Tag: Marta kielczyk

  • „Dlaczego boję się 2019 roku?” Styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Jakub Szamałek, Jędrzej Pasierski i Bartosz Szczygielski, to trzech polskich autorów, z którymi rozpocząłem rok 2019. I każdy z nich napisał książkę co najmniej bardzo dobrą.

    O Jakubie Szamałku i jego „Cokolwiek wybierzesz” pisałem już sporo u siebie na facebooku. Tutaj powtórzę tylko, że to bardzo udana powieść. Dostępna jest już zresztą na rynku, więc każdy może po nią sięgnąć i sam się przekonać. Na powieści pozostałych dwóch autorów trzeba jeszcze kilka dni poczekać. Pierwszym z nich jest Jędrzej Pasierski ze swoimi „Roztopami”, czyli drugą częścią cyklu o podkomisarz Ninie Warwiłow. Pierwszy tom „Dom bez klamek” dział się w Warszawie. W drugim Pasierski wysyła swoją bohaterkę w Beskid Niski. Już tym mnie ujął, bo osobiście uważam, że dobre cykle kryminalne cechują się tym, że pierwszy tom dzieje się w wielkim mieście, a drugi w jakiejś zagubionej mieścinie w polskich górach (okej, na odczepnego może też być Sandomierz).

    Jędrzej Pasierski, fot: smakksiazki.pl

    No dobra, ale teraz to już na poważnie. Pierwsza rzecz, która mnie ujęła w „Roztopach” to język. Pasierski po prostu pięknie pisze i trochę mu tego zazdroszczę. Jego zdania są precyzyjne, porównania i metafory trafione, a równocześnie jest w swoim pisaniu bardzo oszczędny. Nie ma tutaj żadnego zbędnego słowa. Przez tę powieść po prostu się płynie. Druga rzecz, to sama podkomisarz Nina Warwiłow. Świetnie zbudowana i przemyślana postać. Wieloznaczna, niekoniecznie kryształowa, czasami trudna, nieustępliwa. Bardzo prawdziwa, w taki zwyczajny, ale również fascynujący sposób. Nie chcę za dużo o niej tutaj opowiadać, żeby nie spoilerować, ale to taka bohaterka, o której można gadać i gadać, analizując jej kolejne decyzje życiowe. Zresztą, już po jednej takiej dyskusji jestem. No i wreszcie intryga. I to jest kolejna rzecz, za którą Pasierskiego muszę pochwalić. Bo to nawet nie chodzi o to, że ona się trzyma kupy, jest logiczna, a jedno wynika z drugiego. Nie. Przede wszystkim imponuje mi jej precyzja. Znowu, nie chcę za wiele zdradzać, ale jest w tej książce jeden element, który mnie absolutnie zachwycił. Element, na który wielu czytelników być może nawet nie zwróci uwagi, ale dla mnie jest dowodem tego, jak ta historia jest dokładnie przemyślana i zaplanowana. Tam nie ma ani jednej luźnej nitki. Chodzi o motywację jednej z postaci. Najpierw poznajemy jedną wersję. Która byłaby nawet wystarczająca. Odrobinę za prosta, ja sam kręciłbym nosem, ale w sumie to nawet, zawieszając trochę niewiarę, kupiłem ją. Ale potem Pasierski przedstawia nam drugą wersję tej samej historii. Tą prawdziwą. I tutaj kurczę zrobił na mnie wrażenie, bo już naprawdę nie miałem się do czego przyczepić. No i teraz najważniejsze – Pasierski mógł pójść na łatwiznę. Mógł zostać przy pierwszej wersji. Ale wybrał trudniejszą drogę. I wygrał na tym. Naprawdę od bardzo dawna nie czytałem tak dobrze skonstruowanego kryminału. Na jednym ze spotkań Pasierski powiedział, że odwołuje się do dziedzictwa Agathy Christie. Że to jest ten rodzaj kryminału, który najbardziej mu odpowiada. Powiem tak, „Roztopy” to książka współczesna i napisana w nowoczesny sposób. Ale czuć w nim ducha Christie. Naprawdę go czuć.

