Tag: powieść w odcinkach na smakksiazki.pl

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #3

    AUDIOBOOK

    3.

    Książki dzielą się na mądre, piękne oraz do czytania. Ta stara jak samo czytelnictwo zasada dotyczy wszystkich, nawet osobników tak niezależnych duchowo, jak profesorowie od literatury. Ci muszą jednak szczególnie uważać z jej praktykowaniem, by nie ulec podejrzeniom, że stosują podwójne miary. To byłby brak profesjonalizmu. Książka gruba i mądra, zadana studentom do domu na ferie, powinna być również czytelniczą rozkoszą. Powinna być do czytania. Cóż, kiedy zwykle nie jest. Jedna na dziesięć, jeśli wykładowca jest w miarę rozgarnięty i zorientowany w oczekiwaniach wychowanków. No, ale to mniejszy problem. Zasada ta boleśnie dotyka bowiem i samych profesorów, którzy przecież zostali profesorami właśnie dlatego, że książki mądre uznali za piękne i warte czytania. Czytali je więc z determinacją, a potem pisali o nich inne, równie mądre książki. Dzięki temu sami czuli się mądrzy i piękni. I ważni. Niepokoje i półświadome podejrzenia, że mogłoby być inaczej, skutecznie neutralizował mechanizm uniwersyteckiego awansu, utwierdzający adeptów nauki, że spełnili wymagania i mądrości, i piękna i poczytności.

    Profesor Aleksander Zawijas radził sobie z tym dylematem następująco: książki mądre i ważne obowiązują każdego dnia do godziny dwudziestej, a później już każdy czyta co chce. On sam preferował mroczną sensację i horrory. Po skromnej kolacji (odchudzał się) zaczynał takiego na przykład Outsidera Stephena Kinga i później z najwyższą niecierpliwością czekał, kiedy następny dzień dobiegnie ósmej wieczorem, by mógł zdjąć z siebie profesorski półpancerzyk praktyczny i podjąć przerwaną poprzedniej nocy lekturę. Powieści Kinga lubił szczególnie. Demony bezkarnie działające w rejonach parapsychologii sąsiadowały tu z cytatami z Dostojewskiego, Szekspira i Eliota. Takie pomieszanie wysokiego z niskim przynosiło ulgę umęczonemu polonistycznemu sumieniu. Niby głupoty i kicz dla nastolatków, ale jednak Dostojewski i Szekspir. W dodatku, co tu dużo mówić, nieźle napisane.

    E tam, nieźle – genialnie! Wciągało jak wir i nie puszczało do późnej nocy. Przezornie profesor Zawijas w drugą stronę nie wyznaczał sobie limitu i niekiedy czytał do czwartej nad ranem. A potem z zaczerwienionymi oczyma biegł na zajęcia, z trudem przypominając sobie po drodze, o którym to z mądrych i pięknych tekstów ma mówić.

    Niestety, Kinga dawno już całego przeczytał, a poszukiwania nowych fascynacji nie szły najlepiej, więc profesor popadł w coś w rodzaju frustracji, z braku powodów do nieczystego sumienia. Chciał nocami grzeszyć, a nie miał czym. Ta skomplikowana figura czytelniczej perwersji spowodowała, że na pewien czas odłożył książki i przerzucił się na gry komputerowe. Satysfakcja z dynamicznej narracji rozbłysła na nowo. Odkrył kilka nowych, wspaniałych światów, cyfrowo powrócił do krainy dzieciństwa, zabił wiele potworów i parę razy został superbohaterem, zbawcą ludzkości oraz królem, a raz nawet arcykapłanem. Ale i to go znudziło. Wrócił do książek, pełen wewnętrznych rozterek i rozdarć. Równowaga jego podwójnej osobowości czytelniczej uległa zachwianiu. W ciągu dnia uniwersytecki dr Jekyll miał się świetnie, zgłębiał teksty naukowe, sporządzał notatki i pisał artykuły do wysoko punktowanych czasopism, ale wieczorami horrorowy Mr. Hyde popadał w rozdrażnienie. Nie było czego czytać. Siadał na taborecie przed regałem z tak zwaną literaturą popularną i wertował kolejne pozycje, jednak bez rezultatu. Wszystko albo już znał, albo było tak słabe, że nie przechodziło testu pięćdziesięciu stron i nie kwalifikowało się do czytania nawet po północy, gdy rozum śpi.

    Przyszła depresja notorycznego głodu. Całodzienny czas wyrzeczeń nie znajdował ukojenia w wieczornej lekturze. Sytuacja nabrzmiała dramatycznie do tego stopnia, że małżonka profesora stanowczo wysyłała go do psychologa, czemu w końcu uległ, bardziej dla świętego spokoju niż wiary w jakąś bibliopsychoterapię.

    Krzysztof Zajas, fot: Michał Ramus/Wydawnictwo Marginesy

    Nie mam co czytać – mówił do szczupłej psychoterapeutki w dużych okularach, upodabniających ją do kobry. Słuchała, potakiwała, notowała coś na kartce papieru i nic nie mówiła. Lakanistka, pomyślał profesor Zawijas. Daje mi się wygadać, żebym sam doszedł sedna moich problemów, nazwał je i tym samym zneutralizował. A ona posiedzi, pomilczy i poobserwuje mnie przez te żmijaste okulary, po czym zgarnie kasę jak ja za tydzień wykładów. O nie, tak łatwo nie pójdzie.

    Z pełną ubolewania miną zaczął narzekać, że literatura się skończyła, ludzkość przesiadła się na obrazki, a wyobraźnia z tekstualnej zmieniła się w ikoniczną, w związku z czym jego praca oraz życie nie mają już sensu. Nie ma co czytać.

