Tag: Prószyński i spółka

  • Tajemnicza biblioteka, wąchanie książek i azyl polityczny. Rozmowa z Katarzyną Puzyńską

    O „Ulicach ciem” opowiadałem Państwu z Seulu, a o „Dzielnicy cieni” rozmawiamy z Katarzyną Puzyńską w Warszawie przy ulicy Herbsta. Dlaczego postanowiła napisać kolejną czarodziejską historię o magii książek? Czy wącha książki? I co wspólnego z tym wszystkim ma Warszawa z 1968 roku? W książce występuje też autorka, której radość pisania przywracają wizyty w pewnej tajemniczej bibliotece, a co stymuluje pisanie Katarzyny Puzyńskiej? Przeczytajcie „Dzielnicę cieni”, ale obejrzyjcie też naszą rozmowę!

    Współpraca płatna z Wydawnictwem Prószyński Media.

  • Bez cenzury, ale w ostrogach. Rozmowa z Izabelą Grzesiuk o dziadku

    Pretekstem do naszego spotkania jest wydanie „Trylogii bez cenzury”, czyli „Boso ale w ostrogach”, „Pięciu lat kacetu” oraz „Na marginesie życia” Stanisława Grzesiuka. Jego wnuczka opowiada o aktualności książek swojego dziadka, plotkach, które narosły przez lata, a także o pewnym instrumencie, którego używa teraz Jan Młynarski. Swoją drogą – bardzo ładne wydanie z tymi barwionymi brzegami. Co wnuczka sądzi o dziadku? Obejrzyjcie materiał, zobaczycie w nim też sporo pamiątek po Stanisławie Grzesiuku.

  • Rusza „Gruba Literatury”, w pierwszym odcinku „Grona gniewu”

    Czym jest „Gruba Literatury”? To cykl, w którym będę opowiadał o klasykach literatury, książkach zapomnianych, ale też prawie zupełnie nieznanych. Oczywiście będzie on dość nieregularny, ale będzie! Na pierwszy ogień poszły „Grona gniewu” Johna Steinbecka – książka, która ukazała się w 1939 roku. Przypomnę tylko, że Steinbeck otrzymał w 1962 roku literacką Nagrodę Nobla. Obecnie w pięknych wydaniach jego książki wznawia Wydawnictwo Prószyński i Spółka, więc mogą Państwo to i owo nadrobić. Oddaję w Wasze ręce materiał wideo, jednocześnie dziękuję Muzeum „Górnośląski Park Etnograficzny w Chorzowie” za pomoc przy jego realizacji.

    Smacznego!

    W następnym odcinku „Sto lat samotności” Gabriela Garcii Marqueza, bo przecież zbliża się wielkimi krokami premiera serialu na Netflixie.

  • Stephen King powraca z czterema mikropowieściami

    Czytelnicy kochają powieści Stephena Kinga, ale i jego opowiadania – zawsze mocne i zapadające w pamięć – są prawdziwą mroczną ucztą dla zmysłów. „Jest krew…” to cztery nowe, znakomite opowieści, które z pewnością staną się równie sławne jak „Skazani na Shawshank”.

    W tytułowej noweli Holly Gibney, ulubiona bohaterka czytelników (znana z trylogii o Billu Hodgesie i z „Outsidera”), musi stawić czoło swoim lękom i być może kolejnemu outsiderowi – tym razem w pojedynkę. „Telefon pana Harrigana” opisuje międzypokoleniową przyjaźń, która trwa po grób… a nawet dłużej. „Życie Chucka” ilustruje ideę, że każdy z nas posiada wiele osobowości. A w „Szczurze” niespełniony pisarz boryka się z ciemną stroną swojej ambicji.

    Opowieści te nie tylko prezentują w całej okazałości maestrię autora, ale również pokazują, że pewne tematy są nieprzemijające. Jednym z motywów przewodnich utworów Kinga jest zło, które występuje także w „Jest krew…”, przedstawione w tytułowej noweli jako „duży, uszargany, lodowatoszary ptak”. Stale obecne jest jednak też przeciwieństwo zła, w twórczości Kinga przybierające często postać przyjaźni. King przypomina nam, że codzienne przyjemności, choć ulotne, właśnie dzięki tej ulotności są piękne – czy jest to niespotykanie piękny, pogodny dzień po długich tygodniach szarugi, czy frajda z tańca, w którym idealnie wychodzi każdy krok, czy też nieoczekiwane miłe spotkanie. W takich momentach przekonujemy się, że Stephen King potrafi nie tylko przyprawić o dreszcz przerażenia, ale i perfekcyjnie opisać radość w jej najczystszym wydaniu.

