Tag: polska stolica kultury

  • Kultura jest językiem, który łączy. Rozmowa z Maciejem Stachurą, wiceprezydentem Katowic

    Pierwsze skojarzenie z Katowicami i Śląskiem dla ludzi z innych części Polski, to już nie tylko kopalnie i huty, ale coraz częściej zieleń i…kultura. Już za moment Katowice staną się lokomotywą, która pociągnie całą Górnośląsko-Zagłębiowską Metropolię, bo zbliża się rok 2027, czyli czas, w którym Polska Stolica Kultury zawita własnie do tego regionu.

    Od kilku lat obserwuję taką sytuację, że gdy ktoś przyjeżdża na Targi Książki do Katowic, to wyjeżdżając mówi: „Te Katowice są jednak zielone, a ten Kwartał Kultury jest super. Katowice i kultura to ostatnia rzecz, którą byśmy postawili koło siebie, a jednak jest zupełnie inaczej”. Słyszysz podobne głosy?

    Maciej Stachura, wiceprezydent Katowic: To zależy, kogo zapytamy. Jeśli rozmawiamy z mieszkańcami Katowic, oni tę zmianę mają na co dzień – od kilkunastu lat, odkąd zaszła naprawdę duża transformacja. Zielono było właściwie zawsze, natomiast mocne postawienie na kulturę nastąpiło mniej więcej dwie dekady temu i dla mieszkanek oraz mieszkańców Katowic jest bardzo wyraźne. Dla gości z zewnątrz – szczególnie z Warszawy czy innych dużych miast wojewódzkich, którzy dawno w Katowicach nie byli – to często jest szok. Ciągle funkcjonują stereotypy o górniczym mieście, gdzie „węgiel pada z nieba”. Najlepszy sposób, by z nimi skończyć, to po prostu tu przyjechać, zobaczyć dużą liczbę wydarzeń, w tym Targi Książki, które przyciągają tysiące osób, i przekonać się, że Katowice są miastem nowoczesnym, bardzo zielonym i bardzo mocno stawiającym na kulturę.

    Katowice i Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia jako Polska Stolica Kultury. Co to tak naprawdę oznacza?

    Polska Stolica Kultury to ogromne wyróżnienie. Z jednej strony jest docenieniem tego, jak Katowice i cały obszar metropolii żyją kulturą przez cały rok: ile mamy instytucji, projektów, jak wiele udało się osiągnąć. Z drugiej strony – docenieniem tego, co chcemy zrobić w przyszłym roku.

    Zależy nam, by kultura była „uprawiana” zarówno na poziomie wysokim, jak i bardzo lokalnym. W Katowicach można pójść do NOSPR-u i posłuchać najlepszych orkiestr świata, ale kultura musi wchodzić również w dzielnice, musi być dla każdego człowieka: obraz, muzyka, film, teatr – różnych form jest naprawdę wiele. Chcemy, by każdy miał poczucie, że jest częścią tej stolicy kultury, żeby nie była ona odbierana jako coś elitarnego, przeznaczonego wyłącznie dla wąskiej grupy. Polska Stolica Kultury to także fantastyczna promocja Katowic i całego regionu – pokazanie, że Śląsk kojarzy się nie tylko z górnictwem, ale również z kulturą w bardzo różnorodnym wydaniu.

    Powiedziałeś o elitarności kultury. Hasło Katowic to „Play” – chodzi właśnie o to, żeby kultura nie była tylko dla ograniczonej grupy mieszkańców, ale dla jak największej liczby osób?

    Dokładnie tak. „Play” to zachęta: grajmy, bawmy się razem, czerpmy radość z kultury. Chodzi o jak najszersze zaangażowanie ludzi. To dla nas szansa, by docierać także do mieszkańców metropolii, którzy dziś nie są odbiorcami kultury – z różnych przyczyn. Chcemy pokazać, że kultura ma wiele wymiarów i potrafi wyjść na ulice. Przykładem jest świetny projekt „Letni ogród teatralny”, który współtworzymy z Teatrem Korez i dyrektorem Mirosławem Neinertem – znakomite spektakle pod chmurką, w podcieniach Miasta Ogrodów. To dokładnie taki rodzaj inicjatywy, w której kultura wychodzi do ludzi. W ramach Polskiej Stolicy Kultury chcemy realizować projekty sieciowe, wjeżdżające w dzielnice różnych miast. Liczymy, że dla osób, które nigdy nie korzystały z oferty kulturalnej, będą one „haczykiem” – czymś, co zachęci do dalszego uczestnictwa.