    Mówię pani, nie ma co czytać – powtarzał swoją myśl monotonnie, z obojętną intonacją, co miało wytwarzać wrażenie zawodowego wypalenia.

    To niech pan słucha – odpaliła kiedyś kobra lakanistka. – W końcu czytanie nie jest przymusowe.

    Dla mnie tak. Jestem polonistą.

    Książek też można słuchać.

    Nie, droga pani. Prawdziwe książki są do czytania. DO-CZY-TA-NIA!

    Słyszał pan o audiobookach?

    A pani słyszała o grafomanach? – odpalił pytaniem, choć nie bardzo widział związek.

    Wzruszyła ramionami i zarządziła koniec sesji. Z satysfakcją skonstatował, że udało mu się wyprowadzić ją z równowagi i jego humor nieco się poprawił. Małe zwycięstwo, zwycięstewko, a jednak cieszy. Pożegnał się, zapłacił sto pięćdziesiąt złotych (zdzierstwo!) i wyszedł.

    W drodze powrotnej z upodobaniem przypominał sobie co trafniejsze kwestie, czym mile łechtał swe profesorskie ego. Wytrącić lakanistkę z równowagi to nie byle co. To jak zmusić żółwia do galopu. Nauczyć krowę samby. Zamówić wykład u ryby i przymusić małpy do słuchania.

    Podbudowany swymi ciętymi ripostami zadzwonił do Jacka. Komuś trzeba było dać odczuć tę siłę.

    Co robisz, synku? Zaliczyłeś już całą sesję?

    Tato, jest sierpień.

    I co z tego? Zaraz się skończy i staniesz twarzą w twarz z zagadnieniem przyszłości.

    Została mi grafika. To się zdaje bez uczenia.

    To czemu nie zdałeś?

    Nie miałem czasu.

    Na co nie miałeś czasu? Żeby podejść? Przecież to się zdaje bez uczenia, synuś.

    Zapadła cisza i ojciec Aleksander Zawijas mógł posycić się chwilą.

    Przyjedziesz na obiad? – spytał.

    Dzisiaj nie – bąknął syn. – Mam coś zaplanowane.

    Szkoda. Pokazałbym ci, jak się przechodzi dwunastego kolosa. Słyszysz? Dwunastego!

    Mówił o grze komputerowej, jedynej, w której, jak mu się wydawało, był lepszy od swojego syna. Nie usłyszał jednak żadnej reakcji, więc się pożegnał i skręcił z nawyku do Taniej Książki.

    Mieściła się tuż obok uniwersyteckiego parkingu i nosiła ksywę Tania Jatka. Kupował tu sporadycznie, ale samo przekładanie w rękach tomów, znanych i nieznanych, sprawiało mu niemal fizyczną przyjemność. Są jeszcze na tym świecie takie zboki. Przeszkadzała mu jedynie ciasnota. Trzeba było się wąskim przejściem przepychać wśród innych podobnych jemu książkowych fetyszystów, którzy w nabożnym skupieniu grzebali, wertowali, macali, odkładali i sięgali po następne. Panował tu klimat powszechnej bibliofilskiej manii. Lubił go. No, może jeszcze gdyby powietrze było trochę czystsze. Z reguły pokonywał całą trasę w głąb księgarni, aż do ostatniego regału z nikomu niepotrzebnymi przewodnikami turystycznymi sprzed piętnastu lat, przy każdym dziale zatrzymując się na nie więcej niż pół minuty, po czym wracał, niespiesznie gładząc dłonią grzbiety nieskończonego szeregu ludzkich opowieści.

    Dzisiaj było wyjątkowo tłoczno. Całe watahy oglądaczy i macaczy pochylały się nad stołami z takim zawzięciem, jakby inni nie istnieli. Profesor Zawijas z mamrotliwym „przepraszam” zręcznie przeciskał się między nimi, ale w pewnym momencie zaczepił plecakiem o wąski stojak. Z trzaskiem godnym odpustowych fajerwerków na podłogę posypały się płyty CD. Uczony zaklął całkiem nieuczenie i ze dwie osoby obrzuciły go karcącymi spojrzeniami, więc szybko wrócił do swojego „przepraszam, przepraszam”.

    Ludzie, uważajcie trochę – burknął młody sprzedawca w okularach i z rudą, mało przyjazną brodą. Odepchnął profesora i zaczął zbierać z podłogi rozsypane płyty, by na powrót powkładać je do plastikowych pudełek. Dwa z nich uległy jednak nieodwracalnemu zniszczeniu i chłopak, obracając w dłoni osierocone krążki, mierzył go pełnym wyrzutu wzrokiem.

    Wezmę je – pośpiesznie zadeklarował profesor Zawijas, biorąc od rudzielca obie płyty.

    Niech pan poprosi przy kasie o nowe pudełka – powiedział sprzedawca takim tonem, jakby mówił: „niech pan sprzątnie to gówno”, po czym oddalił się w głąb sklepu. Winowajca chciał jeszcze raz przeprosić i podziękować, ale już nie było komu. Z niejasnym zawstydzeniem zbliżył się do kasy i położył płyty na ladzie, a gdy kasjer zaczął szukać zastępczych pudełek, nerwowo zaprotestował. Weźmie tak. Gdy tylko na wyświetlaczu kasy pojawiła się kwota 9,98, rzucił dziesięciozłotowy banknot na ladę, porwał płyty i niemal uciekł ze sklepu. Uff, ale fajans. Zakup roku, normalnie. No buchacha, profesorze.

