Tag: polski kryminał

  • Powraca Krzyż. Norbert Krzyż. Rozmowa z Michałem Zgajewskim

    Norbert Krzyż powraca, więc razem z Michałem Zgajewskim zapraszamy do Żywca, gdzie porozmawialiśmy o książce „Ciemność żyje w nas”. Spotkaliśmy się na pewnej górze, na której rozgrywa się jedna z ważniejszych scen, ale rozmawiamy o egzorcystach, czarnych mszach, demonach Krzyża z pracy w policji, a także o szczęściu prywatnego detektywa, które być może nadciąga, a być może nie. O ile w „Strażniku jeziora” – pierwszej książce Zgajewskiego, pierwsze skrzypce grało Jezioro Żywieckie, tak teraz na pierwszym planie jest Krzyż. Norbert Krzyż.

    Materiał powstał w ramach płatnej współpracy z Wydawnictwem Agora.

  • „Polski kryminał w ślepej uliczce”, lutowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Umówmy się, to są wszystko przesłanki. Zebrało się kilka rzeczy, myśli po głowie, własnych obserwacji i całkiem prawdopodobne, że mocno się mylę. Ba! Chciałbym się mylić i mam nadzieję, że ktoś mi to zaraz udowodni. Ale powiem krótko – dobry czas dla polskiego kryminału właśnie się kończy. Zaczyna się kryzys.

    Do napisania tego felietonu skłonił mnie plebiscyt na najlepszą książkę 2017 lubimyczytac.pl., a później tekst Bartosza Szczygielskiego, który zresztą pojawił się na tych samych łamach. Zacznijmy od plebiscytu. Oczywiście, rozumiem wszystkie wątpliwości, które wyrażają czytelnicy. Jak to, czy da się wybrać najlepszą książkę w drodze głosowania. Ale zostawmy to na boku. Plebiscyt lubimyczytac.pl ma jedną podstawową zaletę – jasne zasady. O nominacji decyduje popularność danej książki w serwisie. Im więcej czytelników, tym większa szansa na jej zdobycie. W kategorii „Kryminał, sensacja, thiller” na dwadzieścia tytułów, mamy tylko trzy książki polskich autorów. Trzy na dwadzieścia! Dla porównania w kategoriach „Literatura fantastyczna” oraz „Science fiction” wygląda to dużo lepiej. Kolejno osiem i siedem powieści z Polski. I jasne. To tylko plebiscyt. I oczywiście, to może być kwestia gorszego roku, bo przecież w poprzedniej edycji wyglądało to dużo lepiej. Ale wpisało się to jakoś mocno w moje niewesołe od pewnego czasu przemyślenia na temat kondycji gatunku w Polsce.

    W wywiadach często pyta się mnie, czy istnieje coś takiego, jak polska szkoła kryminału. Odpowiadam szczerze, że według mnie „nie”. A przynajmniej ja jej nie widzę. Kiedyś, jeszcze parę lat temu, naszą specyfiką, było skupienie się na historii, tworzenie powieści w stylu retro, ale to już minęło. I jak miałem zastrzeżenie do tej mody, to nie mam wątpliwości, że to było coś naszego i własnego. Że takiemu Krajewskiemu i Wrońskiemu udało się wypracować własny, spójny język do tego, żeby opowiedzieć kilka ciekawych rzeczy o naszej historii. Teraz natomiast nie jestem w stanie wskazać jednego elementu, który wyróżniałby twórczość autorów znad Wisły od twórców z innych krajów. Coś, co sprawiłoby, że można by stawiać przy książkach kolejnych autorów pieczęć z napisem „polska jakość”, podobną do tej, jaką wypracowali sobie Skandynawowie.

    www.unsplash.com/Evan Kirby

    Od dawna też czekam na polską powieść kryminalną, która mnie szczerze zaskoczy i zachwyci. Taką, którą będziemy sobie (my nawzajem, ludzie z branży) polecać. Którą przeczytam, odłożę z poczuciem zazdrości i pomyślę, że nie wiedziałem, że tak też można pisać. W ostatnim czasie najbliżej tego była Anna Kańtoch z „Wiarą”, ale to ciągle nie było to. Bardzo ciekawy był „Król” Szczepana Twardocha, ale w tym przypadku nikt nie miał odwagi przyznać, że jest to powieść gatunkowa. Ale jako opowieść gangsterska „Król” się bronił właśnie najlepiej. Dzięki temu, że zaatakował ten wyeksploatowany temat z zupełnie innej strony, był świeży, intrygujący.

