Tag: powieść w odcinkach

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #5

    5.

    Myślał całe popołudnie, do wieczora, i nic nie wymyślił. Leżał na łóżku owinięty w kocyk jak w ochronny kokon i badał wzrokiem nierówności sufitu, wszystkie ryski, smugi po maźnięciach pędzlem i kropeczki po muszych ekscesach. Jego umysł pracował wedle własnych rytmów i przyzwyczajeń, jakby był niezależnym bytem. Liczył na to, że bez udziału jego samego (czyli kogo?) umysł sam coś ogarnie z całej tej sytuacji i znajdzie rozwiązanie. Niekoniecznie genialne, choćby i całkiem przeciętne, byle się kupy trzymało. Postanowił nie schodzić na dół na herbatę, by nie prowokować następnej wielce niewygodnej dyskusji o zawartości ścieżki dźwiękowej audiobooka. Widział już ten uśmiech żony i słyszał pełne troski i życzliwości pytania. Czysty sadyzm. Wolał już tutaj, w półmroku i w cieplutkim kokonie kocyka, sam na sam z… no właśnie – z czym?

    Nie powinniście aby, profesorze, iść na jakiś dłuższy urlop i gruntownie wypocząć? – mruknął do własnego umysłu zajętego badaniem sufitu.

    Zwracam uwagę – odparł niedbale umysł – że właśnie wróciłeś z urlopu. Wróciliśmy… – poprawił się.

    To prawda – westchnął profesor. Kiedy twój własny umysł coś ci uświadamia, nie wypada się nie zgodzić. – Mógłbyś jednak się postarać i dokonać również głębszych odkryć. Znalazłeś coś na suficie?

    Z wyczekiwania na odpowiedź wytrąciło go pukanie do drzwi. Nagłym szarpnięciem zerwał z siebie koc i stanął na równe nogi.

    Kochanie, mówisz do siebie?

    Nie, nie – zaprzeczał pośpiesznie (zbyt pośpiesznie!) obciągając bluzę. Żona już była w pokoju. Miała zwyczaj wchodzić natychmiast po pukaniu. A on o tym wiedział. – Powtarzałem sobie na głos taki jeden wiersz Świetlickiego.

    Jaki wiersz?

    – „Nie się”.

    Świetlicki niesie?

    Nie. Świetlicki to nazwisko, „Nie się” to tytuł.

    Aha. Chcesz herbaty?

    Palnął głupstwo z tym tytułem i rozmowa zaczynała niebezpiecznie przypominać poprzednią. Należało coś przedsięwziąć.

    www.unsplash.com/Drew Taylor

    Tak, chodźmy na herbatę – zarządził i wyminąwszy ją w drzwiach ruszył schodami w dół, do jadalni. Po drodze poczochrał sukę po kudłatym łbie, głośno zakaszlał, a następnie puścił z kranu mocny strumień wody czajnika i lał do pełna, by przy gotowaniu szumiało jak najdłużej. Wszystko po to, by nie dać żonie akustycznej swobody do drążenia tematu wiersza Świetlickiego. Ani żadnego innego tematu. Jak przeczuwał, jego zabiegi nie przyniosły spodziewanych rezultatów i walec analizy mężowskiej osobowości parł bezlitośnie z kierunku północ-północny zachód. Magda usiadła w jadalni i przez chwilę obserwowała go w milczeniu.

    Olku, nie chcę być natarczywa – zaczęła nieco natarczywie – ale powinniśmy porozmawiać o tym audiobooku. Właściwie zastanawiam się, czy to jest kwestia audiobooka, czy raczej, jakby to powiedzieć… twojej, no nie wiem… świadomości? Dobre słowo? Świadomości? Czy może raczej… umysłu? Lepiej? Niech będzie. Tak, wiem, jesteś uznanym profesorem jeszcze bardziej uznanego uniwersytetu i kudy mnie tam do wystawiania tobie świadectwa normalności. Jednak jako twoja żona nie mogę przejść do porządku dziennego nad objawami tak niepokojącymi…

    Obrać ci pomarańczę? – spytał zalewając saszetki z Liptonem.

    Wiesz, że nie jem pomarańczy! Kupiłam je wyłącznie dla ciebie. Bo chciałeś. Czy może tego też już nie pamiętasz? A poza tym nie zmieniaj tema…

    Co znaczy „też”? O czym jeszcze nie pamiętam? Czy to już? Zaczynamy diagnozowanie sklerozy? Masz już gotowe pisemko do ośrodka? „Kochanie, wystarczy jeden twój podpis i wszystko będzie w porządku”. O to chodzi?

    Przestań! Nie, nie o to chodzi.

    Cofnęła się taktycznie, ale tylko po to, aby nabrać nowego impetu.

    Po prostu chciałabym, żebyś przestał się wściekać i pozwolił sobie spokojnie powiedzieć pewne rzeczy. Terapia działa rozdrażniająco, wiem, sama miałam podobnie. Siadając na fotelu naprzeciwko psychoterapeuty odruchowo stawiasz się w pozycji świra, który musi udowadniać swoją normalność i panowanie nad sytuacją. Potrzeba czasu zanim zrozumiesz, że w tym siedzeniu na fotelu i gadaniu o własnych problemach chodzi tak naprawdę o coś innego. Domyślam się, że dzisiaj otwarły się w tobie nowe rejony emocjonalne, w swojej duszy zajrzałeś do pomieszczeń, o których w ogóle nie wiedziałeś, że istnieją, nie mówiąc o rozeznaniu w ich zawartości. Byłeś trochę, no… zdezorientowany, kiedy wsiadałeś do samochodu, dlatego twoje luźne i na poły tylko świadome skojarzenia nałożyły ci się na słuchaną powieść i doszło do tego, no, jak to się mówi… ko… ko…

    Koincydencji.

    Magda pracowała w domu kultury jako animatorka dziecięca i miała pewne doświadczenie w wygłaszaniu okrągłych zdań o nieodpartej sile przekonywania. Mówiła, jakby wiedziała. Zresztą, może i wiedziała, kto ją tam wie.

    Tak. Koincydencji. Albo konwergencji, czy jakoś tam jeszcze inaczej. Wiesz, co mam na myśli.