    www.unsplash.com/Alex Bello

    Dopiero kiedy usiadł w samochodzie i odprężył się łykiem wystygłej kawy z termicznego kubka, obejrzał mimowolny nabytek. Na jednej płycie była składanka kolęd w wykonaniu zespołu „Leśne nutki” i tę od razu wyrzucił przez okno. Niech sobie znajdzie nocny stróż i posłucha w cichą, świętą noc. Na drugiej dużymi literami napisane było CEGIELNIA, pod spodem mniejszymi: czyta Jan Nowak. Audiobook. Bez nazwiska autora. Wyglądało na bezczelną podróbkę, taką, co to w fabryce w Bangladeszu tłuką po nocach wykorzystywane dzieci, gdy szefostwo idzie do domu. Nazwisko lektora powalało oryginalnością – równie dobrze mógł się nazywać XX lub AA. Kilka razy obrócił płytę w dłoni, a potem wcisnął do odtwarzacza. Zobaczymy, czy tam w ogóle jest jakaś powieść. „Cegielnia”? Tytuł nic mu nie mówił, choć jego polonistyczna pamięć do tytułów i autorów była akurat niezła. Uruchomił silnik i wyjechał z parkingu na ulicę Grodzką.

    Z samochodowego głośnika popłynęły pierwsze słowa. Jednak powieść. Słuchał jednym uchem, ale zanim dotarł do mostu Grunwaldzkiego, dał się pochłonąć i omal nie przegapił skrętu w lewo na rondzie. Brzmiała ciekawie. Lektor czytał całkiem dobrze, wręcz świetnie. Klimat i stylistyka dziewiętnastowiecznej powieści angielskiej, gdzieś między Jane Austin a Charlesem Dickensem. Przypomniał sobie słowa lakanistki o słuchaniu i w duchu zaczynał przyznawać jej rację. Oczywiście, tylko w tej jednej kwestii.

    Nagle drgnął. Czy na pewno słyszy to, co słyszy? Tekst już nie brzmiał staroświecko, tylko całkiem współcześnie. Więcej – brzmiał znajomo. Podkręcił głośność i chciwie łapał słowa. Nie przesłyszał się, padały jedne po drugich dokładnie w takiej samej kolejności. Kurczę, czyżbym był aż tak zmęczony? Przejechał dłonią po włosach i cofnął nagranie, żeby posłuchać jeszcze raz. Niemożliwe. Nie ma takich zbiegów okoliczności. Istnieje rachunek prawdopodobieństwa, który wyklucza powtórzenie tak długiej sekwencji wyrazów. Jeszcze pogłośnił, ale nie o głośność tu chodziło. Nie było żadnej wątpliwości. Może i profesor Zawijas miał zadatki na wariata (w chwilach duchowej słabości nawet pragnął mieć), jego świadomość mocno jednak trzymała się rzeczywistości.

    Słyszał dokładnie to, co słyszał: własne zapiski sprzed lat, szkice do nigdy nienapisanej powieści:

    Gdyby nie było czasu, nie wiedziałbym, że te drzewa tak stoją i stoją, chmury po niebie płyną i płyną. Upływ czasu pozwala nam widzieć życie – w ogóle. On umożliwia życie. Wieczność nie istnieje, ponieważ jest niczym, bezczasem, nic w niej nie może być. „Jest niczym” to oksymoron. Dlatego i Bóg nie istnieje – ponieważ jest poza czasem. A jeśli nawet istnieje, to nie żyje. Gdybym nie miał czasowego dystansu do wydarzeń i do siebie samego sprzed lat, nie miałbym życia. Jeszcze inaczej: coś mogę powiedzieć tylko dlatego, że minął jakiś czas, odtamtąd dotąd.

    Gdy fragment dobiegł końca, nadusił przycisk cofania, by po raz trzeci odsłuchać ułożone przez siebie słowa. Dokładnie te same!!! Ale jak to możliwe? Czyżby ktoś włamał się do komputera i je wykradł? Ale dlaczego? Przecież nie był żadnym pisarzem, nie był nawet wybitnym profesorem, w każdym razie nie na tyle, by mieli się nim interesować hakerzy od literatury. Jeśli tacy w ogóle istnieją…

    Wdepnął hamulec z całej siły. Zapiszczał tarty oponą asfalt, a on sam prawie wylądował nosem na kierownicy. Jego astra zatrzymała się nie więcej niż dziesięć centymetrów od tyłu autobusu, który nagle wyrósł przed nim jak góra lodowa przed Titanikiem. Cudem uniknął katastrofy. Jeszcze nie nabrał porządnie powietrza do nagle wstrzymanych płuc, gdy znowu rozległ się pisk i odczuł lekkie puknięcie. Jasna cholera! Autobus przed nim ruszył, a we wstecznym lusterku mignęła mu wystraszona twarz młodej kobiety za kierownicą białego bmw.

    Szok zręcznie ustąpił miejsca wściekłości. Profesor szarpnął klamkę i pchnął drzwi. Nie zdążył wysiąść, gdy klamka wyleciała mu z ręki i drzwi poszybowały nad ulicą Konopnickiej, niesione podmuchem ciężarówki, która je urwała. Serce stanęło mu gdzieś między gardłem a mózgiem i potrzebowało ładnych paru sekund, by wrócić na swoje miejsce. Gdy znowu zaczęło bić, wziął głęboki oddech, wrzucił jedynkę i z włączonymi światłami awaryjnymi zjechał na prawy pas. Kobieta za nim zrobiła to samo. Na szczęście, ponieważ już wyobrażał sobie, jak bmw rusza z kopyta i tyle je widzieli. Oddychał, by dojść do siebie. Z głośnika usłużnie padły słowa:

    …nie miałbym życia. Jeszcze inaczej: coś mogę powiedzieć, bo minął jakiś czas, odtamtąd dotąd. Wieczność jest niema.

    Aaaa! Co sieee dziejeeee! – krzyknął na całe gardło, jakby chciał się upewnić, że teraźniejszość nie jest niema.

