Tag: książka

  • Styczniowe premiery, na które czekam

    Styczeń za rogiem, zaczynamy więc noworoczne zapowiedzi ciekawych tytułów. Nie jest ich za dużo, ale ważne, że są, chociaż mamy przecież jeszcze tegoroczne zaległości. Na które książki czekam? Lista poniżej. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się na stronę wydawnictwa/księgarni, gdzie przeczytacie więcej o interesującej Was premierze. Chyba, że takiej strony jeszcze nie ma, to zostaje podziwianie okładki. Niniejszym uważam rok 2024 za otwarty, smacznego!

  • Kibicowanie Widzewowi było najważniejszą rzeczą w moim życiu. K.Domaradzki o „Konfidencie”

    Lekarze, prawnicy, ale też chłopaki z blokowisk. Trybuny piłkarskie to jedno z najbardziej demokratycznych miejsc na świecie, bo można spotkać tam przekrój całego społeczeństwa. Jedni chcą odreagować, dla innych to sposób na życie. Krzysztof Domaradzki w „Konfidencie” opisał historię człowieka, który znalazł się w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie, a do tego zrobił coś, czego zrobić nie powinien. Potem wydarzenia pędzą jak lawina – półświatek, zbliżanie się do kibolskiej wierchuszki, wejścia na drogę, z której nie ma odwrotu. Przeczytajcie książkę, ale zobaczcie też naszą rozmowę. Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Literackim.

  • Proces (prze/od) twórczy, lipcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Tym razem, inaczej niż zwykle, Adam wskazał mi temat, sugerując, bym zostawił szersze konteksty i napisał o nowej książce, nad którą pracowałem i która niebawem ukaże się nakładem wydawnictwa Marginesy. Przyznaję, że podszedłem do zadania dość nieufnie, bo nie widziałem w tym, co akurat robię, materiału na felieton. Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że książka będzie ciekawa, ale treści szykowanej publikacji zdradzać specjalnie nie będę, a skoro nie, to opowiadać w felietonie o klepaniu w klawisze? No, niepoważne. W którymś momencie doszedłem jednak do wniosku, że chyba jest coś, o czym chciałbym napisać. Mogę się mianowicie podzielić pewną dziwną impresją, wrażeniem, które towarzyszyło mi przy pisaniu.

    Zwykle w ciągu dnia mam poważniej do czynienia z trzema książkami: jedną czytam, gdy mam chwilę wytchnienia, drugiej słucham gdy prowadzę lub ćwiczę, trzecią piszę. Podczas pisania najnowszej książki, tak się złożyło, książką którą czytałem był Outsider Kinga, opowiadający – tu proszę mi wybaczyć spoiler – o istocie nadprzyrodzonej przyjmującej cudzy wygląd niczym baśniowy doppelganger. Książką słuchaną było Strange weather (wkrótce po polsku jako Dziwna pogoda) syna Kinga czyli Joe Hilla. Pierwsza z czterech nowel opowiada o dziwnym człowieku, który kradnie ludziom wspomnienia i pakuje je w zdjęciowe albumy. Obie te książki znamionuje charakterystyczny styl budowania nastrojowej niezwykłości mocno osadzonej w zwyczajnej, szarej amerykańskiej codzienności. To taka fantastyka, która stawia czytelnika na zwykłej uliczce zwykłego osiedla. A gdy będąc na niej, odetchniesz z ulgą, że przecież znasz takie miejsca i wiesz, jak tu jest, wtedy pojawia się, zwykle przerażająca, magia.

    Dlaczego napisałem, że czytanie i słuchanie akurat tych książek to znamienne okoliczności? Już, choć może na okrętkę, tłumaczę.

    Książka, nad którą do zeszłego tygodnia pracowałem, to opowieść prawdziwa czy też raczej zbiór prawdziwych opowieści i wspomnień jednego człowieka, które ułożone w mozaikę dają obraz nie tylko jego samego, ale i instytucji, w której pracował przeszło trzy dekady, oraz miasta, w którym się urodził i spędził zasadniczo całe życie. Na moją sugestię, ów człowiek, pan Adam, spisał wszystko, co pamięta, a potem przekazał mnie, bym napisał to na nowo.

