Tag: Legimi

  • Małecki, Geissler, Semczuk, SPT#2

    Nie spać, czytać, ale najpierw kupić 🙂 W drugim odcinku Smacznego Przeglądu Tygodnia opowiem Wam o tym, jak pracowałem w fabryce pierników, a ta historia będzie punktem wyjścia do omówienia „Pracy sezonowej” Heike Geissler, która zatrudniła się w Amazonie – możemy więc podejrzeć światowego hegemona od kuchni. Będzie też o „Żałobnicy” Roberta Małeckiego, stąd moja wizyta na przejeździe kolejowym, a do Oświęcimia wybrałem się po to, żeby przybliżyć „Cyklon” Przemysława Semczuka. Przypominam, że partnerem cyklu jest Legimi, właśnie tam znajdziecie znakomitą większość książek, o których opowiadam. Do zobaczenia za tydzień!

     

  • Smaczny Przegląd Tygodnia – rusza nowy cykl

    Pomysł dojrzewał jak owoc, aż w końcu dojrzał, ale nie zdążył spaść, bo go zerwałem, więc nie jest poobijany. Smaczny Przegląd Tygodnia to nowy cykl na smakksiazki.pl. Będę Wam opowiadał o ciekawych książkach, z którymi zetknąłem się w ostatnim czasie, a będę to robił w miejscach, w jakiś sposób związanych z danym tytułem. W każdą sobotę będę serwował nowy odcinek, który, mam nadzieję, przypadnie Wam do gustu. Będą kryminały, biografie, reportaże, powieści, więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Partnerem cyklu jest Legimi, więc po książki, które są dostępne w ich abonamencie, będzie mogli sięgnąć praktycznie od razu. Skąd wiadomo, że dany tytuł jest dostępny w Legimi? Ano stąd, że będzie oznaczony specjalną grafiką, nie przeoczycie jej. Oddaję w Wasze ręce pierwszy odcinek, do zobaczenia za tydzień!

  • Ku pokrzepieniu serc (i portfeli) – felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Pożoga, dramat, czarna rozpacz. Kogo nie zapytać, na rynku książki dzieje się źle albo bardzo źle. A odkąd pojawił się koronawirus, to już w ogóle. Jednak wcale tak nie musi być. A nawet – wcale tak nie jest. Wystarczy się porządnie rozejrzeć. Opowiem Wam trzy krótkie historie. W pierwszej chwili może się wydawać, że nie mają ze sobą wiele wspólnego – łączą je tylko dziwaczne pomysły i książki. Ale przy bliższym poznaniu okażą się niemal bliźniacze, choć każda z nich rozegrała się w innym miejscu, okolicznościach i czasie.

    1.

    Niedoszły prawnik, przedsiębiorca, twórca programów telewizyjnych, popularyzator nauki, youtuber, gwiazda internetu. Tak, Radek Kotarski to człowiek wielu talentów. A jakby tego było mało, któregoś dnia postanowił zostać również autorem i wydawcą w jednej osobie. Nie był zachwycony tym, w jaki sposób tradycyjne wydawnictwo zaopiekowało się jego debiutancką książką – „Nic bardziej mylnego!”, więc kolejną – „Włam się do mózgu” – postanowił zająć się samodzielnie. A że wieści szybko się rozchodzą, o pomyśle Kotarskiego dowiedziały się jego dwie koleżanki – Arlena Witt (twórczyni youtube’owego kanału Po Cudzemu) i Ewa Grzelakowska-Kostoglu (Red Lipstick Monster) – i zapytały, czy nie zaopiekowałby się także ich utworami. Skończyło się tym, że w drugiej połowie 2017 roku powstał Altenberg, wydawnictwo inne niż wszystkie – niewspółpracujące z Empikiem ani żadnym innym dystrybutorem, sprzedające książki wyłącznie przez internet, wynagradzające autorów zdecydowanie hojniej niż konkurencja (według Kotarskiego nawet trzy do ośmiu razy hojniej).