    Skinął głową. Pozwalał jej gadać, ponieważ wtedy sam nie musiał. Wyjął torebki, dopełnił kubki przegotowaną wodą i jeden z nich postawił przed Magdą. Drugi ujął w obie dłonie i usiadł, wpatrując się w blat stołu. To miało oznaczać skupione słuchanie, ale w zasadzie słyszał niewiele. Trochę. Słuchał i nie słuchał. Analityczna część jego profesorskiego umysłu skłonna była nawet przyznać jej rację (częściowo, częściowo!) i z fragmentów, jakie dolatywały do jego uszu, układał sobie całkiem podobne wyjaśnienie. Niewątpliwie był pod wrażeniem seansu terapeutycznego, na którym zapoznał się z rewelacją na temat tego, że oprócz czytania powieści można również słuchać, ale padła tam i inna ważna kwestia: „Jeśli nie może pan czytać, niech pan pisze”. Tak, to zdanie było ważne, najważniejsze ze wszystkich. Dlaczego do niego dopiero teraz dotarło? Tak, przecież całą drogę od gabinetu do parkingu przebył zatopiony w myślach o swoim pisaniu. O niedokończonej powieści, która jak porzucone dziecko spoczywała gdzieś w zakamarkach pamięci komputera, kwiląc i pojękując w nieutulonym żalu do swego koślawego twórcy. Nawet jeśli sobie tego wtedy tak wyraźnie nie uświadamiał, teraz miał jasność. Chodziło o pisanie, prawda?

    Jego umysł, równie jak on skrępowany wywodem żony, przytaknął obojętnie.

    … i gdybym miała ci coś radzić, zapomnij o całej tej sprawie i zajmij się poprawianiem prac doktorskich. Zdaje się, że masz dwie na pulpicie. A ta powieść, ta Cegielnia – najlepiej daj mi ją.

    Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, żona odstawiła kubek z herbatą, wstała z krzesła i energicznym krokiem ruszyła w kierunku schodów. Rzucił się za nią. Herbata z pchniętego kubka chlapnęła na obrus.

    Czekaj! Dam ci ją, jak dosłucham do końca.

    Ich wejście na schody mniej miało wspólnego z małżeńską kurtuazją, a więcej z wyścigiem po oferty o poranku Czarnego Piątku. Wpadli na nie oboje równocześnie, ona złapała poręcz i podciągnęła się za jednym zamachem o trzy stopnie, ale on był sprytniejszy. Ruszył wzdłuż ściany i kilkoma skokami pokonał całe schody ze sprawnością godną zapisania w kronice sportowej jego Almae Matris. Wpadł do gabinetu, dobył płytkę ze stacji dysków i wepchnął do kieszeni bluzy, a następnie zamknął drzwi tuż przed nosem żony.

    Przepraszam, muszę popracować – powiedział, przekręcił klucz i dla pewności oparł się plecami o drzwi. Ona perswadowała chwilę, lecz wobec braku jakiejkolwiek reakcji odpuściła i poszła do siebie. Musiała być wściekła. Dla żony brak reakcji to najgorsza z reakcji.

    Uff.

    Dyszał ciężko i malowniczo jak bohater kreskówki, ale szczęśliwy. Obronił się, choć gdyby w tej chwili ktoś rozsądny (na przykład jego własny umysł) zapytał go, przed czym mianowicie się obronił, nie potrafiłby odpowiedzieć. I nie to było najważniejsze. Pomacał się po kieszeni i uspokojony płaskim, okrągłym kształtem usiadł do poprawiania pracy doktorskiej wychodząc z założenia, że to zajęcie nie wymaga specjalnego natężenia intelektu.

    Płytka z audiobookiem nie dawała mu jednak spokoju. Czuł jej delikatny ucisk w kieszeni i niemal słyszał zapisane na niej dźwięki. Odtwarzał je w pamięci, jakby sam był czytnikiem, a nie czytelnikiem. Owszem, tłumaczenie żony przyjął do wiadomości i w jakimś rozsądnym zakresie się z nim zgadzał, stanowiło ono jednak, by tak rzec, tylko jedną ścieżkę nagraniową utworu. Na drugiej wciąż rozbrzmiewał akapit jego własnych notatek: „coś mogę powiedzieć tylko dlatego, że minął jakiś czas, odtamtąd dotąd”, płynących z głośników poczciwej astry tuż przed jej nieszczęsnym okaleczeniem. Słyszał je.

    O wpół do dziesiątej wieczorem nie wytrzymał, zamknął dokument z pracą doktorską, podłączył słuchawki do laptopa i włożył płytę do stacji CD. Żonę w krótkim i suchym komunikacie poinformował przez zamknięte drzwi, że nie je kolacji i musi się położyć, ponieważ jest zmęczony. Chciał dodać, że ma migrenę, ale ugryzł się w język – to mogłoby uruchomić niebezpieczne dla niego odruchy opiekuńcze Magdy. Zgasił światło, rozparł się wygodnie w fotelu, założył na uszy słuchawki i włączył pierwszy rozdział. Słowa Cegielni popłynęły do jego mózgu wprost, bez pośrednictwa drgających fal akustycznych oraz obecności innych słuchaczy. Na przykład tych z uchem przystawionym do dziurki od klucza.

    Słońcu nie daję wiary, dopóki nie zajdzie. Dopiero gdy zniknie za horyzontem i stanie się echem odeszłego na zawsze dnia, zaczynam mu ufać. Jego bolesna czerwień o ileż jest uczciwsza od łatwej feerii łąkowych barw i banalnego błękitu nieba! Gdy leje się krew zachodu i rzeczy znikają w mroku, wtedy zaczynam żyć. Piękniejsze jest to, czego nie widać…

    Magia słów początkowych stronic powieści (dlaczego ich nie zapamiętał z poprzednich odsłuchań!?) uwiodła go na tyle, że omal nie przegapił swoich zapisków. Były. Usłyszał je natychmiast i jedno zerknięcie na licznik odtwarzacza wystarczyło, by się przekonać, że znajdują się dokładnie w tym samym miejscu, tuż po rozpoczęciu jedenastej minuty. Oczywiście, że były. Fakt, że je z Magdą przegapili podczas wspólnego słuchania, w jakiś arcyciekawy logicznie sposób utwierdził go tylko w tej pewności. Były tu zawsze, tylko ona nie miała do nich ucha. Otóż to! Jego żona NIE MIAŁA UCHA do wychwycenia jego własnych słów. Przecież wyrażała się o nich zawsze z przekąsem, drwiła z nich, a to znaczyło prawie to samo, jakby w ogóle nie istniały! Tak, to musiało tak być. Nie mogła ich usłyszeć, bo w nie nigdy nie wierzyła. A on uległ jej agresywnej sugestii. Wszystko jasne.

