Katowice i Górnośląsko – Zagłębiowska Metropolia będą w 2027 roku Polską Stolicą Kultury. Co nasze region może dać Polsce? Czym możemy się pochwalić, w czym jesteśmy nieźli? W najbliższym czasie przeczytacie kilka rozmów z ludźmi kultury związanymi z Katowicami, Zagłębiem, regionem. Cykl jest finansowany przez Miasto Katowice. Pierwszą bohaterką jest Magdalena Majcher, pisarka pochodząca z Czeladzi, ale od lat mieszkająca w Katowicach.
Rok 2027 – Katowice staną na czele miast regionu, które będą Polską Stolicą Kultury. Co, Twoim zdaniem nasz region może dać Polsce? Ty sama łączysz w swoim życiu Śląsk i Zagłębie, więc jesteś idealną adresatką tego pytania.
Możemy dać bardzo wiele: język, folklor, koloryt, historię, ale też nadzieję związaną ze zmianą tożsamości regionu. Śląsk jest dla mnie niezwykle inspirujący właśnie dlatego, że w ostatnich kilku dekadach całkowicie zmienił kierunek, w którym podąża. Widać tę zmianę nie tylko w architekturze czy w tym, co zobaczymy po wyjściu z dworca w Katowicach, ale przede wszystkim w rosnącej otwartości na to, co przychodzi z zewnątrz.

Dziś nie jesteśmy już tak zamknięci na to, co napływowe – ja sama jestem tego najlepszym przykładem. Kiedy prawie dziesięć lat temu przeprowadziłam się z Zagłębia na Śląsk, miałam poczucie, że przyjeżdżam jako „gorolica”, że nigdy nie będę „swoja”. W innych regionach, jak na Pomorzu, po premierze sagi nadmorskiej słyszałam od czytelniczek: „Ty już jesteś nasza”, ale tutaj ten proces był trudniejszy. Mimo to z czasem usłyszałam od Ślązaków w bibliotekach i od czytelników, że jestem „ich” – i to jest dla mnie podwójnie ważne, bo Śląsk przez lata był bytem trochę odrębnym, a dziś tę zmianę czuję bardzo mocno.
Czujesz się już tutaj „u siebie”?
Tak. Nigdy nie nazwałabym się Ślązaczką, bo urodziłam się po drugiej stronie Brynicy, ale mówię o sobie, że jestem „oswojoną gorolicą”, która oddała Śląskowi całe swoje serce pochodzące zza rzeki. To nie jest oczywisty związek – wychowywałam się wśród krzywdzących stereotypów na temat Ślązaków, a dzieci ze Śląska mojego pokolenia dorastały w stereotypach na temat ludzi z Sosnowca czy Czeladzi.
Dziś te animozje nie są już tak silne jak kiedyś; mam wrażenie, że obecne są głównie w środowiskach kibicowskich albo bardzo konserwatywnych. Tak naprawdę silny związek ze Śląskiem poczułam dzięki moim książkom – kiedy Śląsk zaczął mnie mocno inspirować literacko, gdy rodziły się pierwsze pomysły na powieści związane z historią regionu albo kryminały osadzone społecznie w latach 90. i na początku XXI wieku. Ten związek nie powstał „z książek”, ale z odpowiedzi lokalnych czytelników, którzy mówili: „to są nasze wspomnienia, to jest nasz Śląsk”.
Masz poczucie, że Twoje doświadczenia z dzieciństwa też zbliżają Cię do tej śląskiej perspektywy?
Bardzo. Na jednym z festiwali literackich padło pytanie: „Jakie jest nasze pierwsze wspomnienie, co widzimy, gdy wyobrażamy sobie trawę na Śląsku?”. Pomyślałam wtedy, że może nie powinnam odpowiadać, a potem uświadomiłam sobie, że ja też biegałam po hałdach. Wychowywałam się w Czeladzi na Piaskach, obok kopalni, w której mój dziadek przepracował większość życia. Między czeladzkimi Piaskami a sosnowieckimi Milowicami były i są hałdy – zrewitalizowane, ale kiedyś trawy tam było niewiele, dominowała czarna ziemia. Gdy pominiemy język, architekturę czy szczegóły historii i geografii, okaże się, że codzienne życie tych regionów, Śląska i Zagłębia, było do siebie o wiele bardziej podobne, niż chcemy to przyznać.
Śląsk jako kopalnia kryminalnych historii
Wspomniałaś o swojej serii kryminalnej osadzonej na Śląsku. Śląsk to wciąż kopalnia – ale dziś bardziej tematów niż węgla?