    2.

    Gdyby Marcin Beme powiedział Wam, że jest skiturowcem, który zrobił krótki przystanek w Warszawie, żeby za kilka dni pozjeżdżać na dziko w Alpach – pewnie byście mu uwierzyli. Gdyby stwierdził, że od ponad dziesięciu lat zajmuje się biznesem na rynku książki – raczej nie. W 2008 roku ten wyluzowany, zwykle wystrojony w luźną koszulkę i rozpinaną bluzę, nieco chaotyczny dżentelmen wymyślił, że będzie produkował i sprzedawał książki w wersji audio – za pośrednictwem Audioteki. Był to tak nieortodoksyjny pomysł, że pierwsze nagrania Beme pozyskiwał nie od wydawców, tylko z archiwów Polskiego Radia i Polskiego Związku Niewidomych. A żeby zrobić wokół swojej idei trochę szumu, wymyślił, że stworzy wielką dźwiękową produkcję – wzorem hollywoodzkich blockbusterów – na bazie „Narrenturm”, czyli pierwszej części trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego. Przekonał do tego autora i jego wydawcę, zwerbował ponad stu aktorów i Janusza Kukułę w roli reżysera, nafaszerował produkt specjalnymi efektami dźwiękowymi. I wydał na to kwotę przekraczającą ówczesne przychody Audioteki.

    3.

    Najpierw chcieli wykorzystać technologię elektronicznego papieru do zbudowania agregatora newsów. Potem wykoncypowali, że fajnie byłoby stworzyć narzędzie dla prawników, które pozwoli im przeglądać kodeksy przy użyciu czytnika. Dopiero przy trzecim podejściu Mikołaj Małaczyński i Mateusz Frukacz, dwaj utalentowani programiści po Politechnice Poznańskiej, pomyśleli o ebookach. Dołożyli do tego koncept streamingu, znany choćby z szybko rosnących (choć wtedy jest nie tak wielkich) biznesów w typie Netfliksa czy Spotify, po czym zaczęli rozkręcać Legimi. I choć pomysł ebooków na abonament wydawał się obiecujący, to wymagał zburzenia kilku elementarnych przeszkód. Raz, że dekadę temu wydawcy nie pałali miłością do książek elektronicznych, obawiając się, że zmiotą z rynku papierowe. A dwa – nie tak łatwo zbudować dużą bazę klientów, kiedy chcesz to zrobić w oparciu o ludzi niebojących się ebooków, a nawet uważających je za całkiem wygodne.

    ***

    www.unsplash.com/Nikita Kachanovsky

    Trzy firmy, trzy zestawy przedsiębiorców i trzy karkołomne pomysły na biznes – wymagające sporych nakładów finansowych, zaawansowania technologicznego, zbudowania niemal od zera nowych rynków albo gry na boisku, na którym panoszą się starsi i więksi chłopcy. Jak coś takiego nazwać? Brawurą? Szaleństwem? Biznesowymi fantasmagoriami?

    A może jednak wizjonerstwem?

    W ciągu pierwszych piętnastu miesięcy działalności Wydawnictwo Altenberg wypracowało 14 mln złotych przychodu i 1,8 mln zł czystego zysku. Do dzisiaj sprzedało około pół miliona książek i sfinansowało tyle samo obiadów podopiecznym akcji Pajacyk (jedna sprzedana książka = jeden obiad). W 2019 roku Altenberg – znany już wydawca literatury poradnikowej i ciekawostkowej sygnowanej nazwiskami youtuberów czy celeberytów – zasadza się na 18 mln złotych przychodu, które ma zagwarantować seria nośnych jesiennych premier, w tym nowej książki Radka Kotarskiego.