    – Ale przecież ty też ich nie słyszałeś – spokojnie zaoponował umysł. – Skoro to twoje słowa…

    – Byłem pod presją! – zakrzyknął. – To nie takie proste, jak ci się wydaje – dodał dźgnięty nagłą wątpliwością, czy umysłowi w ogóle może się coś wydawać. – Człowiek widzi i słyszy różne rzeczy, nigdy nie masz pewności, co miało miejsce naprawdę, a co było tylko iluzją. Rozumiesz, narracyjna koncepcja prawdy – podsumował licząc na to, że umysł łyknie ten merytoryczny przypis. Umysł nie odpowiedział.

    Dosłuchał pierwszy rozdział do końca, następnie drugi, a w trzecim znalazł inny fragment swoich zapisków, równie filozoficzny jak poprzedni:

    Oni nie istnieją naprawdę, to rozgrywa się w mojej głowie. Znalazło się tam jednak nie wyłącznie dzięki mnie, ale również dzięki nim. Jestem autorem tego konkretnego doświadczenia i zarazem jego obiektem, bohaterem, tematem. Oni są we mnie, gdyby jednak nie istnieli kiedyś naprawdę, teraz też by ich nie było. To nie zmarły przyjaciel ze mną rozmawia, tylko ja sam ze sobą tamtym, który miał przyjaciela, rozmawiał z nim i dopisał do zapamiętanej chwili narrację upartej pamięci. A zatem – jeśli siedzę i myślę, jak to było i jak to zapisać, w głąb czego ja właściwie wchodzę? Samego siebie? Czy tamtej rzeczywistości, której już nie ma, bo rzeczywistość może być tylko aktualna? Nad czym ja myślę: nad prawdą przeszłości, czy nad zwykłym kłamstwem?

    Cofnął nagranie, otwarł dokument z notatkami i porównał. Tak jak poprzednio, zgadzały się słowo w słowo. Zsunął słuchawki na szyję i ciężko opadł na oparcie fotela.

    Miałem rację – westchnął z egzystencjalną głębią.

    Ale nie dodawaj „jak zwykle” – poprosił umysł.

    Nie miał zamiaru. Były mocniejsze i bardziej satysfakcjonujące sposoby. Przedstawi jej dowód namacalny i niepodważalny, i wtedy zobaczymy, jaki obrót przybierze dyskusja wokół równowagi psychicznej. Przekonajmy się wreszcie, kto tu jest normalny.

    Z ręką na klamce zatrzymał się w pół kroku. Nie, to nie był najlepszy pomysł. Mógłby być najlepszy w sytuacji optymalnej, to znaczy kiedy płytka odtworzy nagranie trzeciego rozdziału dokładnie tak samo, jak to zrobiła przed chwilą. A co, jeśli nie? Na kogo wyjdzie, kiedy znowu z głośników popłynie co innego? Co będzie z jego normalnością?

    prof. Krzysztof Zajas

    Doszedłszy do przekonania, że domowy prokurator następnym razem nie będzie już tak wyrozumiały i potraktuje jego recydywę z należytą surowości (czytaj: wyśle go na badania psychiatryczne), usiadł z powrotem przed komputerem i odsłuchał po raz trzeci. I znowu wszystko się zgadzało. Słowo w słowo. Wrócił do rozdziału pierwszego – pierwszy cytat również tam był, jak gdyby nigdy nic. Najwyraźniej jego zapiski pojawiały się tylko wtedy, kiedy słuchał sam. Ale pojawiały się NAPRAWDĘ! Co robić?

    Wtedy jego wzrok padł na telefon komórkowy i profesor Zawijas doznał olśnienia. Zadzwoni do żony i puści nagranie przez telefon! Już wybierał numer, gdy jego uwaga zatrzymała się na ikonce dyktafonu. Ten pomysł wydał mu się jeszcze lepszy, ponieważ eliminował podejrzenie oszustwa (dawał możliwość wielokrotnego powtórzenia dowodu) i zostawiał trwały ślad. Myśląc z wdzięcznością o córce, która wyciągnęła ikonkę z folderu aplikacji na ekran i namawiała go do używania dyktafonu na wykładach (wiesz, papciu, dla lepszej pamięci), włączył oba urządzenia i zapadł się w fotelu, zasłuchany we własne filozoficzne dywagacje. Wydawały mu się coraz ciekawsze.

    Po zakończonej pełnym sukcesem sesji nagraniowej udał się do sypialni małżonki i puścił plik wprost z komórki.

    Co to jest? – spytała spod kołdry, wyłączając palcem swój odtwarzacz kompaktowy. Słuchała Idioty Dostojewskiego.

    Pokręcił głową na znak, żeby nic nie mówiła i pogłośnił smartfona. Przybrał minę zasłuchanego melomana, który kocha nie tyle płynącą z głośnika muzykę, ile swoje dla niej uwielbienie, co go wywyższa i czyni z niego istotę na co dzień obcującą z czystą prawdą sztuki…

    Nikt również nie przewidział, że sir Peter North Sundick pozostanie na swoim kapitańskim mostku do końca, do ostatniej chwili, kiedy już cały dziób znajdzie się pod wodą i nad powierzchnię rozszalałego żywiołu wznosić się będzie jedynie opasły zad parowca, bezwstydnie wypięty w zagniewane niebo jak zadek gigantycznej i niewątpliwie tonącej krowy…

    Rzeczywistość w sypialni zamarła. Mordercza cisza wchłaniała wszystko z siłą kosmicznej próżni. Ktoś obserwujący teraz przemiany twarzy Aleksandra Zawijasa potrzebowałby sporo dobrej woli, by uwierzyć w jego profesorskie kompetencje. Była kompletnie zbaraniała.

    Pierwsza sylaba z ust żony wytrąciła go z odrętwienia.

    Dlacz…

    Wcisnął smartfona do kieszeni bluzy i wybiegł z sypialni. Zderzył się z drzwiami gabinetu, ledwie je widząc w zamroczeniu. Był nie tylko osłupiały, ale i wściekły. Po jakiego diabła bawił się w to idiotyczne nagrywanie? Po co w ogóle chciał cokolwiek udowadniać?

    Niewiele myśląc grzmotnął telefonem o podłogę (który odbił się od dywanu i bez szkody wylądował, ponieważ był w oprawce), po czym sięgnął do odtwarzacza po płytkę. Przez chwilę miał ochotę połamać ją i wyrzucić do śmieci (spalić w kominku!) i później wiele razy żałował, że tego nie zrobił. Zamiast tego usiadł na łóżku i wziął trzy głębokie oddechy. Przyjrzał się jej.

