Tag: Kuba Ćwiek

  • „Ja tu z polecenia”, wrześniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Wyobraź sobie, że czytasz fajną książkę. Dajmy na to mroczny kryminał czy, z bliższego mi poletka, zabawną fantastykę. Patrzysz na okładkę, zapamiętujesz nazwisko autora i potem, w księgarni, szukasz kolejnych jego tytułów. I te znowu trafiają w Twój gust. Kolejny pisarz bądź kolejna pisarka trafia na personalną listę ulubionych czy choćby bardzo lubianych.

    A teraz wyobraź sobie, że nazwisko tego właśnie autora znajdujesz na innej książce niż jego, pod kilkoma zdaniami rekomendującego publikację komentarza. Jaka jest Twoja pierwsza myśl? Już ją masz? Świetnie, to teraz przytrzymaj przez chwilę, wrócimy do tego.

    Nie pamiętam pierwszej napisanej przeze mnie rekomendacji. Kołacze mi w głowie, że to była ta na książce „Na ziemi niczyjej” napisanej wspólnie przez Annę Brzezińską i jej męża, Grzegorza Wiśniewskiego. Jeśli faktycznie tak było, nie mam powodu do wstydu. Książka jest wyśmienita a i sama rekomendacja, wciąż do znalezienia w sieci, niczego sobie. Sprawdzam teraz i nieskromnie uważam, że znalazłszy się między Dukajem a Orbitowskim nie przyniosłem sobie wstydu.

    www.unsplash.com/Clem Onojeghuo

    Inna sprawa, że, choć ładnie ubrana w słowa, nadęta ta polecanka jak nie wiem. Porównywanie książki o wojnie do wyklejanej mozaiki, mówienie z absolutną pewnością, że czytanie „Na ziemi niczyjej” jest jak słuchanie weteranów… no, przyznam Wam, poleciałem.

    Oczywiście mogłem, bo raz, że nikt mi przecież później nie każe tych słów bronić, wykazywać słuszności i zasadności przesadzonych fraz, a dwa, że trochę jakby tego ode mnie oczekiwano. Nie po to się wszak bierze do rekomendacji pisarza, by napisał „#spoko, polecam”, ale by wymodził coś ładnego, nadającego się potem do materiałów prasowych.

    No bo właśnie taki jest rzeczonych rekomendacji cel. Zareklamować i sprzedać dzieło. Użyć reguły autorytetu, odwołać się do zbudowanej marki jednego autora, do jego czytelniczej bazy, by przekonać ją do kogoś nowego. Za to się oczywiście płaci.

    Pamiętam, jakim zaskoczeniem był dla mnie pierwszy przelew za rekomendację. Niezależnie od tego bowiem, czy książka Ani i Grześka była pierwszą, gdzie udzieliłem się na okładce, na pewno nigdy wcześniej nikt mi za rekomendację nie zapłacił. Powiem więcej, dostałem za te dwa zdania przeszło dwukrotnie więcej niż dwa, trzy lata później za felieton do branżowego pisma.

    Naprawdę nie rozumiałem, za co te pieniądze. Ania zapytała, czy chcę przeczytać ich książkę przedpremierowo. Powiedziałem, że chętnie. Gdy przeczytałem i się zachwyciłem, zaproponowała bym może, jeśli uważam to za słuszne, napisał rekomendację. Zrobiłem to z największą ochotą, a za rekomendację dostałem książkę. Świetny układ, nie?

    Ale pieniądze to było dla mnie już coś za dużo. Jakbym chwalił za kasę. Dopiero Ania wyprowadziła mnie z błędu, mówiąc mi właśnie o tych czytelniczych bazach i o tym, że płaci mi za użyczenie własnej częstotliwości nadawania. Nie za słowa, ale za to, do kogo dotrą.

    Potem rekomendowałem książki wiele razy, raz biorąc od wydawcy pieniądze, innym razem nie. Były wśród tych pozycji tytuły znajomych, które rekomendowałem bez dystansu. Nie ze złej woli czy chęci oszukiwania kogokolwiek. Po prostu nie potrafiłem oddzielić procesu tworzenia, którego byłem świadkiem, od samodzielnego efektu końcowego. Znałem autorski kontekst i on pospołu z dziełem działał. Czy sama książka również działała?

