Tag: koronawirus w literaturze

  • „Kryminał może paść ofiarą koronawirusa”. Felieton Wojciecha Chmielarza

    584 nowe przypadki koronawirusa w Polsce, drugi największy wzrost dobowy, największy wynik od początku czerwca. Chyba możemy już powiedzieć, że epidemia wcale się nie skończyła i zacząć zastanawiać, co zrobić dalej.Piszę te słowa w sobotę 25 lipca. Podejrzewam, że w niedzielę wynik będzie niższy, tak jak zazwyczaj w niedzielę. W poniedziałek, kiedy Państwo będzie czytać ten tekst, również powinniśmy mieć mniej nowo odkrytych przypadków. Od początku epidemii bowiem w te dni obserwujemy spadki, co wynika z rytmu pracy laboratoriów, a wzrosty zaczynają się zazwyczaj od wtorku. Ale patrząc na liczby możemy już śmiało powiedzieć, że epidemiologicznie niewiele się w Polsce zmieniło od czerwca czy maja.

    Piszę o tym wszystkim w kontekście mojej aktywności pisarskiej oraz ogólnie pojętego życia festiwalowego w Polsce. Bo mam rozdarte serce. Z jednej strony chciałbym wyruszyć już w trasę, Spotkać się z Państwem, porozmawiać, opowiedzieć o książkach, które napisałem i o tych, które chcę napisać. Z drugiej strony, te ponad pięćset przypadków, w większości województw wskaźnik reprodukcji wirusa wynosi powyżej jednego (co oznacza, że epidemia jest ciągle w fazie wzrostowej), a zachorowało co najmniej siedemnaście osób, które brały udział w imprezie na katamaranie – a to są informacje tylko z tej nieszczęsnej soboty.

    koronawirus, fot: www.unsplash.com/CDC

    Sam postanowiłem już kilka tygodni temu, że zawieszam swoją aktywność spotkaniową do końca września. Wyjątkiem mogą być tylko spotkania na świeżym powietrzu (chociaż i tutaj mam pewne wątpliwości). Wydawało mi się, że do tego momentu sytuacja się wyjaśni i będę wiedział, na czym stoimy. W domyśle, będzie już na tyle bezpiecznie i na tyle spokojnie, że będzie można organizować spotkania. No cóż… Teraz, pod koniec lipca wszystko wskazuje na to, że bezpiecznie nie będzie. Jakoś nie potrafię znaleźć żadnego powodu, dla którego miałaby spać przez te dwa miesiące liczba nowych zachorowań. A do koronawirusa dojdzie jeszcze znana, swojska, ale przecież także niebezpieczna grypa.

    W tym momencie zadaję sobie pytanie nie tylko o swoje bezpieczeństwo, bo to uważam, mówiąc szczerze i grzesząc przy tym arogancją, za najmniej istotne. Jestem w miarę młodym, zdrowym facetem, który prawdopodobnie przejdzie tę chorobę w miarę łagodnie. Moje obawy dotyczą przede wszystkim Państwa. Oczywiście, wiem, że na spotkaniach organizatorzy zapewniają przestrzeganie wszystkich możliwych rygorów sanitarnych. Ale znowu, wiadomość z dzisiaj, żadne półtora metra nie gwarantuje bezpieczeństwa. Nawet dwa metry. Naukowcy z Niemiec opublikowali pracę, z której wynika, że jeden z chorych zarażał osoby, które stały nawet osiem metrów od niego. Czy w tej sytuacji mam w ogóle prawo ryzykować Państwa zdrowiem?

    A równocześnie mam poczucie pewnej hipokryzji. Bo odbyłem już dwie rozmowy z organizatorami festiwali kryminału, którym powiedziałem jedno i to samo – ja nie przyjadę, ale super, że robicie tę imprezę. Super, bo zdaję sobie sprawę, że ten syf z nami zostanie na długo, a najprawdopodobniej na zawsze. Musimy nauczyć się z nim żyć i tyle, a nie da się całego życia, szczególnie życia kulturalnego, przenieść do internetu. Ale czuję na sobie ciężar pewnej odpowiedzialności. Mam świadomość, że od moich wyborów może zależeć Państwa zdrowia. A równocześnie cały czas się zastanawiam, czy przesadnie nie panikuję. Być może powinienem machnąć na to wszystko ręką i po prostu robić swoje. Co będzie, to będzie. Ale chyba nie jestem jeszcze na to gotowy.