    O co tu chodzi, laluniu?

    Płytka milczała. Udawała zwykły giętki krążek z tworzywa sztucznego z napisem CEGIELNIA, wydrukowanym bez większej staranności, jakby całość była dziełem producenta-amatora. Wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę, jakby chciał ją przyłapać na jakimś kolejnym oszustwie, ukrytym geście, sprytnym ruchu za jego plecami, którym wykazałaby dobitnie, że jednak zwariował. Milczała. I nie poruszyła się. Oczywiście, że nie, przecież nie mogła. Była martwa.

    A ty jesteś normalny”, powiedział do siebie profesor Zawijas i nieco się uspokoił. Kiedy wyrównał oddech, podkusiło go, by spróbować jeszcze raz. To jedna z cech intelektualistów – dłużej niż inni upierają się przy swoim. Profesor należał jednak nie tylko do intelektualnej elity narodu, ale również do niezliczonej rzeszy tchórzy, więc po wahaniach postanowił odłożyć kolejny test do jutra. Jeśli mu znowu nie wyjdzie, nikogo już nie zdoła przekonać o swojej normalności. Nawet samego siebie. Rzucił płytkę na blat biurka, jakby była chusteczką, w którą właśnie wydmuchał nos, po czym powoli i starannie przebrał się w piżamę z jakiegoś powodu bojąc się, że może stracić równowagę i upaść.

    Już straciłeś równowagę – powiedział na głos jego umysł. – I bynajmniej nie jestem jedynym w tym domu, który tak uważa.

    Zamknij się!

    Umysł posłusznie zamilkł.

    Kołdra była w środku zimna, a poduszka niewygodna. Nie mógł ogrzać stóp, choć był dopiero koniec września (września? dlaczego Jacek przez telefon powiedział „sierpień”?), a sztuczne wypełnienie poduszki obfitowało w zgrubienia i węzły. Wiercił się pół nocy, drugie pół przeleżał z otwartymi oczami i brzęczącymi w uszach słowami powieści, którą obolały mózg w kółko odtwarzał. Rano czuł się jak na gigantycznym kacu i kiedy spojrzał w lustro, zobaczył opuchniętego demona z tego kręgu piekła, w którym alkoholików smaży się na teflonowych patelniach bez tłuszczu. Jego Madejowe łoże przypominało miejsce egzorcyzmów.

    Gdy pozbierał z podłogi ubranie i wychodził pod prysznic, zadzwoniła cudem ocalała komórka.

    Dzień dobry, z tej strony inspektor Madej. Czy mam przyjemność z profesorem Aleksandrem Zawijasem?

    Przepraszam, jak nazwisko? – wykrztusił gapiąc się na skopaną pościel.

    Florian Madej – powtórzył cierpliwie głos w słuchawce. – Jestem inspektorem w Wydziale Kryminalnym małopolskiej policji.

    Słucham, o co chodzi?

    Wcale nie miał zamiaru słuchać, po prostu wypowiedział odruchowo to, co się zwykle mówi w podobnych okolicznościach. Jego zmęczenie odzywało się bólem w każdym mięśniu ciała, miał wrażenie, że jeszcze trochę postoi z telefonem przy uchu i runie na podłogę jak długi. Będzie dobrze, jeśli w szpitalu zdołają mu przywrócić przytomność. O ile Magda na czas wezwie karetkę, ponieważ od wieczora więcej do niego nie zajrzała. Zaczął już nawet kombinować, jak by tu upaść z najmniejszą szkodą dla kości i doszedł do wniosku, że najlepiej byłoby ugiąć kolana i w miarę możliwości płynnie usiąść na tyłku. Musi to kiedyś poćwiczyć. I zadzwonić do Jacka.

    Zanim wyjaśnię, chciałbym najpierw o coś spytać. Pan jest polonistą, specjalistą od literatury współczesnej, prawda? Dobrze mówię?

    Tak. Proszę w końcu powiedzieć, w czym rzecz.

    Miał wrażenie, że po tamtej stronie słyszy głośniejszy oddech, który wypełnił dwie sekundy ciszy, nim padło pytanie:

    Czy zna pan powieść pod tytułem Cegielnia?

    Zamroczyło go. Docisnął czoło do ściany i przytknął kciuk do skroni. Pulsowała jak jaszczurka.

    Halo? Jest pan tam?

    Przepraszam… Tak, jestem. Niech mi pan powie… jest koniec miesiąca, ale którego?

    Hmm, jakby to powiedzieć: tego, co jest zawsze na końcu września.

    Profesor Zawijas już nie słuchał. Ugiął kolana i płynnie usiadł na tyłku.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #2

    AUDIOBOOK cd.

    2.

    Na dźwięk słowa „penis” zatrzymała się w pół kroku. Kminiła co znaczy, jak chyba już wszystkie dziewczyny w klasie, kiedyś nawet zajrzała w empiku do książki „Sztuka obsługi penisa”. Wiedziała, ale zadziałało. Są takie słowa, na które bez pudła reagujesz z takim samym podjaraniem, i to do nich należało. Powieść była cieniasta, w zasadzie totalna bieda, i właśnie miała ją wyłączyć, żeby sobie zapodać Arianę Grande… ale nie. „Przysłonił lewą ręką penisa, a prawą zadał potężny cios”. Miał go na wierzchu? Powinno być: „przysłonił sobie krocze”, albo co tam jeszcze… pachwinę, o właśnie! Tak się dawniej pisało, a to przecież jakiś staroć, ze sto pięćdziesiąt lat ma albo więcej. „Wyprowadził sztych wzorem najzacniejszych bohaterów epoki płaszcza i szpady” – co za ramota! Nikt tak dzisiaj nie kombinuje w literaturze, na ile umiała ocenić. Mieli fajnego profesora od polaka, jedyny spoko w gromadzie pedagogicznych neptków, na których trafiła w rozpoczętym trzy tygodnie temu „renomowanym krakowskim liceum”. Taa. Co z tym penisem?