    W Audiotekę z czasem uwierzyła grupa prężnych inwestorów, którzy przekazali spółce łącznie około 15 mln złotych. Dziś Marcin Beme, zdecydowany lider lokalnego rynku audiobooków, nie potrzebuje już zewnętrznego kapitału, ponieważ w 2018 roku jego firma osiągnęła 62,1 mln zł przychodu i 4,2 mln zł zysku netto. Dziś to on pomaga innym. Niedawno zainicjował akcję „Usłysz kulturę”, w ramach której w trudnych covidowych czasach planuje wesprzeć kwotą 4 mln złotych autorów czy reżyserów gotowych tworzyć interesujące projekty w wersji audio.

    Mikołaj Małaczyński i Mateusz Frukacz rozkręcali Legimi z pomocą inwestorów i obligacji – łącznie na ponad 22 mln zł. I rozkręcili. W 2019 roku ich firma osiągnęła 17,4 mln zł przychodu i 613 tys. zł zysku netto, a ten rok chce zamknąć z 24,9 mln zł sprzedaży i 2,6 mln zł na czysto. Firma współpracuje w Polsce z ponad 300 wydawcami i większością bibliotek publicznych, a do tego prężnie rozwija się na niemieckim rynku, gdzie oprócz Legimi posiada jeszcze serwis Readfy, oferujący dostęp do ebooków w zamian za oglądanie reklam.

    ***

    Te trzy wariackie pomysły na biznes przerodziły się w trzy zaskakujące sukcesy na rynku książki. To w ogromnej mierze zasługa przedsiębiorców, którzy za nimi stoją. Ich odwagi, kreatywności, kapitału intelektualnego, zdolności czytania trendów technologicznych. Upartości, wytrwałości, wytrzymałości na ból. A także – a może przede wszystkim – przemożnej chęci zburzenia istniejącego ładu. Pójścia pod prąd. Przemodelowania rzeczywistości. Pokazania, że się da, nawet jeżeli czytelnictwo spada, a rynek uchodzi za trudy, niewdzięczny i nieperspektywiczny.

    www.unsplash.com/Sharon McCutcheon

    To ważne – a nawet cholernie ważne – zwłaszcza teraz. W czasie następujących po sobie koronawstrząsów, które gruntownie przebudowują świat, jaki znaliśmy. Przyzwyczaiłem się do powszechnego branżowego pesymizmu. Ale nawet jeśli zmartwienia biznesmenów z rynku książki są przesadzone, to ich ultranegatywne doniesienia trzeba traktować poważnie. Przeprowadzona na przełomie kwietnia i maja ankieta Polskiej Izby Książki jednoznacznie pokazuje, że nie jest wesoło: 89 proc. księgarzy i wydawców spodziewa się ograniczenia działalności z powodu pandemii, co trzeci odczuł dramatyczny spadek sprzedaży (70 proc. i więcej), a ponad połowa ograniczyła zatrudnienie. Nie cierpią jedynie ci, którzy w porę postawili na internet, a więc zrobili to, do czego najróżniejsi progności namawiają przedsiębiorców od co najmniej kilkunastu lat – i to bez względu na branżę, w której działają.

    Tak więc, drodzy księgarze i wydawcy, pamiętajcie o swoich nowoczesnych kolegach, którzy nie tak dawno wystartowali od zera i stworzyli biznesy, które nawet w dobie pandemii mają się świetnie. Pamiętajcie, że książki to nie tylko bajki dla dorosłych, ale też całkiem realne morze możliwości. Również biznesowych.

    Krzysztof Domaradzki

  • „Podróż do przyszłości”. Felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Koronawirus niewątpliwie zaskoczył świat bardziej niż zima drogowców. Ale czy w branży literackiej rzeczywiście przyniósł wstrząs, jakiego nikt się nie spodziewał, czy tylko przyspieszył nieuniknione?

