Weny nie ma, powiedzmy to sobie raz na zawsze. Nie ma na pewno. Jest tylko silna wola, która – po dniu spędzonym w pracy – każe ci skleić tyłek z krzesłem i uruchomić laptop. To wbrew pozorom lepsze i sprawdzone w bojach rozwiązanie.
Bo z weną zajedziesz nie dalej jak do drugiego rozdziału. Klej ma lepsze właściwości. Ale rzecz nie o wenie będzie, tylko o łączeniu pracy zawodowej z pisaniem, bo wtedy – zdaje się – że i klej nie zawsze pomaga.
Pisanie udaje mi się łączyć z etatem już od kilku lat, ale zawsze dzieje się to kosztem rodziny i wolnego czasu. Wtedy właśnie zdarza się, że klej puszcza. A siedzenie okrakiem daje w kość. Głównie ogonową. Ale nie narzekam. Serio. Czasami mam nawet wrażenie, że wyrywanie z resztek dnia każdej wolnej chwili na pisanie dobrze mojemu pisaniu robi.
Zanim jednak wrócę do rzeczywistości, dajcie chwilę pomarzyć. Idealny dzień wygląda tak. Odwożę syna do szkoły, siadam do klawiatury, odbieram syna ze szkoły. Proste, jak dobry blues. Dalej niech życie toczy się obecnym rytmem, lubię takie jakie jest. Po szkole obrzędy zakupowe, taniec przy garach, przegląd lekcji, kolacja, rzadko serial, film lub mecz. Dopiero potem laptop, stukanie w klawiaturę, opadanie powiek, sen, przeklęty dźwięk budzika. I tak w kółko. Gdyby marzenie się spełniło, wieczorami nadal otwierałbym plik z zapisem powieści i sprawdzał jakież to bzdury wypisywałem rano.
Nie mam więc wygórowanych marzeń. Chciałbym tylko, żeby czas obecnie poświęcany na pracę na etacie można było poświęcić na pracę nad powieścią. Co by to zmieniło? Zacząłem się nad tym zastanawiać. W pierwszej chwili pomyślałem, że wszystko! Potem podrapałem się po głowie i skrzywiłem. Niewiele by tych zmian było. Fakt, robiłbym to, co kocham, tyle tylko, że dziś i tak to robię w wolnych chwilach. Czyli generalnie, zmęczony jak koń po westernie. Ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.

Czego dotyczyłaby więc ta zmiana w moim przypadku? Nie byłaby to walka o lepszą powieść, a jedynie o wyższy komfort pracy. Czy wobec tego nadal chciałbym zamienić etat na pisanie? Tak. Nie narzekam na obecną sytuację, ale jednak wciąż marzę o tym, by pisanie było „number one”. Skoro tak, to muszę wiedzieć, co stracę, kiedy osiągnę cel.
Mariusz Czubaj, pisarz, ale i profesor, antropolog kultury, mówi, że kiedy tworzy kryminalne story z pracy naukowej czerpie garściami. Poza tym, wiadomo, etat daje stabilizację i nie trzeba martwić się o to, czy powieść spływa z księgarnianych półek jak z maszyny drukarskiej, czy też pokrywa je kurz w magazynie. Stabilizacja ważna sprawa. Ale jest jeszcze coś, co uświadomił mi z kolei autor „Powtórki”, Marcel Woźniak. Samotność. Siadasz i piszesz zamknięty w czterech ścianach, podczas gdy znajomi w pracy. Wiadomo. Oni kawka na schodach, papierosek, śmichy-chichy, a ty nie masz komu opowiedzieć o tym, jak po jednym odcinku dałeś się wkręcić w oglądanie dwóch sezonów „Forbrydelsen” i wieczorami już nie piszesz, tylko oglądasz. Nikt nie podrzuci ci gazety i nie powie: „przeczytaj ten tekst, może ci się przyda do nowej fabuły”.
Z jednej strony, może to i lepiej, nikt nie rozprasza, nie przeszkadza. Czas efektywnie spędzony nad klawiaturą. Super. Jednak miło czasem spotkać się z kolegą przy ekspresie do kawy. Nie dalej jak wczoraj, z takiego spotkania wyniosłem dwa arcyciekawe newsy, które wykorzystam podczas pisania kolejnej powieści.