    …nasz Wędrowiec należał do tych dzielnych młodzieńców, co to byle czego się nie ulękną, swoje największe skarby chronią jednak z najlepiej pojętą troską. Opuściwszy lewą rękę na przyrodzenie, zacisnął palce wokół skórzanego mieszka wzmacniającego od przodu jego podróżne spodnie i od razu poczuł się bezpieczniej. Z tym większym impetem ruszył na potwora…

    Ona również ruszyła z impetem, ponieważ od dłuższej chwili stała pośrodku szerokiego holu Galerii Krakowskiej z – jak jej się wydawało – uniesioną w powietrzu stopą. Idiotyczne. Z tym audiobookiem też coś było nie tak. Nie wszędzie brzmiał jak powieść z dziewiętnastego wieku. Przemykały przez tekst zwroty, które mogłaby z powodzeniem usłyszeć choćby tutaj, od któregoś ze szwendających się dokoła galerników. Nie, to też nie to. Wyobraziła sobie bardzo dokładnie młodego człowieka ze sztyletem w jednej ręce i własnym fiutkiem w drugiej, z impetem ruszającego na jakiegoś tekturowego potwora, i parsknęła głośno. Scena była kompletnie absurdalna. Nikt normalny by tego tak nie napisał, ani sto pięćdziesiąt lat temu, ani teraz. Lektor też od czapy, seplenił jak wujaszek Wiem Wsysko na rodzinnym obiadku. Dosyć tego bredzenia…

    …wysunęła się nagle z ciemności i złapała go za gardło. Odruchowo poderwał w górę lewą rękę, a wtedy coś miękkiego i gorącego wpiło mu się w pachwinę…

    No proszę, mówisz – masz! Jednak jest pachwina! Ucieszyła się, jakby odgadła ukrytą w tekście łamigłówkę i wsunęła smartfon do kieszeni kurtki. Jeszcze da jej szansę. Niech sobie jeszcze poleci ta głupia opowieść o junackim wędrowcu, zajawionym na napierdalankę z potworem. Ale co to właściwie za potwór? Coś jej chyba umknęło. Nie, słuchała uważnie, nawet zaczęła sama myśleć staroświecko (junacki wędrowiec?). No i odkleiła się całkiem od rzeczywistości. Zdaje się, że schody ruchome w środku galerii obeszła trzy razy wkoło, zanim na nie trafiła. Czuła się nie do końca realnie, jak w jakimś 4D, oblepiona mrokiem powieściowej cegielni i oszołomiona dziwacznym językiem, w którym słowa pulsowały neonowym światłem. W jednej chwili zlało jej się wszystko razem w sugestywny mem: ciemna hala, mężczyzna z jedną ręką uzbrojoną w sztylet i drugą zaciśniętą na kroczu, a w głębi migocze na czerwono pięć liter: P-E-N-I-S. Jakby mu cegielnia podpowiadała, za co się złapał. Przejaja.

    Zacisnęła powieki, żeby pozbyć się kretyńskiego obrazka (hej, sama do niego dorobiłaś napisy), poprawiła słuchawki na uszach i skręciła do wyjścia na przystanek tramwajowy. Spojrzała na zegarek. Zanim coś przyjedzie i doturla się pod Bagatelę, to będzie akurat mniej więcej tak, jakby się właśnie lekcje skończyły. I można się katapultować do chaty!

    www.unsplash.com/Maria Teneva

    …ślizgał się po kałużach ciemnobrunatnej brei, która ciągle jeszcze wyciekała z rozprutego cielska i poszerzającym się rozlewiskiem zajmowała coraz to nowe połacie podłogi. Był zmęczony, ale szczęśliwy. Od towarzystwa uczynnych i zacnych ludzi wolał bliską i agresywną obecność wcielonego zła. Przynajmniej racje były jasno przyznane: ja dobry, ty zły. A wkoło jakże ożywczy mrok! Kopnął butem zwiotczałą mackę, której rozcapierzone końcówki przywodziły na myśl spazmatycznie rozwarte w agonii palce, po czym raźno ruszył w głąb ciemnej hali. Na jej przeciwległym końcu migotał ogień. Palenisko służące do wypalania cegieł buzowało w najlepsze. Pomacał skórzany mieszek między nogami, czy z penisem wszystko w porządku…

    Przegapiła koniec ruchomych schodów i omal nie wyciągnęła się jak długa przed wyjściem na ulicę Pawią. Ja nie mogę, co on z tym penisem? Wkurzało ją niejasne poczucie, że ktoś podsłuchuje jej myśli i od razu wrzuca je do audiobooka. Wiedziała, że to niemożliwe, ale wkurzało. Z drugiej strony, nie umiała zapanować nad dreszczami dziwnego podniecenia na dźwięk tego trochę technicznego, a trochę obscenicznego słowa. Jakby ze słuchawek, przez mózg, przenikało prosto do krwiobiegu. Co to ma być? Jakaś kryptopornografia dla nieletnich? Przekaz podprogowy?

    W ostatniej chwili złapała wahadłowe drzwi, które leciały jej prosto w twarz. Wychodząc pchnęła je mocno za siebie z nadzieją, że przefasują komuś nochal, najlepiej temu mieszczuchowi w szarym płaszczu. Palenisko w głębi. Więc jednak coś tam się świeciło na drugim końcu. Na czerwono, jak moment wcześniej litery w jej wyobraźni. Przewidziała czy usłyszała? Nie, niczego wcześniej o piecu nie było. Przecież słuchała uważnie! Może nawet trochę za bardzo, co nie? Przyznaj się, laluniu, czekałaś na to czerwone słówko. Dreszczyk w krzyżu. Gul w przełyku. Zaraz będziesz miała mokre majty…

    Uważaj, jak chodzisz! – krzyknął ktoś obok niej i podskoczyła tak gwałtownie, że słuchawki zsunęły jej się na czoło.

    Przepraszam – wymamrotała.

    Powinna skląć gościa, który bezceremonialnie szarpnął ją za ramię w tył, ściągając z torowiska. Sekundę później tuż przed jej nosem przetoczył się tramwaj. Stała wyprężona na baczność jak żołnierz kompanii honorowej, dopóki niebieski, zgrzytający potwór (potwór???) nie przegramolił się dalej, łyskając na odjezdne czerwonymi (czerwonymi???) lampami płaskiego tyłka. Spojrzała na faceta obok.

    Nie ma za co – powiedział z uśmiechem pan w szarym płaszczu.