    Na kryzysach finalnie zwykle wygrywają firmy wyznaczające lub wyprzedzające trendy oraz błyskawicznie adaptujące się do zmian. A te wszystkie nowatorskie pomysły, które uchodziły za ciekawostki, dziwactwa albo po prostu zawracanie dupy, często stają się nową rzeczywistość. To ogólna, ponadczasowa zasada. Bo kryzysy to przede wszystkim katalizatory zmian, które częściej uwypuklają zjawiska już istniejące, niż generują nowe. I nie ma powodów przypuszczać, żeby po koronawirusie miało być inaczej – bez względu na to, czy pandemia wygaśnie za miesiąc czy za dwa lata. Już teraz wiemy, że lekarz w internecie to dalej lekarz, że sprawy urzędowe da się załatwić na odległość, że mycie rąk po wizycie w toalecie wcale tak bardzo nie boli.

    Jeżeli zaś chodzi branżę literacką, wiele wskazuje na to, że przez kryzys najłagodniej przejdą firmy zaprzyjaźnione z internetem: dystrybuujące treści w sieci oraz stawiające na ebooki i audiobooki. Te, które starają się trzymać rękę na pulsie, zamiast bezrefleksyjnie bronić starego porządku. Bo jak zauważył na łamach „Financial Timesa” Stephen Page, szef londyńskiego wydawnictwa Faber and Faber, w ciągu najbliższych trzech do sześciu miesięcy możemy dostać się w miejsce, w którym prawdopodobnie znaleźlibyśmy się dopiero za kilka lat, gdyby nie przytrafił się koronawirus.

    A gdzie dokładnie? Tego oczywiście nikt nie wie na pewno. Ale na bazie danych i obserwacji można już trochę pogdybać. Łapcie więc moje postcovidowe prognozy dla rynku książki.

    1. Online wyraźnie wyprzedzi offline

    Sprzedaż od lat przesuwa się w stronę internetu. Nihil novi. Ale w dobie koronawirusa popędziła galopem w stronę online’u, często nie tyle redukując, co wręcz całkowicie wygaszając handel za pomocą kanałów stacjonarnych. I to stan, który może się utrzymać. Również w branży literackiej.

    Najdobitniej świadczą o tym decyzje największego gracza na rynku książki – Empiku (1,8 mld złotych przychodu w 2018 roku). To jeden z wielkich przegranych decyzji o zamknięciu centrów handlowych. Dziś Empik wcale się nie napala na odmrożenie gospodarki, tylko zakłada, że przez najbliższe kilkanaście miesięcy galerie będą zdecydowanie rzadziej odwiedzane niż przed pandemią. I dlatego postanowił odstąpić od ponad 40 umów najmu w takich punktach – także zanim wybierzecie się do swojej księgarni, sprawdźcie, czy nadal tam jest. Zamiast tego stawia na sprzedaż internetową, która już w 2019 roku odpowiadała za około 40 proc. obrotów całej grupy. A w tym roku Empik spodziewa się dalszego zdecydowanego wzrostu w tym segmencie.

    Ograniczenia handlowe, reżim sanitarny i zmiana zwyczajów zakupowych prowadzą do wielkiej rekalkulacji założeń biznesowych, której ostatecznym owocem może być zdominowanie handlu przez kanały internetowe. Summa summarum zyskają na tym gracze, którzy w porę zbudowali online’owe przyczółki, a w obliczu pandemii zdecydowanie na nie postawili, a także ci, którzy narodzili się w sieci – jak np. księgarnia internetowa Bonito. A kto nie umie w internety albo uparcie nie chce się przestawić, najprawdopodobniej zginie. Niestety wiele niezależnych księgarni czy bibliotek stacjonarnych może się nie doczekać nowej rzeczywistości. Jeszcze w pełni nie poznaliśmy koronawirusa, ale nie wydaje się sentymentalnym kolesiem.

    www.unsplash.com/Glenn Carstens-Peters

    2. Czas streamingu

    W ciągu pierwszych trzech miesięcy 2020 roku Netflix zyskał prawie 16 mln nowych subskrybentów. To oczywiście w dużej mierze zasługa koronawirusowej izolacji i odcięcia społeczeństwa od pozadomowych rozrywek, ale też kolejny sygnał świadczący o tym, że pokochaliśmy streaming. Taki czy inny. I nie ma w tym nic dziwnego. Płacisz niewygórowany miesięczny abonament i zyskujesz w zmian dostęp do dużego zbioru treści – albo filmowo-serialowych (dostępnych m.in. w Netliksie, HBO GO, Amazon Prime Video, Apple TV czy Disney Plus), albo muzycznych (Spotify, Tidal, Deezer, Apple Music).

