Tag: Katowice stolica kultury 2027

  • Czy wielki teatr może istnieć bez wielkiej literatury?

    Człowiek orkiestra – tak w skrócie można nazwać Mirosława Neinerta. Aktor, dyrektor Teatru Korez, koneser literatury i dyrygent ludzkich emocji. Rozmawiamy o graniu spektakli po śląsku, ale też o tym, co śląski teatr może dać teatrowi polskiemu. Okazję do tej rozmowy przyniosło życie, bo w 2027 roku Katowice i Górnośląsko-Zagłębiowsko Metropolia będą Polską Stolicą Kultury.

    Już teraz po raz kolejny się przekonuję, co to znaczy, że spotykamy się w Teatrze Jaracza.

    Tak, tak. Siedzisz na fotelu, na którym siedział jeden z premierów. Historyczny fotel. On był na „Hance”, popłakał się. Wyszedł spłakany. Pierwszy raz widziałem, że leciały mu łzy. I mówi: „No u nas było tak samo. Na Kaszubach, nie?”. Piliśmy kawę w galerii, było tam kilku posłów, jakieś spotkanie. Ja mówię: „Chodź, coś ci pokażę”. Posłowie też chcieli iść, a ja: „Nie, nie, wy nie, chodź”.

    Przyszliśmy tutaj i mówię: „Zobacz, tu jest Teatr Jaracza”. Zapalisz cygaro? On mówi: „Jutro mam maraton, ale biegnę tylko 7 kilometrów”. A masz jakiegoś małego? Ja mówię: „Mam”. No po małym sobie zapaliliśmy i gadaliśmy pół godziny. Zero polityki. O pierdołach, o głupotach. Bardzo było przyjemnie.

    Plusem takich rozmów jak ta nasza dzisiejsza, a nie przez Skype’a czy przez maila, jest to, że przychodzę do ciebie i widzę, że masz rozłożoną książkę na stole. Od razu ciśnie się pytanie: czy bez wielkiej literatury jest możliwy wielki teatr?

    Jest możliwy, ponieważ literatura czasami jest tylko materiałem dla teatru. A czasem zła literatura jest dobrym materiałem dla teatru, a dobra literatura bywa złym materiałem dla teatru, bo nie da się jej czasami opowiedzieć teatralnym językiem. Nie da się tej tajemnicy, która jest w czytaniu, wyrazić ani dotknąć. Więc warunkiem teatru nie jest dobra literatura. Chociaż oczywiście czasami bardzo pomaga.

    Jest jakaś książka, na której poległeś, a chciałeś ją przenieść na scenę i stwierdziłeś, że jednak się nie da, a nawet jeśli się da, to nie będzie to samo?

    Miałem taką myśl, żeby zrobić Śmierć pięknych saren  Oty Pavla. Nie, nie zacząłem nawet żadnych prac, ale ta myśl chodziła za mną dość długo. Bardzo lubię czeskie klimaty w filmie i literaturze, ale stwierdziłem, że chyba nie dam rady tego zrobić. Robiono to już w teatrze, grają to chyba w Bagateli w Krakowie, ale jak widziałem zdjęcia, to dla mnie było za kolorowo, za ładnie, za bardzo „wygładzone”.

    Kto przychodzi do teatru?

    Kiedyś przychodziła do nas głównie młodzież, bo dla nich odkryciem był Bogusław Schaeffer. To było takie niby grane, a niegrane. Tak naprawdę wyglądało to, jakbyśmy prywatnie opowiadali ze sceny. To szeferowskie zderzenie wysokiego z niskim dobrze działa na widza, a pewne głębokie, filozoficzne prawdy Schaeffer przedstawia w niezwykle atrakcyjny sposób. To było czytelne dla młodych ludzi, a potem ta publiczność zaczęła się starzeć razem z nami. I teraz jest tak, że widownia jest najczęściej w wieku 50+. Młodzi ludzie też przychodzą, tylko to już nie jest podstawa.

    www.unsplash.com/Kyle Head

    Śląskość na scenie

    W 2027 roku Katowice i GZM będą polską stolicą kultury. Co teatr śląski, zagłębiowski może dać teatrowi polskiemu?