    Siłą rzeczy Katowice będą lokomotywą całego tego kulturalnego pociągu. Jak wygląda współpraca z innymi miastami, ze Śląska i Zagłębia, w ramach Polskiej Stolicy Kultury?

    Współpraca wygląda bardzo dobrze. Katowice są liderem, największym miastem, ale robimy to wspólnie – to nie jest „Katowice i reszta świata”, tylko „Katowice i 40 innych gmin”. Wśród nich są duże miasta o bardzo rozkręconym życiu kulturalnym: Tychy, Gliwice, Sosnowiec, Bytom – każde może się czymś ciekawym pochwalić.

    To pokazuje, że kultura jest językiem, który łączy. Każde miasto ma swoje instytucje kulturalne, ludzi związanych z kulturą – bardzo szybko znajdujemy wspólny język. Mamy szczęście, że Katowice Miasto Ogrodów, nasza miejska instytucja kultury, będzie jednostką prowadzącą i scalającą całość. Dyrektor Łukasz Kałębasiak podkreśla, że współpraca z innymi miastami jest znakomita, miasta wystawiają świetne zespoły i będą tworzyć wydarzenia także u siebie.

    Gdyby każda formuła współpracy w metropolii wyglądała tak dobrze jak ta w obszarze kultury, bylibyśmy dużo bliżej idei jednego miasta niż dziś.

    Katowice, fot: smakksiazki.pl

    Czy Polska Stolica Kultury sprawia, że śląsko–zagłębiowskie niesnaski odkładamy do kieszeni, przynajmniej na 2027 rok?

    W praktyce odkładamy je na zawsze – już zostały odłożone. Oczywiście różne żarty nadal się pojawiają, ale staramy się podchodzić do tego tematu projektowo i z przymrużeniem oka. Przykładowo prezydenci Marcin Krupa i Arkadiusz Chęciński wspólnie pokazywali paszporty wydane przez Sosnowiec – wszyscy się śmieją, że żeby pojechać „za granicę”, trzeba mieć paszport. Organizowaliśmy też wspólne regaty w Katowicach tuż przy granicy z Sosnowcem. To pokazuje, że potrafimy się razem bawić i wykorzystać nawet stereotypy do wspólnej promocji.

    Co Katowice i cały region mogą dać Polsce? Czego Polska może się o nas dowiedzieć, o czym jeszcze nie wie, mimo że mamy ogromne sukcesy w literaturze, teatrze i właściwie każdej dziedzinie kultury?

    W każdym obszarze kultury mamy w Katowicach kwestie, osoby i miejsca, które albo są anonimowe dla reszty Polski, albo nikt nie kojarzy ich z naszym regionem. Ostatnio rozmawiałem z kolegą z innej części kraju, który kompletnie nie wiedział, że Kazimierz Kutz kręcił u nas sporo filmów – to przykład, jak wiele rzeczy trzeba przypomnieć. Dotyczy to filmu, malarstwa, muzyki. W Katowicach mamy na przykład Grupę Janowską – znakomitą grupę malarzy prymitywistów, których obrazy osiągają już bardzo wysokie ceny wśród znawców sztuki, a mimo to niewielu w Polsce o nich wie. Region stoi tradycjami muzycznymi; samo miasto ma tytuł Kreatywnego Miasta UNESCO w dziedzinie muzyki.

    Jest też Alfred Szklarski, urodzony w Chicago, a bardzo związany z Katowicami – w Galerii Artystycznej ma swoje popiersie. Tych twórców i twórczyń związanych z regionem jest naprawdę sporo, a Stolica Kultury będzie szansą, by ich pokazać.