    Te same trendy widoczne są w literaturze. Apostołem streamingu książkowego jest Legimi, od dawna określany jako „Spotify dla ebooków”, ale modele abonamentowe popularyzują się także za sprawą aplikacji Audioteki i Storytela (specjalizujących się w audiobookach) czy Empik Go (ebooki i audiobooki). Obstawiam, że jest tylko kwestią czasu, kiedy zobaczymy kolejne tego typu modele biznesowe. Może doczekamy się platform streamingowych poszczególnych wydawnictw? Albo grup wydawnictw? Może zobaczymy pierwszy abonament na książki papierowe? Może powstaną apki pozwalające budować całkowicie autorskie biblioteki w modelu abonamentowym? Możliwości jest multum.

    3. Ebooki i audiobooki to też książki

    Z badań czytelnictwa Biblioteki Narodowej wynika, że po ebooki i audiobooki sięga odpowiednio 2,5 proc. i 3 proc. Polaków. Wniosek? Książki w tej postaci nadal stanowią niszę i nijak nie konkurują z utworami papierowymi. Do tej pory czytelnicy często sięgali po ebooki i audiobooki dopiero w ostateczności – podczas dalekiej podróży samochodem albo przy okazji wyjazdu wakacyjnego, kiedy ograniczony bagaż uniemożliwiał wzięcie drukowanej knigi. Ale w czasie izolacji wielu czytelników mogło się przekonać, że sięga się po nie w sposób szybki, bezpieczny i dziecinnie prosty. Że w ten sposób też można przyjemnie obcować z literaturą. Że to dalej książki, tyle że zapisane na innych nośnikach. Jestem pewien, że dzięki temu ebooki i audiobooki zyskały nowych użytkowników, z których część zostanie z nimi na dłużej.

    A skoro tak, to może w nowej rzeczywistości więcej książek – również ze względu na oszczędności wydawnictw – będzie trafiać na rynek jedynie w postaci ebooków i audiobooków? Może wobec ich rosnącej popularności więcej autorów będzie się decydowało na self-publishing? Może (to wariant skrajny, ale łatwy do wyobrażenia) papierowa książka stanie się luksusem zarezerwowanym dla najpopularniejszych autorów, a większość publikacji ograniczy się do formy cyfrowej lub audio?

    4. Kanapowe targi

    Zamrożenie branży eventowej sprawiło, że z literackiego kalendarza wypadły targi książki i spotkania autorskie. To znaczy wypadły w fizycznej formie, bo wydawcy, blogerzy literaccy i autorzy rzucili się do organizowania ich w przestrzeni wirtualnej. W końcu współczesne wyzwania technologiczne tyczą się sztucznej inteligencji, nowych metod wytwarzania energii czy przetwarzania gigantycznych wolumenów danych, a nie montowania wywiadów i paneli dyskusyjnych na Facebooku czy Instagramie. Tutaj jedyną barierą była społeczna niechęć do takich rozwiązań. Ale koronawirus szybko się z nią rozprawił.

    Targi i imprezy kulturalne są więc masowo przenoszone ze stadionów i ciasnych alejek hal wystawienniczych na kanapy i przed monitory. Dopiero co jarałem się Viralowymi Targami Książki (zorganizowanymi przez twórcę smakksiazki.pl Adama Szaję i pisarza Jakuba Ćwieka), a teraz już napalam się na We Are One: A Global Film Festival, dziesięciodniową ucztę filmową online, która będzie połączeniem festiwali w Cannes, Berlinie, Wenecji i wielu innych (startuje 29 maja).