    W styczniu 2021 roku mała wyściełana koperta zaadresowana do detektywa Ralpha Andersona doręczona zostaje jego sąsiadom, państwu Conradom. Rodzina Andersonów jest na długich wakacjach na Bahamach, skąd mają wrócić trzeciego lutego, i Conradowie zgodzili się do tego czasu odbierać ich pocztę. Kiedy Ralph otwiera przesyłkę, w środku znajduje pendrive’a nazwanego „Jest krew”, co prawdopodobnie nawiązuje do starego dziennikarskiego powiedzenia „Jest krew, są czołówki”. Pendrive zawiera dwie rzeczy. Jedna to katalog ze zdjęciami i spektrogramami dźwięku.

    Drugą jest rodzaj raportu, czy może raczej pamiętnik mówiony sporządzony przez Holly Gibney, z którą detektyw prowadził śledztwo rozpoczęte w Oklahomie, a zakończone w teksaskiej jaskini.

    Sprawa ta nieodwracalnie zmieniła sposób, w jaki Ralph Anderson postrzega rzeczywistość. Ostatnie słowa swojego raportu Holly nagrała 19 grudnia 2020. Mówi zdyszanym głosem:

    Zrobiłam, co w mojej mocy, Ralph, ale nie wiem, czy to wystarczy.

    Pomimo wszystkich moich przygotowań istnieje możliwość, że nie wyjdę z tego żywa. Gdybyśmy mieli nigdy więcej się nie zobaczyć, chcę, żebyś wiedział, jak wiele twoja przyjaźń dla mnie znaczyła. Jeśli mimo wszystko zginę, a ty postanowisz dokończyć to, co zaczęłam, proszę, bądź ostrożny. Pamiętaj, że masz żonę i syna.

    Fragment książki

  • Wraca saga o Lipowie, przeczytajcie fragment „Pokrzyku”!

    Jeśli czekacie na najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej, to mam coś dla Was do porannej kawy. Całkiem spory fragment „Pokrzyku”, który w księgarniach pojawi się już we wtorek. Jeśli jesteście ze Śląska oraz okolic, to dziewiątego listopada poprowadzę z autorką spotkanie w Katowicach. O szczegółach będę jeszcze informował, a teraz zostawiam Was z „Pokrzykiem”.

    Za oknem domu rodziny Orłowskich błysnął flesz. I kolejny. I jeszcze jeden. Mariusz Nowakowski poczuł znajome bicie serca. Nie dało się go powstrzymać. To był odruch bezwarunkowy, wyrobiony przez lata służby w policji.

    Obecność dziennikarzy oznaczała zazwyczaj jedno: zdarzenie, do którego jechał, to nie było jakieś tam pitu-pitu. Czekało go coś mocniejszego. Najczęściej morderstwo. Prasa nie interesowała się sprawami, które uważała za błahe. Zlatywali się jak sępy do ofiary, kiedy czuli, że temat dobrze im się sprzeda. A nic nie sprzedaje się lepiej niż krew na martwym ciele. Tego też Mariusz nauczył się przez lata. W tej robocie człowiek szybko tracił niewinność i złudzenia.

    Bywało, że dziennikarze zjawiali się na miejscu zdarzenia, jeszcze zanim przyjechała grupa dochodzeniowo–śledcza. Zapewne dlatego, że ci bardziej doświadczeni przedstawiciele mediów mieli nasłuchy na policyjne częstotliwości. Nic zaskakującego. Tak się działo na całym świecie. A przynajmniej w c y w i l i z o w a n y c h miejscach, pomyślał Mariusz, uśmiechając się ironicznie. Na przykład w Warszawie, gdzie przesłużył dwadzieścia lat.

    Lipowo i okolice to było co innego. Przypominały Nowakowskiemu raczej d z i c z. Może nieco okiełznaną, ale jednak. Wszędzie lasy, łąki, lasy, pola, lasy. Lasy. Lasy. L a s y. Szczerze mówiąc, rzygał już wszechobecnym drewnem. Drzew było tu tyle, ile zapewne w całym życiu nie widział. I wcale by tego nie żałował.

    Nie ciągnęło go do natury ani trochę. Jego domeną było miasto. Wśród betonu Warszawy czuł się najlepiej. W zaułkach starej Pragi, w przejściach podziemnych Śródmieścia, wśród blokowisk na południu miasta. A tu? Tu teren był obcy i nieznany.

    Nie chcę, kurwa, żeby mnie kręcili – warknął Rafał Domański wściekle. – Nie możesz czegoś z tym zrobić? Skoro zostałeś wynajęty?

