Tag: krytyka literacka

  • „Literackie wychowanie bezstresowe”, polemika Jakuba Ćwieka z Piotrem Borlikiem

    Niedawno linkowałem u siebie wpis Wojtka Chmielarza na smakksiazki.pl odnoszący się do podnoszonej tu wielokrotnie sprawy: Czy wypada żeby pisarz krytykował książki innych autorów? Wojtek w zwarty, przejrzysty sposób przedstawił jedną z największych środowiskowych bolączek i bardzo mnie cieszy, że dyskusja zatacza coraz szersze kręgi. Dziś w temacie zabrał głos Piotr Borlik. A ponieważ zrobił to jak należy, to znaczy przedstawiając argumentację, jest się do czego odnieść.

    Zatem, korzystając z gościnności smaku, się odnoszę. Po kolei:

    Borlik rozpoczyna swój wywód od spostrzeżenia, że dla wielu autorów książki są jak dzieci. Pisze: „Jako rodzice niby jesteśmy otwarci na uwagi nauczycieli, ale czy chcemy, by inni rodzice kwestionowali nasze metody wychowawcze? Czy podziękujemy im za krytyczne uwagi, weźmiemy je do serca i spróbujemy coś zmienić, czy może jednak odwdzięczymy się opinią na temat ich rozwrzeszczanych bachorów”. I teraz całość obserwacji jest oczywiście słuszna. Pytanie na co tak naprawdę Borlik próbuje zwrócić uwagę. No bo trzymając się tej analogii:

    1. Nauczyciele mogą również być rodzicami. Ba, są nimi bardzo często. Czy fakt bycia rodzicem wyklucza fakt bycia specjalistą? Czy nie powinna liczyć się bardziej merytoryczność porad?

    2. Czy słysząc uwagi, które na rozsądek moglibyśmy chociaż rozważyć, zamiast tego zaczynamy wyłącznie kontrować to świadczy to źle o głoszącym uwagi czy o nas?

    3. Dlaczego perspektywa, że ja wyrażę szczerą opinię o twoim dziecku, a ty o moim jest dla autora taka przerażająca? Chodzą razem do tej samej szkoły. Odpowiedzialny rodzic wie, że dbając o szkołę i o to, by nie była siedliskiem patologii dba też o rozwój własnego dziecka.

    4. Właśnie, rozwój. Jeśli jesteś jednym z tych przewrażliwionych rodziców niezdolnych do zauważenia, że dziecko ma problem, tylko mu szkodzisz.

    Autor felietonu pisze dalej: „Przenosząc to na książki, nauczycielami są znawcy literatury, zawodowi krytycy, obdarzeni autorytetem wynikającym z wiedzy i doświadczenia. Ich opinię traktujemy z szacunkiem, a jeśli nam się coś nie spodoba, to możemy nazwać ich teoretykami zamkniętymi w hermetycznym środowisku.”
    Rozumiem z tych zdań co następuje: Autor uważa, że prawo do wyrażania opinii krytycznej ma bardzo konkretna grupa… no właśnie kogo?

    Bo weźmy na przykład takiego mnie. Nie wiem jaka jest definicja specjalisty czy doświadczenia wg. Piotra Borlika. Studiowałem kulturoznawstwo. Z przedmiotów literaturoznawczych (w tym analizy tekstu literackiego) miałem piątki i czwórki. Napisałem kilka dobrze ocenionych prac krytycznych. Prowadziłem zajęcia kreatywnego pisania przez kilka lat, w tym nawet przez krótki czas na jednym uniwersytecie. Współpracowałem też jako recenzent i felietonista z kilkoma redakcjami. Znam różne osoby ze świata literackiego, ale nie jestem od lat związany z żadnym nazwijmy to hermetycznym środowiskiem.

    Jednocześnie napisałem trzydzieści książek w różnych gatunkach, odbyłem setki rozmów z różnymi autorami na temat dzieł swoich i cudzych. Zgłębiam wiedzę o gatunkach literatury tak w teorii jak i praktyce. W takim zestawieniu wolno mi się wypowiadać o książkach innych autorów czy nie? Gdzie przebiega ta cienka granica?

    Niżej stawia Borlik tezę: „To normalne, że autorom brakuje dystansu do własnych książek.” I tu znowu się zatrzymajmy. Czy normalne znaczy powszechne? Jeśli tak, to pełna zgoda. Autor wkłada w książkę sporo siebie i nie jest to dla niego tylko książka. Dlatego faktycznie trudno mu się zdystansować.