    Pytanie, czy uinternetowienie kultury utrzyma się w nowej normalności. Na dzisiaj najbardziej prawdopodobna odpowiedź brzmi: na początku tak. Rozmrażanie wszystkiego co masowe (koncertów, meczów, imprez literackich) będzie następowało powoli. Nie spodziewam się żadnych spektakularnych wydarzeń kulturowych offline w 2020 roku. Za to przypuszczam, że wojna o najlepsze, najfajniejsze, najbardziej napakowane merytoryką i gwiazdami imprezy literackie dopiero się rozpoczęła.

    5. Wydawnicza selektywność i nowe rozdziały

    W 2018 roku wydano w Polsce 33,9 tys. książek, a więc o 6 proc. mniej niż w 2017 r. (dane Biblioteki Narodowej). Ale i tak wydaje się nieporównywalnie więcej niż na początku XXI wieku – po raz ostatni mniej niż 30 tys. tytułów na rynku ukazało się w 2010 roku. Wydawcy sami twierdzą, że książek jest za dużo, że malejące średnie nakłady ich niepokoją, że wcale im się nie uśmiecha wydawanie byle czego, ale skoro wszyscy tak robią, to trzeba się dostosować.

    Nic tak dobrze nie zmienia zasad gry jak porządny kryzys. Może więc koronawirus sprawi, że zubożali wydawcy staną się bardziej selektywni? Może ucierpi na tym literatura ambitna i spoza głównego nurtu, a księgarnie zaleją biografie i poradniki celebryckie? Może największym wyzwaniem początkujących autorów nie będzie wyróżnienie się z tłumu tylko w ogóle znalezienie wydawcy? A może wydarzy się coś pozytywnego? Na przykład literaci zaczną się wznosić na wyżyny kreatywności, aby przekonać wydawców, że warto w nich zainwestować? Cholera wie.

    Pewna wydaje się tylko korekta trendów wydawniczych. Spodziewam się, że nastąpi wysyp książek covidowych i postcovidowych, a więc w ten czy inny sposób odnoszących się do naszej nowej, zamaskowanej, niepewnej rzeczywistości. Kto wie, czy nie zrodzi się z tego jakiś większy nurt, który za kilkadziesiąt lat literaturoznawcy będą rozkładać na atomy. Poza tym przypuszczam, że może wystrzelić literatura psychologiczna, ponieważ po pandemii koronawirusa zanosi się na kolejną pandemię – depresji i problemów mentalnych. Ale o tym opowiem Wam przy innej okazji.

    Krzysztof Domaradzki

  • Rasa Panów…Czytelników. Felieton Jakuba Ćwieka.

    Czytam książki, odkąd pamiętam i nie ma w tym przesady. Czytać zacząłem dość wcześnie, bo jeszcze w przedszkolu, a z racji tego, że moja mama jest bibliotekarką, zawsze miałem do fajnych książek nie tylko dostęp, ale i dodatek w postaci rekomendacji. Czytałem w zasadzie wszędzie – w szkole na przerwach i pod ławką, chodząc po mieście, siedząc w toalecie, w wannie, w łóżku. I choć dość szybko przypadła mi do gustu fantastyka, nie stawiałem sobie żadnych ograniczeń. Przeciwnie, wymyślałem sobie dziwaczne wyzwania typu brania losowej książki z dowolnej półki albo czytania po kolei wszystkich autorów na literę C. Średnia liczba książek czytanych rocznie za czasów ogólniaka to dwieście pięćdziesiąt. Średnią obecną mam sporo niższą, ale nadal na niektórych robiącą wrażenie – około setki.

    Nie piszę tego wszystkiego po to, żeby się chwalić. Przeciwnie, uważam, że to zwyczajne stwierdzenie mało znaczących faktów dotyczących mojego hobby, nie zaś jakiś wyjątkowy powód do bezbrzeżnej dumy. Powodem do napisania tego felietonu jest natomiast głębokie przeświadczenie, że jestem w tym poglądzie dość mocno odosobniony.