    Były wśród rekomendowanych przeze mnie pozycji tytuły literackich gigantów, z jakichś powodów potrzebujących w naszym kraju polecanki od lokalnego autora. W ten sposób mogłem zachęcić czytelników do przeczytania opublikowanego pod pseudonimem debiutu Michaela Crichtona albo książki mistrza grozy, Jacka Ketchuma.

    Były też polecenia książek debiutantów, o tyle ważne, że pisząc je, czułem, że wprowadzam na rynek kogoś nowego.

    I jeśli mogę być z czegoś naprawdę dumny, to z tego, że żadnej książki nie poleciłem wbrew sobie. Że choć czasem popisywałem się frazą, tworzyłem te polecanki niejasnymi, wydumanymi i w gruncie rzeczy niewiele mówiącymi zdaniami, to jednak zawsze nadrzędne przesłanie „przeczytaj, bo warto” płynęło z głębi czytelniczego serca.

    www.unsplash.com/Aris Sfakianakis

    Zaznaczam to, bo… nie jest to oczywiste. Kilkanaście razy, z różnych wydawnictw, dostawałem na przykład ofertę: książka taka i taka, streszczenie, kilka słów o autorze, fragment, całkiem solidna stawka. „Rekomendacja musi się zamknąć w dwóch krótkich zdaniach.” podkreślano. A gdy pytałem o samą książkę, mówiono mi, że jest jeszcze w przygotowaniu.

    Innym razem oferowano mi pieniądze za możliwość wykorzystania cytatu z recenzji innej książki autora, bez zaznaczania, że chodzi o tamtą pozycję. Zupełnie jakbym napisał te słowa właśnie z myślą o nowej książce, której nie widziałem na oczy. Swoją drogą i tak znalazłem się w korzystnej sytuacji, bo zaproponowano mi pieniądze i w ten sposób dowiedziałem się o planowanej rekomendacji przed czasem. Znam przynajmniej dwa przypadki, gdy fragment z nie tej recenzji poszedł na prawie cytatu.

    Ale nawet gdy wszystko przebiega tak, jak powinno, problemem wciąż jest czas. Nie na napisanie rekomendacji, bo to trwa zwykle z parę minut. Godzinę, jeśli chcemy być kreatywni i elokwentni. Chodzi oczywiście o przeczytanie książki. Podrzucone w szczotkowej wersji rozklejające się tomiszcze czyta się tak sobie, a presja czasu zdecydowanie nie pomaga. W końcu zbliża się moment, gdy rekomendację trzeba oddać, a tu jeszcze dwieście stron, własna praca, zamieszanie rodzinne. Wtedy pisze się coś dobrze brzmiącego i na tyle ogólnego, że prawdziwego. Bo o ile dopuszczam do siebie myśl, że są autorzy, których rekomendację można po prostu kupić i dostać taką z szablonu, to jednak, na ile się orientuję, nikt nie jest takim cynikiem względem swoich odbiorców.

    Bo właśnie o nich chodzi. O swoich odbiorców, bo tylko na nich zadziała nazwisko konkretnego autora. Pytanie jednak, i tu wracamy do początku tego tekstu, czy nawet przy zachowaniu wszelkich zasad uczciwości, taka rekomendacja jest dla kogokolwiek przydatna?

    Bo wielu ludzi zdaje się zapominać, że zwykle książki nie czyta pisarz, a czytelnik. A to zupełnie inny rodzaj percepcji. Wgłębiając się w fabułę, odbieramy ją częściowo za pomocą narzędzi używanych przy pisaniu, ale jednak większość z nas bardziej jest czytelnikami niż pisarzami. I czasem jako czytelnikom podobają nam się zupełnie inne rzeczy niż jako autorom. O czym innym piszemy, co innego chcemy czytać. I rekomendujemy.

    www.unsplash.com/Anastasia Zhenina

    Dostając jednozdaniową opinię, czytelnik nakłada sobie natomiast na te słowa obraz autora tej i tej książki, być może traktuje to jak netfliksowe: skoro podobało ci się to, to spodoba ci się także to. A dla mnie ten związek nie jest oczywisty.