    To trudne pytanie. Może dać regionalizm. Może dać to, co stało się siłą śląskiego teatru: opowiadanie własnych historii, sięganie do własnego języka, co jest ogromną wartością, bo właściwie żadna grupa w Polsce — z tego, co pamiętam — nie wnosi swojego języka do teatru.

    A teatr na Śląsku robi to od wielu lat i to jest dla Polski coś naprawdę ciekawego. Śląskich spektakli było bardzo dużo. Najwybitniejsze to oczywiście Cholonek, czy Mianują mie Hanka. Dla mnie Weltmajstry, bo uwielbiam to grać. No i Piąta strona świata Roberta Talarczyka. Są też Tkocze, a teraz Hamlet, który – nawet jeśli to wystawienie bywa dyskusyjne – jest historyczny, bo nagle Hamlet mówi po śląsku, w pięknie przełożonym języku przez Mirosława Syniawę. To jest wartość sama w sobie. Teatr śląski jest też czasem daleki od Teatru polskiego w tym sensie, że teatr polski wciąż odnosi się do paradygmatu romantycznego, a teatr śląski nie ma takiego obowiązku. Dlatego może opowiadać lokalne historie.

    Masz poczucie, że w 2004 roku, kiedy z Robertem Talarczykiem zrobiliście Cholonka, położyliście fundamenty pod śląskość teatru?

    Wtedy oczywiście nie mieliśmy takiej świadomości, ale z czasem okazało się to prawdą. Dziś właściwie żaden śląski spektakl nie może nie pamiętać o Cholonku, bo to był pierwszy taki mocny głos. Nawet Krystian Węgrzynek powiedział, że nauczyliśmy Melpomenę mówić po śląsku. Coś w tym jest. Wcześniej śląszczyzna prawie się nie pojawiała. Nawet jeśli były sztuki o Śląsku, grano je po polsku. To spowodowało też, że teatry nagle się ośmieliły. Zobaczyły, że można robić po śląsku. Objawiło się to także w teatrach amatorskich, które wcześniej grały jakieś lepsze lub gorsze sztuki po polsku, a nagle zaczęły robić śląskie przedstawienia. To piękna sprzeczność, bo wiele z tych teatrów, zwłaszcza starszych, jak Reduta Śląska, która istnieje już ponad sto lat, powołano po to, żeby szerzyć polskość na Śląsku, mówić po polsku do Ślązaków. A teraz się to odwróciło i okazało się, że można mówić po śląsku. To tak jak w nazwie Reduta Śląska — ta śląskość była wcześniej właściwie nieobecna. Teatr Śląski imienia Stanisława Wyspiańskiego jeszcze w latach 70. i 80. był teatrem, którego aktorzy z dumą mówili, że są po to, żeby szerzyć kulturę polską. I nagle okazało się, że można grać we własnym języku. To jest absolutnie niesamowite.

    Oczywiście poprawiła się też jakość przekładów. Myślę, że te jednoaktówki po śląsku, które robiliśmy, miały znaczenie, bo stały się materiałem dla teatrów amatorskich. Po prostu nagle dostali coś do grania.

    Cholonek” i jego odbiór

    „Cholonka” nagraliśmy jako teatr telewizji w 2012 roku. Leciał co prawda tylko w TVP Kultura, ale i tak miał dużą oglądalność, byli zaskoczeni, że kultura może przyciągać tylu widzów. Ślązacy to oglądali, ale gdy pojechaliśmy z tym spektaklem na festiwal do Sopotu, to w konkursie praktycznie nie został zauważony, był pominięty milczeniem.

    Przy wręczaniu nagród była piękna scena. Środowisko warszawskie odbierało zwyczajowo nagrody, a nagle Aldona Jankowska zerwała się z miejsca i krzyknęła: „A co z Cholonkiem? To najlepszy spektakl, jaki widziałam, a wy ciągle nagradzacie to samo!”. Jury udawało, że nie słyszy, ale dla nas to było bardzo przyjemne.

    Jak Janosch skomentował Cholonka z 2004 roku?