    Czy możemy już powiedzieć coś konkretnego o tym, co będzie się działo od stycznia 2027 roku?

    Na razie nie chcemy zbyt wiele zdradzać. Kończymy prace programowe – wiemy już mniej więcej, jakie projekty chcemy realizować. Jesteśmy jednak w innej sytuacji niż Bielsko-Biała, która w tym roku jest Polską Stolicą Kultury i jako jedno miasto „dogaduje się sama ze sobą”. My musimy się porozumiewać w dużo większym gronie.

    Rozmawiamy z Polską, z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Planujemy zarówno bardzo duże, masowe projekty – na pewno wykorzystamy NOSPR i Stadion Śląski – jak i działania obwoźne, związane ze śląskimi tradycjami, które zawitają do każdej gminy. Chcemy, by np. specjalne auto z ciekawą atrakcją przemieszczało się po metropolii, docierało do większości dzielnic i oferowało różne formy uczestnictwa w kulturze.

    Tych dużych wydarzeń będzie sporo, a do tego dojdą setki inicjatyw w dzielnicach. W Katowicach zależy nam szczególnie na pokazywaniu twórców, którzy nie są jeszcze bardzo rozpoznawalni – choćby świetnie rokującej młodzieży. Mamy konkurs muzyczny „Kato Gwiazdy”; po przesłuchaniach finałowych razem z prezydentem byliśmy zachwyceni, jak zdolną mamy młodzież. Polska Stolica Kultury ma być przestrzenią, w której młodzi artyści pokażą swoją sztukę, podobnie jak lokalne grupy malarskie z Giszowca, Zawodzia czy Nikiszowca.

    Jesteś wiceprezydentem Katowic. Rozmawiając na co dzień z mieszkańcami, masz poczucie, że kultura jest dla nich coraz ważniejsza? Ja mogę mówić głównie o literaturze – książka nie jest produktem pierwszej potrzeby. Czy mieszkańcy rzeczywiście chętniej korzystają z kultury?

    Podałeś dobry przykład z książką – to wymagająca forma kultury. W przebodźcowanym świecie dużo łatwiej jest obejrzeć film, włączyć Netflixa albo iść do kina, nawet na arcydzieło filmowe, niż otworzyć książkę.

    Kultura jest jednak kluczowa dla jakości życia w mieście. Kiedy mamy zabezpieczone podstawowe potrzeby – jedzenie, dach nad głową, pracę, szkołę – o tym, jak nam się żyje, decyduje to, co robimy w czasie wolnym. To nie tylko sport czy parki, ale właśnie szeroko rozumiana kultura. Widzimy ogromne zapotrzebowanie na kulturę w dzielnicach. Katowice są jednym z niewielu miast w Polsce, gdzie rozbudowuje się sieć bibliotek i domów kultury. W zeszłym roku oddaliśmy duży, nowoczesny dom kultury na osiedlu Witosa, powstała filia domu kultury na osiedlu Paderewskiego, a także nowe filie biblioteki publicznej.

    Chcemy, by kultura była blisko – to realizacja idei „15-minutowego miasta”, w którym większość rzeczy mamy w zasięgu krótkiego spaceru. Jeśli do domu kultury mamy 500 metrów, a nie pół godziny jazdy, dużo chętniej z niego korzystamy.

    Czytelnictwo w katowickich bibliotekach jest całkiem dobre, m.in. dlatego, że kupujemy bardzo dużo nowości – kilka tysięcy pozycji rocznie. W czasach, gdy książki nie są tanie, a część osób ledwo wiąże koniec z końcem, możliwość wypożyczenia nowości ma ogromne znaczenie. Udział mieszkańców w kulturze jest wysoki i moim zdaniem rośnie, choć wszyscy nadal mamy sporo do zrobienia, żeby zachęcić tych, którzy z oferty nigdy nie korzystali.

    www.unsplash.com/Patrick Tomasso

    Jak Ty korzystasz z kultury – prywatnie i zawodowo?