    Rozwiązaniem są recenzje. Nie jednozdaniowe hasła reklamowe opatrzone takim a nie innym nazwiskiem, ale recenzje tych samych autorów na temat książek. Jasne, że się nie zmieszczą na okładce, ale przecież moglibyśmy wprowadzić nowy, dobry zwyczaj i pisać na ostatniej okładkowej stronie: w środku krótkie recenzje Jakuba Ćwieka, Mariusza Czubaja i Jacka Dukaja. I tak zwykle oglądamy książkę przed zakupem. Czemu nie poświęcić kilku ostatnich stron na takie właśnie bezspoilerowe opinie pozwalające rozwinąć myśl?

    Wtedy nie byłoby wyłącznie powoływania się na regułę autorytetu. Nie byłoby niebezpieczeństwa – albo byłoby mniejsze – że rozjadą nam się gusta z literackim idolem i przez to przeczytamy gniota pokroju „Dziewczyny z pociągu”, po którą ja sięgnąłem jeszcze przed boomem na nią za sprawą rekomendacji Kinga.

    Słowem, jeśli się da, pokażmy, że w tym wszystkim nie chodzi tylko o kasę, a przede wszystkim o polecanie dobrych, fajnych książek.

    Jakub Ćwiek

  • „Koszty uzyskania uwagi”, czyli felieton Jakuba Ćwieka.

    Podczas jednego spotkania autorskiego zapytano mnie kiedyś, co jest najtrudniejsze w pisaniu. Nie pamiętam co wtedy odpowiedziałem, ale na pewno nie były to słowa, których użyłbym po dłuższym namyśle. Te bowiem brzmiałyby niewątpliwie: przekazywanie tego, co ma do powiedzenia zupełnie obcym ludziom. Z tą kwestią wiąże się bowiem najczęstszy, choć dość oczywisty i jakby wymuszony sytuacją, błąd debiutantów. Gdy piszą swoje pierwsze teksty, ich opowieści są dla bliskich i znajomych. Dla kogoś, kto zna sposób mówienia i myślenia autora, kto w podobny sposób uzupełni sobie wszelkie niedomówienia, uzupełni sceny według tych samych kontekstów. Debiutant zakłada, że człowiek, do którego pisze ma tę samą wiedzę, zbliżony sposób myślenia i światopogląd mieszczący się w konkretnych ramach. I faktycznie, dopóki tekst nie wyjdzie poza krewnych i znajomych Królika, wszystko się zgadza, działa, gra i buczy. Problem zaczyna się wtedy, gdy wypływamy na szersze wody – kierujemy opowieść do ludzi, którzy nas zupełnie nie znają.

    Kolejne pytanie z autorskiego, być może nawet tego samego, brzmiało: Czy pisanie fantastyki, tworzenie światów wymyślonych, nie jest aby trochę pójściem na łatwiznę. Bo przecież łatwiej coś tam sobie wymyślić niż dobrze osadzić w znanej rzeczywistości o twardych i niezmiennych regułach. To drugie wymaga wiedzy, to pierwsze tylko fantazji.

    Tu swoją odpowiedź pamiętam dość dobrze, mówiłem bowiem o tym, że fantastyka czyli wymyślanie czegoś od podstaw, jest o tyle trudniejsze, że odpowiadamy nie tylko za rozwiązania fabularne, ale i za każdy podstawiony zamiast oryginalnego, rzeczywistego, kawałek świata przedstawionego. Autor książki nie fantastycznej jeśli powołuje się na wciąż jeszcze niezbadane zjawisko, wystarczy, że wskaże iż coś takiego kiedyś się wydarzyło. Nie jesteśmy twórcami świata, nie musimy wiedzieć jak wszystko działa, by działało. Fabule i zawieszającemu niewiarę czytelnikowi wystarczy jeden czy dwa udokumentowane przypadki zjawiska. Fantasta jako demiurg, swoje posunięcia i nietypowe rozwiązania fabularne wyjaśniać musi – a przynajmniej powinien – zawsze.