    Mariusz Nowakowski spojrzał w jego stronę. Domański był wysokim mężczyzną o aparycji członka gangu motocyklowego z amerykańskiego filmu. Tatuaże, wąsy i broda, długie włosy, nabijana ćwiekami skórzana kamizelka i kowbojki. Brakowało tylko ciemnych okularów. Domański nie założył ich chyba tylko dlatego, że zimowy dzień był mglisty i ciemny, a dom Orłowskich należał do słabo doświetlonych.

    Nie jestem twoim ochroniarzem – odparł spokojnie Mariusz. Nie tacy jak Domański próbowali go wyprowadzić z równowagi. – Nie taka jest moja rola w tym wszystkim.

    No właśnie – rzucił wyzywająco Domański. – Zastanawiam się, jaka jest w tym wszystkim twoja rola. Bo nie rozumiem.

    Mariusz wzruszył ramionami. Emerytowani policjanci najczęściej zostawali albo ochroniarzami, albo detektywami. Nowakowski obiecał sobie, że jak zdejmie mundur, nie powieli tego stereotypu. Wytrzymał miesiąc, no może półtora. Potem samo jakoś tak się potoczyło, że obecnie był prywatnym detektywem.

    Przestań narzekać, kochanie – upomniała swojego partnera Iga Orłowska.

    Była średnią z trzech sióstr. Przypominała latynoską piękność. Ciemne włosy i oprawa oczu, do tego krągłości dokładnie tam, gdzie trzeba. Iga podkreślała swoje atrybuty obcisłymi sportowymi strojami. Sądząc po sylwetce, nikt by nie odgadł, że przekroczyła już pięćdziesiątkę. Nowakowski dałby jej najwyżej czterdzieści. Może nawet mniej.

    Iga podeszła do okna w korytarzu i przysiadła na parapecie. W zalotny sposób, ale nienachalnie. Wyraźnie miała w tym doświadczenie. Trwała tak przez chwilę w bezruchu. Najwyraźniej czekała, aż flesze znów błysną i dziennikarze uwiecznią jej nienaganną sylwetkę w swoich materiałach z miejsca zbrodni.

    Opanuj się – warknęła Elżbieta Orłowska.

    Mimo całego uroku i seksapilu Igi najstarsza z sióstr Orłowskich bardziej się Mariuszowi podobała. Było w niej coś przyciągającego, mimo że z reguły Nowakowski nie spojrzałby nawet na kogoś w jej wieku.

    Elżbieta miała klasę. Być może o to chodziło. Była rudowłosą posągową kobietą o alabastrowej cerze i nienagannej elegancji. Granatowy żakiet, który dziś włożyła, musiał pochodzić z atelier jakiegoś projektanta. Do tego cieniusieńki łańcuszek z najnowszej kolekcji popularnej firmy biżuteryjnej. Ledwo widoczny, a jednak dopełniający całości. Nowakowski doceniał takie szczegóły. I dobre, markowe rzeczy. Sam ubierał się tylko u najlepszych. Nawet jak musiał tarzać się w rynsztokach Wołomina i Pruszkowa. Pensja gliniarza nie starczyłaby na taką rozrzutność, ale miał to niewiarygodne szczęście, że pochodził z bardzo majętnej rodziny. Mógł służyć i chronić w spokoju ducha, wspierany pieniędzmi rodziców. Nigdy się tego nie wstydził ani przed nikim tego nie ukrywał. Mimo że wielu uważało to za doskonały powód do obrzucania go mniej lub bardziej idiotycznymi docinkami.

    Szybko przekonywali się, że nie powinni. Mariusz doskonale bowiem wiedział, że na ulicy, czy to wśród i n t e r e s a n t ó w, czy kolegów w mundurach, pieniądze nic nie znaczą, jeśli nie wyrobisz sobie respektu. To z kolei wymagało hartu ducha, brawury i czasem o d r o b i n y siły. Dokładnie w tej kolejności.

    Nawet teraz kręcisz tyłkiem na użytek dziennikarzy? – ciągnęła Elżbieta. Szeptała półgębkiem, ale w jakiś sposób nadal zachowywała klasę. – Teraz? Kiedy mama została zamordowana? Miej litość, Iga. Robisz z siebie pośmiewisko. I z nas wszystkich. Opanuj się.

    Iga rzuciła krótki uśmiech w stronę siostry. Pilnowała jednak, żeby kąciki ust nie powędrowały zbyt wysoko. Najwyraźniej zdawała sobie sprawę, że na zdjęciach nie będzie wyglądało dobrze, gdyby uśmiechała się zbyt szeroko. W łazience leżał przecież trup jej matki.

