Każdy pretekst jest dobry, aby sięgnąć po książkę. Tak jest i w wakacje. Nie ma, że zmęczenie i urlop. Wokół nas pełno wydarzeń kulturalnych i festiwali. Na jednym z nich będzie szczególnie ciekawie.
Dwunasta edycja OFF Festivalu, oprócz muzyki granej na czterech scenach po raz kolejny zaprasza do Kawiarni Literackiej. To oddzielna przestrzeń do spotkań z pisarzami i pisarkami i dyskusji na tematy książkowe i nie tylko. Literatura od początku była ważnym elementem tego wydarzenia ze względu na powiązania twórców z różnymi dziedzinami sztuki. Poprzedni kuratorzy Kawiarni: Wojciech Kuczok i Krzysztof Varga co roku zapraszali na festiwal ważnych i cieszących się popularnością pisarzy, którzy traktowani byli zawsze niczym rockowe gwiazdy. I dobrze, bo pisanie to introwertyczna czynność, warto więc czasem wyjść do ludzi i rozprostować kości.
W tym roku kuratorką została niżej podpisana, a oficjalnym partnerem nie jest już Instytut Książki lecz sieć księgarni. Dobra zmiana została zastąpiona komercyjnym przedsięwzięciem. Takie czasy.
Dokładny plan lekcji znaleźć można na stronie OFF-u, chciałabym więc skupić się na tym, co jest często dyskutowane w środowisku osób aktywnie korzystających z kultury lub bezpośrednio związanych z rynkiem wydawniczym. Coroczne lamenty przy okazji ogłoszenia wyników badania czytelnictwa sprawiają, że zastanawiamy się, w jaki sposób zająć się promowaniem czytelnictwa i czy w ogóle to określenie nie jest przypadkiem wydmuszką i nowomową bez treści.
Festiwaloza, czyli skupianie się na jednorazowych wydarzeniach, jest często krytykowana za to, że nie stanowi długoplanowego działania na rzecz czytelnictwa. Jest błyskiem, literacką chwilówka obliczoną na kilkunastominutowy aplauz. Do tego: skierowaną do i tak przekonanych osób, które wiedzą, gdzie jest najbliższa im księgarnia. Czyli mówiąc wprost: czytają książki. Po co więc dodatkowe koszty na to, aby brandzlować się we własnym gronie?
Otóż sprawa nie jest taka oczywista. Po pierwsze: nie ma nic złego w tym, że ludzie lubiący książki spotykają się i o książkach rozmawiają. Nerdom też się należy coś od życia. Po drugie: nie jestem pewna, czy rzeczywiście wszyscy pilnie sięgają po lekturę. Czasami deklaratywność nie pokrywa się z realiami i ci, którzy chcieliby być postrzegani jako mole książkowe wolą siedzieć na Netflixie niż ślinić palce przy kolejnym tomie uczonych tyrad czy choćby kryminalnym hicie. Po trzecie: nachalnej promocji czytelnictwa nigdy dość. To nie jest tak, że skoro przeprowadzimy kampanię społeczną za pieniądze podatników/unio europejsko/crowfunding czy spadek po bogatym wujku to rewolucja dokona się raz na zawsze. Trzeba, jak mówił klasyk, siać i siać aż do znudzenia i samym sobie przypominać, że bieganie wzrokiem z lewa na prawo jest czynnością umilającą życie, rozwijającą wyobraźnię a nade wszystko uspokajającą skołatane nerwy.
Dlatego też jestem entuzjastką działania z zaskoczenia, sprytnie i podprogowo. Człowiek jedzie wystylizowany na muzyczne pląsy a tu – bach – trafia na spotkanie autorskie. Idzie sobie po piwo do baru, a na nim leżą książki do sprzedania. Próbuje rozejrzeć się w celach matrymonialnych a tam regały z książkami. Nie ma wyjścia, zwykle oczy same wędrują za literami składając je w poszczególne słowa. I bardzo dobrze – to znaczy, że haczyk zadziałał. Podstępne przemycanie literatury w muzycznych kręgach może przynieść kolejne ofiary czytelnictwa charakteryzujące się przekrwionymi oczami i debetem na karcie po wizycie w księgarni.


