Tag: krytyka książek

  • „Bo książki są jak dzieci”, reakcja Piotra Borlika na felieton Wojciecha Chmielarza

    Czy możemy porozmawiać o książkach? – pyta Wojciech Chmielarz w swoim felietonie, choć dalsza część tekstu sugeruje, że pytanie powinno brzmieć: „Czy możemy publicznie krytykować książki?”. Odpowiedź wydaje się oczywista: Tak, możemy, a nawet powinniśmy krytykować książki, ale… No właśnie, zawsze jest jakieś „ale”.

    Dla wielu autorów książki są niczym dzieci. Jako rodzice niby jesteśmy otwarci na uwagi nauczycieli, ale czy chcemy, by inni rodzice kwestionowali nasze metody wychowawcze? Czy podziękujemy im za krytyczne uwagi, weźmiemy je do serca i spróbujemy coś zmienić, czy może jednak odwdzięczymy się opinią na temat ich rozwrzeszczanych bachorów? Co im do tego, o której nasze dziecko idzie spać, co je na śniadanie i ile czasu spędza przed komputerem.

    Przenosząc to na książki, nauczycielami są znawcy literatury, zawodowi krytycy, obdarzeni autorytetem wynikającym z wiedzy i doświadczenia. Ich opinię traktujemy z szacunkiem, a jeśli nam się coś nie spodoba, to możemy nazwać ich teoretykami zamkniętymi w hermetycznym środowisku. Gorzej jednak radzimy sobie z opinią osób z naszego bezpośredniego otoczenia: sąsiadów, rodziców innych dzieci w szkole, czy w przypadku książek: innych autorek i autorów.

    To normalne, że autorom brakuje dystansu do własnych książek. Pisząc, zostawiają w nich serce, zarywają nocki, zaniedbują rodzinę, a także pracę, gdy ukradkiem pracują nad tekstem. Pozostając przy analogii rodziców, warto zauważyć, że z każdym kolejnym dzieckiem nasze przewrażliwienie maleje. Na pierwszą pociechę chuchamy i dmuchamy, robimy tysiące zdjęć, zachowujemy pierwszy kocyk, śpioszki, opaskę ze szpitala, czepek, a niektórzy nawet pierwsze paznokcie. Przy drugim dziecku nie mamy na to wszystko czasu, a przy trzecim i czwartym nawet nie mamy kiedy zrobić fajnego zdjęcia. Nic więc dziwnego, że na krytykę najbardziej wrażliwi są młodzi twórcy, którzy z wypiekami na policzkach czytają każdą opinię, co rano śledzą miejsce na liście sprzedaży w największych księgarniach, sprawdzają grupy tematyczne, a ci o najmniejszym progu wstydu decydują się reklamować tam własne książki.

    O ile w przypadku rodzicielstwa poziom przewrażliwienia maleje proporcjonalnie do liczby dzieci, tak przy książkach ma to większy związek z liczbą sprzedanych egzemplarzy. Mówiąc prościej: syty głodnego nie zrozumie. Wojciech Chmielarz zapracował na swoją pozycję świetnymi książkami. Ma ogromną rzeszę czytelników, nic więc dziwnego, że wydawnictwa i autorzy chętnie proszą go o napisanie kilku pochlebnych słów. Sami z wydawnictwem rozpatrujemy taką ewentualność, ale nie w tym rzecz. Pytanie brzmi, czy Wojciech Chmielarz, który miał na swoim koncie dwie, może trzy książki, tak chętnie prosiłby o publiczną krytykę? Czy nie bolałyby go słowa bardziej doświadczonych kolegów, którzy odradzaliby zakup jego książek? Ciężko ocenić to z perspektywy czasu, niemniej mając ugruntowaną pozycję na rynku, łatwo zapomnieć, jak było wcześniej. Ktoś powie, że nic takiego się nie stało, bo to były dobre książki, co z kolei otworzy dyskusję o tym, czym jest „dobra książka”, którą prędzej czy później ktoś spuentuje znienawidzonym przeze mnie określeniem: „o gustach się nie dyskutuje”.

    Nie porównuję się do Chmielarza. Jestem dopiero na początku swojej literackiej drogi, ale od początku postanowiłem, że nie będę krytykował innych książek. Czytam dużo, niestety większość rzeczy mi się nie podoba, ale zachowuję tę opinię dla siebie. Publicznie wypowiadam się jedynie o książkach, które zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Może to głaskanie po plecach, może asekuranctwo, ale też po części lenistwo. Niestety, o ile jestem w stanie zrozumieć przewrażliwionych autorów, tak nie pojmuję armii wiernych fanów broniących swoich ulubionych autorów. Nie spodobało ci się? Idź poczytaj Mroza. Uważasz, że w pewnym momencie historia zrobiła się rozlazła, a autor zgubił wątki? Nie znasz się, nie zawsze krew musi lać się litrami. A może było za dużo bezsensownej przemocy? To specyfika mrocznego klimatu, nie znasz się, idź poczytaj Mroza.

    www.unsplash.com/Andrew Seaman

    Kusząc się na podsumowanie: żyjemy w czasach, w których każda opinia niebędąca laurką od razu traktowana jest jako hejt. O książkach rozmawiać trzeba, ale czy profile autorskie są dobrym do tego miejscem? Czy nie lepiej napisać kilka szczerych słów autorowi w prywatnej wiadomości albo pójść na piwo podczas festiwalu kryminalnego lub targów książki?