    Dobrze się pan czuje? – usłyszał. Przez dziurę po drzwiach zaglądała do środka kobieta z bmw. Pokiwał głową.

    Nnic mmi nnie jjest. – Bardzo chciał to powiedzieć spokojnie, ale jego głos drżał jak pieśń Céline Dion nad idącym pod wodę żelaznym pudłem Titanika. – Ka-karetka ww każdym rrazie nniepotrzebna.

    Zaraz spiszemy notatkę o zdarzeniu. To moja wina. Bardzo pana przepraszam.

    Była elegancko ubrana i bezlitośnie blada, panowała nad sobą jednak znacznie lepiej od niego. Nawet delikatnie poklepała go po ramieniu. No, ale jej nie urwali drzwi. Cholera, cholera, cholera! Jak on teraz dojedzie do domu? Jak opisze całe to zdarzenie w zgłoszeniu? I jak w ogóle ma dalej żyć?

    Zdziwił się. To ostatnie pomyślało się samo.

    Krzysztof A. Zajas

    Cdn.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #2

    AUDIOBOOK cd.

    2.

    Na dźwięk słowa „penis” zatrzymała się w pół kroku. Kminiła co znaczy, jak chyba już wszystkie dziewczyny w klasie, kiedyś nawet zajrzała w empiku do książki „Sztuka obsługi penisa”. Wiedziała, ale zadziałało. Są takie słowa, na które bez pudła reagujesz z takim samym podjaraniem, i to do nich należało. Powieść była cieniasta, w zasadzie totalna bieda, i właśnie miała ją wyłączyć, żeby sobie zapodać Arianę Grande… ale nie. „Przysłonił lewą ręką penisa, a prawą zadał potężny cios”. Miał go na wierzchu? Powinno być: „przysłonił sobie krocze”, albo co tam jeszcze… pachwinę, o właśnie! Tak się dawniej pisało, a to przecież jakiś staroć, ze sto pięćdziesiąt lat ma albo więcej. „Wyprowadził sztych wzorem najzacniejszych bohaterów epoki płaszcza i szpady” – co za ramota! Nikt tak dzisiaj nie kombinuje w literaturze, na ile umiała ocenić. Mieli fajnego profesora od polaka, jedyny spoko w gromadzie pedagogicznych neptków, na których trafiła w rozpoczętym trzy tygodnie temu „renomowanym krakowskim liceum”. Taa. Co z tym penisem?

    …nasz Wędrowiec należał do tych dzielnych młodzieńców, co to byle czego się nie ulękną, swoje największe skarby chronią jednak z najlepiej pojętą troską. Opuściwszy lewą rękę na przyrodzenie, zacisnął palce wokół skórzanego mieszka wzmacniającego od przodu jego podróżne spodnie i od razu poczuł się bezpieczniej. Z tym większym impetem ruszył na potwora…

    Ona również ruszyła z impetem, ponieważ od dłuższej chwili stała pośrodku szerokiego holu Galerii Krakowskiej z – jak jej się wydawało – uniesioną w powietrzu stopą. Idiotyczne. Z tym audiobookiem też coś było nie tak. Nie wszędzie brzmiał jak powieść z dziewiętnastego wieku. Przemykały przez tekst zwroty, które mogłaby z powodzeniem usłyszeć choćby tutaj, od któregoś ze szwendających się dokoła galerników. Nie, to też nie to. Wyobraziła sobie bardzo dokładnie młodego człowieka ze sztyletem w jednej ręce i własnym fiutkiem w drugiej, z impetem ruszającego na jakiegoś tekturowego potwora, i parsknęła głośno. Scena była kompletnie absurdalna. Nikt normalny by tego tak nie napisał, ani sto pięćdziesiąt lat temu, ani teraz. Lektor też od czapy, seplenił jak wujaszek Wiem Wsysko na rodzinnym obiadku. Dosyć tego bredzenia…

    …wysunęła się nagle z ciemności i złapała go za gardło. Odruchowo poderwał w górę lewą rękę, a wtedy coś miękkiego i gorącego wpiło mu się w pachwinę…

    No proszę, mówisz – masz! Jednak jest pachwina! Ucieszyła się, jakby odgadła ukrytą w tekście łamigłówkę i wsunęła smartfon do kieszeni kurtki. Jeszcze da jej szansę. Niech sobie jeszcze poleci ta głupia opowieść o junackim wędrowcu, zajawionym na napierdalankę z potworem. Ale co to właściwie za potwór? Coś jej chyba umknęło. Nie, słuchała uważnie, nawet zaczęła sama myśleć staroświecko (junacki wędrowiec?). No i odkleiła się całkiem od rzeczywistości. Zdaje się, że schody ruchome w środku galerii obeszła trzy razy wkoło, zanim na nie trafiła. Czuła się nie do końca realnie, jak w jakimś 4D, oblepiona mrokiem powieściowej cegielni i oszołomiona dziwacznym językiem, w którym słowa pulsowały neonowym światłem. W jednej chwili zlało jej się wszystko razem w sugestywny mem: ciemna hala, mężczyzna z jedną ręką uzbrojoną w sztylet i drugą zaciśniętą na kroczu, a w głębi migocze na czerwono pięć liter: P-E-N-I-S. Jakby mu cegielnia podpowiadała, za co się złapał. Przejaja.