    Janosch przyjechał tutaj już po premierze, graliśmy spektakl. Wcześniej korespondował z nim Bartek Wieliński z „Gazety Wyborczej”, który jako germanista, mówiący płynnie po niemiecku, poszedł ze mną i jeszcze z kimś przywitać Janoscha na dworcu. Oni tak sobie przypadli do gustu, że byli nierozłączni. Cały czas rozmawiali ze sobą. Janosch zobaczył spektakl. Była polska telewizja i niemiecka albo austriacka, już nie pamiętam. Wyszedł na scenę, bo dziewczyny go wciągnęły. Stał tak, duży chłop, wysoki, z tym wąsem, i było widać, że jest straszliwie wzruszony, czego nikt się po nim nie spodziewał, bo zwykle jest bardzo ironiczny.

    W końcu się odezwał i powiedział: „Job twoju mać”. To był jego najwłaściwszy komentarz do tego spektaklu. Potem mówił, że w ogóle nie wyobrażał sobie, że tak można to zrobić, i że nagle zobaczył swoich bohaterów, przypomniało mu się dzieciństwo i że ta książka tak naprawdę jest o nim. Tylko że Adolfek w książce ginie, a on nie. To było bardzo fajne.

    Potem jeszcze chyba dwa razy widział Cholonka, bo przy różnych wizytach ciągano go po Zabrzu, a raz trafiliśmy na spektakl grany w pokopalnianych halach. Po przedstawieniu przyszedł do nas i powiedział, że jest strasznie głodny, bo tak go ciągali po mieście, że zapomnieli o obiedzie.

    Załatwiono mu kurczaka z chleba z jakiegoś stoiska przed halą. Usiadł potem przy holonkowym stole i zaczął jeść tego kurczaka palcami. A pani prezydent Zabrza, Małgorzata Mańka – Szulik, chciała już iść do domu, przyszła więc do niego z podziękowaniem i on podał jej tłustą rękę od kurczaka. To była świetna scena.

    Reakcje poza Śląskiem

    Jakie były reakcje na Mianują mie Hanka w innych częściach kraju? Zachwyt, niezrozumienie, obojętność?

    Zawsze zachwyt. To było niesamowite. Te losy opowiedziane po śląsku przekładają się na różne doświadczenia ludzi, nie tylko Ślązaków. To są rodzinne opowieści z czasu wojny, z tego, co się zdarzyło. Nie mówię już o Kaszubach, gdzie te przeżycia były podobne. 

    Graliśmy kiedyś, chyba trzy lata temu, w Będzinie, w Teatrze Dzieci Zagłębia, na jakimś jubileuszu elektrowni. Byli sami faceci — menadżerowie ciężkiego przemysłu, 50-latkowie w garniturach, twardzi ludzie. Zastanawiałem się, jak to odbiorą. Po spektaklu patrzę, a oni wszyscy siedzą i płaczą. Tak się wzruszyli, oczywiście były owacje, to było niesamowite.

    Tak samo w Warszawie. Graliśmy chyba trzy razy w Studiu, zawsze do ostatniego miejsca. Grażyna gra, a za nią jest rozciągnięta siatka. Jeśli staniesz od strony sceny, widzisz publiczność i Grażynę, a oni nie widzą siebie nawzajem, bo światło ich odcina. Stanąłem i patrzyłem na tych ludzi. To było największe skupienie. Jak zaczarowani. Spektakl absolutnie trafiał.

    Teatr i konkurencja

    Teatr konkuruje dziś z serialami i streamingiem, czy może z niczym nie konkuruje?

    Myślę, że to działa trochę jak w Londynie, gdzie jeśli otwiera się drugi sklep z biżuterią, to nie oznacza od razu większej konkurencji. Przeciwnie — jeśli powstanie cała ulica z biżuterią, ludzie będą tam przyjeżdżać, żeby kupować. Z kulturą jest podobnie. Jeżeli ktoś uczestniczy w kulturze, to nie może być uczestnikiem tylko teatru. Musi też czytać książki, interesować się wystawami. To się wszystko ze sobą łączy.

