Tag: Justyna Czechowska

  • Najodważniejsza książka świata – felieton Katarzyny Tubylewicz

    Nie ma większej odwagi w literaturze niż ta, którą mają pisarki tworzące autofikcję. Oczywiście nie chodzi o naiwną autobiograficzność, o ekshibicjonizm rodem z mediów społecznościowych. Po prostu zdarzają się czasem autorki jak noblistka Annie Ernaux, które w autobiografizmie potrafią wyrazić ducha czasów i dotrzeć do najgłębszej prawdy o ludzkiej egzystencji. I taką właśnie pisarką jest Agneta Pleijel, moim zdaniem znacznie lepsza od Ernaux (którą też uwielbiam). Trochę pech, że jest Szwedką, bo Szwedzi Nobla dostają wyjątkowo rzadko, a ona go dostać powinna.

    Kiedy zaczęła pisać prozę, a powieścią debiutowała późno, po czterdziestce, starszy kolega Per Olov Enquist doradził, żeby pisała o tym, co ją boli. Posłuchała go. Potrafi być bezwzględna w obnażaniu własnych ran, życiowych błędów, kompleksów, traum i obszarów niepewności. Kiedy pisała swoją najnowszą powieść, trzecią część autobiograficznej trylogii, jej mantrą było, że w literaturze nie wolno tchórzyć. I nie stchórzyła, o nie. Myślę wręcz, że napisała jedną z najodważniejszych i najbardziej wyzwalających książek, jakie w życiu czytałam. I niby nie powinno się mówić o kobiecym wieku, ale jednak trzeba, bo „Sniglar och snö” -„Ślimaki i śnieg” napisała osoba po osiemdziesiątce. Złamała tą książką wiele tabu i zaprzeczyła licznym stereotypom. Wśród nich przekonaniu, że z wiekiem stajemy się bardziej konserwatywni i niezdolni do zmieniania rzeczywistości, że tylko młodość – buhahahahaha- jest wizjonerska, śmiała i zbuntowana.

    Odwaga, także w świecie literatury, jest uniwersalna, ale zawsze ma swój kontekst społeczny i kulturowy i to od kontekstu zależy, czym brak strachu się wyraża. Bo w braku strachu zazwyczaj chodzi o to, by iść pod prąd, wbrew cudzym oczekiwaniom. Pleijel jest szwedzką intelektualistką i feministką, która jak podsumowała to recenzentka „Svenska Dagbladet” : „z precyzją pokazuje, czym jest podejmowanie decyzji będących całkowicie wbrew naszym przekonaniom o tym, czym jest niezależność i wyzwolenie”.

    Jakie są te współczesne przekonania niezależności w indywidualistycznej, nowoczesnej Szwecji? Może zacznę od anegdoty. Jakiś czas temu rozmawiałam ze szwedzką znajomą, moją rówieśniczką. Powiedziała mi, że we wczesnej młodości nigdy, przenigdy nie marzyła o namiętności. Albo o romantycznej miłości. Absolutnie nie! Chciała związku równouprawnionego, tylko to ją interesowało. Niestety relacja, w której wychowała dzieci za bardzo równouprawniona nie była i dlatego się rozpadła. Słuchałam jej w zdumieniu. Nie z powodu informacji, że także w szwedzkich związkach równouprawnienie nie działa. Poraził mnie raczej brak marzeń o namiętności. Przez głowę przemknęła myśl: czy Karl Ove Knausgård miał rację, kiedy napisał, że Szwedzi są jednookimi cyklopami, ofiarami inżynierii społecznej? Czy myślenie feministyczne i życie w kraju wielkiego równouprawnienia oznacza, że nie możemy już oszaleć z miłości? Dążyć do niej? Nie można już łączyć namiętności z jakąś formą trancendencji? Czy jeśli to robimy jesteśmy naiwne i głupie?

    Otóż nie, ale tylko wtedy, gdy mamy w sobie odwagę i wewnętrzną uczciwość. Taką jak Agneta Pleijel. Czytelnicy dwóch pierwszych tomów jej trylogii, czyli „Wróżby” i „Zapachu mężczyzny” (po polsku w świetnych przekładach Justyny Czechowskiej), wiedzą, że Pleijel z bezwzględną szczerością opowiedziała o sobie dwudziestoletniej i trzydziestoletniej lądującej w bardzo przypadkowych łóżkach z równie przypadkowymi mężczyznami. Wszystko w imię bycia wolną i nowoczesną, inną niż jej złamana rozpadem małżeństwa, wyznająca tradycyjne wartości matka. Bohaterka Pleijel, o której autorka pisze raz w pierwszej, a raz w trzeciej osobie, zawsze szukała wielkiej miłości, ale bardzo długo znajdowała głównie seks, chwile epifanii oraz prześladujące ją poczucie, że nie jest warta miłości i nigdy jej nie znajdzie (napisanie czegoś takiego w racjonalnym kontekście szwedzkim jest, uwierzcie mi, dużą odwagą). W trzecim tomie autobiograficznej powieści bohaterka Pleijel czyli ona sama ma już czterdzieści lat, dziecko, nieudane małżeństwo za sobą i jest pierwszą w historii kobietą-szefową działu kultury dziennika „Aftonbladet”. Poza tym jest cenioną dramatopisarką i poetką, planuje powieść i jest też wiecznie czyjąś kochanką, trochę taśmowo zalicza kolejne nieudane romanse. Wszystko do chwili gdy pojawia się on, M. Oczywiście zarówno w Szwecji jak i w Polsce czytelnicy Pleijel wiedzą kim jest M – to jej mąż od lat przeszło czterdziestu, wybitny reportażysta Maciej Zaremba. O różnicach w szwedzkim i polskim stosunku do miłości i erotyki opowiedzieli w mojej książce „Szwedzka sztuka kochania”.