    Zacisnęła powieki, żeby pozbyć się kretyńskiego obrazka (hej, sama do niego dorobiłaś napisy), poprawiła słuchawki na uszach i skręciła do wyjścia na przystanek tramwajowy. Spojrzała na zegarek. Zanim coś przyjedzie i doturla się pod Bagatelę, to będzie akurat mniej więcej tak, jakby się właśnie lekcje skończyły. I można się katapultować do chaty!

    www.unsplash.com/Maria Teneva

    …ślizgał się po kałużach ciemnobrunatnej brei, która ciągle jeszcze wyciekała z rozprutego cielska i poszerzającym się rozlewiskiem zajmowała coraz to nowe połacie podłogi. Był zmęczony, ale szczęśliwy. Od towarzystwa uczynnych i zacnych ludzi wolał bliską i agresywną obecność wcielonego zła. Przynajmniej racje były jasno przyznane: ja dobry, ty zły. A wkoło jakże ożywczy mrok! Kopnął butem zwiotczałą mackę, której rozcapierzone końcówki przywodziły na myśl spazmatycznie rozwarte w agonii palce, po czym raźno ruszył w głąb ciemnej hali. Na jej przeciwległym końcu migotał ogień. Palenisko służące do wypalania cegieł buzowało w najlepsze. Pomacał skórzany mieszek między nogami, czy z penisem wszystko w porządku…

    Przegapiła koniec ruchomych schodów i omal nie wyciągnęła się jak długa przed wyjściem na ulicę Pawią. Ja nie mogę, co on z tym penisem? Wkurzało ją niejasne poczucie, że ktoś podsłuchuje jej myśli i od razu wrzuca je do audiobooka. Wiedziała, że to niemożliwe, ale wkurzało. Z drugiej strony, nie umiała zapanować nad dreszczami dziwnego podniecenia na dźwięk tego trochę technicznego, a trochę obscenicznego słowa. Jakby ze słuchawek, przez mózg, przenikało prosto do krwiobiegu. Co to ma być? Jakaś kryptopornografia dla nieletnich? Przekaz podprogowy?

    W ostatniej chwili złapała wahadłowe drzwi, które leciały jej prosto w twarz. Wychodząc pchnęła je mocno za siebie z nadzieją, że przefasują komuś nochal, najlepiej temu mieszczuchowi w szarym płaszczu. Palenisko w głębi. Więc jednak coś tam się świeciło na drugim końcu. Na czerwono, jak moment wcześniej litery w jej wyobraźni. Przewidziała czy usłyszała? Nie, niczego wcześniej o piecu nie było. Przecież słuchała uważnie! Może nawet trochę za bardzo, co nie? Przyznaj się, laluniu, czekałaś na to czerwone słówko. Dreszczyk w krzyżu. Gul w przełyku. Zaraz będziesz miała mokre majty…

    Uważaj, jak chodzisz! – krzyknął ktoś obok niej i podskoczyła tak gwałtownie, że słuchawki zsunęły jej się na czoło.

    Przepraszam – wymamrotała.

    Powinna skląć gościa, który bezceremonialnie szarpnął ją za ramię w tył, ściągając z torowiska. Sekundę później tuż przed jej nosem przetoczył się tramwaj. Stała wyprężona na baczność jak żołnierz kompanii honorowej, dopóki niebieski, zgrzytający potwór (potwór???) nie przegramolił się dalej, łyskając na odjezdne czerwonymi (czerwonymi???) lampami płaskiego tyłka. Spojrzała na faceta obok.

    Nie ma za co – powiedział z uśmiechem pan w szarym płaszczu.

    Speszona odwróciła się i szybko ruszyła przed siebie. Zdążyła zauważyć, że jego nos był w porządku, zdołał umknąć przed wahadłowymi drzwiami. Przynajmniej tyle dobrze, to jej bozia policzy na plus. Może. Nieważne. Nałożyła z powrotem słuchawki na uszy. Idzie. Środkiem hali. Nie powinien podchodzić…

    …kilka kroków do paleniska, gdy zwolnił kroku zaniepokojony mglistym przeczuciem nienaturalnego porządku rzeczy. Po chwili się zorientował. W miarę zbliżania się do pieca uwolnił swe szczęśliwie ocalone w walce przyrodzenie i lewą ręką owinął wokół siebie poły płaszcza osłaniając się przed żarem ognia. I choć był już nie dalej niż dwa metry od paleniska, nie czuł na twarzy żadnego ciepła, niczego, co by świadczyło o tym, że płomienie w piecu są prawdziwe. Na domiar złego, zimne płomienie w swoich tanecznych formach układały się uparcie w jedno doskonale mu znane słowo, złożone z pięciu liter i jak w zwierciadle odbijające jego prawdziwe imię…

    Parsknęła śmiechem i wypowiedziała na głos pięcioliterowe imię junackiego wędrowca, ułożone z czerwonych płomieni w środku cegielnianego paleniska. Było to ostatnie słowo, jakie wypowiedziała w tym życiu. Zdążyła jeszcze obrócić głowę w prawo i dostrzec baranią minę tramwajarza, który otwierał usta, żeby…

    Pogotowie przyjechało bardzo szybko, ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego na Lubiczu było bliziutko. Co w tym przypadku akurat nie miało żadnego znaczenia. Według policji i sądu żadnego znaczenia nie miał również fakt, że maszynista z baranią miną w chwili wypadku oglądał sobie ukradkiem pisemko pornograficzne, które przed chwilą otrzymał od swojego zmiennika jako prezent urodzinowy. To miał być taki żart. Tramwajarz nie był żadnym zbokiem, tylko zwykłym facetem, a między kolorowe okładki magazynu dla panów zajrzał z czystej ciekawości, by na chwilę zdumieć się rozmiarami przyrodzenia, jakimi bozia potrafi obdarzać swoich wybrańców. Do których on się bynajmniej nie zaliczał. To także nie miało żadnego znaczenia.