    Kiedyś teatr mógł robić efekty specjalne na scenie i publiczność siedziała z rozdziawioną gębą. Teraz film bije go na głowę i teatr nie ma szans konkurować na tym polu. Ale może konkurować spotkaniem z żywym człowiekiem. Tego nie ma nigdzie indziej. Nagle ktoś mówi do ciebie, jest rozmowa. To była zawsze wartość teatru. Od pierwszego ogniska, kiedy ktoś opowiadał, jak był na polowaniu, po dziś dzień teatr jest miejscem, gdzie mówi się o poważnych rzeczach. Obok teatru bogactwa inscenizacji istnieje też teatr rozmowy, bliskiego kontaktu. U nas to jest wygodne, bo jesteśmy blisko widza, więc nie można tu grać przesadnie teatralnie.

    Przyszłość teatru

    Jak daleko wybiegasz w przyszłość, myśląc o tym, jaki będzie teatr za pięć czy dziesięć lat? Czy będzie dokładnie taki sam, jak teraz?

    Staram się nie wybiegać za bardzo. Kiedy zrobiliśmy pierwszą sztukę, czyli Scenariusz dla trzech aktorów, myśleliśmy: „Jezu, co teraz?”. A kiedy zrobiliśmy drugą, przy trzeciej już wiadomo było, że coś się znajdzie, coś napłynie z rozmów, z propozycji.

    Nie boję się repertuaru. A jaki będzie teatr? Myślę, że jego istota się nie zmieniła i nie zmieni się jeszcze długo. To zawsze jest spotkanie widza z aktorem, z żywym aktorem. Na razie nie da się tego zastąpić żadnym awatarem.

    Choć w wielu dziedzinach aktorstwa już to się dzieje. Filmy można robić z aktorem, który nie żyje. Dubbing też robi automat. Reklamę, czytanie filmów — wszystko to kiedyś robił aktor albo lektor, a dziś sztuczna inteligencja robi to bardzo dobrze. Coś pomału zabiera, ale mam nadzieję, że istoty teatru nie odbierze.

    Na koniec

    Ale była jeszcze anegdota o Cholonku. Przyszedł kiedyś chłop z żoną na przedstawienie, miał flaszkę i popijał. Tyle, że w pewnym momencie przesadził i zaczął dogadywać. To już nie było śmieszne, bo nie trafiał. Przerwaliśmy spektakl i powiedziałem: „Bardzo przepraszam, ale proszę, żebyście państwo wyszli”.

    Żona była zawstydzona, więc wzięła go i wyszli. Graliśmy dalej. Jest taka scena, że Świątek wraca pijany do domu po kilku dniach i tłumaczy się, że skończył mu się tytoń do fajki, dlatego pił. No i ja wracam, a Grażyna mówi: „Kajś to był?”, a ja na to: „W teatrze”.

  • Kolejna książka to kryminał rozgrywający się w Katowicach. Rozmowa z Magdaleną Majcher

    Katowice i Górnośląsko – Zagłębiowska Metropolia będą w 2027 roku Polską Stolicą Kultury. Co nasze region może dać Polsce? Czym możemy się pochwalić, w czym jesteśmy nieźli? W najbliższym czasie przeczytacie kilka rozmów z ludźmi kultury związanymi z Katowicami, Zagłębiem, regionem. Cykl jest finansowany przez Miasto Katowice. Pierwszą bohaterką jest Magdalena Majcher, pisarka pochodząca z Czeladzi, ale od lat mieszkająca w Katowicach.

    Rok 2027 – Katowice staną na czele miast regionu, które będą Polską Stolicą Kultury. Co, Twoim zdaniem nasz region może dać Polsce? Ty sama łączysz w swoim życiu Śląsk i Zagłębie, więc jesteś idealną adresatką tego pytania. 

    Możemy dać bardzo wiele: język, folklor, koloryt, historię, ale też nadzieję związaną ze zmianą tożsamości regionu. Śląsk jest dla mnie niezwykle inspirujący właśnie dlatego, że w ostatnich kilku dekadach całkowicie zmienił kierunek, w którym podąża. Widać tę zmianę nie tylko w architekturze czy w tym, co zobaczymy po wyjściu z dworca w Katowicach, ale przede wszystkim w rosnącej otwartości na to, co przychodzi z zewnątrz.

