Tag: praca pisarza

  • „Okrakiem nad klawiaturą i etatem”, felieton Roberta Małeckiego

    Weny nie ma, powiedzmy to sobie raz na zawsze. Nie ma na pewno. Jest tylko silna wola, która – po dniu spędzonym w pracy – każe ci skleić tyłek z krzesłem i uruchomić laptop. To wbrew pozorom lepsze i sprawdzone w bojach rozwiązanie.

    Bo z weną zajedziesz nie dalej jak do drugiego rozdziału. Klej ma lepsze właściwości. Ale rzecz nie o wenie będzie, tylko o łączeniu pracy zawodowej z pisaniem, bo wtedy – zdaje się – że i klej nie zawsze pomaga.

    Pisanie udaje mi się łączyć z etatem już od kilku lat, ale zawsze dzieje się to kosztem rodziny i wolnego czasu. Wtedy właśnie zdarza się, że klej puszcza. A siedzenie okrakiem daje w kość. Głównie ogonową. Ale nie narzekam. Serio. Czasami mam nawet wrażenie, że wyrywanie z resztek dnia każdej wolnej chwili na pisanie dobrze mojemu pisaniu robi.

    Zanim jednak wrócę do rzeczywistości, dajcie chwilę pomarzyć. Idealny dzień wygląda tak. Odwożę syna do szkoły, siadam do klawiatury, odbieram syna ze szkoły. Proste, jak dobry blues. Dalej niech życie toczy się obecnym rytmem, lubię takie jakie jest. Po szkole obrzędy zakupowe, taniec przy garach, przegląd lekcji, kolacja, rzadko serial, film lub mecz. Dopiero potem laptop, stukanie w klawiaturę, opadanie powiek, sen, przeklęty dźwięk budzika. I tak w kółko. Gdyby marzenie się spełniło, wieczorami nadal otwierałbym plik z zapisem powieści i sprawdzał jakież to bzdury wypisywałem rano.

    Nie mam więc wygórowanych marzeń. Chciałbym tylko, żeby czas obecnie poświęcany na pracę na etacie można było poświęcić na pracę nad powieścią. Co by to zmieniło? Zacząłem się nad tym zastanawiać. W pierwszej chwili pomyślałem, że wszystko! Potem podrapałem się po głowie i skrzywiłem. Niewiele by tych zmian było. Fakt, robiłbym to, co kocham, tyle tylko, że dziś i tak to robię w wolnych chwilach. Czyli generalnie, zmęczony jak koń po westernie. Ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.

    Pisarze przy pracy, fot: smakksiazki.pl

    Czego dotyczyłaby więc ta zmiana w moim przypadku? Nie byłaby to walka o lepszą powieść, a jedynie o wyższy komfort pracy. Czy wobec tego nadal chciałbym zamienić etat na pisanie? Tak. Nie narzekam na obecną sytuację, ale jednak wciąż marzę o tym, by pisanie było „number one”. Skoro tak, to muszę wiedzieć, co stracę, kiedy osiągnę cel.

    Mariusz Czubaj, pisarz, ale i profesor, antropolog kultury, mówi, że kiedy tworzy kryminalne story z pracy naukowej czerpie garściami. Poza tym, wiadomo, etat daje stabilizację i nie trzeba martwić się o to, czy powieść spływa z księgarnianych półek jak z maszyny drukarskiej, czy też pokrywa je kurz w magazynie. Stabilizacja ważna sprawa. Ale jest jeszcze coś, co uświadomił mi z kolei autor „Powtórki”, Marcel Woźniak. Samotność. Siadasz i piszesz zamknięty w czterech ścianach, podczas gdy znajomi w pracy. Wiadomo. Oni kawka na schodach, papierosek, śmichy-chichy, a ty nie masz komu opowiedzieć o tym, jak po jednym odcinku dałeś się wkręcić w oglądanie dwóch sezonów „Forbrydelsen” i wieczorami już nie piszesz, tylko oglądasz. Nikt nie podrzuci ci gazety i nie powie: „przeczytaj ten tekst, może ci się przyda do nowej fabuły”.

    Z jednej strony, może to i lepiej, nikt nie rozprasza, nie przeszkadza. Czas efektywnie spędzony nad klawiaturą. Super. Jednak miło czasem spotkać się z kolegą przy ekspresie do kawy. Nie dalej jak wczoraj, z takiego spotkania wyniosłem dwa arcyciekawe newsy, które wykorzystam podczas pisania kolejnej powieści.