    Speszona odwróciła się i szybko ruszyła przed siebie. Zdążyła zauważyć, że jego nos był w porządku, zdołał umknąć przed wahadłowymi drzwiami. Przynajmniej tyle dobrze, to jej bozia policzy na plus. Może. Nieważne. Nałożyła z powrotem słuchawki na uszy. Idzie. Środkiem hali. Nie powinien podchodzić…

    …kilka kroków do paleniska, gdy zwolnił kroku zaniepokojony mglistym przeczuciem nienaturalnego porządku rzeczy. Po chwili się zorientował. W miarę zbliżania się do pieca uwolnił swe szczęśliwie ocalone w walce przyrodzenie i lewą ręką owinął wokół siebie poły płaszcza osłaniając się przed żarem ognia. I choć był już nie dalej niż dwa metry od paleniska, nie czuł na twarzy żadnego ciepła, niczego, co by świadczyło o tym, że płomienie w piecu są prawdziwe. Na domiar złego, zimne płomienie w swoich tanecznych formach układały się uparcie w jedno doskonale mu znane słowo, złożone z pięciu liter i jak w zwierciadle odbijające jego prawdziwe imię…

    Parsknęła śmiechem i wypowiedziała na głos pięcioliterowe imię junackiego wędrowca, ułożone z czerwonych płomieni w środku cegielnianego paleniska. Było to ostatnie słowo, jakie wypowiedziała w tym życiu. Zdążyła jeszcze obrócić głowę w prawo i dostrzec baranią minę tramwajarza, który otwierał usta, żeby…

    Pogotowie przyjechało bardzo szybko, ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego na Lubiczu było bliziutko. Co w tym przypadku akurat nie miało żadnego znaczenia. Według policji i sądu żadnego znaczenia nie miał również fakt, że maszynista z baranią miną w chwili wypadku oglądał sobie ukradkiem pisemko pornograficzne, które przed chwilą otrzymał od swojego zmiennika jako prezent urodzinowy. To miał być taki żart. Tramwajarz nie był żadnym zbokiem, tylko zwykłym facetem, a między kolorowe okładki magazynu dla panów zajrzał z czystej ciekawości, by na chwilę zdumieć się rozmiarami przyrodzenia, jakimi bozia potrafi obdarzać swoich wybrańców. Do których on się bynajmniej nie zaliczał. To także nie miało żadnego znaczenia.

    www.unsplash.com/Marc Schaefer

    Ktoś wyjął spod tramwaju szkolny plecak, ktoś inny przyniósł przybrudzoną tenisówkę z rozwiązanymi sznurowadłami i wrzucił do karetki, w ślad za wsuwanymi tam przez dwóch ratowników noszami. Pan w szarym płaszczu podniósł z chodnika brązowe bezprzewodowe słuchawki i zdziwił się, że nadal dobywają się z nich dźwięki. Przystawił do ucha. Młody człowiek mówił miękkim, aksamitnym głosem, z nienaganną dykcją:

    …nikt nie przewidział, że sztorm nadejdzie tak szybko. Jedynie tkwiący niewzruszenie na mostku kapitańskim sir Peter North Sundick odczuwał pewien niepokój w związku z nadmierną ciszą, przenikającą wszystko wkoło jak nagły mróz o zmierzchu. W istocie, zrobiło się zimno. Nikt również nie przewidział nieprzyjemnych konsekwencji rubasznego żartu, na jaki pozwoliło sobie dwóch prostych majtków, wpisując pomiędzy inicjały ich dowódcy, wygrawerowane na drzwiach kapitańskiej kajuty, samogłoski: e oraz i. A już na pewno nie do przewidzenia było skojarzenie obu tych dziwnych zbiegów okoliczności z trzecim, o daleko bardziej nieprzyjemnych konsekwencjach…

    Głos nagle się urwał i pan w szarym płaszczu odprowadził wzrokiem znikającą za zakrętem karetkę pogotowia. Wraz z nią oddalił się telefon komórkowy, z którym słuchawki właśnie straciły połączenie. Tak, pomyślał filozoficznie, śmierć to przerwanie połączenia. Którego nikt nie przewidzi. Nagły mróz o zmierzchu. A zaraz potem pomyślał, że obywatelski obowiązek wykonał i już raz wyciągnął tę biedną dziewczynę spod tramwaju. No, ale ileż można?

    Schował słuchawki do kieszeni i nieco przygnębiony ruszył w swoją stronę.

    Cdn.

    Pns.  

    Jeśli chcecie przypomnieć sobie pierwszy odcinek powieści, kliknijcie tutaj.

  • „Audiobook”, czyli powieść Krzysztofa Zajasa. Odcinek #1

    Kiedyś to było! Podobno w gazetach drukowali powieści w odcinkach, a co więcej, ludzie to czytali. Szok i niedowierzanie. Historia zatoczyła koło, bo nie dość, że będziecie taką „pokrojoną” powieść czytać co środę, to jeszcze w moim medium. Mam nadzieję, że będziecie do książki Krzysztofa Zajasa wracać tutaj co tydzień. Nie dla mnie. Dla niego, bo po prostu warto.

    Adam Szaja, smakksiazki.pl

    Drodzy Czytelnicy! Premiera kolejnego tomu „Trylogii pomorskiej” została przesunięta na przyszły rok i nic na to nie poradzę. Wasz żal z tego powodu był tak autentyczny i głęboki, że postanowiłem umilić Wam czekanie powieścią w odcinkach. Inaczej mówiąc, wracam do rozpoczętego kiedyś na Facebooku projektu Audiobooka, którego porzucenie do dzisiaj mnie gryzie. Zacznę jeszcze raz i spróbuję dopowiedzieć historię do końca. A nuż zaskoczy.

    Zatem ruszajmy, Wędrowcze!

    Krzysztof A. Zajas

    AUDIOBOOK

    1.

    Coś z tą powieścią było nie tak. Niby normalny audiobook, z przyjemnym, miękkim głosem lektora i potoczystą narracją w tajemniczym, trochę staroświeckim klimacie – a jednak go irytowała. Najpierw to głupie „r”. Wiadomo, niektórzy mają z nim problem i ześlizgują się w „j” albo „l”, czasem nawet w „d”, zwłaszcza przy przeziębieniach. „Dodłodyło mie chodóbsko”, oświadczył wczoraj szef w pracy. I poszedł do domu. A on teraz za niego musiał pędzić samochodem przez pół Polski, w dodatku przez to drugie pół, na którym nie ma autostrad, i tylko po to, by zawieźć do pewnej wschodniej diecezji dokumenty supertajnego kontraktu. Tak jakby nie można było ich wysłać kurierem. „Nie mam zaufania do kudieda”, powiedział szef przed trzaśnięciem drzwiami, „mode być tdefny”. Zasdany kudied. Służbowe volvo kancelarii rozgarniało teraz mrok podlaskiej prowincji reflektorami, a on słuchał powieści, z którą coś było nie tak. Wschód. Ciemność i łuny. Katastrofizm endemiczny. Jak to seplenił hetman Czarniecki z dziurawym podniebieniem? „Huia wiaia na Tataia!”. Jasne, powodzenia.