    fot: www.unsplash.com/Mika Baumeister

    I tak sobie myślę, że tak właśnie będzie wyglądało nasze życie w najbliższych miesiącach, a zapewne i latach. Cały czas będzie nam towarzyszył niepokój. Cały czas będziemy się zastanawiać, czy nie przyjdzie ktoś z wirusem na spotkanie autorskie, do sklepu, w którym robimy zakupy, na koncert czy nawet do pracy. Szczerze rzecz mówiąc, zastanawiam się, jak na to wszystko odpowie literatura. I postawię nieśmiałą hipotezę, że być może kolejną ofiarą koronawirusa będzie uprawiany właśnie przeze mnie gatunek. Bo kryminał rozkwita w społeczeństwach, która są bezpieczne i względnie zamożne. Co jest naturalne, bo lubimy się bać tylko wtedy, kiedy strach jest dla nas emocją niecodzienną i wiemy, że minie wtedy, kiedy odłożymy książkę lub wyłączymy telewizor. Nie potrzebujemy go, kiedy towarzyszy nam nieustannie, przy każdym wyjściu z domu. Co więc zamiast kryminału? Sam jestem ciekaw. Ja stawiam na fantastykę. Kiedy świat za oknem jest nieprzyjemnym miejscem, fajnie jest uciec do jakiegoś wymyślonego neverlandu, gdzie wszystko jest prostsze i łatwiejsze.

    Trzymajcie się Państwo zdrowo. Uważajcie na siebie. Noście maseczki. Trzymajcie dystans. I do zobaczenia, im szybciej, tym lepiej.

    Wojciech Chmielarz

  • „Nie pękajmy”, felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Dobra wiadomość jest taka, że koronawirus nie zabije rynku książki. Zła, że to koniec dobrych wiadomości na dzisiaj. Prawie.

    Wątpliwy urok pandemii polega na tym, że na każdego jakoś oddziałuje. Częściej źle, rzadziej dobrze. Rynek książki znajduje się mniej więcej pośrodku skali. Firmy z branży wydawniczej nie mają tak różowo jak te, które zajmują się telemedycyną, oferują edukację i rozrywkę online albo specjalizują się w organizowaniu webinarów czy wideokonferencji. Ale też nie są w gorzej sytuacji od spółek z branży urody, eventowej, sportowej, turystycznej, lotniczej czy kinowej. Te praktycznie z dnia na dzień straciły wszystkie źródła przychodu i w żaden sposób nie mogą ich zastąpić. Barber nie wyrówna brody na odległość. Hotelarz nie zakwateruje wirtualnych turystów. Piłkarz może pożonglować papierem toaletowym i zamieścić swój wyczyn w sieci, ale klub raczej mu za to nie zapłaci.

    www.unsplash.com/Erik Mclean

    Rynek książki ma możliwość ucieczki – do Internetu. W stronę audiobooków, ebooków i zamówień online. Pod tym względem przypomina chociażby sektor gastronomiczny. Konsumpcja w restauracjach jest odpowiednikiem kupowania książek w księgarniach stacjonarnych, a dostawy posiłków do domu to ekwiwalent literackich zakupów w sieci. W obu branżach rentowność jest podobna, a więc niezbyt imponująca. Obie mają pewne możliwości przeciwdziałania kryzysowi, ale wobec silnie utrwalonych przyzwyczajeń konsumentów są to próby minimalizowania strat niż ucieczki od peletonu.

    W branży literackiej też będą zwycięzcy. Po tej stronie prawdopodobnie znajdą się cyfrowi dystrybutorzy treści w typie Legimi czy Storytela. Ich wyniki nie zostaną storpedowane przez obostrzenia dotyczące wychodzenia z domu i prowadzenia działalności gospodarczej w punktach stacjonarnych. Kryzys przetrwają też duzi gracze, którzy posiadają spore zapasy gotówki albo mają gdzie szukać oszczędności. Najmocniej oberwą najmniejsi i nieinternetowi – niezrzeszone w sieciach księgarnie i niszowe oficyny wydawnicze. W ciągu paru minionych tygodni prawdopodobnie straciły szansę na zakończenie roku z zyskiem. W ciągu kilku następnych będą walczyć o przeżycie. Jeżeli lockdown potrwa do lata albo dłużej, wiele z tych biznesów upadnie. Raczej nie pomoże im tarcza antykryzysowa, która w ocenie większości przedsiębiorców jest wytworem dyktopodobnym. Trudno też liczyć na niespodziewaną państwową interwencję, ponieważ z politycznego punktu widzenia branża literacka jest bez znaczenia.

