Tag: lubimyczytac.pl

  • „Cenne oceny, czyli jak stworzyć arcydzieło w 10 minut”. Lipcowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Zastanawialiście się kiedyś, ile prawdy jest w teoriach spiskowych? Nie mówię tutaj o twierdzeniach, że na Księżycu nikt nie wylądował, szczepionki powodują autyzm, a Ziemia jest płaska, jak deska do krojenia. Wszyscy chyba zdajemy sobie sprawę, że większość takich teorii jest zwyczajnie wyssana z palca. Ale co z teorią, że da się stworzyć arcydzieło, niezależnie od tego, jaką jakość prezentuje?

    Mam w sobie coś z masochisty, bo zamiast siedzieć wygodnie na kanapie i oglądać kolejny sezon ulubionego serialu, siedzę przy biurku i klikam w profile na portalu Lubimy Czytać. Portalu, który zapewne każdy szanujący się książkoholik doskonale zna, choć nie musi z niego nawet korzystać. Ja korzystam (rzadko, ale jednak), a kiedyś nawet pisałem tam oficjalne recenzje, ale o kulisach tego mówić nie będę, gdyż dałem słowo, a nie lubię go łamać. „Serce”, czyli moja ostatnia powieść miała także patronat Lubimy Czytać, co sobie chwalę, bo być może trafiłem do kilku nowych czytelników.

    I tak właśnie przeglądając portal przypomniałem sobie rozmowę z przyjacielem, który kilka lat temu zaproponował mi pracę. Nie zgodziłem się, bo pracę i kręgosłup moralny miałem i nadal mam, ale sam temat gdzieś tam do mnie powracał. Chodziło o to, żeby pisać „recenzje” oraz oceniać książki na różnych portalach. Oczywiście jednym z nich było Lubimy Czytać, ale w grę wchodziły także strony Empiku, Merlina i wielu innych internetowych księgarni. Jak taka praca miałaby wyglądać? Zakłada się kilkanaście różnych kont, podpina je pod kilkanaście różnych adresów mailowych i trzaska się „dziesiątkami”. Do tego dobrze dorzucić kilka sloganów: świetnie się czyta, wciąga jak diabli, najlepsza książka w moim życiu. Wiecie o co chodzi.

    Napisałem, że temat do mnie powracał, bo dostałem kiedyś taką propozycję, ale będąc już autorem, czyli: „hej, daj piątaka, a skoczy ci ocena tu i tam”. Oczywiście wiadomość nie brzmiała dokładnie tak, ale jej sens starałem się zachować. Wiem też, że tego typu maile trafiają do wydawców. Za relatywnie niewielką kwotę ludzie są w stanie zrobić z każdej książki, nawet mocno przeciętnej, arcydzieło. Przynajmniej w Internecie. Wydawać by się mogło, że teraz takie rzeczy powinny być niemożliwe, prawda? Jakaś weryfikacja po numerach IP? Cokolwiek, co ograniczałoby tworzenie kilkunastu fikcyjnych kont. No dobra, ale czy to dalej jest możliwe?

    www.unsplash.com/Tianyi Ma

    W dwie minuty założyłem nowe konto i dałem pewnej książce ocenę. Wybrałem pozycję na tyle popularną, że ani jej nie zaszkodziłem, ani nie zrobiłem dobrze. Z czystym sumieniem – 7/10. Ocenę usunę, bo nie chciałbym wpływać na całokształt. Zależało mi tylko na tym, by sprawdzić, czy mechanizm dalej działa i jak się okazuje działa, bo zrobiłem też… kolejne konto. I dałem kolejną ocenę. I kolejną. I kolejną z kolejnego konta. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że można w jednym domu korzystać z kilku kont, ale jednak sam proces weryfikacji powinien być solidnie przemyślany. Obawiam się, że teraz nie ma go w ogóle. Bo i po co, skoro interes się kręci, a wszyscy są zadowoleni?