    Głos lektora jakby przycichł, więc podkręcił głośność, ale niewiele pomogło. Nasiliły się szumy i brzęczenia, a tekst sączył się ledwo ledwo, jakby zza cienkiej ściany. Czytał profesjonalny aktor, który starannie pracował nad dykcją, ale to jego mamrotliwe dddd było wkurzające. Wcisnął potencjometr na kierownicy. Głośniki zaszumiały jak ocean, co jeszcze bardziej przytłumiło „pdofesjonalnego aktoda”. Nie, to chyba coś z korektorem dźwięku. Przejął kierownicę lewą ręką, a prawą włączył komputer. Ekranik wysunął się na środku kokpitu jak gadżet Jamesa Bonda i zaproponował ustawienie dźwięków i obrazków zgodnie z życzeniem szanownego służbowego użytkownika naszego superkomfortowego volvo. Pieddu, pieddu. Usiłował trafić w wyświetlacz. Najpierw przez pomyłkę wyłączył sobie nawigację i zaklął (kudwa matć), po czym schował panel i wysunął go ponownie licząc na łatwy reset pamięci. Nie do końca się udało, ale znalazł wreszcie opcje korektora: jazz, rock, classic, pop. Może jednak pop…

    www.unsplash.com/Per Lööv

    Podniósł wzrok. W światłach reflektorów zobaczył zakręt z gwałtownie zbliżającym się drzewem. Zdążył pomyśleć, że to dąb i mocno odbił w lewo. Zarzuciło tyłem, odbił w prawo, potem jeszcze raz w lewo i dodał gazu. Tak go uczył sąsiad, podwórkowy mistrz kierownicy. Superkomfortowe volvo zatańczyło na asfalcie boogie woogie, zakręciło biodrami, machnęło szpagat i… wróciło na pas. W ostatniej chwili, bo z naprzeciwka tuż obok niego przewaliła się olbrzymia ciężarówka. Niemal słyszał zgrzyt obcieranego lusterka. Gdy tylko ucichł jej ogłuszający łoskot (leciała dobrze ponad setkę), zdjął nogę z gazu i zaczął hamować, tym razem bardzo delikatnie, jakby na tylnym siedzeniu wiózł weselny tort, taki z kretyńską figurką młodej pary na szczycie. Kiedy wreszcie udało mu się zjechać na pobocze, wrzucił luz, spocone dłonie wytarł o spodnie i dopiero wtedy ryknął:

    Aaaaa! Coooo sieeee dziejeeee!

    Pomogło. Dyszał ciężko, trzymając kierownicę jak koło ratunkowe. Jezu, spokojnie. Nic się nie stało. Jesteś zmęczony i powinieneś odpocząć. Posiedź tak chwilę, a potem rusz powoli i dojedź do najbliższego motelu, gdzie zrobisz sobie przerwę. Może nawet się zdrzemniesz. Na tym zadupiu lepiej nie ryzykować.

    Zorientował się, że z głośnika cały czas płyną słowa powieści. W zamieszaniu zgubił wątek i teraz nie bardzo kojarzył, o czym jest mowa. Lektora jednak nic to nie obchodziło i gadał dalej tym swoim dddd. Wędrowiec właśnie pożegnał się z uczynnymi gospodarzami i wyruszył w dalszą drogę…

    …mocnym ściągnięciem cugli osadził konia w miejscu i spod szerokiego ronda podróżnego kapelusza zerknął w lewo. Od głównego gościńca odchodził wąski trakt, rzadko uczęszczany, skoro porastała go trawa ze słabo tylko zaznaczonymi liniami kolein. Słońce zaszło właśnie za drzewa i jasny dzień nagle zmienił się w szary zmierzch, co nie martwiło naszego wędrowca, a wręcz przeciwnie. Lubił nocne podróże. Boczny trakt stanowił teraz w zapadającym wieczorze dwie czarne ścieżki, wiodące wprost do majaczącego w oddali bladożółtego światełka. Okno. Na nim spoczęła uwaga naszego wędrowca, ponieważ było okrągłe i umieszczone znacznie powyżej poziomu parteru, na wysokości wierzchołków sosen otaczających tajemniczy budynek.

    Okrągłe okno wysoko w górze, a w nim światło świecy? To musi być wieża księżniczki, w najgorszym razie chatka czarownicy – pomyślał wesoło mężczyzna i skierował konia na ciemny trakt. Po to są nocne wędrówki: by wniknąć pod skorupę materii i zanurzyć się w magię…

    Nocne wenddufki pod skodupę magi”, wyseplenił ze złością w przednią szybę. Co za idiotyczny tekst. Wykrzywił się do lusterka wstecznego w grymasie zniesmaczenia, ale oczy miał pogodne. Rozpierała go wesołość, absurdalna wziąwszy pod uwagę fakt, że przed chwilą omal nie stracił życia. Nie, to miało swój oryginalny smak, jak piwo z niszowego browaru. Warknął, zamiauczał, zrobił dwie głupie miny do lusterka i stwierdził, że już wszystko z nim w porządku. Wrzucił bieg i wyjechał na szosę. Nagły skok adrenaliny skutecznie pozbawił go niedawnej senności i zmęczenia. Podekscytowany i pełen nowej werwy, z niejasnym poczuciem wdzięczności dla samego siebie za uratowanie życia, miał teraz ochotę na jakiś mocniejszy kawałek. Sięgnął do panelu sterowania, by poszukać w folderach pendrive’a najnowszej płyty Judas Priest Firepowergdy nagle powieść urwała się w pół słowa i zabrzęczał sygnał telefonu. Pacnął palcem w napis ODPOWIEDZ.

    Cześć, Misiaczku, jedziesz sobie?

    Magda.

    Tak, do stu tysięcy zjełczałych kaszalotów, jeszcze jadę! Jeszcze mnie wściekły tir nie przemielił”. Oczywiście, nie krzyknął tego. Zjełczałe kaszaloty? Co za fajans!

    Jadę sobie. Cholernie ciemno, chyba cała planeta zgasła.