    Prywatnie przede wszystkim korzystam z bibliotek. Moja ulubiona to biblioteka anglojęzyczna przy ulicy Słowackiego – trudno kupić niektóre tytuły w Katowicach, sprowadzanie przez eBay potrafi długo trwać, a tam można je po prostu wypożyczyć. Razem z żoną i rodziną bardzo lubimy NOSPR, chętnie zaglądamy też do domów kultury, kiedy organizują ciekawe projekty czy spotkania z autorami lub reżyserami. Zawodowo uczestniczę właściwie we wszystkich obszarach życia kulturalnego miasta – ostatnio choćby w „Letnim ogrodzie teatralnym”. To bardzo przyjemne, kiedy można połączyć obowiązki zawodowe z czymś, co daje dużo radości; ktoś może uznać pracę w piątek o 21:00 za mało atrakcyjną, ale kiedy wychodzisz na scenę obok Mirosława Neinerta, nabiera to zupełnie innego wymiaru.

    Na koniec muszę zapytać o książki. Co masz na tzw. „hałdzie wstydu” – odkładanych pozycjach, które być może kiedyś przeczytasz, a być może nigdy?

    Ta półka wstydu niestety ciągle rośnie. Targi książki zupełnie w tym nie pomagają – zawsze obiecuję sobie, że nic nowego się nie pojawi, a potem wracam z kolejnymi świetnymi tytułami.Ostatnio czytałem znakomitą książkę Andrzeja Dragana „AI. Quo vAIdis” o rozwoju sztucznej inteligencji – napisaną tak, że nawet humanista zrozumie złożoność algorytmów. Z wykształcenia jestem dziennikarzem i politologiem, więc uwielbiam książki o geopolityce; większość z nich jest naprawdę bardzo dobra. Mam też słabość do książek o samorozwoju – kolejny raz czytam „Atomowe nawyki” Jamesa Cleara i jeśli ktoś nie czytał, szczerze polecam. Krótko mówiąc: mam z czego wybierać, a półka wstydu będzie się chyba jeszcze długo rozrastać.

  • Kolejna książka to kryminał rozgrywający się w Katowicach. Rozmowa z Magdaleną Majcher

    Katowice i Górnośląsko – Zagłębiowska Metropolia będą w 2027 roku Polską Stolicą Kultury. Co nasze region może dać Polsce? Czym możemy się pochwalić, w czym jesteśmy nieźli? W najbliższym czasie przeczytacie kilka rozmów z ludźmi kultury związanymi z Katowicami, Zagłębiem, regionem. Cykl jest finansowany przez Miasto Katowice. Pierwszą bohaterką jest Magdalena Majcher, pisarka pochodząca z Czeladzi, ale od lat mieszkająca w Katowicach.

    Rok 2027 – Katowice staną na czele miast regionu, które będą Polską Stolicą Kultury. Co, Twoim zdaniem nasz region może dać Polsce? Ty sama łączysz w swoim życiu Śląsk i Zagłębie, więc jesteś idealną adresatką tego pytania. 

    Możemy dać bardzo wiele: język, folklor, koloryt, historię, ale też nadzieję związaną ze zmianą tożsamości regionu. Śląsk jest dla mnie niezwykle inspirujący właśnie dlatego, że w ostatnich kilku dekadach całkowicie zmienił kierunek, w którym podąża. Widać tę zmianę nie tylko w architekturze czy w tym, co zobaczymy po wyjściu z dworca w Katowicach, ale przede wszystkim w rosnącej otwartości na to, co przychodzi z zewnątrz.

    Katowice, fot: smakksiazki.pl

    Dziś nie jesteśmy już tak zamknięci na to, co napływowe – ja sama jestem tego najlepszym przykładem. Kiedy prawie dziesięć lat temu przeprowadziłam się z Zagłębia na Śląsk, miałam poczucie, że przyjeżdżam jako „gorolica”, że nigdy nie będę „swoja”. W innych regionach, jak na Pomorzu, po premierze sagi nadmorskiej słyszałam od czytelniczek: „Ty już jesteś nasza”, ale tutaj ten proces był trudniejszy. Mimo to z czasem usłyszałam od Ślązaków w bibliotekach i od czytelników, że jestem „ich” – i to jest dla mnie podwójnie ważne, bo Śląsk przez lata był bytem trochę odrębnym, a dziś tę zmianę czuję bardzo mocno.