    Katowice, fot: smakksiazki.pl

    Dziś nie jesteśmy już tak zamknięci na to, co napływowe – ja sama jestem tego najlepszym przykładem. Kiedy prawie dziesięć lat temu przeprowadziłam się z Zagłębia na Śląsk, miałam poczucie, że przyjeżdżam jako „gorolica”, że nigdy nie będę „swoja”. W innych regionach, jak na Pomorzu, po premierze sagi nadmorskiej słyszałam od czytelniczek: „Ty już jesteś nasza”, ale tutaj ten proces był trudniejszy. Mimo to z czasem usłyszałam od Ślązaków w bibliotekach i od czytelników, że jestem „ich” – i to jest dla mnie podwójnie ważne, bo Śląsk przez lata był bytem trochę odrębnym, a dziś tę zmianę czuję bardzo mocno.

    Czujesz się już tutaj „u siebie”?

    Tak. Nigdy nie nazwałabym się Ślązaczką, bo urodziłam się po drugiej stronie Brynicy, ale mówię o sobie, że jestem „oswojoną gorolicą”, która oddała Śląskowi całe swoje serce pochodzące zza rzeki. To nie jest oczywisty związek – wychowywałam się wśród krzywdzących stereotypów na temat Ślązaków, a dzieci ze Śląska mojego pokolenia dorastały w stereotypach na temat ludzi z Sosnowca czy Czeladzi.

    Dziś te animozje nie są już tak silne jak kiedyś; mam wrażenie, że obecne są głównie w środowiskach kibicowskich albo bardzo konserwatywnych. Tak naprawdę silny związek ze Śląskiem poczułam dzięki moim książkom – kiedy Śląsk zaczął mnie mocno inspirować literacko, gdy rodziły się pierwsze pomysły na powieści związane z historią regionu albo kryminały osadzone społecznie w latach 90. i na początku XXI wieku. Ten związek nie powstał „z książek”, ale z odpowiedzi lokalnych czytelników, którzy mówili: „to są nasze wspomnienia, to jest nasz Śląsk”.

    Masz poczucie, że Twoje doświadczenia z dzieciństwa też zbliżają Cię do tej śląskiej perspektywy?

    Bardzo. Na jednym z festiwali literackich padło pytanie: „Jakie jest nasze pierwsze wspomnienie, co widzimy, gdy wyobrażamy sobie trawę na Śląsku?”. Pomyślałam wtedy, że może nie powinnam odpowiadać, a potem uświadomiłam sobie, że ja też biegałam po hałdach. Wychowywałam się w Czeladzi na Piaskach, obok kopalni, w której mój dziadek przepracował większość życia. Między czeladzkimi Piaskami a sosnowieckimi Milowicami były i są hałdy – zrewitalizowane, ale kiedyś trawy tam było niewiele, dominowała czarna ziemia. Gdy pominiemy język, architekturę czy szczegóły historii i geografii, okaże się, że codzienne życie tych regionów, Śląska i Zagłębia, było do siebie o wiele bardziej podobne, niż chcemy to przyznać.

    Śląsk jako kopalnia kryminalnych historii

    Wspomniałaś o swojej serii kryminalnej osadzonej na Śląsku. Śląsk to wciąż kopalnia – ale dziś bardziej tematów niż węgla?

    Zawsze powtarzam, że Śląsk jest niewyczerpalną kopalnią pomysłów. Nigdy nie interesowały mnie łatwe relacje – Śląsk jest trudniej kochać niż choćby Podhale czy nadmorskie krajobrazy. Tam natura od razu uderza majestatem, tu trzeba się trochę „pobrudzić”, podrapać, żeby zdrapać wierzchnią warstwę i dokopać się do nieoczywistego piękna.

    Śląsk inspiruje mnie dlatego, że ma setki obliczy i każde jest prawdziwe. Nie ma jednej uniwersalnej definicji śląskości – przekonanie to utwierdziła we mnie między innymi lektura książki Zbigniewa Rokity „Kajś”, poświęconej szukaniu odpowiedzi na pytanie, czym ta śląskość jest. Pisząc serię „Kryminalny Śląsk”, staram się, by każdy tom był osadzony w trochę innych realiach i pokazywał inne oblicze regionu.

    Jakie oblicza Śląska pokazujesz w kolejnych częściach serii?