    Beata Stasińska, była szefowa wydawnictwa WAB, kobieta, która ma niewiarygodne zasługi dla polskiej literatury w ogólności, a polskiego kryminału w szczególności (czy ten cały boom nie zaczął się przecież od Mrocznej Serii?), napisała na Facebooku, że ciągle nie doczekaliśmy się polskiego Mankella i Rankina. Nie uważam, żeby to było właściwe postawienie problemu. Prawdziwym kłopotem jest to, że nie mamy nikogo, kogo można by postawić obok tej dwójki. Nie jako ich nasz krajowy odpowiednik, ale jako równorzędny partner, który równie dużo wniósł do gatunku. Potencjał, żeby stać się kimś takim miał Zygmunt Miłoszewski. I może, jeśli kiedyś wróci do kryminału, uda mu się to osiągnąć.

    Podsumowuję sobie w głowie te wszystkie wątki i nie potrafię się pozbyć wrażenia, że polski kryminał trochę znalazł się w ślepej uliczce. Jasne, ciągle ukazują się kolejne książki. Co więcej, często są to dobre lub bardzo dobre powieści. Ale osobiście nie widzę postępu. Czegoś nowego, ekscytującego, ważnego. Być może plebiscyt lubimyczytac.pl, te nieszczęsne trzy pozycje na dwadzieścia, to dowód na to, że zaczynają to dostrzegać również czytelnicy.

    Wojciech Chmielarz

  • „Czekanie na Larssona”, czyli Wojciech Chmielarz o przyszłości polskiego kryminału. Felieton.

    Zastanawiam się, czy rok 2017 to nie będzie początek końca boomu na polski kryminał. Rynek zalewany dziesiątkami tytułów w końcu powie dość. Znacząca jest tutaj scena z ostatniego Poznańskiego Festiwalu Kryminałów Granda, gdzie organizatorki odmówiły zrobienia spotkań premierowych dla pojedynczych autorów – premier było po prostu zbyt wiele. Zamiast tego zrobiono jedno, zbiorcze. Siedliśmy na nim chyba w dziesięć osób i przez godzinę mieliśmy bodajże czas, żeby odpowiedzieć każdy na trzy pytania.

    Jak więc wygląda polska powieść kryminalna na początku 2017? Czołówka wydaje się być już znana i dość statyczna. Niewiele się tu zmieni. Dołączy do niej może jeden, dwóch debiutantów. Może przebije się ktoś z tego drugiego szeregu. W każdym razie, wśród nominowanych do Kryminalnej Piły i Nagrody Wielkiego Kalibru spodziewam się raczej zestawu w większości znanych nazwisk.

    Bonda pewnie będzie starać się z przytupem zakończyć swoją tetralogię. Istnieje szansa, że z nowym tytułem wyskoczy Miłoszewski (chociaż on zarzeka się, że z kryminału zrezygnował). Lawiną książek zaleje nas Mróz. Do tego może jedna lub dwie przyjemne niespodzianki. Słowem, będzie tak jak było. I teraz pojawia się to nerwowe pytanie, które sobie wszyscy, my pisarze, zadajemy – ile jeszcze ta moda na polski kryminał będzie trwać? Rok? Dwa? Boom się kiedyś skończy. I chyba jako autorzy powoli się na to szykujemy. Wspomniany Miłoszewski deklaruje ucieczkę z gatunku. Nie znam twórczych planów Kasi Bondy, ale mówi ona, że chce się rozwijać jako pisarka, co można w różny sposób interpretować. Mariusz Czubaj mruga okiem, opowiadając wszystkim, że jego „R.I.P” to żaden kryminał, tylko western. A ja? Póki co zostaję przy gatunku, ale z pewnym niepokojem patrzę na jego przyszłość.

    Wydaje mi się, że w Polsce kryminał osiągnął już wszystko, co w tych warunkach, osiągnąć mógł. Książki są i się sprzedają. Krytycy zauważają. Czytelnicy czytają. Wszyscy teraz chcielibyśmy jednego, żeby polska moda na kryminał, przemieniła się w modę na polski kryminał na świecie. Ale do tego potrzebna nam jest nasz rodzimy Larsson z trylogią „Millenium”, swojska „Dziewczyna z pociągu”, nasz własny Jo Nesbo i Harry Hole. Są na to szanse. Głośno o planach tłumaczeń Bondy. Pytanie, czy uda się ją równie mocno wypromować na bardzo wymagających rynkach. Sprzedanymi prawami chwali się Katarzyna Puzyńska. Wreszcie, największy sukces ostatnich lat, czyli przekłady Miłoszewskiego we Francji. Przekłady, którym sam zawdzięczam to, że w maju nad Sekwaną ukaże się „Podpalacz”, a po nim prawdopodobnie „Farma Lalek”. Ale tak naprawdę nie jest istotne, kto będzie autorem tego przełomu na rynkach zagranicznych. Ważne, że za nim pójdą kolejni. I polski kryminał nie będzie modny już tylko i wyłącznie w Polsce. Fajnie by było, gdyby właśnie to nam piszącym przyniósł rok 2017.

    Wojciech Chmielarz