Tag: krytyczne recenzje

  • „Czy możemy porozmawiać o książkach, proszę?” Wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Od lat powtarzam, że pisanie to jest głównie rzemiosło. I jak każdego rzemiosła, da się go po prostu nauczyć. Żeby to zrobić, trzeba robić dwie rzeczy. Po pierwsze pisać, po drugie czytać. Ale czytać krytycznie, z namysłem, zastanawiając się, co w danej książce działa, co nie i czego ja, jako twórca, mogę się z niej nauczyć.

    Dlaczego o tym wspominam? Bo kilka tygodni temu odbyła się na mojej facebookowej stronie dyskusja na temat tego, czy pisarz ma prawo krytykować/recenzować pracę innego pisarza. Nie wchodząc w szczegóły tej dyskusji, uważam, że tak. Z trzech podstawowych powodów. Po pierwsze, i najważniejsze, oprócz tego, że jestem pisarzem, jestem także czytelnikiem. Poświęcam czas na lekturę książek, czytam je starannie, i uważam (może na wyrost, ale to inna historia), że mam coś ciekawego na ich temat do powiedzenia. Po drugie, jako pisarz ma pewną unikalną wiedzę i perspektywę. Wydaje mi się, że patrząc/czytając z tej perspektywy widzę inne rzeczy niż zwykły czytelnik i chciałbym się swoimi przemyśleniami podzielić. Po trzecie w końcu, bo nikt inny tego nie zrobi.

    www.unsplash.com/Renee Fisher

    Serio, serio… Krytyka literacka w Polsce generalnie leży i kwiczy. Miejsca na rozmowy o książkach jest niewiele, a jeśli już się odbywają, to są bardzo płytkie. Podobało się lub nie, kilka słów argumentacji i tyle. Gdzie tu miejsce na namysł? Gdzie miejsce, żeby zastanowić się nad daną powieścią? Pomyśleć, co z niej wynika, dlaczego jest taka, a nie inna? Jasne, od razu zaznaczmy, są wyjątki. Ale to… no cóż… wyjątki właśnie. Ale nawet, gdyby było inaczej, gdyby poświęcono w szeroko pojętej literaturze więcej miejsca, to mielibyśmy inny problem. Mianowicie mało jest krytyków literackich, którzy znają się na literaturze gatunkowej, rozumieją, po co ona jest i jak działa.

    No dobra, ale po co mamy w ogóle o książkach rozmawiać? Pisząc z mojego punktu widzenia, żebym mógł pisać lepsze powieści i lepsze powieści czytać. Bo dobra literatura powstaje właśnie wtedy, kiedy się o niej dyskutuje! W tej chwili po prostu brakuje sensownego sprzężenia zwrotnego. Nikt nam, autorom, pisarzom, nie wskazuje błędów, jakie popełniliśmy podczas pisania, nikt nam nie pokazuje, co się nam udało, a co nie. W rezultacie te same pomyłki popełniamy w kolejnych powieściach i przestajemy się rozwijać. Albo próbujemy na oślep różne rzeczy, nie wiedząc, czy w ogóle idziemy we właściwym kierunku. Skutek jest tego taki, że cholera, różne moim zdaniem, negatywne zjawiska w gatunku, zamiast zanikać, pogłębiają się. Dostajemy coraz więcej kiepskich książek, ale wszyscy udajemy, że wszystko jest ok i poklepujemy się radośnie po plecach, jak to nam się gatunek znakomicie rozwija.