    Czujesz się już tutaj „u siebie”?

    Tak. Nigdy nie nazwałabym się Ślązaczką, bo urodziłam się po drugiej stronie Brynicy, ale mówię o sobie, że jestem „oswojoną gorolicą”, która oddała Śląskowi całe swoje serce pochodzące zza rzeki. To nie jest oczywisty związek – wychowywałam się wśród krzywdzących stereotypów na temat Ślązaków, a dzieci ze Śląska mojego pokolenia dorastały w stereotypach na temat ludzi z Sosnowca czy Czeladzi.

    Dziś te animozje nie są już tak silne jak kiedyś; mam wrażenie, że obecne są głównie w środowiskach kibicowskich albo bardzo konserwatywnych. Tak naprawdę silny związek ze Śląskiem poczułam dzięki moim książkom – kiedy Śląsk zaczął mnie mocno inspirować literacko, gdy rodziły się pierwsze pomysły na powieści związane z historią regionu albo kryminały osadzone społecznie w latach 90. i na początku XXI wieku. Ten związek nie powstał „z książek”, ale z odpowiedzi lokalnych czytelników, którzy mówili: „to są nasze wspomnienia, to jest nasz Śląsk”.

    Masz poczucie, że Twoje doświadczenia z dzieciństwa też zbliżają Cię do tej śląskiej perspektywy?

    Bardzo. Na jednym z festiwali literackich padło pytanie: „Jakie jest nasze pierwsze wspomnienie, co widzimy, gdy wyobrażamy sobie trawę na Śląsku?”. Pomyślałam wtedy, że może nie powinnam odpowiadać, a potem uświadomiłam sobie, że ja też biegałam po hałdach. Wychowywałam się w Czeladzi na Piaskach, obok kopalni, w której mój dziadek przepracował większość życia. Między czeladzkimi Piaskami a sosnowieckimi Milowicami były i są hałdy – zrewitalizowane, ale kiedyś trawy tam było niewiele, dominowała czarna ziemia. Gdy pominiemy język, architekturę czy szczegóły historii i geografii, okaże się, że codzienne życie tych regionów, Śląska i Zagłębia, było do siebie o wiele bardziej podobne, niż chcemy to przyznać.

    Śląsk jako kopalnia kryminalnych historii

    Wspomniałaś o swojej serii kryminalnej osadzonej na Śląsku. Śląsk to wciąż kopalnia – ale dziś bardziej tematów niż węgla?

    Zawsze powtarzam, że Śląsk jest niewyczerpalną kopalnią pomysłów. Nigdy nie interesowały mnie łatwe relacje – Śląsk jest trudniej kochać niż choćby Podhale czy nadmorskie krajobrazy. Tam natura od razu uderza majestatem, tu trzeba się trochę „pobrudzić”, podrapać, żeby zdrapać wierzchnią warstwę i dokopać się do nieoczywistego piękna.

    Śląsk inspiruje mnie dlatego, że ma setki obliczy i każde jest prawdziwe. Nie ma jednej uniwersalnej definicji śląskości – przekonanie to utwierdziła we mnie między innymi lektura książki Zbigniewa Rokity „Kajś”, poświęconej szukaniu odpowiedzi na pytanie, czym ta śląskość jest. Pisząc serię „Kryminalny Śląsk”, staram się, by każdy tom był osadzony w trochę innych realiach i pokazywał inne oblicze regionu.

    Jakie oblicza Śląska pokazujesz w kolejnych częściach serii?

