Tag: Mons Kallentoft
-
„Każdy policjant może się bać, gdy rzucają w niego koktajlem Mołotowa”. Rozmowa z Monsem Kallentoftem
Mons Kallentoft i Markus Lutteman stworzyli dzielnicę, która tak naprawdę nie istnieje. Przyznam się, że szukałem jej na mapie Sztokholmu, a okazało się, że jest mieszaniną kilku innych, istniejących. Lepiej się tam nie zapuszczać, chyba, że jesteście Zackiem Herrym, wtedy wszystkie chwyty dozwolone. Rozmawiamy o „Heroinie”, najnowszej książce wspomnianego już duetu, kryzysie w szwedzkiej policji, a także o Malin Fors – jej tematu nie mogło zabraknąć. No i uczymy się dodawać osiem do czterech 😉 Umówiliśmy się w miejscu, które miało imitować Stallhagen, wymyśloną dzielnicę Sztokholmu zamieszkaną przez imigrantów. Smacznego!
-
„Ziemia, po której chodzimy, nie należy do nas”.
Jeśli spodziewacie się wywiadu, w którym autora pyta się o to, dlaczego zabił ten, a nie inny, to spokojnie możecie zamknąć stronę. Marta Guzowska rozmawia z Monsem Kallentoftem o uchodźcach, o Szwecji, ale też o najnowszej książce, czyli „Łowcach ognia”. Zapnijcie pasy, przygotujcie dobrą kawę i dajcie się porwać.
Jest Pan za przyjęciem uchodźców z Bliskiego Wschodu, czy jest Pan temu przeciwny?
Jestem jak najbardziej za. Chodzi przecież o zwykłe ludzkie współczucie. A także o przekonanie, że ten świat należy do nas wszystkich, nie tylko do garstki wybrańców jakimi, powiedzmy to otwarcie, są Europejczycy. Fakt, że urodziłem się w Szwecji, nie znaczy, że ten kraj do mnie należy. Ludzie mają prawo uciekać przed wojną i terrorem, mają też prawo gonić swoje marzenia. Migracja i imigracja to bardzo pozytywne zjawiska. Patrząc na kraje Europy widzę, że te najbardziej antyimigranckie to jednocześnie te najsłabiej rozwinięte. Nacjonalizm to straszna rzecz, to zawsze kostium, w który przebiera się niepewność i dochodząca do władzy dyktatura. Te tendencje w wielu europejskich krajach są zatrważające. Ludzie muszą się im przeciwstawić! Szczególną rolę do odegrania mają tu media, które nowi despoci próbują kontrolować.
Czemu więc ludzie tak boją się uchodźców?
Wielu ludzi obawia się, że uchodźcy zagrażają ich stylowi życia. Ale to bzdura. Przede wszystkim, nie ma czegoś takiego, jak niezmienny styl życia, ciągle musimy adaptować się do zmian. Społeczeństwo ulega ciągłym przemianom, od zawsze, nie dopiero od niedawna. Niektóry ludzie lubią zmiany, inni wolą, żeby ich życie było od początku do końca takie samo. Ale zawsze przykro mi się robi, kiedy patrzę na ludzi, którzy nie nadążają za swoimi czasami i którzy oskarżają uchodźców o całe zło tego świata.
W Pana najnowszej powieści przetłumaczonej na język polski „Łowcy ognia”, jednym z głównych tematów jest współczesne niewolnictwo, ludzie z Azji pracujący w Europie (i nie tylko na tym kontynencie), za minimalną płacę lub w ogóle za darmo, czasem narażając swoje życie. Czy współczesne niewolnictwo jest obecnie wielkim problemem w Szwecji?
Jak dotychczas nie, to są marginalne przypadki i mam nadzieję, że nie będzie ich więcej. Ale ten problem narasta w wielu krajach. Pisząc „Łowców ognia” starałem się sobie wyobrazić co byłoby (lub – patrząc na sprawy pesymistycznie – co będzie), jeśli ten problem dotarłby do Szwecji.
W Pana książkach imigranci ani niewolnicy nie są potrzebni, i bez nich szwedzkie społeczeństwo ma mnóstwo problemów. Choroby, rozwody, alkohol, zaniedbywanie dzieci… Czy Szwedzi to w większości optymiści, czy pesymiści?