    To dobra szkoła dla pisarza. Uczy jak nie tracąc napięcia czy nastroju płynnie wyjaśniać odbiorcy rzeczy niezrozumiałe. Jak wprowadzać w nietypową sytuację, by czytelnik mimo wszystko utożsamił się z zupełnie innym od siebie bohaterem i zrozumiał jego sytuację. Realne, ruszające nas problemy w nierealnym, ale dobrze objaśnionym świecie. Na tym często polega nasza, pisarzy, praca i fantastyka świetnie do tego przygotowuje. Wystarczy zresztą spojrzeć na listę autorów zdobywających teraz szturmem księgarniane półki. Ilu spośród nich było początkowo fantastami? Ilu uczyło się przedstawiania swoich racji właśnie na tym poligonie? Łukasz Orbitowski, Szczepan Twardoch, Jakub Małecki, Wit Szostak – dziś zdobywający szeroką publikę, nominacje do mainstreamowych nagród czy wręcz same nagrody – to tylko czubek góry lodowej. Wszyscy oni nieraz udowodnili, że wiedzą jak to działa.

    Tyle, że… mam wrażenie, że ostatnimi czasy przynajmniej jednemu zdarzyło się trochę zapomnieć. Mowa o Szczepanie Twardochu i jego wpisie skierowanym do Donalda Tuska, w którym pisarz oskarża byłego premiera o kradzież.

    www.unsplash.com/NeONBRAND

    Pozwólcie, że nakreślę sytuację – chodzi o tak zwane koszty uzyskania przychodu. Czym są, pewnie wiecie, ale i tak, by zbudować należycie kontekst – o tym wszak mówimy – wyjaśnię: to, zgodnie z nazwą, koszty jakie musimy ponieść, by uzyskać przychód. Opierając to na przykładzie, autor, który dostanie honorarium za spotkanie autorskie, musi na to spotkanie dojechać. Koszta dojazdu pozwolą mu na uzyskanie przychodu, ale mimo wszystko, same w sobie są stratą nie zyskiem i w jakiś sposób pomniejszają otrzymaną kwotę. Nie należy więc za nie konkretnie płacić podatku. Proste, prawda? Tak, bo póki co, to garść oczywistości.

    Problem zaczyna się jednak przy mniej oczywistych sprawach. Oto bowiem ustawa mówi, że aby uznać coś za taki koszt, należy wykazać związek poniesionych wydatków z dziełem, na którym zarobimy. I tu wszystko zaczyna się troszkę rozmywać.

    Pozwólcie bowiem, że oprę się na swoim własnym przykładzie – w moim „Kłamcy” jest dobrze licząc kilkaset popkulturowych nawiązań do wszelkiego rodzaju dzieł – od książek, przez filmy i komiksy, po gry komputerowe. I to nie tak, że one tam sobie są tak po prostu. Umieściłem je, by w dla każdego odbiorcy było jasne, że to nie jest nasz świat, a rzeczywistość wykreowana przez popkulturę właśnie. Stąd oczywiście masa hołdów złożonych znanej mi od dawna klasyce, ale i masa rzeczy, które mnie samego kręcą mniej, ale trafiają do odbiorcy i pozwolą jemu zbudować kontekst. Stąd dajmy na to nawiązania do „Zmierzchu” czy seriali, których sam z siebie nie oglądam. I teraz pytanie brzmi czy w takim wypadku powinienem odpisać sobie jako koszt wizytę w kinie na „Zmierzchu” (albo zakup książki)? Albo abonament na Netfliksa?

    Jeszcze zabawniej i trudniej byłoby, gdybym chciał w koszta wpisać swoje podróże do Stanów, które przecież stanowią inspiracje do książek. Już sobie wyobrażam wykazywanie, że to, co było moimi wakacjami jest tak naprawdę reaserchem, że to koszta jakie ponoszę, by potem mieć zysk. I jasne, da się, dobrzy księgowi nie takie rzeczy wciągali w wydatki, ale tu, w przypadku artystów, postanowiono trochę to uprościć i jednocześnie, w ramach wspierania kultury, uprzywilejować. Stąd pięćdziesiąt procent kosztów uzyskania przychodu. Dla jednych pisarzy to zysk, bo nigdy nie mieli takich kosztów, dla drugich trochę strata, bo koszta mogą mieć większe. Ci drudzy jednak mogą zawsze skorzystać z innych opcji rozliczania się z fiskusem.