    No dobra, wiemy już, że da się zawyżać oceny i nie spotka nas za to kara. Tylko czy ktoś tak robi? Dowodów nie mam, ale przejrzałem kilka ostatnich „hitów”, czyli książek, o których jest wszędzie diabelnie cicho, a na portalu mają wysoką ocenę z setkami głosów. Natrafiłem tam na sporo kont, gdzie nie jestem w stanie zobaczyć informacji o tym, co dany użytkownik jeszcze oceniał. Odbijałem się od pola z napisem „brak uprawnień”. W przypadku jednej książki natrafiłem na kilkanaście takich kont i każde z nich dało ocenę 9/10 lub 10/10. Do tego krótkie uzasadnienie i gotowe: mamy arcydzieło. Ciekawe jest to, że oceny w tym konkretnym przypadku nie przełożyły się na inne platformy, bo na Empik straszy okrągłe 0 recenzji i ocen, a na Legimi raptem kilkanaście.

    Sytuacja może działać też w drugą stronę, bo przecież bardzo łatwo obniżyć ocenę książki, bombardując ją ocenami 1/10. Wiem, że w takim przypadku można się zgłosić do LC i oni zareagują, ale tylko idiota odzywałby się w sytuacji, kiedy ma same 9 i 10, prawda?

    Po co w ogóle robić coś takiego? Odpowiedź jest prosta: dla czytelników nieświadomych. Takich, którzy jak ja, kiedyś wierzyli w to, że oceny faktycznie mają odzwierciedlać treść. Zachęceni wysoką oceną i dalej wierzący w jej prawdziwość, kupią książkę. Marketing, bejbe!

    Ja wiem, że takie rzeczy się robi i to przy każdym produkcie, bo książka przecież również takowym właśnie jest. Promocja ma też swoje ciemne strony, a zawyżanie ocen to tylko jedna z możliwości.

    Przeglądając oceny na portalach można dojść do wniosku, że co druga książka jest arcydziełem. Wiecie, tytułem, który ludzie będą pamiętali przez całe swoje życie i najchętniej do grobu zabiorą ze sobą tylko te najlepsze powieści. Patrząc na to, jak łatwo przyznawane są „dziesiątki”… to będzie bardzo duża trumna.

    Bartosz Szczygielski

  • „Jak reagować na negatywne recenzje”, listopadowy felieton Wojciecha Chmielarza

     

    Do napisania tego felietonu skłonił mnie wpis na facebooku jednego z nowszych (bo nie młodszych) autorów kryminału, który właśnie przeczytał pierwszą negatywną recenzję własnej książki. A przynajmniej wydaje mi się, że była to pierwsza, bo jego reakcja była… dziwna

    Negatywna recenzja to nigdy nic przyjemnego. Serio. Parę w swoim życiu dostałem, to wiem. Dlatego też w pewien sposób rozumiem tego pisarza, który postanowił jakoś zareagować na mało pochlebny wpis na lubimyczytac.pl anonimowego czytelnika. Przy czym, żeby była jasność – nie był to wpis wulgarny ani nieuprzejmy, chociaż na pewno mocno krytyczny. Autor odniósł się do niego z lekceważeniem. Zasugerował, że jeśli czytelnikowi jego książka się nie podobała, to sam jest sobie winien, bo z każdej lektury wyciągamy tyle, ile sami potrafimy. Czy jakoś podobnie. Pojawiło się również przypuszczenie, że ów czytelnik, to ktoś ze znajomych autora, który jednak nie miał odwagi do tego, żeby powiedzieć mu tę negatywną opinię twarzą w twarz.