    Trochę to przypomina sytuację w polskiej piłce nożnej. Mamy coraz ładniejsze stadiony, coraz więcej ludzi chodzi na mecze, budżety klubowe puchną, podobnie jak piłkarskie pensje (tak, wiem koronawirus sporo zmienił), wszyscy się uśmiechają i zachwycają, ale potem przychodzą eliminacje do europejskich pucharów i mistrz Polski przegrywa z drużynami ze Słowacji, Mołdawii, Cypru, Białorusi czy Luksemburga. Więc jeśli zastanawiacie się Państwo, dlaczego świat nie oszalał na punkcie naszych kryminałów, to może odpowiedź jest taka, że nie oszalał z tego samego powodu, dla którego Legia nie podbiła Ligii Mistrzów.

    www.unsplash.com/Pedram Raz

    Inna sprawa, że często źle reagujemy na krytykę, ale też boimy się krytykować. To pierwsze czasami widać w internecie, ale nie ma co o tym rozmawiać. Ciekawi mnie drugie zjawisko. Podczas wspomnianej dyskusji u mnie na facebooku pojawiły się dwie osoby, które przyznały mi, że napisały recenzję „Wyrywy”, ale pewnie nie chcę ich czytać, bo są niepochlebne. Poprosiłem grzecznie, żeby jednak mi je pokazali. I byłem mocno zaskoczony, bo w mojej opinii obie chwaliły książkę. Jasne, w obu znalazły się krytyczne uwagi, ale pozytywów było więcej. Co więcej, co najmniej jedna z tych uwag dała mi sporo do myślenia i pozwoli mi lepiej w przyszłości pisać (przynajmniej mam taką nadzieję). Nie wiem, skąd u tych dwojga czytelników, obawa przed podzieleniem się ze mną recenzjami swoich książek. Nawet gdyby były one dużo ostrzejsze, to przecież bez sensu z mojej strony byłoby, gdybym się za to obrażał. Co więcej, sam bym sobie zaszkodził. Zdaję sobie sprawę, że popełniam błędy. Zdaję sobie sprawę, że mógłbym pisać lepiej. Ale żeby to zrobić potrzebuję pomocy.

    Potrzebuję kogoś, kto mi wskaże, co należy poprawić.

    Powiem szczerze, brakuje mi po prostu takiej poważnej rozmowy o książkach, literaturze, kryminale. Brakuje mi rozkładania książek na czynniki pierwsze, dogłębnych analiz, gadania o sukcesach i porażkach. Tak właśnie człowiek się uczy. Zdobywa nowe umiejętności. Uważam, że taka rozmowa dałaby nam wszystkim, autorom i czytelnikom, dużo dobrego.

    Ale póki co, zamiast tego, wolimy klepać się radośnie po plecach. Obyśmy z tego powodu nie skończyli, jak Legia w starciu ze Spartakiem Trnava.

    Wojciech Chmielarz

  • „Jak reagować na negatywne recenzje”, listopadowy felieton Wojciecha Chmielarza

     

    Do napisania tego felietonu skłonił mnie wpis na facebooku jednego z nowszych (bo nie młodszych) autorów kryminału, który właśnie przeczytał pierwszą negatywną recenzję własnej książki. A przynajmniej wydaje mi się, że była to pierwsza, bo jego reakcja była… dziwna

    Negatywna recenzja to nigdy nic przyjemnego. Serio. Parę w swoim życiu dostałem, to wiem. Dlatego też w pewien sposób rozumiem tego pisarza, który postanowił jakoś zareagować na mało pochlebny wpis na lubimyczytac.pl anonimowego czytelnika. Przy czym, żeby była jasność – nie był to wpis wulgarny ani nieuprzejmy, chociaż na pewno mocno krytyczny. Autor odniósł się do niego z lekceważeniem. Zasugerował, że jeśli czytelnikowi jego książka się nie podobała, to sam jest sobie winien, bo z każdej lektury wyciągamy tyle, ile sami potrafimy. Czy jakoś podobnie. Pojawiło się również przypuszczenie, że ów czytelnik, to ktoś ze znajomych autora, który jednak nie miał odwagi do tego, żeby powiedzieć mu tę negatywną opinię twarzą w twarz.