    Względnie bezboleśnie mogą z tego wszystkiego wyjść pisarze. Oberwą – to jasne. Części straci trochę kasy z tytułu odwołanych spotkań autorskich i innych okołopisarskich aktywności. Nie sądzę, żeby któryś mógł się spektakularnie wzbogacić w czasach, gdy premiery książek są masowo przekładane. Ale przecież gros autorów – w tym ja – nie utrzymuje się wyłącznie z pisania (czy jak mówi Wojciech Chmielarz – z bycia pisarzem). Dla większości z nas pieniądze z szeroko rozumianego życia literackiego stanowią tylko dodatek do pensji. Dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści procent łącznych dochodów.

    Poza tym koronawirus nie torpeduje pracy pisarskiej. Podczas kwarantanny możemy nieskrępowanie wymyślać, bazgrać czy redagować, tym samym budując kapitał literacki na przyszłość. Dzisiejsze straty da się odrobić jutro. Tak więc dobrze, że niektórzy martwią się o pisarzy, dobrze, że istnieje Unia Literacka, która organizuje zrzutkę dla najbardziej potrzebujących autorów (klik), ale sam znacznie bardziej przejmuję się losem eventowców, kosmetyczek, trenerów personalnych, joginów czy właścicieli agroturystyki.

    www.unsplash.com/Patrick Tomasso

    Pandemiczny lament nie powinien przysłonić znacznie większego ryzyka dla rynku. Wirus to zmartwienie na kilka (miejmy nadzieję) miesięcy, natomiast długofalowo literatura musi się mierzyć z zagrożeniem ze strony nowych zjawisk konsumpcyjno-rozrywkowych. Wydawcy, księgarze i literaci toczą niewidzialną wojnę o odbiorców – zwłaszcza tych najmłodszych – z platformami streamingowymi, grami komputerowymi, Tik-Tokiem czy innymi YouTube’ami. I niestety ewidentnie przegrywamy walką o ich uwagę. Rozkwit literatury bazującej na silnych stymulantach (na przykład obozowej czy erotycznej) jest jakąś odpowiedzią na trendy konsumenckie, ale niepokojąco przypomina wołanie o pomoc.

    Na szczęście z tej kwarantannowej smuty może też wyniknąć coś dobrego. W końcu wszyscy gracze z rynku książki dwoją się i troją, aby zachęcić do czytania Polaków od tygodni parciejących w domach. Jest więc cień nadziei, że czytelnictwo wreszcie wzrośnie. Tym bardziej że przed wybuchem pandemii wydarzyło się w tej kwestii sporo dobrego: Olga Tokarczuk dostała Nobla, serialowy „Wiedźmin” napędził sprzedaż książek Andrzeja Sapkowskiego, producenci filmów i seriali zaczęli regularnie schylać się po utwory polskich autorów, a Remigiusz Mróz i Blanka Lipińska wciągnęli do czytelniczej zabawy tych, którzy przedtem omijali książki szerokim łukiem.

    Może się zatem okazać, że za kilka miesięcy ocaleni z apokalipsy wydawcy i księgarze dostaną rynek, o którym marzyli: z większą liczbą czytelników i uszczuploną konkurencją. To oczywiście scenariusz ultraoptymistyczny. Wariant skrajnie negatywny jest taki, że owocem zdziesiątkowanej gospodarki będą miliony ludzi, których w ogóle nie będzie stać na książki. A najprawdopodobniej wydarzy się coś pośredniego. Dlatego nie umartwiajmy się, nie pękajmy, tylko w miarę możliwości róbmy swoje. Piszmy, wydajmy, sprzedawajmy, kombinujmy, walczmy. Ale przede wszystkim czytajmy, bo książka to jeden z najlepszych sposobów na zredukowanie poziomu stresu. Z lekką głową kryzysy także stają się lżejsze.

    Krzysztof Domaradzki