    Maciej Zaremba Bielawski, fot: smakksiazki.pl

    Ślimaki i śnieg” to przede wszystkim (choć nie tylko!) historia ich związku bez odrobiny pudru. Związku widzianego tylko od strony kobiety. To opowieść o miłości prawdziwej, ale zupełnie nieprzefiltrowanej. I jest to miłość wielka. Porozumienie dusz i ciał. Miłość zbuntowana i odważna, bo ona jest od niego o 11 lat starsza, a kiedy się poznają  jest znaną szwedzką intelektualistką, podczas gdy on operatorem dźwigu z Polski. Jednak potem nic nie jest jak w bajce. Kochają się, ale mają problemy: finansowe, z dziećmi z poprzednich związków, z pracą. Dzień po ich ślubie córka Agnety zostawia jej w pokoju karteczkę „Nie mam już mamy”. Z kolei parę tygodni przed ślubem narzeczona dowiaduje się, że ukochanemu za czas jakiś urodzi się kolejne dziecko – owoc relacji w Polsce, gdzie jeździł z pomocą Solidarności. Co robi narzeczona? Odchodzi odziana w feministyczny pancerz, indywidualistycznie szczęśliwa, że postawiła na siebie? Na swój rozwój? Otóż nie. Ona wybacza, bo kocha, biorą ślub. Intelektualna ikona feminizmu, pierwsza kobieta zarządzająca działem kultury w wielkiej gazecie w pełni świadomie dokonuje wyboru zupełnie niezgodnego z duchem epoki, ale w pełni zgodnego z nią samą. Przeżywają razem jakieś dziesięć dobrych lat. Wtedy M oznajmia Agnecie, że nadal ją kocha, ale kocha też inną kobietę, Polkę. 

    Agneta Pleijel, fot: Goran Segeholm/Norstedts

    Chce żyć z tamtą, wyjeżdża do niej, ale nie chce tracić żony. Co robi silna, niezależna finansowo, samoświadoma pisarka odnosząca sukcesy? Czeka na M, sypia z nim, kiedy przyjeżdża do Sztokholmu, kocha, cierpi, pije, pali, podróżuje, ma innych kochanków, chodzi na jungowską psychoanalizę, pracuje i tęskni. Trwa to kilka lat, a kiedy w końcu chce z nim zerwać na zawsze, on do niej wraca. I ona mu wybacza. I nie jest tak, jak mówią „ludowe mądrości”, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki, a po zdradzie związek już nigdy nie będzie dobry. Właśnie po zdradzie staje się lepszy, nareszcie szczęśliwy , może dlatego, że oboje dojrzeli i coś zrozumieli. Powiecie: banalna historia, schemat stary jak świat, albo: po co grzebać w tym, co było, a nie jest. Powiecie: skandal. Powiecie: typowy facet, jak mógł? Powiecie: jak ona mogła? Dlaczego tak nisko się ceniła?. Ale powieść Pleijel pokazuje, że nic z tego, co przed chwilą z siebie wyrzuciliście pod wpływem miliona dość płytkich kulturowych przekonań (także na temat zdrady) nie jest prawdą. To znaczy może jest waszą prawdą, ale jej, bohaterki Pleijel już nie. Rację miał za to hinduski filozof Jiddu Krishnamurti, gdy mówił „Niedojrzałość polega jedynie na zupełnej nieznajomości siebie. Zrozumienie samego siebie jest początkiem mądrości”. Pleijel w całej swojej trylogii pokazuje, czym jest dochodzenie do zrozumienia siebie, swojej drogi i tkwi w tym wielka mądrość. A poza tym czy to nie jest dowód prawdziwej miłości, że mężczyzna, który jest zawsze pierwszym czytelnikiem swojej żony, nie robi w jej powieści o niej, ale przecież także trochę o nim, żadnej poprawki, która miałaby go wybielić?

    Ślimaki i śnieg” to opowieść o jednostktowym doświadczeniu, o prawdzie jednej kobiety, jednej patchworkowej rodziny, jednego związku, ale zarazem historia uniwersalna, której autorka podjęła ryzyko absolutnej, boleśnie pięknej uczciwości. Ryzyko, które dla wielu ludzi jest niemożliwe do podjęcia nawet w myśleniu o sobie, co dopiero w pisaniu o swoich wyborach i życiu. No i jest to książka genialna, wywracająca do góry nogami wiele przekonań. Czekajcie na nią i nie przegapcie. Justyna Czechowska twierdzi, że przekład powinien być gotowy za jakiś rok.