    W „Bajltu”, pierwszej powieści serii, mamy Śląsk poprzemysłowy, zaniedbany, trudny – dzielnice, na których przemysł odcisnął ciężkie piętno, gdzie w latach 90. transformacja przyniosła biedę, bezrobocie, alkohol i przemoc. We „Freli” pokazuję Śląsk artystyczny – środowisko Teatru Śląskiego, największej sceny dramatycznej Górnego Śląska, oraz Paktofonikę, legendę polskiego hip hopu z katowickich Bogucic.

    W „Rechtorce” towarzyszymy bardziej rodzinnemu Śląskowi – trochę konserwatywnemu, z zasadą „nie mów nikomu, co się dzieje w domu”, ale też z ważnym wątkiem szkolnictwa, już bardziej uniwersalnym niż ściśle śląskim. W planach mam czwartą część, która pokaże kolejne, zupełnie inne oblicze Śląska – czasem żartuję, że mogłabym ten cykl ciągnąć latami, bo w każdej powieści mógłby występować inny Śląsk. Wiem jednak, że trzeba umieć ze sceny zejść.

    Miasto jako mapa kryminalnej wyobraźni

    Po trzech książkach i tylu literackich spacerach po mieście – masz poczucie, że przekopałaś się już przez historię i mapy Katowic na tyle, by móc oprowadzać wycieczki?

    Oprowadzanie wycieczek to chyba za dużo powiedziane, ale rzeczywiście zorganizowałam z Miejską Biblioteką Publiczną w Katowicach literacki spacer śladami Borysa Dyrdy, mojego bohatera. Zaczęliśmy od wieżowca przy ulicy Ordona, gdzie Borys mieszka, potem zeszliśmy aleją Korfantego. Opowiadałam czytelnikom, jak te miejsca zmieniły się od czasu akcji książek – pierwszy tom dzieje się w 1998 roku, drugi w 2000, trzeci w 2001.

    Przeszliśmy także w stronę Urzędu Miasta, gdzie kiedyś mieścił się Dom Prasy Śląskiej – tam mój bohater pracował jako dziennikarz „Dziennika Zachodniego”. Mieszkam w Katowicach od prawie dekady i ciągle uczę się czegoś nowego o tym mieście, więc nie nazwałabym siebie „specjalistką od wszystkich historii”. Ale oprowadzać śladami moich książek – to już się dzieje i jeszcze się zadzieje.

    Magdalena Majcher

    Serial „Ołowiane dzieci” i trudne dziedzictwo huty

    Teraz dotkniemy tematu, który był jeszcze nie tak dawno kontrowersyjny. Jak oceniasz serial „Ołowiane dzieci”? Jak został pokazany w nim Śląsk?

    Wiem, że wielu Ślązaków miało pretensje, że serial pokazał Śląsk jako zacofany – czytałam artykuły, widziałam, jaką burzę to wywołało. Ja będę tu bronić twórców, bo znam tę historię i rozumiem ich perspektywę. Trzeba mieć świadomość, że przedstawione tam osiedle robotnicze w bezpośrednim sąsiedztwie huty nie jest „całym Śląskiem”, tylko konkretnym miejscem żyjącym w cieniu przemysłowego zakładu.

    Takie dzielnice borykały się i wciąż borykają ze specyficznymi problemami. Pracując nad „Doktórką od familoków”, rozmawiałam z dr Wadowską Król i zapytałam, czy uważa, że współczesne Szopienice czy Burowiec są takie właśnie przez wieloletnią obecność huty. Nie wahała się ani chwili i odpowiedziała: „Oczywiście, że tak.”

    Jakie skutki tej obecności huty są dla Ciebie najważniejsze, gdy myślisz o tych miejscach?

    Ołów powoduje ogrom problemów zdrowotnych – od anemii, bólów brzucha i głowy, uszkodzeń narządów wewnętrznych i kości, po uszkodzenia układu nerwowego. Ołów obniża IQ, zaburza koncentrację, pamięć, dlatego nieprzypadkowo szkoła specjalna w Katowicach powstała właśnie w Szopienicach i była stale przepełniona. Profesor Grzegorz Dziubanek ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego podkreślał w rozmowie ze mną, że ołów w pierwszej kolejności uderza w układ nerwowy, co ma konsekwencje dla całych pokoleń. Mieszkańcy ulicy Rzemieślniczej – dziś to skwer Hilarego Krzysztofiaka – często rodzili się, dorastali, zakładali rodziny i umierali w tym samym miejscu, przez całe życie poddawani toksycznemu działaniu ołowiu.