    Gdy jednak potraktujemy słowo „normalne” zgodnie z jego potocznym znaczeniem jako „właściwe” to… no właśnie, czy to jest właściwe? Co jest właściwego w tym, że będąc artystą nie umiesz przyjąć bądź odnieść się za pomocą argumentów do rzeczowej, merytorycznej krytyki?

    Przyjrzyjmy się (w dużym uproszczeniu) z czego zwykle składa się dobra ocena książki gatunkowej:

    1. Z oceny spójności fabularnej (mam tu na myśli tak spójność świata przedstawionego, fabularną przyczynowo skutkowość, jak konsekwencję charakterologiczną bohaterów).


    2. Z oceny języka, narracji i jej tempa, adekwatności dobranych słów, stylizacji pozwalającej językowo rozróżnić postaci, przejrzystości.

    3. Z oceny wiarygodności przedstawienia historii czyli faktyczna zgodność świata przedstawianego z weryfikowalną rzeczywistością (na przykład jeśli na posterunku policji w Warszawie wszyscy na co dzień noszą stroje klaunów to jest to niezgodność z rzeczywistością wymagająca albo zmiany, albo fabularnego uzasadnienia. Autor powinien znać rzeczywistość do której się odnosi, by móc ją imitować, albo konsekwentnie zmienić)

    4. Z przedstawienia własnych reakcji na książkę, naszych sympatii i antypatii. Słowem zgodność publikacji z naszym gustem.

    Jak widać tylko ostatni punkt nie odnosi się do merytoryki. Nie daje się, w razie potrzeby, uargumentować tak, by można było rozwijać na tej bazie dyskusję. Wszystkie pozostałe kwestie zależą od argumentacji i w zasadzie nie ma znaczenia, kto je podnosi, jeśli podnieść umie, prawda?
    Dlaczego więc uznajemy za normalne sytuację, w której człowiek wystawiając się na ocenę swojego dzieła jednocześnie nie ma w sobie dość pokory i chęci samodoskonalenia, by przyjąć krytykę? Dlaczego podtrzymujemy, że to właśnie powinna być norma?

    Dalej Borlik podnosi kwestię tego, że łatwiej o dystans, gdy jest się doświadczonym autorem – co jest faktem – i jednocześnie pyta: „Czy Wojciech Chmielarz, który miał na swoim koncie dwie, może trzy książki, tak chętnie prosiłby o publiczną krytykę?”

    I żadną miarą nie chcę tu odpowiadać za Wojtka, bo przecież nie wiem, co myśli i uważa, ale odpowiem troszkę ogólniejszą wersję tego pytania:

    1. To czy autor o publiczną krytykę prosi czy nie, jest kwestią drugorzędną. Autor wystawia swoje dzieło do publicznej oceny z momentem publikacji. Zaprezentowanie książki światu i jednoczesne obrażanie się, że ktoś ją publicznie oceni jest dziecinadą.


    2. Autor początkujący – co wiem na swoim przykładzie sprzed tych nastu lat – nie do końca umie sobie radzić z krytyką, ale i zwykle nie do końca panuje nad warsztatem. Właśnie dlatego potrzebuje merytorycznych recenzji, a nie sprowadzających się do wyrażenia gustu komentarzy na forach czy serwisach. By nauczyć się obu tych rzeczy, a nie wychowywać się bezstresowo, w kompletnym chaosie bodźców. A że są te opinie wyrażone publicznie? Cóż, wstyd jest akurat jednym z lepszych motywatorów. Nie na darmo jedną z najlepszych metod wstępnej redakcji jest czytanie swojego tekstu na głos grupie znajomych.


    Dalej w felietonie pada zdanie (odnośnie tych dwóch książek Wojtka): „Ktoś powie, że nic takiego się nie stało, bo to były dobre książki, co z kolei otworzy dyskusję o tym czym jest „dobra książka”, (…)”

    No i co? To źle, że dyskutujemy o tym, czym jest dobra książka? Póki dyskusja jest merytoryczna, to w czym problem?

    W dalszej części swojej repliki, Borlik pisze dlaczego podjął decyzję, że nie będzie krytykował innych książek. Podoba mi się, że wspomina o przyczynach takiego działania, o tym, że wynika to przede wszystkim z lenistwa, bo nie chce się kopać z fanami danego autora. Bo tak, trzeba to podkreślić – fanatyczni czytelnicy spod szyldu „De gustibus” to trochę takie wychowane bezstresowo dzieci, które nie umiejąc wyrażać ani przyjmować merytoryki zamykają temat w krótkim „podobało mi się i chuj” albo „Jezu jakie gówno”. Nie da się dyskutować z kimś, kogo wykastrowaliśmy z krytycznego myślenia tak spieprzonym modelem uczenia o literaturze jak i głupimi sloganami jak „Nieważne co czytasz, ważne że czytasz” albo „Bądź czytelnikiem, dołącz do elity”.