    Czy to długo potrwa? – zapytał Michał Chojnacki.

    Wszyscy spojrzeli w jego stronę. Chojnacki był mężem Elżbiety, choć najstarsza z sióstr nie przyjęła jego nazwiska. Być może chciała podkreślić swoją odrębność, a może miała jakieś inne powody.

    Chojnacki był lekarzem i właścicielem centrum medycznego. Ubierał się równie elegancko jak żona. Pasowali do siebie. Sweter w serek i dżinsy lekarza musiały kosztować majątek. Nowakowski był tego pewien. Miał w szafie podobne.

    No i proszę, cóż za ton? – zadrwiła Iga i zeszła z parapetu. Stawiała nogi z wdziękiem. Jak zawodowa baletnica. Musiała kiedyś trenować taniec. – Mężulka temperować nie będziesz, Elżbieta? Mówi, jakby śmierć naszej matki była dla niego zwykłą niedogodnością. Coś jak korek na obwodnicy, kiedy spieszysz się na samolot.

    Iga, przestań wkładać w moje usta to, czego nie powiedziałem – żachnął się Michał Chojnacki. – Od dziecka to robiłaś. Tylko teraz nie masz już kilkunastu lat, więc chyba nie wypada zachowywać się w ten sposób. Mogłabyś wreszcie troszeczkę zmądrzeć. Chcę się tylko dowiedzieć, ile takie oględziny zwykle trwają. Ja i Rafał jesteśmy umówieni na tenisa.

    Rafał Domański niespokojnie przejechał ręką po długiej brodzie. Wyglądał, jakby chciał się odciąć od słów Chojnackiego. Miał rację. Jeżeli bowiem lekarz usiłował zatrzeć złe wrażenie, to jego ostatnie słowa tylko jeszcze je pogłębiły.

    No proszę. Czyli jesteście we dwóch umówieni na tenisa? – zadrwiła Iga. W jej głosie wyraźnie słychać było szyderczą nutę. – A tu mama zabita. Co za szkoda. Rezerwacja hali przepadnie? Biedactwa!

    Przestań – syknęła Elżbieta.

    Wasza mama nie żyje, więc nic już jej nie pomoże. Czy będziemy sterczeć w korytarzu, jak banda idiotów, czy nie. Leokadia nie wstanie nagle i nie zacznie tu radośnie pląsać – ironizował Michał Chojnacki. Przejechał ręką po włosach, poprawiając doskonale przyciętą grzywkę. Fryzjer też musiał kosztować go majątek. – A ja zwyczajnie pytam, ile to wszystko zajmie. Nic więcej!

    Lekarz odwrócił się do Nowakowskiego.

    Ile to zazwyczaj trwa? – zapytał jeszcze raz.

    Nie ma reguły – odparł Mariusz. Wszystko przecież zależało od tego, czy trup był łatwy do obrobienia, czy skomplikowany. Co technicy zastali w pomieszczeniu i tak dalej.

    Wciąż nie mogę uwierzyć, że mama nie żyje – odezwała się płaczliwie Adriana Orłowska.

    Detektyw nie musiał nawet odwracać się w stronę najmłodszej z sióstr, żeby wiedzieć, że na jej pulchnej twarzy wykwitł purpurowy rumieniec. Tak się działo za każdym razem, kiedy się denerwowała. Szarpała też wtedy strąki przetłuszczonych blond włosów. Były na tyle cienkie, że można było przypuszczać, że Adriana przy okazji je sobie wyrywała. Celowo bądź nie.

    Mariusz wiedział już, że trzy siostry zostały adoptowane. O ile jednak można było pomyśleć, że Igę i Elżbietę łączą jakieś więzy pokrewieństwa, mimo fizycznych różnic, o tyle najmłodsza z kobiet zupełnie do nich nie pasowała.

    Katarzyna Puzyńska, fot: Agata Adamczyk

    Adriana przypominała Nowakowskiemu rozhisteryzowane dewotki z mokotowskiego kościoła, do którego czasem z przyzwyczajenia wpadał. Siedziały w ciasnej grupie w pierwszych rzędach i rzucały księdzu dobrodziejowi tęskne spojrzenia. Adriana pasowałaby tam idealnie. I nie chodziło wcale o religijność. Raczej o umiejętność toczenia gierek, którą te panie miały w małym palcu. Mariusz nie ufał Adrianie. Histeria i zbytnia emocjonalność mogły być jedynie zasłoną dymną. Pułapką dla tych, którzy chcą otoczyć ją opieką.