    A potem zaczęło się robić jeszcze lepiej! Bo do pocieszanie się naszego autora rzucili się jego Facebookowi znajomi. W tym inni młodzi (stażem) autorzy, blogerzy, a także, co mnie zaskoczyło, dość poważne w czytelniczym światku persony. Dużo było poklepywania po plecach, utwierdzania autora w przekonaniu, że jego książka jest świetna i wyjątkowa, powtarzania, że nasz czytelnik się nie zna i nie rozumie. I tak się ta radosna spirala nakręcała, a ja, obserwując to z dystansu, czułem coraz większe zażenowanie. A potem stwierdziłem, że postaram się przekuć to zażenowanie w coś pozytywnego i napiszę niniejszy felieton.

    Photo by Corey Blaz on Unsplash

    Drodzy, młodzi (stażem) autorzy. Nie ma chyba problemu, w momencie kiedy mówimy o recenzjach zamieszczanych w prasie papierowej. Tutaj każdy się raczej cieszy, że jednak o nim napisali, a jak to już mniejsza z tym. Nikt więc nie pisze gniewnego maila do redakcji. A przynajmniej ja o takiej sytuacji nie słyszałem. Problem pojawia się przy portalach społecznościowych i blogosferze, gdzie etykieta jest mniej formalna i wszystkim wydaje się, że można trochę więcej. Jak więc reagować na negatywne recenzje? Krótka odpowiedź brzmi – nie reagować. Nie ma nic smutniejszego niż autor, który próbuje przekonać wszystkich dookoła, że jego dzieło jest wyjątkowe i wspaniałe. Nie ma nic bardziej krępującego niż autor tłumaczący czytelnikowi, że jak to mu się nie podobało, skoro podobało. Bierzemy negatywną recenzję na klatę, zaciskamy zęby i jedziemy dalej. Nawet jeśli przy okazji dostaliśmy niską ocenę na lubimyczytać, która znacząco zaniża nam średnią. Jeśli tego nie potraficie, to pozostają dwa wyjścia. Albo wycofać się z tego interesu, albo, jak poradził mi pewien Bardzo Znany Pisarz – w ogóle nie czytamy recenzji na swój temat. Oba wyjścia są skrajne, ale to jedyne rozwiązania. I ja naprawdę rozumiem, że to boli. I naprawdę rozumiem, że, proszę mi Państwo wybaczyć, czasami ten czytelnik nie ma racji. Bo faktycznie nie pojął, nie zrozumiał, coś mu umknęło, ma za małe oczytanie, żeby docenić i tak dalej, i tym podobne. Ale nie zmienia to faktu, że najlepiej jest milczeć. Chyba, że już koniecznie, ale to już koniecznie, chcecie się odezwać. Wtedy uśmiech na twarz, tę prawdziwą i tę wirtualną, dziękujecie za poświęcony czas i przepraszacie, że się nie spodobało. Wyrażacie też nadzieję, że czytelnik jednak sięgnie po kolejną książkę i tym razem z pozytywnymi odczuciami. Bo też ten nasz czytelnik faktycznie poświęcił kilka godzin ze swojego życia na przeczytanie naszej książki. A potem zadał sobie jeszcze trud, żeby coś o niej napisać. Wypadałoby to tak po ludzku uszanować i zamiast od razu sugerować, że są tu jakieś niejasne intencje, a potem szukać wsparcia u znajomych, jednak przez chwilę zastanowić się, czy on nie ma racji. I przynajmniej spróbować wyciągnąć z tej całej sytuacji coś, co pozwoli nam być lepszym pisarzem. Do tego przecież wszyscy dążymy i tego wszyscy chcemy.

    fot: www.unsplash.com/Aaron Burden

    Być może życie napisało happy end do tego felietonu. Wszedłem na stronę facebookową tego autora i szukałem opisywanej przeze mnie dyskusji. Nie znalazłem jej. Czyżby pisarz jednak zreflektował się, że zrobił coś nieeleganckiego i skasował ją? Mam szczerą nadzieją, że tak. Po to w końcu wydajemy te książki, żeby inni mogli je przeczytać i powiedzieć, co o nich myślą. A że czasami myślą nie najlepiej. No cóż – ryzyko zawodowe.

    Wojciech Chmielarz