    W „Bajltu”, pierwszej powieści serii, mamy Śląsk poprzemysłowy, zaniedbany, trudny – dzielnice, na których przemysł odcisnął ciężkie piętno, gdzie w latach 90. transformacja przyniosła biedę, bezrobocie, alkohol i przemoc. We „Freli” pokazuję Śląsk artystyczny – środowisko Teatru Śląskiego, największej sceny dramatycznej Górnego Śląska, oraz Paktofonikę, legendę polskiego hip hopu z katowickich Bogucic.

    W „Rechtorce” towarzyszymy bardziej rodzinnemu Śląskowi – trochę konserwatywnemu, z zasadą „nie mów nikomu, co się dzieje w domu”, ale też z ważnym wątkiem szkolnictwa, już bardziej uniwersalnym niż ściśle śląskim. W planach mam czwartą część, która pokaże kolejne, zupełnie inne oblicze Śląska – czasem żartuję, że mogłabym ten cykl ciągnąć latami, bo w każdej powieści mógłby występować inny Śląsk. Wiem jednak, że trzeba umieć ze sceny zejść.

    Miasto jako mapa kryminalnej wyobraźni

    Po trzech książkach i tylu literackich spacerach po mieście – masz poczucie, że przekopałaś się już przez historię i mapy Katowic na tyle, by móc oprowadzać wycieczki?

    Oprowadzanie wycieczek to chyba za dużo powiedziane, ale rzeczywiście zorganizowałam z Miejską Biblioteką Publiczną w Katowicach literacki spacer śladami Borysa Dyrdy, mojego bohatera. Zaczęliśmy od wieżowca przy ulicy Ordona, gdzie Borys mieszka, potem zeszliśmy aleją Korfantego. Opowiadałam czytelnikom, jak te miejsca zmieniły się od czasu akcji książek – pierwszy tom dzieje się w 1998 roku, drugi w 2000, trzeci w 2001.

    Przeszliśmy także w stronę Urzędu Miasta, gdzie kiedyś mieścił się Dom Prasy Śląskiej – tam mój bohater pracował jako dziennikarz „Dziennika Zachodniego”. Mieszkam w Katowicach od prawie dekady i ciągle uczę się czegoś nowego o tym mieście, więc nie nazwałabym siebie „specjalistką od wszystkich historii”. Ale oprowadzać śladami moich książek – to już się dzieje i jeszcze się zadzieje.

    Magdalena Majcher

    Serial „Ołowiane dzieci” i trudne dziedzictwo huty

    Teraz dotkniemy tematu, który był jeszcze nie tak dawno kontrowersyjny. Jak oceniasz serial „Ołowiane dzieci”? Jak został pokazany w nim Śląsk?

    Wiem, że wielu Ślązaków miało pretensje, że serial pokazał Śląsk jako zacofany – czytałam artykuły, widziałam, jaką burzę to wywołało. Ja będę tu bronić twórców, bo znam tę historię i rozumiem ich perspektywę. Trzeba mieć świadomość, że przedstawione tam osiedle robotnicze w bezpośrednim sąsiedztwie huty nie jest „całym Śląskiem”, tylko konkretnym miejscem żyjącym w cieniu przemysłowego zakładu.

    Takie dzielnice borykały się i wciąż borykają ze specyficznymi problemami. Pracując nad „Doktórką od familoków”, rozmawiałam z dr Wadowską Król i zapytałam, czy uważa, że współczesne Szopienice czy Burowiec są takie właśnie przez wieloletnią obecność huty. Nie wahała się ani chwili i odpowiedziała: „Oczywiście, że tak.”

    Jakie skutki tej obecności huty są dla Ciebie najważniejsze, gdy myślisz o tych miejscach?

    Ołów powoduje ogrom problemów zdrowotnych – od anemii, bólów brzucha i głowy, uszkodzeń narządów wewnętrznych i kości, po uszkodzenia układu nerwowego. Ołów obniża IQ, zaburza koncentrację, pamięć, dlatego nieprzypadkowo szkoła specjalna w Katowicach powstała właśnie w Szopienicach i była stale przepełniona. Profesor Grzegorz Dziubanek ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego podkreślał w rozmowie ze mną, że ołów w pierwszej kolejności uderza w układ nerwowy, co ma konsekwencje dla całych pokoleń. Mieszkańcy ulicy Rzemieślniczej – dziś to skwer Hilarego Krzysztofiaka – często rodzili się, dorastali, zakładali rodziny i umierali w tym samym miejscu, przez całe życie poddawani toksycznemu działaniu ołowiu.