    Katarzyna Tubylewicz

  • „Tove Jansson skrywa przed mną jeszcze wiele tajemnic”. Justyna Czechowska, tłumaczka twórczości autorki „Muminków”, opowiada o… Zresztą, przeczytajcie.

    listy-tove-jansson-b-iext32295072Zna Tove Jansson bardzo dobrze, chociaż nigdy się nie spotkały. Tłumaczka twórczości pisarki znanej przede wszystkim z „Muminków”, opowiada o tym jaka była Tove Jansson, co sprawiło jej najwięcej problemów przy tłumaczeniu, a także o tym, dlaczego chciałaby żyć jak pisarka, którą tłumaczy. Przed państwem Justyna Czechowska.

     

    Jak w ogóle doszło do tego, że przetłumaczyłaś „Listy Tove Jansson”?

    Ja twórczością dla dorosłych Tove Janson zajmuję się już od dłuższego czasu. Początkowo przetłumaczyłam „Wiadomość”, opowiadania Tove, które ukazały się rok temu. Już wtedy wiedziałam, że w przygotowaniu są „Listy…” redagowane i wybrane przez wielką znawczynię twórczości Tove Janson, Boel Westin oraz wieloletnią redaktorkę TJ z Finlandii, Helen Svensson. Obie panie przygotowały wybór listów TJ, które ukazały się w Szwecji i Finlandii jesienią 2014, który to rok był jubileuszem urodzin TJ. Już wtedy wiedziałam, że „Listy…” muszą się ukazać też w Polsce.

    Tłumacząc tę znakomitą autorkę, polubiłaś ją?

    Ja zawsze się zżywam z autorką, albo z bohaterką książek, które tłumacze. Zazwyczaj są to kobiety,tak wychodzi, a TJ jest mi o tyle bliska, że jest to taka osoba, która przeżyła cały XX wiek, w niezwykle ciekawy sposób wykorzystała całe swoje doświadczenie życiowe w swojej twórczości. I to zarówno w twórczości dla dzieci, czyli w „Muminkach”, ale też dla dorosłych. To jak TJ żyła, niezwykle przekładało się na to, jak ja bardzo chciałabym żyć. Ona była niezwykle pracowitą osobą, więc fakt tłumaczenia o tej pracowitości, napędzał też moją pracę. To jest fantastyczne.

    Tłumaczenie „Listów…” Tove Jansson było zadaniem trudnym?

    Sprawiało mi to ogromną przyjemność, ale też wymagało poszukiwań. Takich ciekawych poszukiwań. Ja Skandynawią zajmuję się nie od dziś, szczególnie Szwecją, a tymczasem duże wyzwanie postawiła mi Finlandia. TJ zapoznała mnie z tym krajem, szczególnie z Helsinkami, Zatoką Fińską. Generalnie, TJ jako malarka i pisarka jest mi już dobrze znana. Duża czytałam, dużo rozmawiałam z osobami, które ją znały. Duży kłopot sprawiło mi natomiast to, że w twórczości TJ pojawia się bardzo dużo wody, bardzo dużo morza, wysp, takiego krajobrazu nadmorskiego. U niej wciąż pływają statki, łódki, kanadyjki i parowce i ta terminologia z tym związana jest mi mało znana. Wychowałam się w zupełnie innym kraju i wychowałam się w polszczyźnie, która jednak nie ma tak wyrobionej terminologii nadmorskiej jak kraje skandynawskie. Właśnie to jest ta rzecz, która sprawiała mi wiele problemów i wymagała wielu poszukiwań. Kolejną rzeczą, której musiałam się uczyć od podstaw było to, że w polszczyźnie bardzo mocna istnieje II Wojna Światowa. Tymczasem bardzo dużą część „Listów…”, stanowią listy do przyjaciółki TJ, która w 1941 roku musiała jako Żydówka opuścić Helsinki i wyjechała do Nowego Jorku. Przez cały okres wojny, TJ pisała do niej poruszające i dokumentujące listy, opisujące codzienność w Finlandii. To była dla mnie nowość, że ten kraj był tak mocno okupowany, zdziesiątkowany, biedny. To było wyzwanie dla polszczyzny, której musiałam użyć.

    Tove Jansson ma jeszcze przed Tobą jakieś tajemnice?

    Myślę, że tak, jak każdy człowiek. Nigdy nie poznałam jej osobiście, nasze życia nie zbiegły się za bardzo, nie byłam jeszcze na jej grobie. „Listy…” odkrywają dużą część TJ, ja ją poznałam z trochę innej strony niż w tej twórczości, którą wcześniej tłumaczyłam. Znam ją z jej listów, obrazów, filmów. To chyba dobrze, że zostały jeszcze jakieś tajemnice.