Thriller literacki o Wiktorze Krzesimie, amsterdamskim księgarzu polskiego pochodzenia, zawodowym podglądaczu, zakochanym w skrywającej liczne tajemnice kobiecie, który zza szyby księgarni prowadzi prywatne śledztwo w sprawie śmierci znanego restauratora mebli. Szyba księgarni, tak jak lustro weneckie, zaciera ślad między tym, kto jest podejrzanym, a kto ofiarą. Jednak jeśli czytelnik będzie wystarczająco uważny, odkryje zaszyfrowany w powieści klucz, który ujawnia imię sprawcy. Wątek kryminalny jest pretekstem do opowieści o starości i sensie osobistych wyborów z perspektywy schyłku życia: grupa podglądanych przez Wiktora przyjaciół, niebanalnych sześćdziesięciolatków, osiedla się wspólnie w wyremontowanej kamienicy naprzeciwko księgarni i zamienia ją w dom „wesołej starości”. Czy w czterech ścianach wąskiego amsterdamskiego domu można ukryć prawdę o zbrodni? A może sprawca znajduje się po drugiej stronie lustra? Przeczytajcie rozmowę z autorką.
Jest Pani w stanie wyobrazić sobie taką miłość do książek jak u Wiktora Krzesima, właściciela antykwariatu w Amsterdamie?
Emocje Wiktora są mi bardzo bliskie. Jeśli mogę sparafrazować Flauberta o Emmie Bovary, to Wiktor c’est moi. Po raz pierwszy napisałam powieść z perspektywy mężczyzny i obdarowałam mojego bohatera własnymi obsesjami.Taka anachroniczna miłość do książek jest rzadką przypadłością, ale wciąż się zdarza.
Drugą jego wielką miłością, a może nawet manią jest Marianna. To jeszcze uczucie czy już obsesja?
Uczucie do Marianny urosło w samotności, w oddaleniu. To jest miłość emigrancka, spotęgowana przez kontekst, w którym bohaterowie się znaleźli. On kocha obsesyjnie, jest gotowy na to, że roztrzaska się z miłości – po prostu nie ma żadnych amortyzatorów. Hmh, właśnie zauważam, że w słowie „amortyzator” ukrył się „amor”…
Epizod pracy w księgarni bardziej pomógł przy pisaniu tej książki czy bardziej zaszkodził?
Byłam złym i nieporadnym księgarzem. Uszczęśliwiała mnie praca w otoczeniu książek, ale ze sprzedażą szło mi gorzej. Powieściowy Wiktor też nie wpisuje się w prawa rynku, nie robi inwentaryzacji, księgowy na niego krzyczy. Dzięki temu doświadczeniu zawodowemu wiele zrozumiałam. Na przykład to, że nie powinno się w godzinach pracy przesiadywać na zapleczu i pisać powieści. A ja właśnie tak robiłam, co nie wychodziło sprzedaży na dobre:)
W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że Amsterdam to stolica wolności. Fabuła „Księgobójcy” dowodzi, że ta wolność może jednak być zgubna.
Kiedy w 2001 przyjechałam do Amsterdamu na stypendium, odurzyła mnie swoboda, głośny śmiech na ulicach, niski poziom lęku. Nie wiem, czy Pan to pamięta, ale w tamtych czasach w Polsce nie pijało się nieprzegotowanej wody z kranu. To był jakiś podświadomy strach, nieufność. Mało kto wtedy w dużych polskich miastach jeździł na rowerach. Mężczyźni nosili szare garnitury i krótko podcięte włosy. Tatuaże były zarezerwowane dla recydywistów. Niby tak niedawno, a jednak ogromna to była różnica. Kiedy sobie tak chodziłam jako studentka nad amsterdamskimi kanałami, myślałam, że jestem wielką szczęściarą, że mogę się cieszyć właśnie taką wolnością: kolorową, różnorodną, ufną. Potem zgłębiłam historię Amsterdamu i dostrzegłam, że ta kolorowa powierzchowność skądś się bierze: mieszkańcy tego miasta mają egalitaryzm i poszanowanie wolności w genach. Amsterdam jest swego rodzaju cudem i triumfem wspólnego ludzkiego wysiłku: miasto wyrosło na błotach. Te cudne siedemnastowieczne kamieniczki stoją na dębowych palach wbitych w muł, inaczej by się zapadły. Burmistrz Amsterdamu i wiele znanych osobistości jeżdżą sobie beztrosko na rowerach z siatkami i koszykami na zakupy. Żadnych limuzyn. Wolność i równość. Tą wolnością można się upić, zachłysnąć. Wolność może człowieka zniszczyć, tak jak miłość.