    Zacznijmy od czytelniczych akcji mających w ogóle zachęcić nas do sięgnięcia po lekturę. Co nam one mówią? Po pierwsze, że czytelnictwo (w domyśle: książek) rozwija wyobraźnię, wzbogaca nasze słownictwo, wyczula nas na niuanse naszego języka. I jasne, jest w tym wszystkim trochę prawdy. Jednak nie należy ślepo jej przyjmować. Po pierwsze, nie ono jedno rozwija nas w tym zakresie. Z poszerzaniem granic naszej wyobraźni wyśmienicie radzi sobie muzyka, ale też przecież -dajmy na to- teatr budujący często wyłącznie wizualny kontekst, nie podając niczego wprost. Słownictwo i język nade wszystko rozbudowują konwersacje z innymi ludźmi, bo wtedy nie dość, że słyszymy dane słowo, to jeszcze mamy możliwość odniesienia się do niego, użycia go samemu, sprawdzenia jego różnych znaczeń czy kontekstów. Tak więc książka, owszem, ale jako jedna z opcji, medium będące nośnikiem treści, rzecz fajna, ale w kwestii naszego rozwoju wcale nie obligatoryjna.

    Po drugie, to przecież nie jest bez znaczenia, co się czyta. Książka równie dobrze jak poszerzać nasze horyzonty, może je drastycznie zawęzić. Co z tego, że czytam dwieście książek rocznie, skoro one wszystkie są przygotowane według tego samego schematu, skrojone pod gusta tego samego czytelnika, który, owszem, lubi taką formę rozrywki, ale tylko podaną tak, jak się już przyzwyczaił. Doskonale pasuje tu określenie, jakiego kiedyś użył Neil Gaiman zapytany o serię Harry’ego Pottera. „Ta seria jest jak dobry obiad, który zamówiłeś. Nie ma zaskoczenia, gdy kelner przynosi ci talerz, a na nim jest kotlet, ziemniaki, sałatka z ogórków, ale przecież nie o zaskoczenie chodziło, a o to, by było smacznie”. I żeby nie było wątpliwości: tak, jak słowa Gaimana nie były atakiem wymierzonym w książki Rowling, tak i moje nie są ciosem w czytelników serii tworzonych według schematu. Sam lubię takiego chociażby Reachera. Tyle że -powiedzmy sobie szczerze- czy on naprawdę ubogaca mnie bardziej niż nowy film Chrisa Nolana?

    www.unsplash.com/Jilbet Ebrahimi

    Zdaniem twórców akcji czytelniczych owszem: w nich linia podziału przebiega tyleż wyraźnie, co fałszywie pomiędzy tymi, co czytają, a tymi, co nie. Przykładem niech będzie akcja „Nie jestem statystycznym Polakiem, lubię czytać książki”. Już w nazwie podkreśla albo dumę z samego faktu bycia wyjątkiem, albo, w innym wariancie, potrzebę dania świadectwa. Ale to przecież jeden z najmniej wyrazistych przykładów. Kuriozalna w swym przesłaniu jest akcja „Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”, która nie dość, że próbuje zgranej już dawno temu marketingowej sztuczki sprzedawania dowolnego produktu seksem, to jeszcze karmi nas, czytelników, złudną nadzieją, że może skoro to jest condicio sine qua non, to działa on w obu kierunkach – jeśli czytam, to mam zagwarantowany seks, bo przecież majtki same spadają na myśl o tym, że ktoś umie w składanie literek! A jeśli nie seks, to może narodowe wartości? Czy sam fakt czytania może nas uczynić lepszymi obywatelami, jak sugeruje to akcja “Narodowe Czytanie”?

