– A kto to był ten Goethe? – zapytał mnie mój szwedzki znajomy, który jest świetnym lekarzem, a do tego bywałym w świecie i błyskotliwym człowiekiem. Staliśmy właśnie przed czarno-białym portretem Johanna Wolfganga, który nie wiadomo czemu wisiał na ścianie hotelu w pewnej narciarskiej miejscowości. Moje wytresowane w polskich szkołach inteligenckie serce stanęło z wrażenia. Człowiek z wyższym wykształceniem nie wie, kto to był Goethe!!! O Jezusie… Szwed nie wydawał się skonfundowany swoją niewiedzą, za to ja wstydziłam się za niego (kobiety tak czasem mają).
Podobnie poczułam się wiele lat temu, kiedy mój niewychowany w Polsce narzeczony, człowiek po dwóch wydziałach, zasnął w kinie na filmie Andrzeja Wajdy „Pan Tadeusz”. Chciałam mu przybliżyć nasz skarb narodowy i oto: ekranizację wielkiej epopei spotkał afront! Inna rzecz, że sama też się nudziłam, ale nie spałam. Nie spałam!
Niedawno byłam na ciekawej konferencji humanistycznej. Podczas kolacji prowadziłam długie rozmowy z wybitnie inteligentnym duńskim profesorem literaturoznawstwa. Szalenie się zainteresował nieznaną mu książką zupełnie nieznanego w Danii autora, o której powiedziałam, że cenią ją sobie Polacy. Chodziło o … „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa. Nie słyszał o tej powieści. Obiecał, że przeczyta. Moje serce tym razem nawet nie zadrżało, bo przyzwyczaiłam się do tego, że w różnych krajach są różne kanony literackie, a skandynawskie podejście jest z zasady mało kanonicznie. Cóż począć.

Inna rzecz, że akurat w Danii wylansowano w roku 2006 książkę dla szkół składającą się z fragmentów 108 duńskich utworów literackich i innych dzieł kultury, które trzeba znać oraz informacji o innych ważnych dziełach kultury wartych zapamiętania. Były tam bajki Andersena, zdjęcie budynku opery w Sydney zaprojektowanego przez duńskiego architekta Jørna Utzona oraz sugestia, by obejrzeć film Larsa von Triera „Idioci”.
Sam von Trier na wiadomość o stworzeniu kanonu dla szkół zareagował bardzo krytycznie. Stwierdził, że każdy kanon jest narzędziem politycznej i nacjonalistycznej propagandy.
W Szwecji nie ma ani kanonu, ani lektur obowiązkowych, w związku z czym mój syn po ukończeniu bardzo dobrych szkół szwedzkich, zabrał się już na własną rękę za czytanie Kafki i Dostojewskiego oraz zgłębianie, czym różni się renesans od baroku. Z kolei przewodnicząca szwedzkiej partii Chrześcijańskich Demokratów, która to partia (obecnie w rządzie) od dłuższego czasu uparcie walczy o stworzenie listy książek, które w szkole trzeba przeczytać, wykazała się jakiś czas temu w telewizji kompletną ignorancją w temacie klasyki literatury szwedzkiej. Zadano jej kilka pytań o autorów znanych książek i na żadne nie odpowiedziała prawidłowo. Nie wiedziała nawet, że szwedzki klasyk nad klasykami powieść „Gösta Berling” jest autorstwa noblistki Selmy Lagerlöf. Sama do szwedzkich szkół nie chodziłam, ale znam klasykę szwedzkiej literatury, prawdopodobnie dlatego, że mam wbite do głowy, że bez solidnych podstaw nie da się nigdzie poszybować intelektualnie. Ale może nie wszyscy muszą latać.
Tak czy siak, jest rzeczą znamienną, że nowy centro-prawicowy rząd w Szwecji chce z jednej strony radykalnych ograniczeń polityki migracyjnej i ochrony szwedzkich wartości, a z drugiej obiecuje rozpoczęcie prac nad stworzeniem szwedzkiego kanonu dzieł kultury dla szkół.