    To nie jest opowieść o jednym czy dwóch pokoleniach, tylko o czterech–pięciu generacjach ludzi, którym odebrano szansę na równy start. W tym kontekście serial pokazuje pewien wycinek rzeczywistości, a nie całą złożoność Śląska.

    Wiele osób zarzucało serialowi, że zbyt luźno traktuje fakty. Jak Ty widzisz proporcję między dokumentem a fikcją?

    Myślę, że trzeba pamiętać, że „Ołowiane dzieci” są bardzo luźno inspirowane prawdziwymi wydarzeniami – obejrzałam cały serial i naprawdę niewiele ma on wspólnego z dokumentalną rekonstrukcją historii. To raczej alternatywna wersja tego, jak te wydarzenia „mogłyby” wyglądać niż zapis tego, jak było. Tak należy do tego serialu podchodzić – jak do kreacji artystycznej, a nie do dokumentu.

    Uważam jednak, że dobrze, iż powstał, bo żadna książka ani artykuł, ani wywiad nie mają takiego zasięgu jak serial na Netflixie. Mam nadzieję, że będzie bodźcem do poszerzania wiedzy, do szukania źródeł i odpowiedzi.

    Jak, Twoim zdaniem, zareagowałaby na serial dr Wadowska Król, gdyby doczekała jego premiery?

    Myślę, że na pewno miałaby uwagi. Ostatnio słuchałam wywiadu z jej wnuczką, Agnieszką Cygan, która brała czynny udział w powstawaniu serialu i sama stwierdziła: „Jola na pewno miałaby dużo uwag”. Uśmiechnęłam się, bo pani doktor była bardzo skrupulatna, jeśli chodzi o przedstawianie ołowicy.

    Była osobą niezwykle inteligentną i świadomą, więc zrozumiałaby, że serial jest artystyczną kreacją inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami. Jednocześnie na pewno mówiłaby: „Ale to nie do końca było tak”. Pamiętam sytuację, gdy w tekście poświęconym książce użyto sformułowania, że „przy przydziale mieszkań współpracowała z hutą”. Zadzwoniła wtedy do mnie oburzona: „Jak to, współpracowała z hutą? Huta była zawsze moim najgorszym wrogiem, ja z nią wojowałam!”.

    Rzeczywiście dostarczała listy najbardziej potrzebujących rodzin – huta organizowała mieszkania, ale to ona decydowała, która rodzina otrzyma je w pierwszej kolejności. I właśnie o taką precyzję w opisie historii zawsze jej chodziło.

    Następna książka: współczesne Katowice

    Czy Twoja kolejna książka również będzie miała Śląsk w tle?

    Tak, kolejna książka też będzie osadzona na Śląsku. To kryminał rozgrywający się współcześnie w Katowicach. Doszłam do wniosku, że skoro w „Kryminalnym Śląsku” utrwaliłam wszystkie możliwe stereotypy dotyczące Katowic – brzydotę, brud, zaniedbane centrum, odpadające łuski ze Spodka, problemy z bezpieczeństwem – to teraz muszę te stereotypy trochę „odczarować”.

    Chcę pokazać Katowice takimi, jakie są dziś. Uważam, że to miasto jest piękne i z roku na rok pięknieje. Dużo jeżdżę po Polsce na spotkania autorskie i targi książki, więc nie patrzę na Katowice przez różowe okulary, widzę też rzeczy, które „nie grają”. Ale na tle wielu polskich miast Katowice naprawdę się wyróżniają – mamy się czym pochwalić, miło jest po prostu przejść się po tym mieście.

    Wbrew temu, co się często mówi, śląskie korki wcale nie należą do najgorszych – są miasta znacznie bardziej zakorkowane, w których poruszanie się jest dużo trudniejsze.