Tag: powieść szpiegowska

  • Agenci na szczytach władzy w Polsce. Prawda? Fikcja? Rozmowa z Robertem Michniewiczem

    Są pisarze, którzy w moim prywatnym rankingu się zwijają, ale też tacy, którzy się rozwijają. Do tej drugiej grupy należy Robert Michniewicz, więc pogadaliśmy o jego najnowszej książce „Partnerzy. Finał”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarna Owca. Są pocigi, strzelaniny, ucieczka pociągiem, a także ciężarówką, ale jest też pewne mroczne mcarstwo, które stara się poukładać figury na światowej szachownicy po swojemu. No i czy naprawdę agenci obcych państw mogą być na bardzo wysokich stanowiskach w Polsce? Zapraszam do obejrzenia naszej rozmowy.

     

  • Wolimy rozmawiać o rzeczach niż o emocjach. Zdzisław A. Raczyński o „Janczarach Kremla”

    Były ambasador Polski w Turcji i Armenii napisał książkę, której nie powstydziłby się Severski i le Carre. Przenosimy się do Moskwy, w której w tajemniczych okolicznościach ginie polski student. Czy to było samobójstwo, a może komuś zależało na jego śmierci? Po latach do IPN-u przychodzi list brata studenta. Czy uda się wznowić śledztwo i rozwiązać zagadkę? Przeczytajcie „Janczarów Kremla”, którzy są splotem faktów udających fikcję oraz decyzji, które mogą zniszczyć ludzkie życia. Co ważne – będzie kontynuacja, więc polecam zacząć tę przygodę od początku i być na bieżąco z postaciami stworzonymi przez Raczyńskiego. Podobno tej książki by nie było, gdyby nie spotkanie z pewnym rosyjskim generałem…

  • „Nieśmiertelny” – John le Carré we wspomnieniu Piotra Niemczyka

    Nie ma chyba żadnego poważnego rankingu powieści szpiegowskich, w którego czołówce nie znalazłaby się któraś z powieści Johna Le Carre. Najczęściej „The Spy Who Came in from the Cold” (polski tytuł „Ze śmiertelnego zimna” albo „Z przejmującego zimna”) lub „Tinker, Tailor, Soldier, Spy” (polskie tytuły „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg” albo „Szpieg” – zależy od wydania). Bywa, że rankingi popularności otwierają obie te książki.

    Złośliwi mówią, że David Cornwell swoje szpiegowskie doświadczenie w służbie jej królewskiej mości, czyli w wywiadzie brytyjskim, zbudował na pracy archiwisty w placówce MI6 w Bonn. Jego operacyjne zaangażowanie podobno było zerowe. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby to sprawdzić. Zresztą obawiam się, że to niemożliwe, bo brytyjskie archiwa wywiadowcze poważnie traktują swoje tajemnice. Podobno nudził się tak bardzo, że aby czas się nie dłużył, swoje pierwsze powieści napisał jeszcze pozostając w służbie i dlatego musiał zasłonić się pseudonimem John Le Carre.

    Myślę, że to nieprawda. Brytyjski wywiad nie ma zwyczaju marnować sił i środków, czyli wyszkolonych i doświadczonych oficerów nie ma zwyczaju chować na zapleczu. Potwierdza to też treść książek, w których opisywane rozmowy operacyjne czy procedury werbunku nie mogły powstać wyłącznie na podstawie lektury teczek. Za to Niemcy (Bonn i Hamburg, bo w tych miastach pracował przez cztery lata) wywarły na trzydziestoletnim wówczas autorze wyraźne piętno. Znaczna część akcji jego pierwszych (i nie tylko) powieści toczy się w Niemczech.