    Nie bądź śmieszna – zaśmiała się Iga. Jej piękne białe zęby musiały być dziełem doskonałego specjalisty od stomatologii estetycznej. Odrzuciła ciemne włosy na ramię. Gest zdawał się wystudiowany. Jakby średnia siostra nadal czekała na błyski fleszy. – Nienawidziłaś matki, Adriana. Jak my wszyscy.

    Proszę sobie nie pozwalać – wtrącił się Kornel Tomczyk.

    Był najmłodszym mieszkańcem tego domu. Mariusz nie uważał do tej pory za istotne ustalić, ile chłopak ma dokładnie lat, ale oceniał go na mniej więcej trzydzieści. Czyli dobre dwadzieścia mniej niż średnia wieku pozostałych osób. Tomczyk był rehabilitantem i zajmował się rodzicami Orłowskich. To znaczy póki starszy pan nie zmarł kilka dni temu, a jego żona nie została właśnie zamordowana, pomyślał Mariusz.

    Tomczyk stał dotychczas w głębi korytarza. Jakby dla podkreślenia, że nie należy do rodziny. Albo może chciał zachować się taktownie i pozwolić Orłowskim przeżywać żałobę w swoim gronie.

    Adriana zajmowała się rodzicami doskonale… – dodał jeszcze chłopak. – Była im bardzo oddana.

    Na te słowa najmłodsza z trzech sióstr znów spłonęła rumieńcem. Mariusz przyjrzał jej się uważnie. To właśnie Adriana skontaktowała się z agencją detektywistyczną, w której pracował. Oficjalnie to ona była więc jego klientką. Nowakowski ciągle jednak utwierdzał się w przekonaniu, że nie ufa jej ani trochę. Tak jak dewotkom z mokotowskiego kościoła, które ostatecznie okazały się pomagierkami grupy przestępczej.

    Podstawową zasadą mądrego policjanta jest nie ufać nikomu. To nie była tylko jego fanaberia. Tego Mariusz nauczył się już drugiego dnia służby. Jeszcze kiedy odrabiał wojsko w oddziałach prewencji. Kolega namotał wtedy tak, że o mało nie wylecieli. O ile nie gorzej.

    Mariusz musiał sporo się natrudzić, żeby to odkręcić. Uparł się, że go nie wyrzucą. Zrobił to też trochę na przekór bogatym rodzicom. Uważali, że syn powinien zająć się tym, co rówieśnicy z jego kręgów. Czyli n i c z y m. Powinien brylować na przyjęciach, a nie szarpać się z kibicami pod stadionem. Nowakowski natomiast uważał, że można jedno z drugim połączyć. I postawił na swoim.

    Potem wielokrotnie jeszcze przekonywał się, że nawet najbliższym kolegom należał się niewielki kredyt zaufania. Jak człowiek się tego trzymał, spotykał go mniejszy zawód, kiedy okazywało się, że ma rację. Jeśli zaś nie miał racji, to przecież tylko lepiej. Bezpieczniej jest pozytywnie się rozczarować, niż dostać kulkę w plecy, bo partner cię zostawił, kiedy powinien cię wspierać.

    Skończcie te dyskusje – syknęła Elżbieta. Na jej twarzy nie drgnął żaden mięsień. Nie pozwoliła sobie na żaden grymas. – Nie jesteśmy sami. Zapominacie chyba o tym.

    Skinęła głową w stronę końca korytarza. Dało się stamtąd słyszeć przytłumione głosy policjantów pracujących w łazience.

    Tak. I pamiętajcie, wszystko, co powiecie, może być wykorzystane przeciwko wam – dodał Mariusz. Nie mógł się powstrzymać. Wyraz niepokoju na ich twarzach szczerze go bawił. – Także…

    Zapadła cisza. Mariusz czuł, że jego obecność w tym domu nie została powitana z zachwytem, ale mimo to traktowali go z respektem. Był przecież emerytowanym gliną i znał się na tych sprawach lepiej niż oni.

    Straszna tragedia – podsumował Kornel Tomczyk. – Dobrze, że chociaż wiadomo, kto to zrobił.

  • „Bomba kryminalna, zapalnik z horroru”

    Jesteście już po lekturze najnowszej książki Stephena Kinga? Jeśli nie, to „Outsidera” wziął na warsztat profesor Krzysztof Zajas, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, więc możecie przeczytać, czy warto. W przypadku, gdy już przeczytaliście, to możecie wejść w polemikę, bo być może macie inne zdanie. Zostawiam Was teraz z Krzysztofem Zajasem, fanem Kinga, ale także pisarzem, autorem m.in. „Trylogii grobiańskiej” oraz „Oszpicyna”. Za ostatni tytuł znalazł się w ścisłej siódemce nominowanych do tegorocznej Nagrody Wielkiego Kalibru. 