    Na koniec Borlik odwołuje się do wojtkowej analogii piłkarskiej, ale z racji tego, że na piłce nie znam się kompletnie, wrócę do tej szkolnej.

    Pamiętajmy, że jeśli rynek książkowy jest szkołą, to jest to szkoła w dużej mierze prywatna. I jeżeli faktycznie krytycy literaccy są odpowiednikami nauczycieli, to rynek w postaci wydawnictw będzie tu odpowiednikiem zarządu. Za autorami rodzicami stoją czytelnicy, tu chyba w dość przedmiotowej roli dotacji na samorząd szkolny (wybaczcie Czytelnicy, analogie nigdy nie oddają faktycznego stanu rzeczy.)

    www.unsplash.com/aaron burden


    Obecnie mamy taką sytuację, że ambitnych nauczycieli prawie już nie ma. Rodzice, za pomocą dotacji wymusili na zarządzie albo całkowite ich wyeliminowanie, albo sprowadzenie do roli tych, co chwalą albo milczą. Trudno bowiem wykonywać swoją pracę, jeśli za szczerość i doświadczenie dostaniesz jedynie informację, że ten wydawca nie będzie już z nami współpracował, a autorzy i czytelnicy mają cię za aroganta niezależnie co i jak powiesz.

    W tej sytuacji jedyne co może zadziałać, by szkoła faktycznie była szkołą, to oddolna współpraca rodziców na rzecz wspólnego rozwoju. Merytoryczna, rzeczowa konkretna. Mylę się?

    I tu, na koniec, zwracam się już bezpośrednio do Piotra Borlika. Panie Piotrze, mam co prawda trochę więcej opublikowanych tytułów niż Pan, ale jeśli wykluczyć z tego, dla naszej wspólnej wygody, fantastykę, wyjdzie na to, że Pan prowadzi. Proponuję Panu zatem zabawę:

    Wystawiam Panu „na strzał” trzy swoje tytuły nie będące literaturą fantastyczną:

    1. Szwindel
    2. Topiel
    3. Bezpański (napisany wspólnie z Adamem Bigajem)


    Bardzo poproszę o Pana szczerą recenzję jednego z nich. Jestem skłonny za to zapłacić i poprosić Adama Szaję o publikację tej recenzji niezależnie od tego czy będzie ona pozytywna czy nie. Mogę też, jeśli Pan sobie życzy, zrewanżować się recenzją jednej z Pana książek. Zapewniam, że szczerą i merytoryczną na tyle, na ile pozwala mi moja wiedza i doświadczenie.

    Co Pan na to? Trzymając się analogii szkolnej: Po lekcjach, za śmietnikami 😉

    Zobaczmy czy merytoryka naprawdę tak boli.

    Jakub Ćwiek

  • „Czy możemy porozmawiać o książkach, proszę?” Wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Od lat powtarzam, że pisanie to jest głównie rzemiosło. I jak każdego rzemiosła, da się go po prostu nauczyć. Żeby to zrobić, trzeba robić dwie rzeczy. Po pierwsze pisać, po drugie czytać. Ale czytać krytycznie, z namysłem, zastanawiając się, co w danej książce działa, co nie i czego ja, jako twórca, mogę się z niej nauczyć.

    Dlaczego o tym wspominam? Bo kilka tygodni temu odbyła się na mojej facebookowej stronie dyskusja na temat tego, czy pisarz ma prawo krytykować/recenzować pracę innego pisarza. Nie wchodząc w szczegóły tej dyskusji, uważam, że tak. Z trzech podstawowych powodów. Po pierwsze, i najważniejsze, oprócz tego, że jestem pisarzem, jestem także czytelnikiem. Poświęcam czas na lekturę książek, czytam je starannie, i uważam (może na wyrost, ale to inna historia), że mam coś ciekawego na ich temat do powiedzenia. Po drugie, jako pisarz ma pewną unikalną wiedzę i perspektywę. Wydaje mi się, że patrząc/czytając z tej perspektywy widzę inne rzeczy niż zwykły czytelnik i chciałbym się swoimi przemyśleniami podzielić. Po trzecie w końcu, bo nikt inny tego nie zrobi.

    www.unsplash.com/Renee Fisher

    Serio, serio… Krytyka literacka w Polsce generalnie leży i kwiczy. Miejsca na rozmowy o książkach jest niewiele, a jeśli już się odbywają, to są bardzo płytkie. Podobało się lub nie, kilka słów argumentacji i tyle. Gdzie tu miejsce na namysł? Gdzie miejsce, żeby zastanowić się nad daną powieścią? Pomyśleć, co z niej wynika, dlaczego jest taka, a nie inna? Jasne, od razu zaznaczmy, są wyjątki. Ale to… no cóż… wyjątki właśnie. Ale nawet, gdyby było inaczej, gdyby poświęcono w szeroko pojętej literaturze więcej miejsca, to mielibyśmy inny problem. Mianowicie mało jest krytyków literackich, którzy znają się na literaturze gatunkowej, rozumieją, po co ona jest i jak działa.