    John le Carre, fot: Wydawnictwo Sonia Draga

    Zarazem znajomość funkcjonowania szpiegowskiego archiwum – rzeczywiście znakomita – przydała się z pewnością. Łatwo to zauważyć śledząc metodę pracy George Smileya, który potrafi setki godzin spędzić nad aktami i na ich podstawie rozwiązuje najbardziej karkołomne zagadki. A kiedy w teczkach czegoś brakuje, odnajduje pracownice archiwum, żeby dzięki ich nieprawdopodobnej pamięci, znaleźć nowy wątek konieczny do wyjaśnienia zdrady.

    John Le Carre unika szybkiej akcji, efektownych pościgów, przemocy, bezpruderyjnych kobiet i mężczyzn kultury macho. George Smiley jest lekko otyłym facetem w wiecznie wymiętym garniturze. Nie zawsze łatwo ustalić jego wiek, w większości opowieści wydaje się (chociaż to chronologicznie niemożliwe) starszym panem. Jest za to absolutnie genialnym analitykiem, szczególarzem z umysłem jak brzytwa. Zaprzeczeniem Jamesa Bonda i jemu podobnych, u których refleks, urok osobisty i znajomość sztuk walki decyduje o sukcesach.

    To co najbardziej intryguje w powieściach tego wielkiego autora, to dystans do wywiadu i jego możliwości. W jego książkach szpiegostwo nie jest remedium na zło starające się zdobyć świat. Bywa, że jego powieści kończą się źle. Ci „dobrzy” przegrywają. Karla, radziecki adwersarz i rywal George Smileya triumfuje. Nic dziwnego, jest równie, a może nawet bardziej przebiegły. Dlatego to nie mniej czy bardziej efektowna akcja przykuwa w tekstach Cornwella najbardziej. Dużo ważniejsza się wydaje refleksja: czy wywiad działa w dobrej sprawie, czy konkretna operacja jest rzeczywiście potrzebna, czy szpiedzy ryzykują życiem, zdrowiem i wolnością w interesie państwa czy w imię czyichś rozdętych ambicji.

    John Le Carre pochyla się także nad ofiarami szpiegowskich działań. Porzuconymi lub zdradzonymi agentami, przypadkowymi ofiarami skomplikowanych intryg, poszkodowanymi przez przemoc. Czytelnicy, z których wielu to przecież bezkrytyczni apologeci służb specjalnych, bywają rozczarowani. No bo jak to, przecież wywiad to perfekcyjnie działająca maszyna, w której pracują ludzie o nadzwyczajnych umiejętnościach. Autor „Małej Doboszki” twierdzi co innego: w wywiadzie błędy popełniane są niewiele rzadziej niż w innych instytucjach. Tyle że skutki są zwykle bardziej tragiczne.

    John le Carre, fot: Stephen Cornwell for White Hare Productions Ltd 2010

    Być może na tym polega nieśmiertelność Johna Le Carre. Chociaż nie on pierwszy tak mocno podkreśla ciemną stronę tajnych służb. Wyprzedzili go chociażby Joseph Conrad i Graham Greene. Ale takich koronkowych pułapek i machinacji nie potrafi opisać nikt. Tym bardziej, że w powieściach Le Carrego naprawdę trudno się domyślić, który ze współpracowników okaże się na końcu zdrajcą i który z przyjaciół kochankiem żony.

    Jego fascynujący sceptycyzm przewija się we właściwie każdej powieści, ale z pewnością w największym stopniu w „Krawcu z Panamy” i w „Wojnie w lustrze” (inny tytuł: „Za późno na wojnę”). To w tych dziełach Dawid Cornwell demaskuje jedną z największych systemowych słabości służb specjalnych – niewystarczające zrozumienie natury ludzkiej. Swoim zwyczajem wkłada tę myśl w usta jednego z opisywanych przez siebie mentorów: „Dla służby takiej jak nasza najtrudniej jest dostrzec falę konfliktu, zanim nadciągnie, usłyszeć vox populi, zanim się rozlegnie. Popatrz na Iran i ajatollaha. Popatrz na Egipt przed wojną sueską. Popatrz na pierestrojkę i upadek Imperium Zła. Popatrz na Saddama, jednego z naszych najlepszych klientów. Kto przewidział te wydarzenia, Johnny? Kto dostrzegł czarne chmury tworzące się na horyzoncie? Nie my. Popatrz na Galteriego i pożogę falklandzką, mój Boże. Co jakiś czas nasz wywiadowczy młot roztrzaskuje każdy orzech oprócz tego, który naprawdę się liczy: czynnika ludzkiego.”1