    Książki tylko dwóch autorów kupuję od razu w dniu premiery. Jednym z nich jest Stephen King (drugim Andrzej Stasiuk), więc dwa tygodnie temu nabyłem Outsidera nie bacząc na fakt, że w nadmiarze akademickich zajęć żywcem nie mam kiedy czytać. Wyrwałem z czerwcowego zamętu jeden dzień i pół nocy (wystarczyło) i zagłębiłem się by sprawdzić, czy magia Kinga nadal działa. Cholera, działa. Myślałem, że po przeczytaniu niemal wszystkiego co napisał nie dam się tak łatwo uwieść, a jednak. I żeby była jasność: to nie jest żadna płatna recenzja ani inne lokowanie produktu, czy jak to się tam nazywa. Piszę, bo mam na to ochotę. Najnowszą powieść Stephena Kinga wciągnąłem jak kreskę w nozdrza i na dobrą chwilę sobie odleciałem, jak za najlepszych czasów, o czym chciałbym wam opowiedzieć.

    Stephen King nie jest mistrzem zagadek kryminalnych, co wiemy z trylogii o Billu Hodgesie i Panu Mercedesie. Dość łatwo i szybko się je u niego rozwiązuje. I nie one są właściwym przedmiotem zainteresowania autora, podobnie jak cały kryminalny sztafaż. Owszem, tu jest ciekawe morderstwo, są policjanci i skomplikowane dochodzenie, z podziękowań wynika, że autor prowadził nawet skrupulatny risercz, jak nie przymierzając Katarzyna Bonda. Nie ma to jednak większego znaczenia ani oryginalnej wartości, ponieważ koniec końców rozstrzygające o winie dowody sprowadzają się w Outsiderze do poczciwych odcisków palców i zeznań świadków. Nie o błyskotliwy kryminał więc chodzi, a jeśli już, to raczej o antykryminał. Albo wręcz nadkryminał, o czym za chwilę.

    Stephen King jest za to mistrzem kryminalnego klimatu, czyli mrocznej psychologii sprawców, falującej agresji małomiasteczkowego tłumu, wątpliwości bezradnych śledczych, którym się nie składa całość. W przypadku Outsidera mniej więcej w jednej czwartej powieści już się domyślamy, kto (lub co) zabija, i tu zaczyna działać jedno z literackich zaklęć Kinga: nawet jak znasz rozwiązanie, chcesz dalej czytać. Po prostu po to, żeby czytać. Wiesz, o co chodzi, ale pierwszoplanowi bohaterowie zostali psychologicznie i obyczajowo już na tyle sprawnie sformatowani, że chcesz wiedzieć, co z nimi dalej będzie. Czy Ralph wyjdzie w końcu na porządnego glinę? Czy wdowie po głównym podejrzanym uda się oczyścić pamięć męża z niesprawiedliwych podejrzeń? Czy Holly przekona pozostałych, że oprócz rozwiązań racjonalnych mogą być również irracjonalne? I jak oni go w końcu dopadną?

    Zaczyna się jak rasowy kryminał: okrutna zbrodnia popełniona na (jakżeby inaczej) niewinnym dziecku, główny podejrzany jest szanowanym obywatelem niewielkiego prowincjonalnego (jakżeby inaczej) miasteczka, wobec przytłaczających dowodów dochodzi do spektakularnego zatrzymania, wszyscy w szoku (jakżeby inaczej), przyjaciele się odwracają od zwyrodnialca, którego wina nie ulega wątpliwości. Sęk w tym, że jest równie wiele dowodów świadczących o jego niewinności i prokurator oraz adwokat siadają naprzeciw siebie jak szachiści na początku partii, każdy z maksymalną siłą rażenia. Kompletny absurd. Podburzona przez prasę i policję lokalna społeczność ma ochotę zlinczować sprawcę jeszcze przed ogłoszeniem wyroku, czyli w miejsce rozwiązania racjonalnego zastosować emocjonalne. W dniu rozpoczęcia rozprawy dochodzi do bałaganu, w którym ten i ów ginie, reszta osłupiała nie rozumie za bardzo, co i jak się właściwie stało. W każdym razie sprawa wygląda na nagle i definitywnie zakończoną. A jesteśmy dopiero w jednej trzeciej książki.