Zawsze powtarzam, że Śląsk jest niewyczerpalną kopalnią pomysłów. Nigdy nie interesowały mnie łatwe relacje – Śląsk jest trudniej kochać niż choćby Podhale czy nadmorskie krajobrazy. Tam natura od razu uderza majestatem, tu trzeba się trochę „pobrudzić”, podrapać, żeby zdrapać wierzchnią warstwę i dokopać się do nieoczywistego piękna.
Śląsk inspiruje mnie dlatego, że ma setki obliczy i każde jest prawdziwe. Nie ma jednej uniwersalnej definicji śląskości – przekonanie to utwierdziła we mnie między innymi lektura książki Zbigniewa Rokity „Kajś”, poświęconej szukaniu odpowiedzi na pytanie, czym ta śląskość jest. Pisząc serię „Kryminalny Śląsk”, staram się, by każdy tom był osadzony w trochę innych realiach i pokazywał inne oblicze regionu.
Jakie oblicza Śląska pokazujesz w kolejnych częściach serii?
W „Bajltu”, pierwszej powieści serii, mamy Śląsk poprzemysłowy, zaniedbany, trudny – dzielnice, na których przemysł odcisnął ciężkie piętno, gdzie w latach 90. transformacja przyniosła biedę, bezrobocie, alkohol i przemoc. We „Freli” pokazuję Śląsk artystyczny – środowisko Teatru Śląskiego, największej sceny dramatycznej Górnego Śląska, oraz Paktofonikę, legendę polskiego hip hopu z katowickich Bogucic.
W „Rechtorce” towarzyszymy bardziej rodzinnemu Śląskowi – trochę konserwatywnemu, z zasadą „nie mów nikomu, co się dzieje w domu”, ale też z ważnym wątkiem szkolnictwa, już bardziej uniwersalnym niż ściśle śląskim. W planach mam czwartą część, która pokaże kolejne, zupełnie inne oblicze Śląska – czasem żartuję, że mogłabym ten cykl ciągnąć latami, bo w każdej powieści mógłby występować inny Śląsk. Wiem jednak, że trzeba umieć ze sceny zejść.
Miasto jako mapa kryminalnej wyobraźni
Po trzech książkach i tylu literackich spacerach po mieście – masz poczucie, że przekopałaś się już przez historię i mapy Katowic na tyle, by móc oprowadzać wycieczki?
Oprowadzanie wycieczek to chyba za dużo powiedziane, ale rzeczywiście zorganizowałam z Miejską Biblioteką Publiczną w Katowicach literacki spacer śladami Borysa Dyrdy, mojego bohatera. Zaczęliśmy od wieżowca przy ulicy Ordona, gdzie Borys mieszka, potem zeszliśmy aleją Korfantego. Opowiadałam czytelnikom, jak te miejsca zmieniły się od czasu akcji książek – pierwszy tom dzieje się w 1998 roku, drugi w 2000, trzeci w 2001.
Przeszliśmy także w stronę Urzędu Miasta, gdzie kiedyś mieścił się Dom Prasy Śląskiej – tam mój bohater pracował jako dziennikarz „Dziennika Zachodniego”. Mieszkam w Katowicach od prawie dekady i ciągle uczę się czegoś nowego o tym mieście, więc nie nazwałabym siebie „specjalistką od wszystkich historii”. Ale oprowadzać śladami moich książek – to już się dzieje i jeszcze się zadzieje.

Serial „Ołowiane dzieci” i trudne dziedzictwo huty
Teraz dotkniemy tematu, który był jeszcze nie tak dawno kontrowersyjny. Jak oceniasz serial „Ołowiane dzieci”? Jak został pokazany w nim Śląsk?
Wiem, że wielu Ślązaków miało pretensje, że serial pokazał Śląsk jako zacofany – czytałam artykuły, widziałam, jaką burzę to wywołało. Ja będę tu bronić twórców, bo znam tę historię i rozumiem ich perspektywę. Trzeba mieć świadomość, że przedstawione tam osiedle robotnicze w bezpośrednim sąsiedztwie huty nie jest „całym Śląskiem”, tylko konkretnym miejscem żyjącym w cieniu przemysłowego zakładu.
Takie dzielnice borykały się i wciąż borykają ze specyficznymi problemami. Pracując nad „Doktórką od familoków”, rozmawiałam z dr Wadowską Król i zapytałam, czy uważa, że współczesne Szopienice czy Burowiec są takie właśnie przez wieloletnią obecność huty. Nie wahała się ani chwili i odpowiedziała: „Oczywiście, że tak.”
Jakie skutki tej obecności huty są dla Ciebie najważniejsze, gdy myślisz o tych miejscach?