    Ten komentarz wyjaśnia zarazem, że to nie szpiegowskie gadżety i elektroniczne systemy decydują o jakości pracy wywiadu. Kluczowy jest człowiek i jego umiejętności planowania, analizy, wyciągania wniosków. Nie mniej ważna jest empatia, odwaga i solidarność. Towary w książkach autora „Ludzi Smileya” nader deficytowe.

    A mimo to wszyscy znani mi oficerowie wywiadu cenią i szanują Johna Le Carre. Dają w prezencie jego książki, polecają filmy nakręcone na podstawie jego powieści. Nawet jeżeli lustro, w którym się oglądają, wydaje się przesadnie krzywe, widzą w nim wnikliwego i rzetelnego recenzenta. To wielka szkoda, że już niczego więcej nie napisze.

    Piotr Niemczyk

    1 John Le Carre; „Krawiec z Panamy”; przekład Jerzy Kozłowski; Wydawnictwo Sonia Draga; Katowice 2010, str. 304;

  • „Chcę pozbawić moich bohaterów smartfonów, Internetu i samolotów”

    Jeśli czekacie na nową książkę Vincenta V. Severskiego, to musicie jeszcze uzbroić się w cierpliwość. „Nabór” jest już co prawda napisany, trwają ostatnie prace nad tekstem, a potem już tylko drukarnia i Wasze półki. Kiedy premiera? Między innymi o tym pisarz opowiada w krótkim filmie, który znajdziecie poniżej. Co ciekawe, zdradza też o czym będzie kolejna książka, a przyznam, że zapowiada się bardzo ciekawie. Co tam u Severskiego? Zobaczcie, posłuchajcie.

     

  • „Pegaz i inne zwierzęta” – felieton Piotra Niemczyka

    Zanim oddam głos i łamy Piotrowi Niemczykowi, ekspertowi do spraw bezpieczeństwa, byłemu dyrektorowi Biura Analiz i Informacji Urzędu Ochrony Państwa, a także autorowi książki „Krótki kurs szpiegowania” oraz współautorowi „Christine. Powieści o Krystynie Skarbek”, to chcę Pana Piotra serdecznie tutaj powitać, a Wam powiedzieć, że nie jest to incydentalna wizyta. Piotr Niemczyk będzie nas prowadził przez kręte drogi współczesnego świata, a będzie to robił w odniesieniu do literatury – najczęściej szpiegowskiej, ale nie tylko. Panie Piotrze, witam na pokładzie, proszę się czuć jak u siebie. Teraz już oddaję Was w ręce eksperta.

    Media, politycy i część opinii publicznej ekscytuje się ostatnio możliwościami systemu Pegasus, który CBA wykorzystywała prawdopodobnie do inwigilacji byłego ministra transportu w rządzie Donalda Tuska, Sławomira Nowaka. Co bardziej bulwersujące, system ten pośrednio mógł służyć zdobywaniu informacji ze sztabu wyborczego Rafała Trzaskowskiego. Mariusz Kamiński temu zaprzecza, ale nieprzekonująco.

    W każdym razie, nagle wiele mediów obudziło się, ścigając się jak na wyścigach, kto opublikuje bardziej przerażający opis możliwości tego systemu. Tymczasem wystarczy poczytać trochę powieści szpiegowskie, żeby zorientować się, że wiedza dotycząca zaawansowanych systemów inwigilacji i sposobów ich wykorzystania jest prawie tak stara jak komputery.