    Po dwustu trzydziestu stronach dobrego sensacyjnego kryminału zaczyna się horror. I tu King uruchamia swoje kolejne magiczne zaklęcia, którym towarzyszy mrok, niepewność, zgnilizna i odwieczne zło, a także nasz ulubiony dziecięcy pokój w świetle księżyca. Mała dziewczynka nie może zasnąć. Siada na łóżku i patrzy w okno. Z trupiej poświaty musi się coś wyłonić. Tym razem jest to upiorna twarz ze słomkami zamiast oczu (wolałbym świeczki). Chwilę przesłania okno, jakby chciała się dobrze zapisać w pamięci dziecka, nim zniknie. Dziewczynka nie krzyczy. Nie jest w stanie. Twarz ze słomkami odpływa, ale od tego momentu nic już nie jest takie, jak było. Cały King.

    Tylko nie krzyczcie na mnie, że spojleruję, czy co. Jeśli czytacie kryminały tylko po to, by się dowiedzieć, kto zabił, szkoda waszej fatygi – czytajcie po prostu ostatnie dziesięć stron. Z powieściami Kinga nigdy nie miałem tego problemu, że chciałem przekartkować opisy albo nudne dialogi, żeby biec dalej, do jakiegoś wyczekiwanego rozwiązania. Przeciwnie, towarzyszy mi zwykle efekt dobrej gry komputerowej: żałuję, że się już skończyła. Ale magia Kinga, jak każda inna magia, jest ulotna i działa jednorazowo, tylko podczas pierwszej lektury. Rzadko kiedy mam ochotę czytać te powieści kolejny raz (oczywiście z kilkoma wyjątkami, jak To, Worek kości albo Ręka mistrza), czyli jednak jakiś mechanizm rozwiązania zagadki tu działa. Przy czym nie jest ona kryminalna.

    Sprawa języka? Tak, w dużej mierze. Dla każdej ze swoich historii Stephen King konstruuje coś w rodzaju osobnego językowego świata, specyficznego slangu narracyjnego, który zarazem szkicuje charaktery głównych postaci, zaznacza społeczne tło, zgłasza obecność sił natury i buduje nastrój grozy. Składają się na niego ulubione powiedzonka bohaterów, powtórzenia, metafory w kilku odcinkach, cytaty z piosenek i filmów… To działa tylko ten jeden raz, na potrzeby tej jednej historii, i gaśnie wraz z dobrnięciem do ostatniego zdania, dlatego tak trudno później czytać powieść ponownie na wyrywki, sięgając do ulubionych scen. Trzeba zacząć od początku i przechodzić przez kolejne stopnie wtajemniczenia na nowo, krok po kroku, klasa po klasie, jak w jakiejś Akademii Magii Literackiej. Spróbujcie kiedyś czytać Kinga od środka (Lee Childa albo Deana Koontza można). Nie da się. To znaczy da się, ale będziecie niecierpliwie kartkować do tyłu, nie do przodu, aż wrócicie na pierwszą stronę.

    Uwielbiam obrazowość języka Kinga. Za pomocą jednej celnej frazy potrafi scharakteryzować całą trudną sytuację psychiczną postaci. Jako przykład zobaczcie opisowe wtrącenia w nawiasie, otwierające dwa kolejne rozdzialiki: „Krótko po północy (mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ostatni żyjący członek rodziny Petersonów uczył się z Wikipedii, jak zawiązać stryczek)”, i dalej: „Krótko po trzeciej nad ranem (mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Fred Peterson wlókł się do ogródka, z podnóżkiem z salonu w lewej dłoni i sznurem przewieszonym przez prawe ramię)”. Kapitalne! Jest tu i cała bezdenna rozpacz Freda po stracie najbliższych, i desperacja, i fajtłapowata bezradność z zawoalowaną sugestią, że może się nie udać (nie spojleruję!). Nawiasem mówiąc, w angielskiej Wikipedii faktycznie pod hasłem Hangman’s knot można znaleźć instrukcję wiązania stryczka, o tyle przydatną do powszechnego zastosowania, że uzupełnioną o pokazowy filmik.

    Mniej więcej w połowie powieści wspomniane są czołowe postaci z trylogii o Panu Mercedesie, a jedna z nich, znerwicowana Holly Gibney, zostaje z nami aż do końca i walnie przyczynia się do finałowego rozwiązania (naprawdę walnie). Jak oddać jej nerwicę, żeby nie bawić się w nudne opisy? King sadza ją na kiblu i każe w formie modlitwy wygłaszać prośbę do Boga, by pomógł jej przekonać siedmioro pozostałych do niemożliwego. Z zadartą spódnicą i torbą między stopami Holly zaczyna: „To znowu ja, Holly Gibney, i potrzebuję pomocy”. Jest aspołeczna, ma podstawowe kłopoty z międzyludzkimi relacjami, a sprawa wymaga absolutnego perswazyjnego mistrzostwa. Kończy szeptem: „Panie Boże, spraw, żebym tego nie spitoliła” i jako datek na tacę dorzuca: „Nie palę”. Znowu kapitalne. Nawiasem mówiąc, Bóg wysłuchuje prośby i tamci zaczynają wierzyć w niemożliwe.