    www.unsplash.com/Marc Schaefer

    Ktoś wyjął spod tramwaju szkolny plecak, ktoś inny przyniósł przybrudzoną tenisówkę z rozwiązanymi sznurowadłami i wrzucił do karetki, w ślad za wsuwanymi tam przez dwóch ratowników noszami. Pan w szarym płaszczu podniósł z chodnika brązowe bezprzewodowe słuchawki i zdziwił się, że nadal dobywają się z nich dźwięki. Przystawił do ucha. Młody człowiek mówił miękkim, aksamitnym głosem, z nienaganną dykcją:

    …nikt nie przewidział, że sztorm nadejdzie tak szybko. Jedynie tkwiący niewzruszenie na mostku kapitańskim sir Peter North Sundick odczuwał pewien niepokój w związku z nadmierną ciszą, przenikającą wszystko wkoło jak nagły mróz o zmierzchu. W istocie, zrobiło się zimno. Nikt również nie przewidział nieprzyjemnych konsekwencji rubasznego żartu, na jaki pozwoliło sobie dwóch prostych majtków, wpisując pomiędzy inicjały ich dowódcy, wygrawerowane na drzwiach kapitańskiej kajuty, samogłoski: e oraz i. A już na pewno nie do przewidzenia było skojarzenie obu tych dziwnych zbiegów okoliczności z trzecim, o daleko bardziej nieprzyjemnych konsekwencjach…

    Głos nagle się urwał i pan w szarym płaszczu odprowadził wzrokiem znikającą za zakrętem karetkę pogotowia. Wraz z nią oddalił się telefon komórkowy, z którym słuchawki właśnie straciły połączenie. Tak, pomyślał filozoficznie, śmierć to przerwanie połączenia. Którego nikt nie przewidzi. Nagły mróz o zmierzchu. A zaraz potem pomyślał, że obywatelski obowiązek wykonał i już raz wyciągnął tę biedną dziewczynę spod tramwaju. No, ale ileż można?

    Schował słuchawki do kieszeni i nieco przygnębiony ruszył w swoją stronę.

    Cdn.

    Pns.  

    Jeśli chcecie przypomnieć sobie pierwszy odcinek powieści, kliknijcie tutaj.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #1

    Kiedyś to było! Podobno w gazetach drukowali powieści w odcinkach, a co więcej, ludzie to czytali. Szok i niedowierzanie. Historia zatoczyła koło, bo nie dość, że będziecie taką „pokrojoną” powieść czytać co środę, to jeszcze w moim medium. Mam nadzieję, że będziecie do książki Krzysztofa Zajasa wracać tutaj co tydzień. Nie dla mnie. Dla niego, bo po prostu warto.

    Adam Szaja, smakksiazki.pl

    Drodzy Czytelnicy! Premiera kolejnego tomu „Trylogii pomorskiej” została przesunięta na przyszły rok i nic na to nie poradzę. Wasz żal z tego powodu był tak autentyczny i głęboki, że postanowiłem umilić Wam czekanie powieścią w odcinkach. Inaczej mówiąc, wracam do rozpoczętego kiedyś na Facebooku projektu Audiobooka, którego porzucenie do dzisiaj mnie gryzie. Zacznę jeszcze raz i spróbuję dopowiedzieć historię do końca. A nuż zaskoczy.

    Zatem ruszajmy, Wędrowcze!

    Krzysztof A. Zajas

    AUDIOBOOK

    1.

    Coś z tą powieścią było nie tak. Niby normalny audiobook, z przyjemnym, miękkim głosem lektora i potoczystą narracją w tajemniczym, trochę staroświeckim klimacie – a jednak go irytowała. Najpierw to głupie „r”. Wiadomo, niektórzy mają z nim problem i ześlizgują się w „j” albo „l”, czasem nawet w „d”, zwłaszcza przy przeziębieniach. „Dodłodyło mie chodóbsko”, oświadczył wczoraj szef w pracy. I poszedł do domu. A on teraz za niego musiał pędzić samochodem przez pół Polski, w dodatku przez to drugie pół, na którym nie ma autostrad, i tylko po to, by zawieźć do pewnej wschodniej diecezji dokumenty supertajnego kontraktu. Tak jakby nie można było ich wysłać kurierem. „Nie mam zaufania do kudieda”, powiedział szef przed trzaśnięciem drzwiami, „mode być tdefny”. Zasdany kudied. Służbowe volvo kancelarii rozgarniało teraz mrok podlaskiej prowincji reflektorami, a on słuchał powieści, z którą coś było nie tak. Wschód. Ciemność i łuny. Katastrofizm endemiczny. Jak to seplenił hetman Czarniecki z dziurawym podniebieniem? „Huia wiaia na Tataia!”. Jasne, powodzenia.

    Głos lektora jakby przycichł, więc podkręcił głośność, ale niewiele pomogło. Nasiliły się szumy i brzęczenia, a tekst sączył się ledwo ledwo, jakby zza cienkiej ściany. Czytał profesjonalny aktor, który starannie pracował nad dykcją, ale to jego mamrotliwe dddd było wkurzające. Wcisnął potencjometr na kierownicy. Głośniki zaszumiały jak ocean, co jeszcze bardziej przytłumiło „pdofesjonalnego aktoda”. Nie, to chyba coś z korektorem dźwięku. Przejął kierownicę lewą ręką, a prawą włączył komputer. Ekranik wysunął się na środku kokpitu jak gadżet Jamesa Bonda i zaproponował ustawienie dźwięków i obrazków zgodnie z życzeniem szanownego służbowego użytkownika naszego superkomfortowego volvo. Pieddu, pieddu. Usiłował trafić w wyświetlacz. Najpierw przez pomyłkę wyłączył sobie nawigację i zaklął (kudwa matć), po czym schował panel i wysunął go ponownie licząc na łatwy reset pamięci. Nie do końca się udało, ale znalazł wreszcie opcje korektora: jazz, rock, classic, pop. Może jednak pop…