    – Uważaj na siebie – zaszczebiotała żona i poczuł, że jednak przyjemnie byłoby teraz leżeć obok niej w ich sypialni. Wyciągnąłby rękę i pogładził sobie to i owo. Poczuł wzwód.

    Uważam, i to nawet nie wiesz jak.

    Chroń, co w tobie najcenniejsze – szepnęła zmysłowo.

    A co we mnie najcenniejsze?

    Zachichotała i się rozłączyła.

    …wznosił się za budynkiem wielki komin, co upodabniało go do małej fabryczki. Światełko w oknie zgasło, jakby chciało ukryć swoje istnienie przed nieoczekiwanym intruzem.

    Fabryczka w lesie? – zdziwił się nasz wędrowiec. – To wspaniale. Chodźmyż sprawdzić, jakie nowe przygody szykuje dla nas leśne odludzie.

    Dziarsko zeskoczył z wierzchowca i poprawiwszy kapelusz, skierował pewnie swe kroki do ciemnych, półrozwartych wrót. Szarość pogłębiała się z każdą minutą zapadającego wieczoru i rzeczy wkoło traciły barwy. Tym bardziej więc zdziwił się, gdy w okrągłym okienku, teraz już zaciemnionym, rozbłysła para jaskrawych, zielonych oczu.

    – No proszę, jednak jestem oczekiwany – stwierdził raźno wędrowiec i zmacał prawą dłonią rękojeść sztyletu ukrytego pod połami płaszcza. – Trzymaj się, księżniczko, zaraz tam będę!

    Zielone oczy nie były księżniczką, to jasne. Były śmiercią. Z czego on się tak cieszy? Ale może nie uprzedzajmy wypadków…

    www.unsplash.com/Sylas Boesten

    Co za popieprzona powieść!”, mruknął ściskający kierownicę Damian Lipczyk. Po co on tam lezie? I jeszcze tak na bezczela, od frontu! Zakradłby się, albo co…

    Przestał grzebać w panelu i podkręcił głośność. Czuł narastającą irytację z powodu tej powieści, rozdrażnienie puchło w nim (jak zjełczały kaszalot!), ale nie potrafił dojść źródła swojej irytacji. Po co ta Magda zadzwoniła? Żeby się spytać, czy jedzie? No jedzie, a co ma robić. Wprawdzie przed chwilą o mało nie przestał jechać, ale jedzie. A tamten idzie. Zielone oczy śmierci – co za banał!

    …schody musiały skrzypnąć, ponieważ były schodami starej fabryki cegieł w głębi lasu i tego od nich wymagała konwencja opowieści. Stąpając w górę w kompletnej ciemności nasz wędrowiec odczuwał dreszcz podniecenia, jaki mógł porównać jedynie z najsłodszymi figlami w ramionach pięknej kobiety. Zacisnął palce na rączce sztyletu. Oczywiście, tak, cudownie! O tę chwilę chodziło, na nią czekał cały dzień u nudnych gospodarzy na skraju wsi, dlatego z takim pośpiechem ich o zmierzchu pożegnał. Śpieszno mu było do celu, który wszak w życiu jest najważniejszy, nieprawdaż? Och, życie!

    Wyszarpnął sztylet zza pasa akurat w momencie, gdy rozcapierzone palce wypadły z mroku jak wściekłe węże, by zacisnąć się na jego szyi. Wziął potężny zamach…

    Tekst znowu się urwał. Tym razem brzęknął dzwonek esemesa i automatyczna paniusia firmy U-link zaczęła drewnianym głosem odczytywać dziwne słowa: Twoja wiadomość od siedem, dziewięć, ukośnik, do, w górę, hasztag, osiem, nieskończoność, minus dwa, równa się zero, ukośnik, plus, dwukropek, cztery, pięć, sześć, sześć, sześć, omega…Drżąc z przejęcia klepnął w panel na oślep, żeby rozłączyć ten pieprzony telefon i dowiedzieć się, do kogo należały palce w ciemności, ale znowu trafił w niewłaściwą kratkę i wyświetlacz w ogóle zgasł. MENU GŁÓWNE. Wcisnął BACK i wróciła wyliczanka: osiem, ukośnik, nieskończoność…

    Spierdalaj mi z tym! – krzyknął na całe gardło. Jego irytacja przeszła we wściekłość, autentyczną, prawniczo-kancelaryjną wściekłość. Telefon przestał dzwonić i tekst się nie włączył ponownie. Napis AUDIO pulsował jak szyderstwo. Wcisnął jeszcze raz wybór folderu, gdzie odnalazł tytuł powieści i spróbował uruchomić odtwarzanie. Udało się. Odsapnął z ulgą. Ja ci dam „osiem, ukośnik, nieskończoność”, głupia cioto.

    …nie widział w ciemności, krew zalewała mu oczy, z których jedno było już całkiem ślepe. Wyrwał je razem z długaśnym i skorupiastym palcem, który go sięgnął. Ale nie czuł bólu, jedynie rozkosz. Bo czymże jest życie, jeśli nie rozkoszą jego ubywa…

    Inżynier projektujący tunel pod nasypem kolejowym z pewnością był dobrym człowiekiem i nie miał zamiaru nikogo krzywdzić. Na wyobraźni mu jednak nie zbywało. Zupełnie nie przewidział tego, że kierowca zajęty szukaniem czegoś na panelu podczas prowadzenia pojazdu z nadmierną prędkością (brzmi jak fragment raportu, który za kilka godzin będzie mozolnie układał aspirant Firlej), może stracić panowanie nad kierownicą. Dlatego nie należy stawiać tunelu na końcu długiego łuku. A jeśli już, to nie należy ustawiać przed nim ukośnych barier ochronnych, które mogą zadziałać jak skocznia. Służbowe volvo Damiana Lipczyka wśliznęło się na aluminiową szynę, poszybowało w górę i błyskało przez sekundę w powietrzu jak pojazd kosmiczny, zanim z piekielnym zgrzytem roztrzaskało się o betonowe sklepienie. Deszcz plastikowych odłamków oprószył asfalt. Oko, które by to widziało, dostrzegłoby kłąb superkomfortowego złomu, w zwolnionym tempie opadającego w rozwarte ramiona wiaduktu. Ucho, które by to słyszało, zarejestrowałoby najpierw potężny huk gniecionej blachy, a następnie krzyk przepłoszonego leśnego ptactwa. I monotonny głos „pdofesjonalnego aktoda”, jaki ciągle jeszcze dobywał się z głębi dymiącego żelastwa.

    Cdn.