Ołów powoduje ogrom problemów zdrowotnych – od anemii, bólów brzucha i głowy, uszkodzeń narządów wewnętrznych i kości, po uszkodzenia układu nerwowego. Ołów obniża IQ, zaburza koncentrację, pamięć, dlatego nieprzypadkowo szkoła specjalna w Katowicach powstała właśnie w Szopienicach i była stale przepełniona. Profesor Grzegorz Dziubanek ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego podkreślał w rozmowie ze mną, że ołów w pierwszej kolejności uderza w układ nerwowy, co ma konsekwencje dla całych pokoleń. Mieszkańcy ulicy Rzemieślniczej – dziś to skwer Hilarego Krzysztofiaka – często rodzili się, dorastali, zakładali rodziny i umierali w tym samym miejscu, przez całe życie poddawani toksycznemu działaniu ołowiu.
To nie jest opowieść o jednym czy dwóch pokoleniach, tylko o czterech–pięciu generacjach ludzi, którym odebrano szansę na równy start. W tym kontekście serial pokazuje pewien wycinek rzeczywistości, a nie całą złożoność Śląska.
Wiele osób zarzucało serialowi, że zbyt luźno traktuje fakty. Jak Ty widzisz proporcję między dokumentem a fikcją?
Myślę, że trzeba pamiętać, że „Ołowiane dzieci” są bardzo luźno inspirowane prawdziwymi wydarzeniami – obejrzałam cały serial i naprawdę niewiele ma on wspólnego z dokumentalną rekonstrukcją historii. To raczej alternatywna wersja tego, jak te wydarzenia „mogłyby” wyglądać niż zapis tego, jak było. Tak należy do tego serialu podchodzić – jak do kreacji artystycznej, a nie do dokumentu.
Uważam jednak, że dobrze, iż powstał, bo żadna książka ani artykuł, ani wywiad nie mają takiego zasięgu jak serial na Netflixie. Mam nadzieję, że będzie bodźcem do poszerzania wiedzy, do szukania źródeł i odpowiedzi.
Jak, Twoim zdaniem, zareagowałaby na serial dr Wadowska Król, gdyby doczekała jego premiery?
Myślę, że na pewno miałaby uwagi. Ostatnio słuchałam wywiadu z jej wnuczką, Agnieszką Cygan, która brała czynny udział w powstawaniu serialu i sama stwierdziła: „Jola na pewno miałaby dużo uwag”. Uśmiechnęłam się, bo pani doktor była bardzo skrupulatna, jeśli chodzi o przedstawianie ołowicy.
Była osobą niezwykle inteligentną i świadomą, więc zrozumiałaby, że serial jest artystyczną kreacją inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami. Jednocześnie na pewno mówiłaby: „Ale to nie do końca było tak”. Pamiętam sytuację, gdy w tekście poświęconym książce użyto sformułowania, że „przy przydziale mieszkań współpracowała z hutą”. Zadzwoniła wtedy do mnie oburzona: „Jak to, współpracowała z hutą? Huta była zawsze moim najgorszym wrogiem, ja z nią wojowałam!”.
Rzeczywiście dostarczała listy najbardziej potrzebujących rodzin – huta organizowała mieszkania, ale to ona decydowała, która rodzina otrzyma je w pierwszej kolejności. I właśnie o taką precyzję w opisie historii zawsze jej chodziło.
Następna książka: współczesne Katowice
Czy Twoja kolejna książka również będzie miała Śląsk w tle?
Tak, kolejna książka też będzie osadzona na Śląsku. To kryminał rozgrywający się współcześnie w Katowicach. Doszłam do wniosku, że skoro w „Kryminalnym Śląsku” utrwaliłam wszystkie możliwe stereotypy dotyczące Katowic – brzydotę, brud, zaniedbane centrum, odpadające łuski ze Spodka, problemy z bezpieczeństwem – to teraz muszę te stereotypy trochę „odczarować”.
Chcę pokazać Katowice takimi, jakie są dziś. Uważam, że to miasto jest piękne i z roku na rok pięknieje. Dużo jeżdżę po Polsce na spotkania autorskie i targi książki, więc nie patrzę na Katowice przez różowe okulary, widzę też rzeczy, które „nie grają”. Ale na tle wielu polskich miast Katowice naprawdę się wyróżniają – mamy się czym pochwalić, miło jest po prostu przejść się po tym mieście.
Wbrew temu, co się często mówi, śląskie korki wcale nie należą do najgorszych – są miasta znacznie bardziej zakorkowane, w których poruszanie się jest dużo trudniejsze.