    www.unsplash.com/Per Lööv

    Podniósł wzrok. W światłach reflektorów zobaczył zakręt z gwałtownie zbliżającym się drzewem. Zdążył pomyśleć, że to dąb i mocno odbił w lewo. Zarzuciło tyłem, odbił w prawo, potem jeszcze raz w lewo i dodał gazu. Tak go uczył sąsiad, podwórkowy mistrz kierownicy. Superkomfortowe volvo zatańczyło na asfalcie boogie woogie, zakręciło biodrami, machnęło szpagat i… wróciło na pas. W ostatniej chwili, bo z naprzeciwka tuż obok niego przewaliła się olbrzymia ciężarówka. Niemal słyszał zgrzyt obcieranego lusterka. Gdy tylko ucichł jej ogłuszający łoskot (leciała dobrze ponad setkę), zdjął nogę z gazu i zaczął hamować, tym razem bardzo delikatnie, jakby na tylnym siedzeniu wiózł weselny tort, taki z kretyńską figurką młodej pary na szczycie. Kiedy wreszcie udało mu się zjechać na pobocze, wrzucił luz, spocone dłonie wytarł o spodnie i dopiero wtedy ryknął:

    Aaaaa! Coooo sieeee dziejeeee!

    Pomogło. Dyszał ciężko, trzymając kierownicę jak koło ratunkowe. Jezu, spokojnie. Nic się nie stało. Jesteś zmęczony i powinieneś odpocząć. Posiedź tak chwilę, a potem rusz powoli i dojedź do najbliższego motelu, gdzie zrobisz sobie przerwę. Może nawet się zdrzemniesz. Na tym zadupiu lepiej nie ryzykować.

    Zorientował się, że z głośnika cały czas płyną słowa powieści. W zamieszaniu zgubił wątek i teraz nie bardzo kojarzył, o czym jest mowa. Lektora jednak nic to nie obchodziło i gadał dalej tym swoim dddd. Wędrowiec właśnie pożegnał się z uczynnymi gospodarzami i wyruszył w dalszą drogę…

    …mocnym ściągnięciem cugli osadził konia w miejscu i spod szerokiego ronda podróżnego kapelusza zerknął w lewo. Od głównego gościńca odchodził wąski trakt, rzadko uczęszczany, skoro porastała go trawa ze słabo tylko zaznaczonymi liniami kolein. Słońce zaszło właśnie za drzewa i jasny dzień nagle zmienił się w szary zmierzch, co nie martwiło naszego wędrowca, a wręcz przeciwnie. Lubił nocne podróże. Boczny trakt stanowił teraz w zapadającym wieczorze dwie czarne ścieżki, wiodące wprost do majaczącego w oddali bladożółtego światełka. Okno. Na nim spoczęła uwaga naszego wędrowca, ponieważ było okrągłe i umieszczone znacznie powyżej poziomu parteru, na wysokości wierzchołków sosen otaczających tajemniczy budynek.

    Okrągłe okno wysoko w górze, a w nim światło świecy? To musi być wieża księżniczki, w najgorszym razie chatka czarownicy – pomyślał wesoło mężczyzna i skierował konia na ciemny trakt. Po to są nocne wędrówki: by wniknąć pod skorupę materii i zanurzyć się w magię…

    Nocne wenddufki pod skodupę magi”, wyseplenił ze złością w przednią szybę. Co za idiotyczny tekst. Wykrzywił się do lusterka wstecznego w grymasie zniesmaczenia, ale oczy miał pogodne. Rozpierała go wesołość, absurdalna wziąwszy pod uwagę fakt, że przed chwilą omal nie stracił życia. Nie, to miało swój oryginalny smak, jak piwo z niszowego browaru. Warknął, zamiauczał, zrobił dwie głupie miny do lusterka i stwierdził, że już wszystko z nim w porządku. Wrzucił bieg i wyjechał na szosę. Nagły skok adrenaliny skutecznie pozbawił go niedawnej senności i zmęczenia. Podekscytowany i pełen nowej werwy, z niejasnym poczuciem wdzięczności dla samego siebie za uratowanie życia, miał teraz ochotę na jakiś mocniejszy kawałek. Sięgnął do panelu sterowania, by poszukać w folderach pendrive’a najnowszej płyty Judas Priest Firepowergdy nagle powieść urwała się w pół słowa i zabrzęczał sygnał telefonu. Pacnął palcem w napis ODPOWIEDZ.

    Cześć, Misiaczku, jedziesz sobie?

    Magda.

    Tak, do stu tysięcy zjełczałych kaszalotów, jeszcze jadę! Jeszcze mnie wściekły tir nie przemielił”. Oczywiście, nie krzyknął tego. Zjełczałe kaszaloty? Co za fajans!

    Jadę sobie. Cholernie ciemno, chyba cała planeta zgasła.

    – Uważaj na siebie – zaszczebiotała żona i poczuł, że jednak przyjemnie byłoby teraz leżeć obok niej w ich sypialni. Wyciągnąłby rękę i pogładził sobie to i owo. Poczuł wzwód.

    Uważam, i to nawet nie wiesz jak.

    Chroń, co w tobie najcenniejsze – szepnęła zmysłowo.

    A co we mnie najcenniejsze?

    Zachichotała i się rozłączyła.

    …wznosił się za budynkiem wielki komin, co upodabniało go do małej fabryczki. Światełko w oknie zgasło, jakby chciało ukryć swoje istnienie przed nieoczekiwanym intruzem.

    Fabryczka w lesie? – zdziwił się nasz wędrowiec. – To wspaniale. Chodźmyż sprawdzić, jakie nowe przygody szykuje dla nas leśne odludzie.