    Bartosz Szczygielski, fot: Maksymilian Rigamonti/ Wydawnictwo WAB

    Z kolei Bartosz Szczygielski kończy „Sercem” swoją trylogię o komisarzu Gabrielu Bysiu z Pruszkowa. Od razu się przyznam, że czytałem tylko pierwszą i ostatnią część. Pierwsza, „Aorta” zrobiła na mnie dość duże wrażenie. Niestety, miała jedną, bardzo dużą wadę konstrukcyjną, która mocno psuła odbiór całości. „Serce” jest już tych błędów pozbawione. Tak jak u Pasierskiego to bardzo solidnie przemyślana i przepracowana historia. Idzie do przodu, logicznie się rozwija i ma mocny finał. Bohaterowie są specyficzni, ale mocni i wyraziści. Przede wszystkim jednak Szczygielskiemu udało się w przeciągu pracy nad trzema książkami, coś czego niektórym innym autorom nie udaje się osiągnąć całe życie – dorobił się własnego stylu. Pisze więc Szczygielski powieści mroczne, ciężkie, brudne, często nieprzyjemne. Nie ma litości ani dla swoich bohaterów, ani dla czytelników. Nie oszczędzi nam niczego.

    Czytając „Serce” i mając w pamięci „Aortę” kiwałem z uznaniem głową nad rozwojem twórczym Szczygielskiego. To jest już inny pisarz niż przy debiucie. Znacznie lepszy i dojrzalszy. Ale mam też wrażenie, że bohaterowie wykreowani w pierwszej książce, wydawali się krępować autora. Nie pozwalali mu w pełni rozwinąć skrzydeł. Przecież nie mógł zignorować tego, co opisał w poprzednich dwóch książkach. Musiał pozamykać wszystkie wątki, opowiedzieć historię Bysia do końca. I żeby była jasność – „Serce” to bardzo dobry kryminał. Ale aż boję się myśleć, co Szczygielski nam zaserwuje, kiedy będzie mógł opowiedzieć zupełnie nową i zupełnie świeżą historię. Boję się i nie mogę się doczekać.

    www.unsplash.com/Emily Morter

    To chyba dobry moment, żeby odpowiedzieć na pytanie zadane w tytule tego felietonu. Trzy pierwsze kryminały przeczytane w 2019 roku. Trzy znakomite książki. Odpowiadając żartobliwie – boję się, bo konkurencja w gatunku zrobiła się naprawdę ostra. A przecież to nie wszystko. Bardzo dobre recenzje zbiera Piotr Rozmus z „Piętnem mafii” i Marta Matyszczak z „Morderstwem w Hotelu Kattowitz”. Sporo szumu zaczyna robić wokół siebie Grzegorz Kalinowski z „Grą w oczko”. A to tylko dwa pierwsze miesiące tego roku! A co dalej? Następną książkę zapowiada Anna Kańtoch i Ryszard Ćwirlej. Plotkuje się o kolejnej pozycji od Marty Guzowskiej, a swój pierwszy kryminał ma wydać Jakub Ćwiek. Oj będzie się działo. Zobaczycie Państwo, 2019 to będzie bardzo dobry rok dla polskiego kryminału.

    Wojciech Chmielarz

  • Cofamy do tyłu, akwen wodny, godzina czasu. Jakie błędy najczęściej popełniają Polacy?

    Dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego. Czy mówimy poprawnie? Czy wysyłamy mail czy maila? A informacji szukamy w Internecie czy internecie? Do porannej kawy łapcie rozmówkę z Martą Kielczyk, autorką książki „#Wpadki. @Grzechy językowe w mediach”. 

     

    Nie jest nam obca praca w mediach. Patrząc na tytuły, nagłówki, wiadomości, można czasem odnieść wrażenie, że jeśli Polacy mają czerpać przykład od dziennikarzy, to nie jest to przykład najlepszy. Zgadza się pani?

    Rzeczywiście różnie to bywa. Wszystko zmienił internet, na wielu portalach tytuły, nagłówki, wiadomości potrafią zaskakiwać nie tylko treścią. A dziennikarze wychowani na takich wzorcach, często je powielają. Z drugiej strony staranność pozwala budować markę, paradoksalnie dzięki temu łatwiej o prestiż.

    My jeszcze potrafimy w ogóle porozumiewać się poprawną polszczyzną?

    Dopóki dochodzimy do porozumienia pewnie tak, ale niekoniecznie jest to wyłącznie poprawne. Zresztą w życiu codziennym potoczna polszczyzna ma prawo wziąć górę. Mam jednak na myśli sformułowania, na które nie pozwalamy sobie w towarzystwie, a wśród bliskich owszem. Tyle że kieruję się zasadą poprawności (choćby odmiany) także w gronie osób, które wszystko wybaczą. Bo potem w stresie przed kamerą, mikrofonem wychodzą najgorsze przyzwyczajenia.