    Tak czy owak koszty zryczałtowane uzyskania przychodu to przywilej podatkowy. Jeden z wielu, skierowany do konkretnej grupy z kilku konkretnych powodów. Kłujący w oczy w przypadku najbogatszych, zrozumiały w odniesieniu do większości, zmieniony względem stanu poprzedniego w sposób nieprzemyślany i tym samym krzywdzący1.

    www.unsplash.com/Igor Ovsyannykov

    Co w tym wszystkim robi Tusk? Otóż to za czasów jego rządu wprowadzono ową wspomnianą wcześniej zmianę – obostrzenie mówiące o tym, że owa ulga dotyczy wyłącznie przychodów do określonej kwoty, a powyżej niej tych kosztów nie można już rozliczać. I nie ma specjalnie znaczenia czy dochody w danym roku to wynagrodzenie za pracę wyłącznie tegoroczne czy też jest to rok tłusty po dwóch czy trzech chudych.

    I teraz tak, kwota limitu nie jest mała, bo to około osiemdziesięciu sześciu tysięcy rocznie. Artysta żeby ją przekroczyć musiałby osiągać przychód powyżej siedmiu tysięcy miesięcznie (przyjmując dla wygody wywodu uproszczone założenie, że wynagrodzenie dostaje w comiesięcznych transzach). Jeśli praca zajęła mu dwa lata, a w międzyczasie nie robił nic innego, musi sobie te pieniądze rozłożyć na rzeczony okres i wtedy jest mniej imponująco. Jeśli nad dziełem pracował trzy lata… i tak dalej i tak dalej. Słowem nieco skomplikowana kwestia związana z tym jak konkretna, powiedzmy sobie, dość wąska grupa ludzi musi sobie radzić ze swoimi problemami. Takimi co to dla innych są kosmosem. Czy też, ujmując to inaczej, krainą fantasy.

    I teraz wróćmy do Twardocha i jego wpisu skierowanego do byłego premiera. W rzeczonym liście pisarz odnosi się do wypowiedzi polityka, który przyznał, że przeczytał książkę Twardocha. Autor ma nadzieję, że ta się nie podobała, bo wtedy okradzenie przewodniczącego Rady Europejskiej z jego cennego czasu będzie małym rewanżem za odebranie omówionego tu już przywileju.

    Wpis – co oczywiste, bo tak został stworzony i upubliczniony – poszedł w świat. I nagle się okazało, że… Twardoch popełnił błąd nowicjusza. Wrzucił czytelników w nieznany im świat bez słowa wyjaśnienia, bez zarysowania kontekstu, w krótkiej depeszy. Nie osadził czytelnika w swoim świecie i nie dał mu się wczuć, tym samym tracąc kontrolę nad odbiorcą. Bo który tak zwany normalny zjadacz chleba wie o co chodzi z tymi kosztami uzyskania przychodu? Skąd, na co i po co oraz dlaczego ci mają a my nie?

    Zaraz wykorzystali to zresztą dużo mniej od Twardocha zdolni kreatorzy codziennej rzeczywistości. Serwis natemat.pl, któremu z wydźwiękiem antytuskowym było nie po drodze, natychmiast napisał w coraz bardziej sobie bliskim, tabloidowym stylu, o burżuju, który upomina się o pieniądze choć ma już tyle, że przeciętny Polak nawet o takich nie marzy.

    Z drugiej strony nie lepsze prawicowe serwisy zapomniały już najwyraźniej o tym, co Twardoch kazał zrobić Polsce po tym jak sądy nie uznały istnienia narodowości śląskiej i z miejsca uczyniły swoim tymczasowym bohaterem tego, którego mieli za zdrajcę i sprzedawczyka. W ten oto sposób Twardoch, uzdolniony pisarz, bywało że władca naszych emocji, a swego czasu uzdolniony twórca innych światów, zamiast wykreować zrozumiałą dla wszystkich opowieść, w której ktoś zwróci uwagę na jego racje, stał się wyłącznie bohaterem lub antybohaterem cudzych historii granych w takt konkretnych interesów.