    No dobra, ale po co mamy w ogóle o książkach rozmawiać? Pisząc z mojego punktu widzenia, żebym mógł pisać lepsze powieści i lepsze powieści czytać. Bo dobra literatura powstaje właśnie wtedy, kiedy się o niej dyskutuje! W tej chwili po prostu brakuje sensownego sprzężenia zwrotnego. Nikt nam, autorom, pisarzom, nie wskazuje błędów, jakie popełniliśmy podczas pisania, nikt nam nie pokazuje, co się nam udało, a co nie. W rezultacie te same pomyłki popełniamy w kolejnych powieściach i przestajemy się rozwijać. Albo próbujemy na oślep różne rzeczy, nie wiedząc, czy w ogóle idziemy we właściwym kierunku. Skutek jest tego taki, że cholera, różne moim zdaniem, negatywne zjawiska w gatunku, zamiast zanikać, pogłębiają się. Dostajemy coraz więcej kiepskich książek, ale wszyscy udajemy, że wszystko jest ok i poklepujemy się radośnie po plecach, jak to nam się gatunek znakomicie rozwija.

    Trochę to przypomina sytuację w polskiej piłce nożnej. Mamy coraz ładniejsze stadiony, coraz więcej ludzi chodzi na mecze, budżety klubowe puchną, podobnie jak piłkarskie pensje (tak, wiem koronawirus sporo zmienił), wszyscy się uśmiechają i zachwycają, ale potem przychodzą eliminacje do europejskich pucharów i mistrz Polski przegrywa z drużynami ze Słowacji, Mołdawii, Cypru, Białorusi czy Luksemburga. Więc jeśli zastanawiacie się Państwo, dlaczego świat nie oszalał na punkcie naszych kryminałów, to może odpowiedź jest taka, że nie oszalał z tego samego powodu, dla którego Legia nie podbiła Ligii Mistrzów.

    www.unsplash.com/Pedram Raz

    Inna sprawa, że często źle reagujemy na krytykę, ale też boimy się krytykować. To pierwsze czasami widać w internecie, ale nie ma co o tym rozmawiać. Ciekawi mnie drugie zjawisko. Podczas wspomnianej dyskusji u mnie na facebooku pojawiły się dwie osoby, które przyznały mi, że napisały recenzję „Wyrywy”, ale pewnie nie chcę ich czytać, bo są niepochlebne. Poprosiłem grzecznie, żeby jednak mi je pokazali. I byłem mocno zaskoczony, bo w mojej opinii obie chwaliły książkę. Jasne, w obu znalazły się krytyczne uwagi, ale pozytywów było więcej. Co więcej, co najmniej jedna z tych uwag dała mi sporo do myślenia i pozwoli mi lepiej w przyszłości pisać (przynajmniej mam taką nadzieję). Nie wiem, skąd u tych dwojga czytelników, obawa przed podzieleniem się ze mną recenzjami swoich książek. Nawet gdyby były one dużo ostrzejsze, to przecież bez sensu z mojej strony byłoby, gdybym się za to obrażał. Co więcej, sam bym sobie zaszkodził. Zdaję sobie sprawę, że popełniam błędy. Zdaję sobie sprawę, że mógłbym pisać lepiej. Ale żeby to zrobić potrzebuję pomocy.

    Potrzebuję kogoś, kto mi wskaże, co należy poprawić.

    Powiem szczerze, brakuje mi po prostu takiej poważnej rozmowy o książkach, literaturze, kryminale. Brakuje mi rozkładania książek na czynniki pierwsze, dogłębnych analiz, gadania o sukcesach i porażkach. Tak właśnie człowiek się uczy. Zdobywa nowe umiejętności. Uważam, że taka rozmowa dałaby nam wszystkim, autorom i czytelnikom, dużo dobrego.

    Ale póki co, zamiast tego, wolimy klepać się radośnie po plecach. Obyśmy z tego powodu nie skończyli, jak Legia w starciu ze Spartakiem Trnava.

    Wojciech Chmielarz