    Poszłem, włanczam, cofam do tyłu, zjeżdżam na dół, dzień dzisiejszy, w każdym bądź razie, można wymieniać długo. Jakie błędy popełniamy najczęściej, a które są najbardziej rażące?

    Zaryzykuję ich wymowę, w nadziei, że przez to nie zacznę mieć w końcu dylematów, jak się mówi: „półtora punkta”, „półtorej roku” – to nagminne i co tu dużo ukrywać kompromitujące, zwłaszcza jeśli mówi tak ktoś w drogim garniturze, tonem nieznoszącym sprzeciwu… Często pada: „wysyłam maila, SMS-a”, gdyby to było poprawne, wysyłalibyśmy „lista”…, w języku oficjalnym pozostaje jednak forma „wysyłam mail”, „wyślij mi mail, proszę”. Nie odmienne pozostają: „FIFA”, „UEFA”, choć wiele osób forsuje formy odmienne, nawet jeśli nie wiadomo jak to zapisać. Nie ma też „loga”, ale poprawnie: „logo”. Tak samo jak nie mówimy „drugi luty”, bo „drugi luty” był w drugim roku naszej ery, teraz mam dwa tysiące siedemnasty luty, a dzień to drugi lutego. Z drugiej strony zabawne są sytuacje, kiedy mikrofon „usztywnia” i sprawia, że niektórzy chcą być przesadnie poprawni. I zamiast poprawnego akcentowania np. słowa „naUka”, mówią „nAuka”. Zwykle słyszymy: „Pałac Kultury i NAuki”, zamiast: „…NaUki”. Być może także dlatego tyle osób forsuje „dwutysięczny siedemnasty”. To tak jakby wojna wybuchła w tysięcznym dziewięćsetnym trzydziestym dziewiątym…

    Skoro wywiad będzie opublikowany w internecie, to właśnie, w Internecie czy w internecie?

    Wykładnią są słowniki drukowane, te pozostają przy wielkiej literze, niektórzy językoznawcy dopuszczają „internet” w znaczeniu medialnym, podobnie jak „radio”, „telewizja” w znaczeniu ogólnym. Na wiele pozwalają słowniki internetowe, z których chętnie korzystam, bo to najszybsze, ale na które nie lubię się powoływać, bo bywają niewiarygodne, często piszą je hobbyści, a językoznawcy z tytułami profesorów pod nimi się nie podpisują, zgodnie z zasadą wyznawaną przez Barbarę Krafftównę, laureatkę konkursu Mistrz Mowy Polskiej: „Skrót www to wielce wątpliwa wiedza”.

    Których słów najbardziej Pani brakuje w mowie potocznej? Ja bardzo lubię słowo telefonuję, ale teraz wszyscy dzwonią.

    Trzeba przyznać, że „telefonowanie” jest dziś bardziej romantyczne i niestety zapomniane. W języku potocznym brakuje mi „kolejnego festiwalu”, zastępowanego nagminnie „edycją festiwalu”. Mamy edycje wszystkiego. Ostatnio usłyszałam o „edycji pielgrzymki”. Czekam na „edycję małżeństwa”. W potocznej polszczyźnie brakuje mi staranności wymowy: „som”, „robiom”. Zbyt często gubione są samogłoski, zbyt razi tempo, które to sprawia…

    Mam wrażenie, że znawcy języka robią się coraz bardziej liberalni. Pozwalają na coraz więcej, coraz mniej rzeczy ich przeraża. Powinni być bardziej konserwatywni?

    Językoznawcy są obserwatorami zmian, a trzeba przyznać, że tempo w jakim one zachodzą jest ostatnio przerażające. Trudno nie być liberalnym w dobie wygibasów językowych i zaniechania zasad ortografii na forach internetowych. Jeśli jakiś błąd jest zbyt dominujący, zostaje zaakceptowany. Dziś może dziwić, że kiedyś chodziło się wyłącznie „do kino”, życie wybrało inną formę.

    SMS-y, twitty, snapy, maile, one bardzo zubażają nasz język? Wymuszają coraz prostszą i krótszą metodę komunikacji?

    Wpisujemy się w konwencję i często stosujemy w nowych komunikatorach przyjęte przez nie zasady, nawet jeśli nie mają nic wspólnego z zasadami języka polskiego, a nawet jeśli całość wychodzi komicznie. Ale jednocześnie piękny tekst jakoś nie pasuje do tego typu form porozumiewania się. Każdy sam decyduje, na co sobie chce pozwolić.