    Z drugiej strony, czy fakt napisania kilku wartościowych książek czyni z nas ekspertów? Czy nasze zdanie jest ważniejsze od zdania innych czytelników? Czy mamy wypowiadać się, choć nikt nie prosił nas o opinię? Wojtek posłużył się analogiami piłkarskimi, pytam więc, ilu byłych piłkarzy stało się rzetelnymi ekspertami, a ilu potrafi tylko wyrecytować skład Kaiserslautern z meczu z Bayernem?

    Piotr Borlik

  • „Czytelnik wie lepiej, czyli o gustach się dyskutuje”, marcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Tak się jakoś przyjęło, że autor nie powinien wypowiadać się na temat opinii o jego książkach. Trzeba ładnie podziękować i iść dalej. I choć częściowo się z tym zgadzam, nie byłbym sobą, gdybym nie pomarudził trochę na ten temat. Tak się przyjemnie złożyło, że ostatnie miesiące to aż dwie premiery moich książek, więc trochę tych recenzji się naczytałem. Jednak dziś nie o mnie, a o was. Was, drodzy czytelnicy, którzy wiecie lepiej.

    Klient ma zawsze rację.” Zdanie znienawidzone przez każdego, kto pracował w handlu lub generalnie miał styczność z ludźmi. To hasło to relikt przeszłości, który nijak ma się do obecnie panujących standardów. Powoli się to zmienia i ludzie na szczęście dostrzegają, że nie są władcami i w momencie, kiedy coś kupują, nie stają się właścicielem osoby, która to coś im sprzedaje. Oczywiście nie wszyscy, ale jak chcemy porozmawiać z burakami, to idziemy na pole, więc tę grupę osobników sobie daruję.

    Rzeczone zdanie odnosi się także do czytelników. Kiedy książka trafia w ich ręce, to pisarz nie ma już żadnego wpływu na odbiór swojego dzieła. Może się tłumaczyć, że chciał przekazać to lub tamto, ale finalnie czytelnik i tak wie lepiej. I czasem może mieć rację, bo to, że chciało się coś osiągnąć, wcale nie musi oznaczać, że udało się to zrobić. Czasem nie trafia się do grupy docelowej, ktoś oczekiwał czegoś innego i tak dalej i tak dalej. Co jednak ma zrobić autor w sytuacji, kiedy czytelnik mówi mu, że według niego brakowało czegoś w książce? On najchętniej widziałby tam wątek romantyczny, więcej akcji lub zielonego ludka, który ssie krowie wymię.

    www.unsplash.com/Kimberly Farmer

    Z tym ostatnim mogłem trochę przesadzić, ale mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi. Czytelnik wie po prostu lepiej od autora, czego w książce zabrakło. Widziałem w sieci wiele recenzji różnych książek, gdzie pojawiały się tego typu stwierdzenia. I w takich momentach warto przypomnieć sobie słowa Neila Gaimana, który stworzył swojego czasu osiem zasad odnośnie pisania. Numer pięć pozwolę sobie przetłumaczyć po swojemu. Brzmi on mniej więcej tak:

    Pamiętaj: kiedy ludzie mówią ci, że coś jest źle lub coś im nie pasuje w twojej książce, prawie zawsze mają rację. Kiedy mówią ci, co dokładnie według nich jest źle i jak to naprawić, prawie zawsze się mylą.”

    Powyższą radę moim zdaniem każdy pisarz powinien mieć wydrukowaną, oprawioną i powieszoną w widocznym miejscu. Pozwala poczuć to, co w chwili pisania się traci. Nie wiem jak inni twórcy, ale ja pisząc przestaję być czytelnikiem. Nie widzę wszystkiego, a na wiele rzeczy patrzę zupełnie inaczej. Późniejsze starcia z redaktorami pozwalają mi trochę wrócić do rzeczywistości. Odrobinę, bo przecież nigdy nie stanę się czytelnikiem własnej powieści. Patrzę na nią inaczej nie tylko dlatego, że ją stworzyłem, ale dlatego też, że jestem inny, niż… wszyscy.

    Każdy z nas jest.

    Dlatego, kiedy w recenzjach czy komentarzach widzę klasyczne: „o gustach się nie dyskutuje”, trochę ciężko traktować mi je poważnie. Każdy z nas ciągle dyskutuje o swoich gustach, a każde wyrażenie opinii jest dokładnie czymś takim. Zupełnie inaczej odbieram dziś „Muminki”, niż wtedy, kiedy byłem dzieckiem. Nie dlatego, że dorosłem (częściowo), ale dlatego, że moje postrzeganie świata zostało zmienione przez doświadczenia. To one wpływają na to, jak odbieram kulturę i jak odbieram wszystko wokół.

    Mówienie więc o książkach, że czegoś im brakuje, że coś jest z nimi nie tak, bo JA uważam, że powinno być inaczej, jest nieakceptowalne. Czytelnik nie zawsze ma rację. Autor też nie zawsze ma racje. Czytanie powinno poszerzać horyzonty, a nie sprawiać, że zamykamy się na rzeczy, które nam nie pasują. Warto spojrzeć więc na powieści trochę innym okiem. Nie naszym, a bohatera.

    W końcu to jego świat, do którego nas na chwilę wpuszcza.

    Dajmy mu się wypowiedzieć.

    Bartosz Szczygielski