    Dan Brown, fot: www.danbrown.com

    Systemom inwigilacji elektronicznej, o możliwościach podobnych do Pegasusa, poświęcona jest powieść Dana Browna „Cyfrowa Twierdza”, wydana w Polsce w 2005 roku. Kiedy się ją czyta, można podejrzewać, że została ona napisana na podstawie rewelacji ogłoszonych przez Edwarda Snowdena. Tyle, że Dan Brown napisał swoją powieść zanim świat dowiedział się o tym amerykańskim uciekinierze.

    Ale po co szukać literatury amerykańskiej, w której nb. można się dowiedzieć naprawdę bardzo wiele o możliwościach „Singal Intelligence”, „Electronic Intelligence”, „Telekomunication Intelligence” i innych SIGINTÓW, ELINTÓW, COMINTÓW. Szczególnie tych najnowszych (polecam Toma Clancy’ego), w których akcja opiera się głównie o takie urządzenia.

    Ale nie trzeba szukać daleko. Tomasz Sekielski, w powieści „Sejf” wydanej już w 2012 bardzo dokładnie wyjaśnia o co chodzi w tych „zabawkach”. Bardzo proszę: „Na monitorze komputera pułkownika Wyrwickiego pojawiła się ikona sygnalizująca nadejście nowej wiadomości. Była to informacja przesłana przez jego ludzi obsługujących system Mozart, specjalistyczne niemieckie oprogramowanie do podsłuchiwania tysięcy rozmów jednocześnie. W zależności od potrzeb Mozart mógł nagrywać połączenia wykonywane z określonych numerów, rozpoznawać i wyławiać głosy wybranych osób albo reagować na słowa klucze wypowiadane w trakcie rozmowy telefonicznej. Co więcej, pozwalał na wykorzystanie konkretnego aparatu jako mikrofonu i podsłuchiwanie rozmów, gdy telefon, pozornie nieaktywny, leżał na biurku lub spoczywał w kieszeni właściciela.1

    I kawałek dalej o tym czy można się zorientować będąc „figurantem” systemu, że on działa: „Ani on, ani dziennikarz nie zwracali uwagi na swoje telefony komórkowe, które leżały na stole. Ale nawet gdyby im się przyjrzeli, nie byliby w stanie zauważyć, że urządzenia te pracują, działając jak pluskwy. Ich dzisiejszą rozmowę, tak jak wszystkie inne prowadzone przez ostatnie dni, zarejestrował system podsłuchowy Mozart i w postaci pliku dźwiękowego przesłał do Agencji Wywiadu.2

    Sporo na temat systemów inwigilacji elektronicznej pisze również Vincent V. Severski. Zwraca uwagę na przykład na to, że aby uniknąć podsłuchiwania rozmów przez telefon, najlepszym sposobem jest… pozbyć się go. W książce wydanej 8 lat temu napisał: „Neo wie, że możemy nie tylko śledzić jego telefon, ale też podsłuchiwać go aktywnie, jeśli jest włączony. Dlatego musi go gdzieś zostawiać.”3

    Vincent V. Severski, fot: smakksiazki.pl

    Żeby poznać więcej szczegółów trzeba jednak wrócić do literatury amerykańskiej. O tym jak wygląda efekt monitoringu osoby objętej systemem pisze były funkcjonariusz CIA (polskiego pochodzenia), ukrywający się pod pseudonimem Martin Zelenay: „W kolumnie, pojawiają się zielone litery i cyfry. To wyniki analizy danych z internetu, poczty elektronicznej i nasłuchu prowadzonego przez NSA. Pojawienie się czerwonych cyfr u góry oznacza uruchomienie nagrywania któregoś ze znanych nam numerów telefonów; podsłuchujemy ponad czterysta bezpośrednio związanych ze sprawą. Wyłapujemy kluczowe słowa z każdej rozmowy, przekazu radiowego, analizowany jest każdy przekaz elektroniczny. Wprowadziliśmy do systemu wszystkie dane, nazwiska, pseudonimy, przezwiska, inicjały osób, mających związek z akcją. Wyniki innych analiz pojawiają się w kolumnach niżej, na jasnym tle, natomiast aktualny przekaz z SCS jest jeszcze wyżej. – Mężczyzna uniósł rękę, wskazując rzędy pomarańczowych oznaczeń literowych i cyfrowych.”4

