawość fabularną, ale mimo wszystko jestem tym zaniepokojony. Znane z epatowania brutalnością filmy klasy B pozostały tam, gdzie ich miejsce – w niszy. Natomiast literatura klasy B niebezpiecznie wkracza do głównego nurtu.
Objętość
Jestem nieco oldschoolowym i pragmatycznym czytelnikiem. Po pierwsze: uwielbiam papier. Po ebooki sięgam w ostateczności, a audiobooki umilają mi głównie bieganie. A po drugie: zwykle sięgam po książki, które jestem w stanie względnie komfortowo czytać w zatłoczonym autobusie. Choć rzecz jasna zdarzają się wyjątki – „Terror” Simmonsa czy „Wyznaję” Cabré połknąłem w całości, kursując między domem a pracą.
Jednak objętość nigdy nie była dla mnie fabularnym problem. Także w przypadku literatury czysto rozrywkowej. Lubię dłuższe kryminały – liczące po 500, 600 stron. Takie, w których autor może się w pełni wypisać. W których przedstawia coś więcej niż zdawkowy rys charakterologiczny bohaterów. W których nie chodzi na fabularne skróty i nie narzuca rollercoasterowego tempa. W których od czasu do czasu wrzuci coś, co być może jest bez znaczenia dla głównego wątku, ale wnosi fajną niekryminalną wartość.
Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, aby obniżyć ocenę powieści kryminalnej ze względu na jej poważną objętości – chyba że byłaby fabularnie pusta i rozdmuchana jak niektóre seriale. Nie odrzuciłbym też książki przed lekturą z powodu jej grubości. I nie bałbym się tego, że poboczne wątki spowolnią tempo czytania – nie jestem zawodowym recenzentem, więc od szybkości mielenia utworów nie zależy mój dobrostan finansowy. Nie chodzi o to, żeby tygodniami łamać sobie głowę nad literaturą rozrywkową, ale miło jest czasem zwolnić, spojrzeć z szerszej perspektywy na postępowanie bohaterów, rozsmakować się w słowach albo pomysłach fabularnych. O ile, rzecz jasna, treść na to pozwala.
Realizm
Kiedy rozpoczynałem przygodę z literaturą Jørna Lier Horsta, sądziłem, że przeczytam kryminał inny niż wszystkie. W końcu facet przez połowę życia pracował w policji. Myślałem, że wreszcie się dowiem, jak naprawdę wygląda świat śledczych. I co? I nic. Przeczytałem kryminał (dobry, może nawet bardzo dobry), który pod względem opisu działań policyjnych niespecjalnie się różnił od innych tego typu utworów. Wtedy zrozumiałem, że powieściowy świat kryminalny musi być w mniejszym lub większym stopniu podkręcony. Że gdybym dostał utwór, w którym praca policyjna opisana jest z reporterską dokładnością, najpewniej potwornie bym się przy nim wynudził.
Oczywiście oczekuję, że kryminalna fabuła finalnie jakoś się zepnie. Że bohaterowie będą postępować logicznie. Że na koniec odniosę wrażenie, iż właśnie przeczytałam historię, która mogłaby się wydarzyć naprawdę – przy założeniu, że w życiu garstki osób skumulowałaby się masa przedziwnych zdarzeń. Ale nie fetyszyzuję realizmu, ponieważ wiem, że mógłby zdewastować odbiór powieści.
Kryminał to nie reportaż. Ale to także nie fantasy. Słabo, gdy bohater przyjmuje trzy kulki, a potem niczym John Rambo wycina w pień przeciwników. Równie słabo, gdy kryminał dostarcza emocje jak film o facecie w łódce. Tak więc: podkręcanie lub upraszczanie rzeczywistości – tak, niebezpieczne igranie z logiką – nie.
Zakończenia
Jestem fanem Jo Nesbø. Uważam, że to najlepszy współczesny autor powieści kryminalnych. Porywa mnie swoimi historiami – nie tylko o Harrym Hole. Ale finały większości jego książek wydają mi się przekombinowane. Zbyt sensacyjne. Napakowane twistami. Nie jak filmy ze Stevenem Seagalem, ale jednak odbiegające od moich oczekiwań.

Jo Nesbø, fot: smakksiazki.pl Teoretycznie o to w kryminałach chodzi. Żeby przez całą książkę wpuszczać czytelnika w maliny, a potem go zaskoczyć. Tyle że ciężko wszystko zaaranżować tak, aby trzymało się kupy. Łatwo zgubić balans i popaść w przesadę. Znacznie trudniej zafiniszować tak, żeby się większości podobało. I to nie dlatego, że autorzy się spieszą, piszą końcówki na kolanie albo nie mają na nie pomysłu. Po prostu taki już urok finałów. Nie śmiem się dąsać na Nesbø za jego zakończenia.
Całkiem niedawno odkryłem, że najprzyjemniej czyta mi się kryminały, które są lustrzanym odbiciem treningu biegowego. Zwykle zaczynasz go trochę zbyt ostro, jakbyś był zaskoczony tym, że w ogóle zwlekłeś się z kanapy. Potem wyrównujesz tempo i starasz się utrzymać je na satysfakcjonującym poziomie. Na koniec decydujesz się na sprint w granicach swoich możliwości, żeby podkręcić wynik. A po ostrym finiszu pamiętasz o tym, żeby się rozbiegać, porozciągać, wyciszyć, nawodnić i nieinwazyjnie wrócić do rzeczywistości.
Krzysztof Domaradzki
-
„Królestwo” Jo Nesbø już we wrześniu!
Jeśli spodziewaliście się kolejnej książki z Harrym Hole, to swój entuzjazm musicie odłożyć jeszcze na półkę. Drugiego września w księgarniach pojawi się „Królestwo”. O czym będzie książką?
W norweskiej wiosce gdzieś w górach mechanik Roy wiedzie spokojne, proste życie. Kiedy jego przedsiębiorczy brat Carl wraca po latach z propozycją budowy hotelu, odżywają mroczne sekrety ich dzieciństwa i czasu dorastania. Roy zawsze bronił młodszego brata przed rówieśnikami i chronił przed złośliwymi plotkami, ale teraz jego lojalność zostaje poddana próbie. Gdy miejscowy stróż prawa wznawia śledztwo w sprawie tragicznej śmierci rodziców braci, Roy staje przed dylematem, jak wiele jest w stanie poświęcić w imię braterskiej miłości.
Harry Hole pewnie wkrótce wróci, a jaki koniec szykuje dla niego norweski pisarz? Kliknijcie tutaj. Jeśli już przy klikaniu jesteśmy, to w okładce znajduje się aktywny link, pod którym możecie już zamówić książkę.
-
Kiedy i jak zginie Harry Hole? Czy Jo Nesbø już to wie?
Harry Hole żyje w umysłach czytelników już od dwunastu książek. Po raz pierwszy pojawił się w 1997 roku, a na jego kolejne przygody czeka pół świata. W tym roku w księgarniach pojawił się „Nóż”, w którym Harry zostaje wyrzucony z domu, a dodatkowo – cóż za niespodzianka – znów zaczyna pić. Umówmy się – bohater stworzony przez Jo Nesbo przeżył już tyle, że z zazdrością mogą na niego patrzeć policjanci z innych serii kryminalnych. Wszystko musi się jednak kiedyś skończyć, a jak skończy Harry Hole? W podkaście BBC słyszałem, że Nesbo wie, jak zginie Harry. Spytałem go o to w trakcie frankfurckich targów książki. Czy naprawdę wie?