    Robert Małecki, fot: smakksiazki.pl

    Czas na rachunek sumienia. Czy będę żałował jeśli stracę to wszystko, o czym mowa wyżej? Pewnie tak, a mimo to nadal marzę o chwili, w której zostanę swoim pracodawcą. Ta perspektywa kusi bardziej. Bo dziś, chyba żadna z koleżanek i kolegów z pracy nie wierzy, że zarywam noce, by popchnąć powieściową akcję. „Ten to te książki, to musi w robocie trzepać, bo ja po pracy to już zwłoki, siły nie mam nawet na leżenie”. Ile razy to już słyszałem… Nie zrażam się i za Młynarskim podśpiewuję: „Róbmy swoje”. Poza tym, jestem mistrzem w chomikowaniu urlopu i dopasowywaniu dni wolnych do imprez czytelniczych, festiwali, targów i promocji książki. Już w styczniu mogę precyzyjnie wypełnić plan urlopowy. Na wakacje czasu mało, ale od dawna tłumaczę sobie, że na prawdziwe przyjdzie jeszcze czas i że zrobię sobie dłuższe już po przejściu na jasną stronę mocy. W pierwszym dniu, kiedy przestanę siedzieć okrakiem nad klawiaturą i etatem.

    Kiedy to się stanie? Wciąż nie znam odpowiedzi. Ale grunt, że wraz z debiutem, czyli w 2016 roku, wyruszyłem w drogę, by ją odnaleźć.

    ROBERT MAŁECKI

    PS. Kłaniam się i dziękuję Ani Bińkowskiej, Marcie Guzowskiej, Mariuszowi Czubajowi, Przemkowi Semczukowi, Bartkowi Szczygielskiemu i Marcelowi Woźniakowi za to, że mimo licznych zajęć, udzieli mi arcyciekawych wypowiedzi.

    Anna Bińkowska („Tu się nie zabija”)

    Można poczuć się jak Batman – w dzień spędza się czas w normalnej pracy, wieczorami – walczy z przestępczością (co prawda w świecie wymyślonym). Nie jest to najbardziej komfortowy układ świata, a „małe oszustwa”, czyli rozważania o wieczornym trupie w pracy, są mocno utrudnione – ciągłe telefony, maile i projekty zdecydowanie nie idą w parze z kreatywnym zbrodniczym myśleniem. Większość pisarzy startowała jednak „na dwóch etatach” i jakoś dawała radę, więc nie ma co narzekać.

    Marta Guzowska (m.in. „Ofiara Polikseny”, „Reguła nr 1”, laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru)

    Akurat moja praca archeologa bardzo pomaga w pisaniu: moje powieści dzieją się zazwyczaj w archeologicznych okolicznościach i dzięki pracy nie tylko wpadają mi do głowy pomysły na fabule, ale też nie muszę robić dodatkowego riserczu, bo on i tak jest zrobiony. Niezależnie od tego uważam, że wszystko, co przeszkadza w pisaniu, paradoksalnie w nim pomaga. Stephen King napisał kiedyś, że pisarz jest jak ostryga, która musi wyprodukować perle. A do tego potrzeba nie tylko czasu i spokoju, ale też ziarnka piasku. Moim ziarnkiem piasku, a właściwie trzema ziarnkami, jest moja rodzina. Ale to może być praca, widok z okna, sąsiad… To, co przeszkadza pisarzowi, zazwyczaj wychodzi na dobre powieści.

    Mariusz Czubaj (m.in. „Zanim znowu zabiję”, „R.I.P.”, dwukrotny laureat Nagrody wielkiego Kalibru)

    Nie chciałbym porzucić pracy na uczelni, bo moje obserwacje – jako antropologa – wykorzystuję w literaturze. A poza tym nie czuję się zakładnikiem rynku i jednak nie muszę drżeć: sprzeda się, czy nie sprzeda?

    Przemysław Semczuk (m.in. „Wampir z Zagłębia”, „Frankenstein”, laureat Nagrody Prezydenta Lublina – Kryształowej Karty Polskiego Reportażu)

    Mogę to ująć w dwóch słowach: szukam etatu. Więc gdyby ktoś słyszał o dobrze płatnej pracy dla zdolnego dziennikarza, to ja bardzo chętnie.

    Bartosz Szczygielski („Aorta”, laureat Nagrody Specjalnej im. Janiny Paradowskiej)

    Mówienie o pisaniu, jak o czymś co nie jest pracą, trochę mnie boli. Nie jest tak, że łączę pisanie z pracą tylko łączę pracę z pracą. I tak, to cholernie ciężkie, bo po ośmiu godzinach, do których trzeba dodać czas na dojazd, doba ulega znacznemu skróceniu. Wygospodarowanie z niej jeszcze kilku chwil, takich które pozwolą mi się skupić odpowiednio, zawsze było problematyczne. Siedzę więc po nocach, a o weekendach przeznaczonych tylko na odpoczynek, mogę zapomnieć. Nie mam jednak na co narzekać, bo mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że się spełniam. To ciężkie, ale nikt nie obiecywał, że będzie inaczej.

    Marcel Woźniak („Powtórka”)

    Pisanie daje wolność myśli, które służą, jako cenny oręż w walce w dzisiejszym świecie. Słyszałem jednak, że nie ma większej samotności, niż samotność samuraja i pisanie jest trochę taką samotnią. Bener (bohater powieści R. Małeckiego – przyp. red.) nazwałby to pewnie skazaniem na bluesa.