    Krzysztof Zajas, fot: Wydawnictwo Sonia Draga

    Link do poprzednich kryminałów nie jest przypadkowy, ponieważ podobnie jak tam, i tutaj kryminał przekracza swoje ramy ku horrorowi, czyli King przeciąga zgrany do cna gatunek na swoje terytorium. Facet łączy kryminał z horrorem i podlewa sosem z thrillera, jakby to wszystko świetnie do siebie pasowało. Jakby robił sandwich z bekonem i majonezem (pamiętacie Łowcę snów?). A przecież nie pasuje. W horrorze są trupy, ale zwykle nie ma porządnego śledztwa. W kryminale jest porządne śledztwo, ale nie ma zjawisk nadprzyrodzonych. W thrillerze jest strasznie, ale w środku głowy, z powodu zaburzeń psychicznych. Puryści gatunkowi zwykle besztają autorów literatury popularnej za mieszanie tych sfer, jakby w pisaniu chodziło o rygorystyczne przestrzeganie jakichś tytułów własności. U Stephena Kinga wszystko to gra zgodnie jeden harmonijny koncert, a autor najwyraźniej nie przejmuje się, czy to się mieści jeszcze w jakichś ramach, czy już nie. Kleci kryminalną bombę, po czym pakuje w nią zapalnik z horroru i rozsadza od środka. Dla prawdziwego pisarza z krwi i kości nie ma takich ograniczeń, bo przecież najważniejsza jest dobrze opowiedziana historia i to jej się mają podporządkować reguły, nie odwrotnie. Tabakiera jest dla nosa, nie nos dla tabakiery.

    Kryminał przechodzi w thriller, ten z kolei w horror, a kiedy i horroru mamy dosyć (bo ileż można), autor wraca do urzędowego śledztwa. Na użytek policyjnych kartotek bohaterowie Outsidera ( w tym i oficer śledczy) zmuszeni są do przyjęcia jakiegoś rozsądnego wyjaśnienia w miejsce prawdy. Po prostu dlatego, że prawda jest nie do przyjęcia, choć jest prawdziwa i prowadzący śledztwo wiedzą o tym doskonale. Drwina z kryminału, puszczenie oka do wielbicieli rozwiązań paranormalnych, ale nie tylko. Również to, że są na niebie i ziemi rzeczy, o których się filozofom nie śniło (tak, King cytuje również Szekspira!), a nasze pojęcie o prawdzie jest niezwykle ubogie, gdy ogranicza się do rozsądku. No i że zło (Zło) jest wieczne, bezosobowe i działa przez nas, to znaczy także przez ciebie i mnie. Jeśli kryminał dąży do odkrycia prawdy, to niech będzie konsekwentny i da sobie powiedzieć, że czasem wyjaśnienie jest irracjonalne i ponadkryminalne, i aby je przyjąć do wiadomości, trzeba wyjść poza gatunek. O, może tak: ramy gatunkowe ograniczają nas w rozumieniu rzeczywistości i żeby ją trafnie uchwycić z różnych perspektyw, trzeba je mieszać. Kontredans kryminału, trhrillera i horroru, które maniacy czystości gatunkowej z uporem usiłują rozdzielać, pełni funkcję poznawczą, w sensie głębszym niż tylko logiczny. King realizuje tu swoją uwagę z Pamiętnika rzemieślnika, że spory o to, czy dany twór należy do takiego czy innego gatunku, nie mają właściwie sensu, skoro celem naszym jest dobra literatura, a nie poprawna teoria. Tak, chyba to chciałem powiedzieć zabierając się za ten tekst.

    A co z tą rzeczywistością? W długim i rozedrganym od upału finale jeden z bohaterów, sympatyczny policjant Yune Sablo, zostaje postrzelony w ramię, co zostaje uznane za draśnięcie. „W filmie oznaczałoby to, że Yune może natychmiast wrócić do walki – powiada narrator – ale to była rzeczywistość, a w rzeczywistości jest inaczej”. Pomieszanie kryminału, thrillera i horroru to nie popularna rozrywkowa fikcja, tylko sama rzeczywistość. Tak, jasne. Ale, cholera, działa. Kapitalne.

    Krzysztof Zajas