Ja bym powiedział raczej, że optymiści. Owszem lubimy kryminały, w których są problemy i zbrodnie, ale to tylko książki. A w Europie są o wiele bardziej przerażające kraje niż Szwecja. Kraje, w których pączkuje dyktatura, prasa jest cenzurowana, na dziennikarzy wywierane są naciski, zakazuje się aborcji, a nacjonalizm kwitnie. To naprawdę większe problemy niż to, co mamy w Szwecji.
Więc może jednak Szwedzi trochę z tymi swoimi problemami przesadzają… Dla wielu ludzi na całym świecie wasz kraj jest czymś bardzo bliskim raju. A jednak to Szwedzi zostali słynnymi na cały świat specjalistami od wyciągania na wierzch swoich problemów. Ale dlaczego to robicie? Dlaczego nie zamiatacie swoich grzechów pod dywan?
Nie zgadzam się z tym punktem widzenia, to spore uproszczenie. Przede wszystkim wierzę w wolność i w dyskusję. W innych krajach często zaniedbuje się dyskusję, ukrywa się problemy w kącie, przykrywa dywanem nacjonalizmu i udaje się, ze wszystko jest dobrze. Wolę już wywlekać trudne sprawy na światło dzienne i otwarcie o nich mówić.
W szwedzkich kryminałach, a Pana nie są wyjątkiem, jest dużo policyjnej pracy zespołowej. Nie ma w nich miejsca dla samotnych wilków?
Ależ moja bohaterka, Malin Fors, jest trochę takim samotnym wilkiem. Musi sama mierzyć się ze swoimi sprawami: alkoholizmem, lękiem o córkę, trudną relacją z mężczyznami… Natomiast jeśli idzie o pracę, starałem się pokazać w miarę realistycznie działania policjantów. A to zawsze jest praca zespołowa.
Szwedzi pracują w grupie, prywatne problemy rozwiązują sami. Co jeszcze jest dla nich typowe? Dla reszty Europejczyków stereotypowy Szwed za dużo pije, kocha piękne wnętrza…
To wszystko prawda. Oprócz tego mamy też bardzo silną etykę pracy. Bywa również, że mamy o sobie bardzo dobre zdanie, generalnie uważamy, że jesteśmy lepsi od innych, mamy wyższe standardy moralne. To oczywiście bzdura!
A Pan jest optymistą, czy pesymistą? Pytam o to, ponieważ w Pana książkach wiele jest okrucieństwa, życiowego okrucieństwa. Zawsze jest na coś za późno, nie da się wynagrodzić straty, zła… Czy to są Pana poglądy?
W literaturze najbardziej lubię gatunek noir. A noir zawsze oznacza pesymizm. Ale lubię to tylko w sztuce. Moja filozofia życiowa to miłość, zrozumienie i przede wszystkim osobista wolność. Nienawidzę wszelkich form dogmatyzmu i nacjonalizmu.
Pana książkowy pesymizm pasuje do ogólnego pesymizmu w ostatnich czasach. Czy myśli pan, że świat się kończy?
Nie. Żyjemy w okresie zmian, ale raczej nie uda nam się spowodować końca świata. Chociaż on się na pewno zmieni. Przypuszczam jednak, że jego siłą napędową nadal będzie żądza władzy, chciwość i pragnienie miłości.
Jak Pan uważa, co pomoże ocalić świat?
Mniej nacjonalizmu, więcej empatii i głębokie zrozumienie, że miejsce, w którym żyjemy, woda, którą pijemy i ziemia, po której chodzimy nie są naszą własnością. Dorzuciłbym jeszcze: nie słuchać demagogów, oni chcą naszego życia i naszych dusz.
Prowadzi nas to do naszego tradycyjnego ostatniego pytania: jaką książkę ocaliłby Pan przed końcem świata.
Wystarczyłaby mi tylko jedna: „Krwawy południk” Cormaca McCarthy’ego.
Dziękuję za rozmowę.
-
„Dzięki Stiegowi Larssonowi wydawcy zwrócili uwagę na szwedzkich pisarzy”.
Przyjechał do Warszawy jako gość Międzynarodowego Festiwalu Literatury „Apostrof”. Rozmawialiśmy o szwedzkich kryminałach, alkoholizmie Malin Fors, a także o…Wisławie Szymborskiej. Przeczytajcie.
Mons, urodziłeś się w okolicach Linköping. Sądzisz, że Twoje książki mogą być swego rodzaju przewodnikiem po tym mieście? Teraz modne są podróże śladami bohaterów książek.