    Czy to wszystko legalne? W literaturze szpiegowskiej polskich autorów dość trudno znaleźć wyczerpującą analizę prawną. Ale już w przypadku amerykańskiej jak najbardziej. Na przykład Alex Berenson na chwilę przestaje być pisarzem, a staje się publicystą, wiernie oddając argumenty używane w amerykańskim Kongresie i w mediach:

    W USA legalność monitoringu jest wątpliwa – zgodnie z konstytucją tego rodzaju przeszukania wymagają oficjalnego nakazu sądowego. Administracja Busha uznała monitoring za legalny, pod warunkiem że NSA będzie <dokładać wszelkich starań>, aby pomijać transakcje dokonywane przez zwykłych obywateli. Zasada ta pozostawiała ogromną lukę. <Wszelkie starania> nigdy nie zostały dokładniej zdefiniowane. Nikt spoza NSA nie wiedział dokładnie, ile danych amerykańskich obywateli przechwycił rząd. Jednak po kolejnych wyborach programu nie zakończono. Nowy prezydent zdecydował, że – podobnie jak więzienie w Guantanamo – jest on zbyt przydatny, aby go tak po prostu zakończyć. (…)

    Mimo to monitoring kart nie był pozbawiony wad. NSA nie zawsze była w stanie uzyskać dostęp do żądanych informacji, zwłaszcza w Chinach czy Rosji. Szacowano, że wychwytuje mniej niż połowę wszystkich transakcji na świecie dokonywanych za pomocą kart kredytowych. Wszystkie pozyskiwane dane były zakodowane, więc po ich wyłapaniu NSA musiała je jeszcze odszyfrować. (…)

    NSA śledziła rozmowy telefoniczne, e-maile, komunikatory internetowe, zmiany statusów na Facebooku – cyfrową falę tsunami. Codziennie w świat wypływały miliardy wiadomości, otwartych i zakodowanych. NSA poświęcała masę energii już na samą segregację potencjalnie interesujących ją informacji. Jedynym zajęciem jednej trzeciej agencyjnych komputerów było decydowanie, czym powinny zajmować się pozostałe dwie trzecie.”5

    Oczywiście sytuacja i możliwości służb specjalnych w USA, ale także Rosji, Chinach, Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemczech, jest diametralnie różna od tej w Polsce. I systemy nadzoru nad służbami, i kultura prawno-polityczna jest zupełnie inna. Jednak możliwości małych Pegasusów i wielkich Pegazów są identyczne, albo prawie identyczne. Dlatego ewentualność wykorzystywania narzędzi inwigilacyjnych, pod pretekstem walki z korupcją, praniem pieniędzy i przestępczością zorganizowaną, do przechwytywania informacji ze sztabu wyborczego kandydata na prezydenta, wymaga co najmniej solidnego zbadania przez odpowiednie instytucje państwowe. A przydałaby się też porządna książka na ten temat. Taka jak „Wszyscy ludzie prezydenta”.

    Piotr Niemczyk

     

    1 Tomasz Sekielski; „Sejf”; Dom Wydawniczy Rebis; Poznań 2012, str. 112;

    2 Tomasz Sekielski; „Sejf”; Dom Wydawniczy Rebis; Poznań 2012, str. 138;

    3 Vincent V. Severski; „Niewierni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2012; str. 293;

    4 Martin Zelenay; „Tajny raport Millingtona”; przekład Marcin Osiowski; Wydawnictwo Znak; Kraków 2014, str.303;

    5 Alex Berenson; „Tajny agent”; przekład Magdalena Grala-Kowalska; Wydawnictwo Hachette Polska; Warszawa 2012, str. 204;