    To nie jest opowieść o jednym czy dwóch pokoleniach, tylko o czterech–pięciu generacjach ludzi, którym odebrano szansę na równy start. W tym kontekście serial pokazuje pewien wycinek rzeczywistości, a nie całą złożoność Śląska.

    Wiele osób zarzucało serialowi, że zbyt luźno traktuje fakty. Jak Ty widzisz proporcję między dokumentem a fikcją?

    Myślę, że trzeba pamiętać, że „Ołowiane dzieci” są bardzo luźno inspirowane prawdziwymi wydarzeniami – obejrzałam cały serial i naprawdę niewiele ma on wspólnego z dokumentalną rekonstrukcją historii. To raczej alternatywna wersja tego, jak te wydarzenia „mogłyby” wyglądać niż zapis tego, jak było. Tak należy do tego serialu podchodzić – jak do kreacji artystycznej, a nie do dokumentu.

    Uważam jednak, że dobrze, iż powstał, bo żadna książka ani artykuł, ani wywiad nie mają takiego zasięgu jak serial na Netflixie. Mam nadzieję, że będzie bodźcem do poszerzania wiedzy, do szukania źródeł i odpowiedzi.

    Jak, Twoim zdaniem, zareagowałaby na serial dr Wadowska Król, gdyby doczekała jego premiery?

    Myślę, że na pewno miałaby uwagi. Ostatnio słuchałam wywiadu z jej wnuczką, Agnieszką Cygan, która brała czynny udział w powstawaniu serialu i sama stwierdziła: „Jola na pewno miałaby dużo uwag”. Uśmiechnęłam się, bo pani doktor była bardzo skrupulatna, jeśli chodzi o przedstawianie ołowicy.

    Była osobą niezwykle inteligentną i świadomą, więc zrozumiałaby, że serial jest artystyczną kreacją inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami. Jednocześnie na pewno mówiłaby: „Ale to nie do końca było tak”. Pamiętam sytuację, gdy w tekście poświęconym książce użyto sformułowania, że „przy przydziale mieszkań współpracowała z hutą”. Zadzwoniła wtedy do mnie oburzona: „Jak to, współpracowała z hutą? Huta była zawsze moim najgorszym wrogiem, ja z nią wojowałam!”.

    Rzeczywiście dostarczała listy najbardziej potrzebujących rodzin – huta organizowała mieszkania, ale to ona decydowała, która rodzina otrzyma je w pierwszej kolejności. I właśnie o taką precyzję w opisie historii zawsze jej chodziło.

    Następna książka: współczesne Katowice

    Czy Twoja kolejna książka również będzie miała Śląsk w tle?

    Tak, kolejna książka też będzie osadzona na Śląsku. To kryminał rozgrywający się współcześnie w Katowicach. Doszłam do wniosku, że skoro w „Kryminalnym Śląsku” utrwaliłam wszystkie możliwe stereotypy dotyczące Katowic – brzydotę, brud, zaniedbane centrum, odpadające łuski ze Spodka, problemy z bezpieczeństwem – to teraz muszę te stereotypy trochę „odczarować”.

    Chcę pokazać Katowice takimi, jakie są dziś. Uważam, że to miasto jest piękne i z roku na rok pięknieje. Dużo jeżdżę po Polsce na spotkania autorskie i targi książki, więc nie patrzę na Katowice przez różowe okulary, widzę też rzeczy, które „nie grają”. Ale na tle wielu polskich miast Katowice naprawdę się wyróżniają – mamy się czym pochwalić, miło jest po prostu przejść się po tym mieście.

    Wbrew temu, co się często mówi, śląskie korki wcale nie należą do najgorszych – są miasta znacznie bardziej zakorkowane, w których poruszanie się jest dużo trudniejsze.