    A potem zaczęło się robić jeszcze lepiej! Bo do pocieszanie się naszego autora rzucili się jego Facebookowi znajomi. W tym inni młodzi (stażem) autorzy, blogerzy, a także, co mnie zaskoczyło, dość poważne w czytelniczym światku persony. Dużo było poklepywania po plecach, utwierdzania autora w przekonaniu, że jego książka jest świetna i wyjątkowa, powtarzania, że nasz czytelnik się nie zna i nie rozumie. I tak się ta radosna spirala nakręcała, a ja, obserwując to z dystansu, czułem coraz większe zażenowanie. A potem stwierdziłem, że postaram się przekuć to zażenowanie w coś pozytywnego i napiszę niniejszy felieton.

    Photo by Corey Blaz on Unsplash

    Drodzy, młodzi (stażem) autorzy. Nie ma chyba problemu, w momencie kiedy mówimy o recenzjach zamieszczanych w prasie papierowej. Tutaj każdy się raczej cieszy, że jednak o nim napisali, a jak to już mniejsza z tym. Nikt więc nie pisze gniewnego maila do redakcji. A przynajmniej ja o takiej sytuacji nie słyszałem. Problem pojawia się przy portalach społecznościowych i blogosferze, gdzie etykieta jest mniej formalna i wszystkim wydaje się, że można trochę więcej. Jak więc reagować na negatywne recenzje? Krótka odpowiedź brzmi – nie reagować. Nie ma nic smutniejszego niż autor, który próbuje przekonać wszystkich dookoła, że jego dzieło jest wyjątkowe i wspaniałe. Nie ma nic bardziej krępującego niż autor tłumaczący czytelnikowi, że jak to mu się nie podobało, skoro podobało. Bierzemy negatywną recenzję na klatę, zaciskamy zęby i jedziemy dalej. Nawet jeśli przy okazji dostaliśmy niską ocenę na lubimyczytać, która znacząco zaniża nam średnią. Jeśli tego nie potraficie, to pozostają dwa wyjścia. Albo wycofać się z tego interesu, albo, jak poradził mi pewien Bardzo Znany Pisarz – w ogóle nie czytamy recenzji na swój temat. Oba wyjścia są skrajne, ale to jedyne rozwiązania. I ja naprawdę rozumiem, że to boli. I naprawdę rozumiem, że, proszę mi Państwo wybaczyć, czasami ten czytelnik nie ma racji. Bo faktycznie nie pojął, nie zrozumiał, coś mu umknęło, ma za małe oczytanie, żeby docenić i tak dalej, i tym podobne. Ale nie zmienia to faktu, że najlepiej jest milczeć. Chyba, że już koniecznie, ale to już koniecznie, chcecie się odezwać. Wtedy uśmiech na twarz, tę prawdziwą i tę wirtualną, dziękujecie za poświęcony czas i przepraszacie, że się nie spodobało. Wyrażacie też nadzieję, że czytelnik jednak sięgnie po kolejną książkę i tym razem z pozytywnymi odczuciami. Bo też ten nasz czytelnik faktycznie poświęcił kilka godzin ze swojego życia na przeczytanie naszej książki. A potem zadał sobie jeszcze trud, żeby coś o niej napisać. Wypadałoby to tak po ludzku uszanować i zamiast od razu sugerować, że są tu jakieś niejasne intencje, a potem szukać wsparcia u znajomych, jednak przez chwilę zastanowić się, czy on nie ma racji. I przynajmniej spróbować wyciągnąć z tej całej sytuacji coś, co pozwoli nam być lepszym pisarzem. Do tego przecież wszyscy dążymy i tego wszyscy chcemy.

    fot: www.unsplash.com/Aaron Burden

    Być może życie napisało happy end do tego felietonu. Wszedłem na stronę facebookową tego autora i szukałem opisywanej przeze mnie dyskusji. Nie znalazłem jej. Czyżby pisarz jednak zreflektował się, że zrobił coś nieeleganckiego i skasował ją? Mam szczerą nadzieją, że tak. Po to w końcu wydajemy te książki, żeby inni mogli je przeczytać i powiedzieć, co o nich myślą. A że czasami myślą nie najlepiej. No cóż – ryzyko zawodowe.

    Wojciech Chmielarz