    www.unsplash.com/Vitaly

    A przecież można by inaczej. Bo co to za problem przedstawić, zgodnie z prawdą zresztą, Donalda Tuska jako człowieka, który najpierw – gdy propozycja cofnięcia przywileju wypłynęła od rządu PiS – stał na straży przywileju jako obowiązku Narodu wobec artystów, sztuki i przyszłych pokoleń, a potem nagle zmienił zdanie, gdy sam przejął władzę? Tak, to mogła być bez trudu opowieść o politycznej hipokryzji, o graniu na emocjach, na wielkich wartościach i zwyczajnym oszukiwaniu ludzi niezależnie od ich majątkowego statusu. To bez trudu mógł być ten przypadek, gdzie bohaterem opowieści zostaje człowiek, co do którego możemy mieć mieszane uczucia, ale trzymamy z nim i po jego stronie, bo mimo wszystko sprzeciwia się wyraźnemu, większemu złu i obłudzie. Nie wiem bowiem czy można powiedzieć, że Tusk artystów, w tym Szczepana, okradł, ale bez dwóch zdań w paskudny, wyrachowany sposób okłamał i oszukał. I tu mamy już wspólną płaszczyznę, prawda? Nie lubimy, gdy politycy w tak perfidny sposób robią nas w wała…

    Wracając do tego, co mówiłem na początku, szkoda, że Szczepan Twardoch, podnosząc tę kwestię, zapomniał o być może jedynej przydatnej mu teraz nauki jaką mógł wyciągnąć ze swojej fantastycznej przeszłości – nieznany odbiorcy świat należy mu wyjaśnić, uczynić dostępnym, bliższym, a dopiero potem oczekiwać od niego reakcji na wydarzenia. Inaczej naszą hermetyczną historię zrozumieją tylko garstka krewnych i znajomych.

    Jakub Ćwiek

    1 Pozwolę sobie podkreślić iż nie neguję samej zmiany przepisu, a jedynie to jak została ona przeprowadzona i jak wielu spraw nie bierze pod uwagę.

  • „Każdy z nas jest nośnikiem dla opowieści”. Kuba Ćwiek startuje z internetową gazetką dla początkujących pisarzy.

    Były już warsztaty dla adeptów pisarstwa, teraz Jakub Ćwiek wchodzi na wyższy poziom. Autor, między innymi  „Kłamcy” oraz  „Chłopców”, zaczyna wydawać swoją gazetę internetową. W każdym numerze będzie opowiadanie Kuby, felieton o konkretnym zagadnieniu związanym z pisaniem, a także ćwiczenia. Pierwszy numer już jest, można go pobrać stąd. Cena: 0 złotych. 

    Kuba mówi o swoim pomyśle tak:

    „Idea jest taka, że będę co miesiąc wypuszczał gazetkę, w której będzie moje nowe opowiadanie, a także – co ważniejsze – felieton o pisaniu i zestaw ćwiczeń dla początkujących. To takie warsztaty w pigułce, które można rozszerzyć o pracę w dużej lub małej grupie. Wszystko online, bo wszędzie nie dam rady regularnie dojechać, ale z masą ciekawostek, trików i przestróg dla wszystkich, którzy chcą zająć się pisaniem. Bo choć nie wiem czy każdy może zostać pisarzem, to na pewno każdy może i – jeśli czuje, że chce – powinien spróbować. Bo każdy z nas jest nośnikiem dla opowieści.

    945482_972998902790699_425648870877206126_n

    Gazetka będzie odpłatna, ale nie dlatego, że chcę się na niej dorobić. Po odliczeniu kosztów składu, grafik etc. całość chcę przeznaczyć na takie projekty jak komiksy, krótkometrażowe filmy czy przedstawienia teatralne. Rzeczy, którymi bardzo chciałbym się zająć, o których wraz ze wspaniałymi ludźmi jakich znam myślimy już od dawna, ale wciąż nie starcza na nie funduszy. Słowem chodzi o to, byśmy nawzajem, czytelnicy Bangarang Magazine i my, jego twórcy, pomogli sobie w spełnieniu twórczych marzeń i we wzajemnym rozwoju”.

    Kolejne numery mają kosztować 12 złotych.

    Foto główne: smakksiazki.pl

    Foto okładki: Oficjalny profil Jakuba Ćwieka