    Dziarsko zeskoczył z wierzchowca i poprawiwszy kapelusz, skierował pewnie swe kroki do ciemnych, półrozwartych wrót. Szarość pogłębiała się z każdą minutą zapadającego wieczoru i rzeczy wkoło traciły barwy. Tym bardziej więc zdziwił się, gdy w okrągłym okienku, teraz już zaciemnionym, rozbłysła para jaskrawych, zielonych oczu.

    – No proszę, jednak jestem oczekiwany – stwierdził raźno wędrowiec i zmacał prawą dłonią rękojeść sztyletu ukrytego pod połami płaszcza. – Trzymaj się, księżniczko, zaraz tam będę!

    Zielone oczy nie były księżniczką, to jasne. Były śmiercią. Z czego on się tak cieszy? Ale może nie uprzedzajmy wypadków…

    www.unsplash.com/Sylas Boesten

    Co za popieprzona powieść!”, mruknął ściskający kierownicę Damian Lipczyk. Po co on tam lezie? I jeszcze tak na bezczela, od frontu! Zakradłby się, albo co…

    Przestał grzebać w panelu i podkręcił głośność. Czuł narastającą irytację z powodu tej powieści, rozdrażnienie puchło w nim (jak zjełczały kaszalot!), ale nie potrafił dojść źródła swojej irytacji. Po co ta Magda zadzwoniła? Żeby się spytać, czy jedzie? No jedzie, a co ma robić. Wprawdzie przed chwilą o mało nie przestał jechać, ale jedzie. A tamten idzie. Zielone oczy śmierci – co za banał!

    …schody musiały skrzypnąć, ponieważ były schodami starej fabryki cegieł w głębi lasu i tego od nich wymagała konwencja opowieści. Stąpając w górę w kompletnej ciemności nasz wędrowiec odczuwał dreszcz podniecenia, jaki mógł porównać jedynie z najsłodszymi figlami w ramionach pięknej kobiety. Zacisnął palce na rączce sztyletu. Oczywiście, tak, cudownie! O tę chwilę chodziło, na nią czekał cały dzień u nudnych gospodarzy na skraju wsi, dlatego z takim pośpiechem ich o zmierzchu pożegnał. Śpieszno mu było do celu, który wszak w życiu jest najważniejszy, nieprawdaż? Och, życie!

    Wyszarpnął sztylet zza pasa akurat w momencie, gdy rozcapierzone palce wypadły z mroku jak wściekłe węże, by zacisnąć się na jego szyi. Wziął potężny zamach…

    Tekst znowu się urwał. Tym razem brzęknął dzwonek esemesa i automatyczna paniusia firmy U-link zaczęła drewnianym głosem odczytywać dziwne słowa: Twoja wiadomość od siedem, dziewięć, ukośnik, do, w górę, hasztag, osiem, nieskończoność, minus dwa, równa się zero, ukośnik, plus, dwukropek, cztery, pięć, sześć, sześć, sześć, omega…Drżąc z przejęcia klepnął w panel na oślep, żeby rozłączyć ten pieprzony telefon i dowiedzieć się, do kogo należały palce w ciemności, ale znowu trafił w niewłaściwą kratkę i wyświetlacz w ogóle zgasł. MENU GŁÓWNE. Wcisnął BACK i wróciła wyliczanka: osiem, ukośnik, nieskończoność…

    Spierdalaj mi z tym! – krzyknął na całe gardło. Jego irytacja przeszła we wściekłość, autentyczną, prawniczo-kancelaryjną wściekłość. Telefon przestał dzwonić i tekst się nie włączył ponownie. Napis AUDIO pulsował jak szyderstwo. Wcisnął jeszcze raz wybór folderu, gdzie odnalazł tytuł powieści i spróbował uruchomić odtwarzanie. Udało się. Odsapnął z ulgą. Ja ci dam „osiem, ukośnik, nieskończoność”, głupia cioto.

    …nie widział w ciemności, krew zalewała mu oczy, z których jedno było już całkiem ślepe. Wyrwał je razem z długaśnym i skorupiastym palcem, który go sięgnął. Ale nie czuł bólu, jedynie rozkosz. Bo czymże jest życie, jeśli nie rozkoszą jego ubywa…

    Inżynier projektujący tunel pod nasypem kolejowym z pewnością był dobrym człowiekiem i nie miał zamiaru nikogo krzywdzić. Na wyobraźni mu jednak nie zbywało. Zupełnie nie przewidział tego, że kierowca zajęty szukaniem czegoś na panelu podczas prowadzenia pojazdu z nadmierną prędkością (brzmi jak fragment raportu, który za kilka godzin będzie mozolnie układał aspirant Firlej), może stracić panowanie nad kierownicą. Dlatego nie należy stawiać tunelu na końcu długiego łuku. A jeśli już, to nie należy ustawiać przed nim ukośnych barier ochronnych, które mogą zadziałać jak skocznia. Służbowe volvo Damiana Lipczyka wśliznęło się na aluminiową szynę, poszybowało w górę i błyskało przez sekundę w powietrzu jak pojazd kosmiczny, zanim z piekielnym zgrzytem roztrzaskało się o betonowe sklepienie. Deszcz plastikowych odłamków oprószył asfalt. Oko, które by to widziało, dostrzegłoby kłąb superkomfortowego złomu, w zwolnionym tempie opadającego w rozwarte ramiona wiaduktu. Ucho, które by to słyszało, zarejestrowałoby najpierw potężny huk gniecionej blachy, a następnie krzyk przepłoszonego leśnego ptactwa. I monotonny głos „pdofesjonalnego aktoda”, jaki ciągle jeszcze dobywał się z głębi dymiącego żelastwa.

    Cdn.