    I teraz, żebyśmy się dobrze zrozumieli. To nie tak, że potępiam w czambuł wszystkie inicjatywy zachęcające do czytania. Jest mnóstwo naprawdę wartościowych, jak choćby akcja „Czytam sobie!” zachęcająca do zabawy z czytaniem, „Cała polska czyta dzieciom!” pogłębiająca więzi między rodzicami a dziećmi i pokazująca, że czytanie to dobry sposób na spędzanie czasu. „Książka w podróży” z darmowymi rozdziałami czy całymi książkami do ściągnięcia za pomocą QR code też robi, myślę, wiele dobrego. Podobnie jak promowany z różnym natężeniem Bookcrossing, projekty typu Legimi czy Bookrage (tak, wiem, że dwa ostatnie to coś innego niż tylko czytelnicze akcje, ale wpływ na czytelnictwo mają większy niż niejedna inicjatywa stricte promująca).

    www.unsplash.com/Glen Noble

    To, do czego zmierzam i co jest jedną z największych bolączek tego typu działań, jest wspomniane już głębokie przeświadczenie, że my, czytelnicy jesteśmy lepsi, bo czytamy. Statystyki czytelnictwa kiedy nikt nie czyta są „przerażające!” albo „zatrważające!”. Niski poziom czytelnictwa jest „żenujący!”. Zupełnie jakbyśmy byli zobligowani do czytania, bo bez książek nie mamy szans zbudować społeczeństwa spójnego, nastawionego na rozwój i wzajemne zrozumienie. Naprawdę? To z nimi mamy? W czasach, gdy każdy może napisać, wydać i wypromować w zasadzie co chce, wyrazić dowolny pogląd od prawa do lewa z tą samą stanowczością, naprawdę to książka jest lekiem na zło?

    Ten idiotyzm prowadzi nas płynnie do następnego. No bo skoro już staliśmy się w jakiś sposób narodem wybranym – My, czytelnicy – to przecież spoczywa na nas brzemię. Gdy już staniemy się niestatystyczni, wyjątkowi, następnym poziomem jest zrozumienie czym właściwie czytelnictwo jest, jakie lektury powinny nas określać, byśmy opisani tym, co czytamy, wyglądali wystarczająco światle. By zaistnieć pośród ludzi wyjątkowych, dookreślamy się czytanymi książkami, uważnie dobieramy, o których lekturach wypada nam wspomnieć w towarzystwie, a które należy wyszydzić. Bo mogło się nam wydawać, że , gdy już oddzielimy się od nieczytających, statystycznych Polaków, będzie nam po prostu dobrze w naszym oświeceniu i wyjątkowości, nagle okazuje się, że jesteś tym, co czytasz. Nie tym, co przyswoiłeś, co do ciebie dotarło, co przedyskutowałeś, przeanalizowałeś, wyciągnąłeś wnioski. Dosłownie, jesteś tym, co czytasz. Twoja wartość wśród wyjątków z miejsca spada, jeśli zamiast Houellebecqa wolisz poczytać Cobena.

    Nie chcę dramatyzować, to dość naturalna tendencja w dowolnym środowisku. Pragnienie elitarności, grupy radykałów, dla których nikt nie jest dość dobry, kółka wzajemnej adoracji i grupy wpływów. Miłośnicy czytania… no właśnie, nie są tu wyjątkiem. To po prostu ludzie, których łączy zamiłowanie do konkretnego medium, jednej z rozlicznych form przekazywania informacji czy opowieści. Może kiedyś, gdy opcji przyswajania komunikatów było mniej, rzeczywiście dawało im to pewne fory, ale dziś? W większości przypadków to zwykła legitymizacja snobizmu.

    Mimo to nadal rozsądne w założeniach akcje czytelnicze skierowane do dzieci -jak większość tu wymienionych- mają moje pełne poparcie. Bo dają alternatywę, trochę wyrównują szanse tego konkretnego medium wobec innych, bardziej kolorowych, dla dziecka atrakcyjniejszych. Bo uczą, że do opowieści nie trzeba prądu, że można je sobie przekazywać na wiele sposobów, i angażując innych, i zupełnie samemu. Bo choć książce od dawna nie należy się z automatu piedestał pośród form przekazu, to jednak powinna móc o niego powalczyć.

    Niekoniecznie jednak seksem czy łechtaniem wewnętrznego snoba.

    Jakub Ćwiek