    Wrocław, fot:www.unsplash.com/Zuza Gałczyńska

    Trudno mi określić charakter mojej pracy, bo jeśli to praca reporterska, powinienem może opatrzyć to własnym komentarzem, szczegółowo weryfikować opowieść, a bardzo tego nie chciałem. Jeśli redakcja, to za bardzo posunięta, bo nie ingerowałem w fakty, ale dostałem wolną rękę w budowaniu tempa narracji, języka tej opowieści, sposobu przedstawiania jej prawdziwych bohaterów. Wreszcie – ghostwriter? Temu byłoby chyba najbliżej, ale póki co – jeszcze przez chwilę – to ja piszę te słowa, a bohater opowieści, człowiek, który przeżył to, co jest przedmiotem książki, pozostaje Czytelnikowi znany tylko z imienia. Więc jaki ghost?

    Zastanawiałem się nad tym któregoś dnia, skończywszy pracę, pakując torbę i jadąc na siłownię. I wtedy właśnie bohater noweli Hilla zorientował się, że oto jest w jego do tej pory dość racjonalnym świecie ktoś, kto zbiera wspomnienia i umieszcza je w albumach. Może, zacząłem myśleć, jestem teraz kimś właśnie takim? I od tego momentu ta myśl pojawiała się mimowolnie, gdy kończyłem rozdział i porządkowałem historie do kolejnego. Wspomnienia, zdjęcia, album…

    A potem zdałem sobie sprawę z czegoś innego. Ponieważ książka, nad którą pracuję, ma formę wspomnień, oddanie należycie wszystkiego, co zawarte jest w materiale źródłowym wymaga ode mnie utrzymania narracji pierwszoosobowej. Tak się składa, że znam swojego bohatera i zarazem współautora opowieści w świecie rzeczywistym. Nieraz z nim rozmawiałem, widziałem, jak się porusza, słyszałem, jak mówi. Na potrzeby książki musiałem go niejako zbudować na nowo, naszkicować sobie w tym świecie i takim przedstawić go czytelnikowi. A potem wpisałem w to niejako siebie, bo miałem przejąć to już zajęte, cudze JA i nim być w każdym kolejnym zdaniu. Robiłem to nieraz, ale przecież na fikcyjnych postaciach. A teraz po prostu, na potrzeby tej książki, każdego dnia stawałem się kopią prawdziwego człowieka, myślałem – po swojemu, bo pisałem każde zdanie tak, jak chciałem – ale przecież jego, nie swoimi myślami. Widziałem jego oczami rzeczy i zwracałem uwagę na szczegóły, na które sam bym przecież uwagi nie zwrócił. Stawałem się kimś na kształt Outsidera z powieści Kinga. No, szczęśliwie nie mając równie obrzydliwych co on potrzeb i charakteru.

    Wrocław, fot: www.unsplash.com/ Mateusz Gzik

     

    Dwie powieści fantastyczne w tle pisania jak najbardziej realnej historii o wrocławskiej policji. Dwóch nierealnych przestępców z tych opowieści jako metafora tego, jaką rolę przyszło mi pełnić w spisywaniu losów służby doświadczonego oficera wydziału kryminalnego. Gdy to, co pisałem siłą rzeczy nie mogło uciec w niezwykłość, ta przelała się, jak w systemie naczyń połączonych, w sam proces twórczy! Czy coś z tego wróciło finalnie do książki z powrotem? Czy pisałem to potem inaczej?

    Z tego wszystkiego zrodziło się jeszcze jedno pytanie: czy to już samo w sobie nie brzmi wystarczająco interesująco, by stać się zalążkiem choćby opowiadania?

    Pytacie czasem, skąd się biorą pomysły: cóż, niektóre chyba ze zderzenia starych nawyków z nowymi wyzwaniami. Ale wciąż wszystkie nieodmiennie z głowy.