Być może to nie jest taki typowy przewodnik turystyczny, ale gdyby się ktoś chciał dowiedzieć jak wygląda życie w takim średniej wielkości szwedzkim mieście, to są to rzeczywiście odpowiednie książki żeby się tego dowiedzieć.
Dla mnie Malin Fors to taki Kurt Wallander w spódnicy, ci bohaterowie mają dużo cech wspólnych. Możemy spodziewać się ekranizacji przygód Malin?
Tak się składa, że właśnie sam pracuję nad ekranizacją, nad serialem. Specjalnie założyłem studio telewizyjne, ponieważ przez lata zarzekałem się, że nikomu nie sprzedam praw do sfilmowania moich książek. Po prostu bałem się, że ktoś zrobi coś strasznego, Stwierdziłem więc, że dość tego narzekania, więc muszę to zrobić samemu. No i teraz jeśli wyjdzie jakiś denny projekt, to wiadomo kogo będzie trzeba za to winić. Tylko mnie.
Chciałbym wrócić jeszcze do Malin. Ona jest całkowicie fikcyjna, czy konstruując tę postać wzorowałeś się na kimś konkretnym?
Jest całkowicie wymyślona. Oczywiście, po tylu książkach nabrała własnego życia, ale nie jest oparta na żadnej prawdziwej postaci. Może poza tym, że jest po prostu oparta na wszystkich ludziach.
Planujesz wyswobodzić główna bohaterkę Twoich książek z alkoholizmu?
Ludzie uzależnieni nigdy nie wychodzą ze swoich nałogów, mogą najwyżej nauczyć z nimi żyć. Tak samo jest z Malin, całe życie zmaga się z nim i tak będzie do końca jej dni.
Zupełnie z innej beczki. Współpracujesz z Markusem Luttemanem, w Polsce ukazała się wasza wspólna książka, czyli „Na imię mi Zack”. Będziecie kontynuować tę historię?
Tak, zdecydowanie. W Szwecji właśnie wyszła druga część, piszemy trzecią i planujemy dalszą współpracę. Staramy się, żeby wychodziła jedna rocznie, ale byłoby jeszcze lepiej gdyby wychodziły dwie, bo książka ma na tyle skomplikowaną fabułę, że byłoby łatwiej dla czytelników gdyby wychodziły częściej.
Kolejne tytuły również będą ukazywały się w Polsce?
Tak. Rebis, mój polski wydawca, ma prawa do kontynuacji i wiem, że kolejne części będą wydawane.
Dużo mówi się o fenomenie szwedzkich kryminałów. Można to w jakiś sensowny sposób wytłumaczyć, że książki z tej części świata są tak chętnie czytane?
Sukces rodzi sukces. Mieliśmy kilku wspaniałych pisarzy, na przykład Henninga Mankella, którzy przygotowali grunt pod Stiega Larssona, który po prostu wybuchł. Stieg sprawił, że wielkie wydawnictwa zainteresowały się szwedzkimi autorami. Gdyby nie on, to na pewno nie miałbym tak wielkich wydawców na całym świecie. To są bardzo duże wydawnictwa, więc kiedy Simon & Schuster robi ogólnokrajową akcję promocyjną, to jest to coś zupełnie innego niż gdyby małe wydawnictwo po cichu wydrukowało 200 egzemplarzy.
Śledzisz nowości kryminalne ukazujące się w Szwecji? Mnie ostatnio zafascynował debiut Stefana Ahnhema.
O tak, to bardzo dobra książka. Zresztą Stefan to mój przyjaciel.
Będę się z nim widział w przyszłym tygodniu w Sztokholmie. Lecę do niego na wywiad.
Naprawdę? To pozdrów go ode mnie i powiedz, że bardzo lubię go czytać.
Na koniec chciałbym zapytać o Wisławę Szymborską, bo to ciekawe, że szwedzki pisarz kryminałów zaczytuje się w poezji polskiej noblistki. Co Cię w niej urzekło?
Bardzo mi się podoba, że potrafi tak wiele treści zawrzeć w kilku słowach, jak wiele emocji oddaje w kilku prostych wyrażeniach, ta ekonomia stylu bardzo mi odpowiada. Poznałem jej dzieła poprzez szwedzkiego tłumacza Szymborskiej, który był przyjacielem pewnej szwedzkiej poetki, która już niestety nie żyje. Ona z kolei znała moją żonę i podarowała nam tomik poezji, który zrobił na mnie wielkie wrażenie.






















